Żółta żaba z dojlidzkiego stawu co zamieszania narobiła

10408783_825677024193683_8969636597100752133_n

Żółta żaba jest ewidentnym rarytasem i osobliwością. Chyba rzadko się spotyka takową w przyrodzie. Bo pierwszy raz się z czymś takim spotkałem i to dzięki przyrodniczej grupie na Facebooku. Grupie wzajemnej pomocy przy identyfikacji i wzajemnej fascynacji polską przyrodą. No dobrze, mamy żaby brunatne, mamy zielone, ale żółte? Może to jakaś egzotyczna i uciekła komuś z hodowli? Albo ktoś bezmyślnie sam wypuścił? Przecież już od czasu do czasu w naszych rzekach złowić można nawet piranie. O żółwiach czerwonolicych nie wspominając. Gatunki obce mogą być groźne dla rodzimej bioróżnorodności, więc takie lekkomyślne wypuszczanie „na wolność” może nieść fatalne skutki.

Wiosną żaby niektórych gatunków zmieniają kolor. Na przykład brunatna żaba moczarowa (Rana arvalis)…. robi się niebieska. To znaczy samce w czasie godów stają się niebieskie. Do żab brunatnych naszych krajowych zaliczamy dwa gatunki, do siebie podobne i na brązowawo ubarwione: żaba trawna (Rana temporaria) i wspomniana żaba moczarowa. No i mamy jeszcze gatunki żab zielonych, które jak nazwa wskazuje są zielone. Ale żółtych żab u nas nie było, przynajmniej na wolności. Uczynni przyrodnicy z facebookowej grupy zasugerowali, że ta żółta żaba to żaba zielona, a konkretnie to żaba jeziorkowa, tylko jakoś dziwnie ubarwiona.

Żółta żaba sfotografowana przez Katarzynę Bałakier, znaleziona została w tym roku w Białymstoku, w Stawach Dojlidzkich (kompleks stawów o łącznej powierzchni około 140 ha, powstałych w wyniku spiętrzenia rzeki Białej i zalania wcześniejszych stawów rybackich). Ale jak się okazuje nie jest to pierwsze stwierdzenie żółtej żaby w Polsce.

Nie tak dawno, będzie już z lat kilkadziesiąt (bo czymże jest pół wieku wobec wieczności lub tylko historii ludzkości), polski uczony Leszek Berger na przykładzie żab zielonych odkrył zjawisko hybrydyzacji międzygatunkowej. Odkrycie długo przeleżało prawie nie zauważone, bo w gruncie rzeczy było wywrotowe. Jak to, gatunki mogą się krzyżować i wydawać płodne potomstwo? Sprzeczne z obowiązującą teorią! Wynikało z nich (z tych badań Leszka Bergera), że żaba wodna (Rana esculenta) nie jest gatunkiem tylko jakimś  mieszańcem, i że jest to płodny mieszaniec (hybryda) żaby jeziorkowej (Rana lessonae) i żaby śmieszki (Rana ridibunda). Z wynikami badań prof. Bergera nie zgadzało się wielu polskich i zagranicznych uczonych, uważanych za wybitnych. Niektórzy wręcz zabraniali mu pisać o tych odkryciach, uważając je za bzdurę a co najmniej pomyłkę. Bowiem nie pasowały do ówczesnego systemu wiedzy. Były zbyt rewolucyjne. Teoretycznie w nauce powinny mieć znaczenie eksperymenty, fakty i argumenty a nie przekonania. No cóż, z na prawdę rewolucyjnymi badaniami nie jest łatwo się przebić. Dziś znajdujemy je w każdym przyrodniczym podręczniku.

Leszek Berger pewien był swoich wyników, dlatego w 1965 r. napisał pracę habilitacyjna pt. „Systematyka żab zielonych”. Ale wyniki uznano za niezgodne z ówczesnym stanem wiedzy i rady wydziału Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu, a następnie Uniwersytetu Jagielloński odrzuciły jego habilitację. Rozprawę habilitacyjną udało się obronić dopiero w 1969 roku w Akademii Rolniczej w Poznaniu. Znaleźli się uczeni, którzy starannie prześledzili wyniki badań i wystawili im pozytywną recenzję. Od 1971 roku wyniki Bergera zostały wielokrotnie potwierdzone metodami molekularnymi. A teraz zjawisko hybrydyzacji jest powszechnie uznawane i potwierdzane na wielu różnych gatunkach.

Hybrydogeneza jest powszechnie opisywana u ryb, roślin (poliploidia). Problem teoretyczny dalej pozostał, ale przynajmniej już publikują wyniki takich badań. Wiemy, że istnieje zjawisko, ale jeszcze nie wbudowaliśmy w ogólny system wiedzy, w dobrze opisującą fakty teorię. Musiałaby się zmienić koncepcja gatunku biologicznego.

Albinotyczne_aby_zieloneW 1995 profesor Berger przeszedł na emeryturę lecz dalej prowadził swoją hodowlę i obserwacje. W 2000 roku, pojawiły się u niego albinotyczne żaby zielone. Żółte żaby wywołały zainteresowanie wśród specjalistów na całym świecie. Ale było to wśród wąskiego grona specjalistów. Sam te informacje wyszukałem dopiero teraz, za sprawą żółtej żaby z Białegostoku (zdjęcie zamieszczone przez Katarzynę Bałakier). Nieco później dostałem fotografie albinotycznych żab z hodowli, tym razem od Martyny Marilyn Rosa.

Pani Martyna Marilyn Rosa tak o żółtej żabie z Białegostoku napisała „Bardzo ciekawa odmiana. Idąc analogicznie do hodowlanych to poniekąd połączenie odmiany Piebald z hypomelanistic (ale tak zgadywać każdy może). Ciekawe, co by okazało się w potomstwie. Wtedy można by wysnuwać teorie. Szkoda ze takich osobników nie można odłowić by to sprawdzić .” Bo wszelkie hipotezy najlepiej weryfikować eksperymentalnie.

W każdym razie żółta żaba pozostaje zagadką. Skąd się wzięła i jak powstała. I jak często takie zjawiska można obserwować. Jednym słowem, będąc na spacerze miejcie oczy szeroko otwarte. I aparaty fotograficzne w pogotowiu. Nie wiadomo co można spotkać i jak bardzo niezwykłego. I to pod swoimi nogami.

11173540_830634740355990_2058770058_n

Zdjęcia:.

  • Od góry fot. Katarzyna Bałakier, 2015, Stawy Dojlidzkie, Białystok
  • Albinotyczne potomstwo żab zielonych, Wikimedia Commons, autor fot. Kolenda , rok 2000
  • Albinotyczne żaby w różnych fazach rozwoju, fot. Martyna Marilyn Rosa

Nauczeństwo czyli edukacja w formie prosumenckiej

SONY DSC

Nauczeństwo (taki właśnie na próbę stworzony neologizm, dziś rano w facebookowym dialogu ze studentami i omawianiu projektu) to znaczy uczyć się od siebie nawzajem, gdzie role nauczyciela i ucznia/studenta są przemieszane. Raz jestem nauczycielem, a raz uczniem. W sumie to istota uniwersytetu, gdzie we wspólnocie uczących i nauczanych wspólnie zbliżamy się do prawdy i odkrywamy świat. Wspólne, zespołowe budowanie wiedzy zbiorowej. Potrzeba tylko odrobimy pokory i uświadomienie sobie, że nie wiem wszystkiego i nie znam się na wszystkim lepiej od na przykład studentów. Ba, i od ucznia z pierwszej klasy szkoły podstawowej możne się czegoś nauczyć. Wystarczy odrobina otwartości…. i dziecięcej ciekawości świata.

Kończą się właśnie zajęcia z autoprezentacji w wersji zgamifokowanej (zgrywalizowanej). Studenci przesyłają swoje mini-projekty w formie e-portfolio oraz inne „zadania specjalne”. Niektóre pomysły są dla mnie innowacyjnym zaskoczeniem. Namacalnie przekonuję się, że istnieje pokolenie cyfrowych tubylców, funkcjonujących jako wielozadaniowcy z podzielną uwagą. Ma to swoje plusy i minusy. Ale tacy są, ukształtowani przez środowisko, w którym żyją. Są jak inna kultura, inna cywilizacja. Osobiście uczę się od studentów korzystania z mobilnego internetu, a i ja ich czegoś uczę. Zamieniamy się na chwilę rolami. Uczymy się nawzajem, w działaniu (nauczanie problemowe, koncepcja nauczyciela ignoranta, kolektywizm). Pozostawanie w sieci powiązań i wspólne tworzenie systemu wiedzy indywidualnej i tej grupowej.

Psychologia zapamiętywania wskazuje, że samo słuchanie wykładu to przeciętnie zaledwie 5% zapamiętanych treści. Im bardziej aktywnie podchodzimy do uczenia się, tym jest większa efektywność zapamiętywania (a więc i uczenia się). Przy czytaniu samodzielnym wzrasta już do 10 %. Bo czytanie wymaga większego wysiłku niż słuchanie (na wykładzie można zasnąć lub myśleć o niebieskich migdałach, a w tym czasie treść ulatuje – przy książce jak zaśniemy, to po obudzeniu zaczynamy w tym samym miejscu, nic nie tracimy). Tu mała dygresja: czy ma sens na wykładach akademickich czytanie treści ze slajdów (lub dawniej folii)? Ale największa efektywność zapamiętywania treści jest wtedy… gdy nauczamy innych i gdy od razu próbujemy wiedzę zastosować w praktyce. To już rzędu 75-90% zapamiętanych treści. Zatem pozwolić nauczać się… to zwiększanie efektywności zapamiętywania owych nauczycieli. Innym przykładem jest samopomoc studencka (uczniowska), wspólne uczenie się, pomaganie sobie, gdy jedni tłumaczą tym „słabszym” zawiłe treści na kolokwium czy egzamin, to doskonały proces efektywnego uczenia się. Horyzontalny przekaz informacji jest większy niż myślimy.

Tak więc prosumenckie podejście do edukacji to zwiększanie efektywności nauczania. Tylko jak nazwać taki proces? Pojęcie „prosument” powstało przez połączenie w jedno dwóch słów i dwóch zdawało by się przeciwstawnych i rozłącznych procesów: producent i konsument. Analogicznie ze zjawiskiem – prosumpcja (produkcja i konsumpcja naprzemienna, i w jednym). Prosumcja jest coraz popularniejsza w odniesieniu m.in. do produkcji i konsumpcji energii elektrycznej z wykorzystaniem własnych, niewielkich źródeł energii odnawialnej. Prosumcja wywraca dawne stereotypy i przebija się przez skostniałe i nieadekwatne uregulowania prawne. Z trudem, ale się przebija.

A jak nazwać prosumencką edukację? Połączenie nauczyciela i ucznia to… nauczeń, a proces wychodź że powinien nazywać się nauczeństwo (nauczanie i uczenie się w jednym).

Nauczeństwo to edukacja w działaniu, przez realizację projektów (gdzie wszyscy się czegoś uczą), w których nauczyciel jest uczestnikiem, tutorem, coachem. Nauczeństwo to także skupienie się na tworzeniu warunków do uczenia się a nie transmisja gotowej i niepodważalnej wiedzy. Na uniwersytecie teoretycznie powinno być to proste. Przecież warunkiem koniecznym, aby być wykładowcą akademickim, jest tworzenie: prowadzenie badań naukowych lub działalności twórczej. Jest więc pracownik twórcą i uczestnikiem procesu, sam się przecież nieustannie uczy w działaniu i od innych. Wystarczy tylko do tego procesów włączyć studentów. W sumie zawsze tak było, np. w kołach naukowych, pracach dyplomowych itd. Tyle, że w ostatnich latach obserwowaliśmy proces transformacji uniwersytetu „w szkółkę”, upodabniając do klas i jednokierunkowej transmisji wiedzy .

Warto wracać do korzeni, do idei universitas. Lepszych będziemy wypuszczali absolwentów. Trzeba tylko spojrzeć na studentów jako partnerów a nie mięso armatnie do wypełniania pensum i realizacji sylabusów.

ps. na zdjęciu wyżej, ubiegłoroczny projekt z budową „hoteli dla pszczół”

Wiosenne poznawanie przyrody z tatą lub dziadkiem

Syn już wyrósł. Niestety. Czekam na wnuki. Bo małe dziecko jest jak pies, wyciąga z domu na spacer, nawet największego leniucha. A że jest ciekawe (dziecko) to pyta o wszystko co wokół. Tak jak moja mała sąsiadka. Czasem przez okno widzę, jak co chwila się zatrzymuje, by w zaciekawieniu patrzeć co na chodniku, co pod krzakiem itd. Cieszy się życiem i o wszystko pyta. I można patrzeć na ślimaka, na mrówkę i opowiadać, opowiadać i przy okazji samemu dostrzegać różnorodność świata. I się nim cieszyć.

Wiosna wybuchła, wkoło pachnie kwitnącymi mirabelkami, świeżą zielenią. Tyle, że ten świat za oknem jest inny od tego, który znamy z telewizji i internetu. Jak tu więc dziecku opowiadać? Od tego są książki. Oraz internet. Zrobić zdjęcie i poprosić innych o rozpoznanie, potem doczytać i już można snuć opowieść. Opowieść prawdziwą. Chyba przedwczoraj na Facebooku zobaczyłem żółtą żabę. Ktoś się pytał co to jest (najpewniej żaba zielona, jeziorkowa tylko jakaś taka albinotyczna). Zachwyty innych. Grupowa konsultacja wskazuje na jakieś dziwne, albinotyczne zjawisko. Nigdy nie przypuszczałem, że mogą być żółte żaby u nas. Ciekawe jak często (rzadkie) to zjawisko?  A zdjęcie zachęca by samemu szukać odpowiedzi, sięgać do książek, szukać w przepastnych zasobach internetowych. Tylko komu teraz opowiedzieć o żółtej żabie? I o chruścikach, które przedwczoraj widziałem nad Łyną….

mikoluszkoprzyrodaSamemu, jako dorosły, to jakoś tak trochę głupio spacerować i przyglądać się żuczkom w trawie, kwiatom na drzewach. Co innego z dzieckiem. Można pokazywać świat komuś innemu.

Niedawno otrzymałem dobrą książkę dla dzieci (i dla tatusiów lub dziadków). Załączona obok jako ilustracja – „Z tatą w przyrodę” Wojciecha Mikołuszki. Pięknie ilustrowana przez Tomasza Samojlika. I co najważniejsze poprawna merytorycznie. Ciekawe opowieści o przyrodzie, ułożone fenologicznie. W kwietniu można z autorem obserwować żaby i traszki a na trzeciego maja pojawia się propozycja poznawania świata wodnych pluskwiaków, z płoszczycą, topielicą, pluskolcem czy nartnikami.

W sumie 43 opowieści o rodzimej przyrodzie (z wyjątkiem relacji z wycieczki do Ameryki), zainspirowane wycieczkami z własnymi dziećmi. I co najważniejsze poprawne merytorycznie, z rodzimymi gatunkami (z wyjątkiem, o którym wspomniałem). Książka dla dzieci i młodzieży, do rozbudzania zaciekawienia rodzimą przyrodą i zachętą do wycieczek, nawet po mieście. Ale to także książka do dorosłych, by wiedzieć jak zaplanować wycieczkę z własnymi dziećmi… lub wnukami. I co im ciekawego można pokazać.

Na mojej półce bibliotecznej znacznie pokaźniejszy zasób książek przyrodniczych. Trzeba to jakoś wykorzystać, by częściej chodzić na spacery. W czasie pierwszego weekendu majowego umówieni jesteśmy (dorośli) na foto-piknik entomologiczny, w Lesie Miejskim. To znowu będzie pretekst spacerów przyrodniczych. Już nie opowiadanie własnemu dziecku ale robienie zdjęć… by później opowiedzieć na blogu. I wspólnie zachwycać się rodzimą przyrodą i życiem wokół nas.

Własne dziecko wyrosło. Pozostaje Uniwersytet Dzieci i rodzący się wolontariat miejski. Co prawda ten ostatni planowany jest raczej do obsługi dużych imprez, ale dlaczego nie wykorzystać potencjału ludzi do pielęgnacji zieleni w parkach i skwerach oraz do … opowieści o przyrodzie i spotkań na trawniku. Ze sztuka, grą terenową czy planszową, zabawami i opowieściami o przyrodzie. O chruścikach, biedronkach, pokrzywach na zupę czy jadalnym Uchu Judasza.

Wielcy ludzie nie umierają całkiem, wspomnienie o Profesorze Bartoszewskim

bartoszewskiWielcy i dobrzy ludzie nie umierają całkiem. Dużo po nich zostaje. A najtrwalej zapisane są treści… w ludzkich sercach. Nie w internecie, nie na papierze ani nawet nie w kamieniu, ale właśnie w ludzkich sercach. A Pan Profesor Władysław Bartoszewskich mocno się wpisał w naszych sercach. Widać to po ilości wpisów w internecie, wspomnień, komentarzy. Ta śmierć nas poruszyła. Umarł „w biegu”, tak jak chciał. Ale nie zamilkł. Bo teraz mówić będą jego zapisane słowa. I przykład, który nam dał.

Ciągle inspiruje. Tytułów zawodowych nie zdobył, ale przecież był Profesorem. Przez to co mówił, jak mówił i co robił. Wielkość nie wymaga potwierdzania papierkami. Tak jak Stefan Banach, który studiów nie skończył…. a uzyskał doktorat. Profesor czyli nauczyciel. Nauczyciel o dużym wpływie i sile moralnej. Jeszcze długo będzie nas nauczał.

A gdzieś na obrzeżach ten naszej żałoby wyjce wyją. No cóż, zło złem się obnaża, głupota głupotą tryska. Na jej tle dobro tym bardziej wyraziściej wygląda. Bo widać, że nie jest oczywiste, ze wymaga odwagi. Trudno być dobrym, ale na pewno warto. Nie opłaca się ale warto.

Kiedy odszedł nasz uroczy Pan Profesor, to przynajmniej książki pozostały. Wspominać przy książkach…. I naśladować. Bo dobro warto naśladować.

Pokusa narzucania własnych koncepcji – rzecz o coachingu

„Pokusą nauczyciela jest narzucanie studentowi własnych koncepcji”

Paweł Taranczewski (Tygodnik Powszechny, 17/2015)

Niedawno odkryłem, że jestem coachem, a coaching jest mi bliski. To tak, jakbym odkrył, że mówię prozą, Nowe, modne słowa, stara rzecz. Ale czasem dawne prawdy wymagają odświeżenia nowymi słowami. By dobre wzorce wprowadzić na nowo do obiegu. By wydobyć z zapomnienia, to co obrosło kurzem rutyny i wypaczenia.

puzle_pedagogicaJak wyczytałem coaching jest nowym trendem. Bardzo ostatnio modnym. Mniej chętnie chcemy zostać nauczycielami, mentorami, tutorami czy profesorami, o wiele bardziej chcemy być coachami. Coaching, wymyślony przez trenera sportowego, zadomowił się w praktyce nawet akademickiej. Jest swoistą pedagogika praktyki, działania. Jest próbą odkrywania świata przez działanie a nie akademickie zgłębianie teorii. Coaching to zadawanie pytań a nie dostarczanie rad i wydawanie poleceń. Być może nowe słowo pozwala uwolnić się od stereotypów nauczyciela, który uległ pokusie wydawania poleceń i kształtowania uczniów na własne podobieństwo (na szóstkę umie Pan Bóg, ja-nauczyciel na piątkę, a wy szarzy uczniowie co najwyżej na czwórkę, ja-nauczyciel jestem wzorcem z Sevres i miarą wszechrzeczy, matrycą-matką, i to z moją wiedzą należy porównywać wasze-studenckie wiadomości).

Coaching byłby więc pedagogiką dialogu. Zwłaszcza na uniwersytecie sensownym byłoby ukazywanie wiedzy w trakcie tworzenia, gdzie studenci są partnerami w poznawaniu i odkrywaniu. Wiedza jako proces a nie podawanie gotowych faktów, teorii, interpretacji do zapamiętania. A potem sprawdzanie, na ile wiernie zapamiętali, i ocenami korygować. Ocena byłaby więc miarą zgodności zapisu z taśmą-matką. Coaching byłby więc nastawieniem na motywowanie do działania. A skoro dialog to mniej lub bardziej świadome uznanie partnerstwa i wzajemnego szacunku. Niby coś nowego ale w gruncie powrót do średniowiecznej misji uniwersytetu, jako wspólnoty nauczających i nauczanych. Semantycznie tutor zmienia się w coacha.

Coaching w gruncie rzeczy jest stary jak stara jest pedagogika. Jest przecież nowym wcieleniem dla metody sokratejskiej. To filozofia traktowania drugiego człowieka jako podmiotu a nie przedmiotu. To ostatnie zbyt często spotykamy na polskich uniwersytetach, gdzie studenci, doktoranci, młodzi pracownicy naukowi traktowani są jak rzeczy, pomocne w zdobywaniu stopni i robieniu kariery. Namnożyło się promotorów pomocniczych, studiów doktoranckich (nie z potrzeby wzmacniania gospodarki ale z potrzeby ułatwiania własnego awansu, jak na taśmie produkcyjnej). Znużeni starymi, wypaczonymi podejściami, wraz z nowa nazwą chcemy zmienić podejście. I po raz któryś wrócić do źródeł.

Po maturze chciałem zostać nauczycielem. Był w tym nieodosobniony impuls Judymowania, wywołany intelektualną i duchową odwilżą roku 1980. Iść i naprawiać świat gdzieś na głębokiej, zapomnianej prowincji. Chciałem być nauczycielem a naukowcem zostałem przypadkiem. W sumie to jestem nauczycielem, bo akademickim. A zainteresowanie edukacją pozaformalną nie jest więc przypadkowe,

Nauczyciel-komunikator to taki, który wydaje polecenia i sprawdza poprawność wykonania. Bez wątpienia uwiedziony władzą, jaką daje pozycja nauczyciela, jak i samouwielbieniem, by studentów kształtować na własne podobieństwo. Silna to pokusa.

„Jako belfer doświadczam pokusy formowania adeptów na swoje podobieństwo. Mój ojciec, który również był belfrem – uczył malarstwa w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych – mówił, ze nie należy wkładać paluchów w pąk, żeby si szybciej rozwinął. Trzeba uznać autonomię tego kwiatu – podlewać i obserwować, w jakim kierunku roślina rośnie – ewentualnie wtedy można ją podeprzeć.” (Paweł Taranczewski)

Bardziej mi odpowiada koncepcja nauczyciela-ignoranta, czyli takiego, który nie wie (lub udaje że nie wie) i chce wspólnie odkrywać. Niewiedzy na uniwersytecie nie trzeba udawać. Tyle jest rzeczy niezbadanych, że wystarczy skierować się ze studentami na te nowe lądy, nieodkryte, a nie uparcie dreptać w jednym miejscu. Trzeba odwagi by wyjść z dobrze poznanego terytorium (tu, gdzie wszystko wiem, i zanim studenci opanują to mam nad nimi dużą przewagę) na grunt niepewny i niezbadany. I być ignorantem by wspólnie i autentycznie poznawać.

Universitas dawniej, a teraz coaching to stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. Wobec prawdy wszyscy jesteśmy jednakowo równi. W prawdziwej nauce nie ma autorytetów, hierarchii, dworskich orderów. Bo rzeczywistość weryfikujemy za pomocą faktów, argumentów. Trzeba więc umieć poznawać i wykonywać eksperymenty i trzeba umieć dyskutować, argumentować, przekonywać. I jednego i drugiego można nauczyć. Ale mniej przez wydawanie rad i poleceń, a bardziej przez autentyczne, prawdziwe, wspólne odkrywanie. Wtedy i nauczyciel-tutor-choach odczuwać będzie radość odkrycia, zrozumienia. Odczuwać emocje tak jak student. Nauka bez emocji nie jest piękna.

Tak sobie myślę, że w choachingu ważna jest empatia i dostrzeżenie złożoności świata. Że można do wiedzy dochodzić wielotorowo (a nie tylko wg jednego schematu, przećwiczonego przez nauczyciela) i jest wiele alternatywnych sposobów poznawania i celów.

Dlaczego nie jestem entuzjastą doceniania dydaktyki akademickiej ?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W systemie awansu zawodowego i stabilności pracy na uczelniach wyższych dydaktyka nie jest doceniania. Jest gdzieś na marginesie. Liczy się przede wszystkim aktywność publikacyjna… a jakość zajęć nie wzbudza zainteresowania. Są bo są, byleby były. A przecież uczelnie wyższe w dużym stopniu utrzymują się dzięki studentom. Teoretycznie powinno więc zależeć na jak najwyższej jakości pracy dydaktycznej, bo z niej bierze się zadowolenie i satysfakcja studentów, potem absolwentów. I jakość kapitału ludzkiego na rynku pracy. Liczne są głosy, że należy docenić jakość dydaktykę akademicką i odzwierciedlić w awansie zawodowym. Ja jednak jestem przeciw…. i zaraz wyjaśnię skąd takie przewrotne i kontrowersyjne i „nielogiczne” zdanie. Bo przecież zależy mi na jakości usług uniwersyteckich.W zaganianym zawodowym życiu ciągle brakuje czasu na refleksję, na opowiedzenie wrażeń i na spokojne spisanie wszystkich przemyśleń. Na przykład pokonferencyjnych. Chwila wyrwana z wyścigu szczurów, więc spisuję. Niedawno byłem na III Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium. W czasie debaty ekspercka pt. „Dydaktyka jako piąte koło u wozu? Systemowe rozwiązania na rzecz poprawy jakości dydaktyki akademickiej” padły bardzo ciekawe stwierdzenia. Wypowiedziane chyba (jeśli mnie pamięć nie myli) przez Jarosława Jendzę z Uniwersytet Gdańskiego. Panelista przewrotnie stwierdził, że nie są możliwe zmiany w systemie awansu akademickiego, bo do prawdziwych zmian potrzebne jest naruszenie obecnego systemu. Osobiście podejście systemowa bardzo mi odpowiada.

Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? By chronić przed punktozą tę sferę życia akademickiego. Wyraźnie obserwujemy to w zakresie publikacji, zapatrzenie na punkty, punkty i jeszcze raz punkty. Owocuje to dopisywaniem się do publikacji (by wzajemnie pomagać sobie w uzyskiwaniu punktów, ważnych w karierze), rozdrabnianiem publikacji (by pomnożyć punkty, bo liczy się sztuką), fałszowania wyników, przedwczesnym publikowanie wyników. Duża część czasu i aktywności idzie w sprawozdawczość i wyszukiwania jak najowocniejszego liczenia owych punktów. Podobne trendy docierają i do aktywności dydaktycznej. Tak więc analogiczne docenienie dydaktyki spowoduje wzmożenie sprawozdawczości. Już teraz sylabusy, zestawienia itd. zajmują zbyt dużo czasu. A co będzie, gdy znajdzie się to w sferze zainteresowania wyścigu szczurów? Może więc niech lepiej dydaktyka zostanie polem na indywidualną charyzmę i zaangażowanie (wewnętrzne zmotywowanie a nie poganianie batem punktów). Bo przecie będziemy robili (ci co chcą) to samo a dojdzie jeszcze dodatkowa biurokratyczna sprawozdawczość i wyliczanie punktów….

Ale wróćmy do dyskusji ze wspomnianej konferencji. Prawdziwe zmiany nie są możliwe… jeśli nie zmieni się systemu. Wspomniany panelista wspomniał o trzech kulturach (wzorcach) uprawiania nauki. Pierwszy to kultura aureoli i prestiżu – nakierowanie na rozwój osobisty, potrzeba zdobywania uznania (publikacje, nagrody, dyplomy itd.). Ponieważ takie osoby zdobywają „punkty” to cenione są przez uczelnie. Druga to kultura umiłowania prawdy i jest nakierowana na odkrywanie, poświęcenie się poszukiwaniu czystej wiedzy. Osoby takie nie są zainteresowanie publikowaniem a odkrywaniem prawdy. Wiele wyników leży w szufladzie i czeka na ogłoszenie. Taki wzorzec mieści się w tradycji akademickiej. Trzeci wzorzec to kultura atrakcyjnego mówcy – lubi mówić i być słuchany. Przemawia na zebraniach, na wykładach, na konferencjach, w ciałach kolegialnych takich jak rady wydziału, senat uczelni, spotkania towarzystw naukowych, i oczekuje oklasków, podziwu, uznania.

Otóż te trzy wzorce to skoncentrowanie się na sobie. Dobrze oddaje funkcjonowanie człowieka w organizacji. Nazywane bywają ego-logiką. Dbanie o siebie. Dotychczasowe bibliometryczne i punktowe docenianie rozwoju takich wzorców owocuje punktozą i rozwijaniem postaw radzenia sobie w uniwersyteckiej korporacji. I wcale niekoniecznie przekłada się to na sukces samej instytucji. To ściganie się w liczbie i punktach z publikacji (prestiż), różnorodnych nagrodach i wyróżnieniach. Jeśli włączyć w ten wyścig i dydaktykę, to czy rzeczywiście podniesie się jakość? Raczej wątpliwe. A jeśli już to w stopniu minimalnym. Podniesie się w sprawozdawczości ale nie w rzeczywistości.

Jest jeszcze systemowo inny wzorzec. Eko-logika to skoncentrowanie na dobru wspólnym, na systemie, na ulepszaniu systemu, na wspólnotowości. Uniwersytet traktowany jest jako dobro wspólne, o które warto się troszczyć. Prymat wspólnoty nad dobrem własnym (czy to poszukiwaniu prestiżu, czy prawdy, czy atrakcyjnego mówcy). Prawdą jest również to, że nam Polakom ewidentnie brakuje umiejętności pracy zespołowej (eko-logicznej). Pracujemy w grupie ale nie zespołowo. W docenianiu dydaktyki należałoby przede wszystkim docenić eko-logiczne podejście (nie wyrywanie sobie zajęć ale skoncentrowanie się na studencie i efekcie finalnym). A to wymaga gruntownej zmiany systemowej. Czy na to jest gotowe środowisko akademickiej? Przecież nawet za bardzo nie dyskutuje w tym duchu.

W naszym życiu niestety dominuje ekonomia korporacyjna. I po co jeszcze zaśmiecać nią proces dydaktyczny? Lepiej pozostańmy „niedocenieni”. Przynajmniej mniej będzie zbędnej biurokracji. A proces edukacyjny nie jest łatwy do zmierzenia. Przecież wiele efektów jest długofalowych, widocznych dopiero po wielu latach. Jak to mierzyć? Teraz w bibliometrycznej ocenie wartości publikacji liczy się szybki efekt – publikowanie w punktowanym czasopiśmie i szybkie cytowanie. W wielu dyscyplinach publikacje szybko się starzeją, po 3-6 latach nikt już do takich publikacji nie zagląda i nie cytuje. Są jednak dyscypliny, w których mniej jest zaangażowanych pracowników i węższy front robót. W takich dyscyplinach prace (publikacje) czytane są i cytowane po 10-50 latach. W systemie punktowym są bezwartościowe, bo co komu po „puntach” jak już dawno wyrzucą go z pracy lub będzie na emeryturze? Rozliczani jesteśmy praktycznie co roku…. Przeniesienie tego wzorca na aktywność dydaktyczną przyniesie jedynie produkcję papierów i dużo pracy pozorowanej. Już teraz to widać. I jakby się nasilało…

Bez wewnętrznej motywacji system punktowy, zliczany co roku, niczego nie wniesie. Ludzie, zwłaszcza na uniwersytetach, nie są głupi. Dość szybko dostosowują się do każdego systemu oceny. Bo od tego zależy zatrudnienie i wysokość pensji. Tak jak w szkole uczymy się dla ocen. Nie dla siebie. W szkole dzieci pytają czy będzie za to piątka… my ile za to będzie punktów. Ego-logika. Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? Bo bez zmiany systemu będzie to kolejna punktoza (skoncentrowanie na dokumentowaniu i starannym wyliczaniu aktywności na papierze). Biurokracja i robienie czegoś dla punktów przesłoni zasadniczą aktywność. A już teraz jesteśmy przepracowani i zatopieni w papierowej sprawozdawczości.

Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry za źdźbło, ale dlatego ze się podlewa i nawozi. Zatem bardziej istotne jest tworzenie warunków do rozwoju niż tworzenie kolejnych rankingów i korporacyjnego wyścigu szczurów. Dlatego potrzebna jest gruntowna zmiana systemu. Nie ma potrzeby wymyślania coraz to nowych sposobów ciągnięcia trawy do góry. Skoncentrujmy się na podlewaniu i nawożeniu. Czyli na tworzeniu warunków. Bez kształcenia wewnętrznie zmotywowanego człowieka stworzymy ego-logiczną, korporacyjną grupę ścigających się szczurów. I nawzajem podgryzających.

Zdjęcie ze strony http://www.ideatorium.ug.edu.pl.

Dlaczego warto jeździć na konferencje naukowe ?

t_zdjecie_rodzinne_ideatorium_2015

Czy warto jeździć na konferencje naukowe? Przecież w zasadzie nie liczy się to do dorobku naukowego i awansu zawodowego, na dodatek można zapoznać się z faktami i odkryciami naukowymi w formie publikacji nie ruszając się z miejsca. Czasem nawet można wykłady konferencyjne obejrzeć w internecie (na żywo lub archiwalne filmy). Więc po co jeździć i tracić czas na podróże? Bo można przecież wszystko samemu wyszukać i w ciszy wysłuchać? Na dodatek na konferencji nasze zainteresowanie wzbudza jedynie mniejsza lub większe część referatów czy posterów. Na części się nudzimy.

Warto, ale nie dla punktów lecz po emocjonalne wzmocnienie motywacji do pracy i po inspiracje. Liczy się bezpośredni kontakt. A to oznacza szybką interakcję. Poza przekazem informacji odbieramy emocje i język ciała. A więc mamy możliwość oceniania wiarygodności wypowiedzi. To zwiększa nasze zaufanie (lub odwrotnie, wiemy że coś jest mało sensowne, że jest sztuczne i puste intelektualnie). Dzięki emocjom więcej zapamiętujemy. Emocje są na dodatek zaraźliwe. W czasie dyskusji powstaje swoista wartość dodana (Ludwik Fleck nazywał to kolektywami naukowymi), której w publikacjach nie od razu znajdziemy.

Konferencje to nie tylko sesje referatowe i wykładowe czy sesje posterowe. To także liczne okazje do bezpośrednich, kameralnych rozmów kuluarowych. W mniejszej grupie śmielej się wypowiadamy, duża publiczność o wiele bardziej stresuje i obawiamy się takich dyskusji. W spotkaniach nieformalnych wypowiedzi nie muszą być starannie uporządkowane i dopracowane. Mogą być niedokończone, rodzące się, krzepnące w wymianie zdań. Tak powstają pomysły wspólnych badań, wspólnych publikacji i nowych inspiracji. Później łatwiej o wymianę zdań, już w formie listów, e-maili itd. Pierwszy krok został wykonany. Lub ponownie wzmocniony, odnowiony.

Mimo powszechnego dostępu do coraz liczniejszych publikacji, mimo internetu i łatwego dostępu do rosnącego repozytorium wiedzy, mimo kontaktów z wykorzystaniem poczty elektronicznej, wideo-chatów, telekonferencji, pełni komunikacji w bezpośrednich spotkania nic nie zastąpi. Dlatego konferencje będą się odbywały i warto jeździć nawet daleko, gdzie w jednym miejscu zbiera się grupa specjalistów lub osób zainteresowanych wybranym tematem. Na konferencji spotyka się w jednym miejscu „rozproszone plemię” by zobaczyć „ilu nas jest”. To motywuje i inspiruje. Jest jak ładowanie akumulatorów.

Publikacje drukowane na papierze, jako rozwinięcie listów drukowanych w prasie, uzupełniały jedynie wielowiekową tradycję bezpośrednich rozmów. Komunikacja internetowa udoskonaliła i przyspieszyła kontakty między naukowcami. Bezpośrednie rozmowy są jednak czymś więcej. I dlatego będą miały swoje ważne miejsce w świecie akademickim dnia codziennego.

Z perspektywy studenta warto chodzić na wykłady uniwersyteckie. Mimo, że można samemu znaleźć w książkach i publikacjach (zajmie to więcej czasu). Na wykładach uzyskujemy nie tylko informacje, ale i wiedzę o wiarygodności, emocje, motywacje do pracy, zrozumienie. Pomijając fakt, że bywają wykłady nudne, jałowe, bezbarwne. Ale tak samo jest z publikacjami i książkami, nie wszystkie są warte przeczytania od deski do deski.

W kwietniu byłem na III Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium (więcej o konferencji na stronie: http://www.ideatorium.ug.edu.pl), zorganizowanej przez Wydział Biologii Uniwersytetu Gdańskiego. W dwudniowych obradach wzięło udział ponad 120 nauczycieli akademickich z całej Polski. Przedstawiono 23 wystąpienia ideatoryjne (krótkie referaty), dwa wykłady plenarne oraz 25 posterów. Odbyły się także dwie debaty eksperckie. I były rozmowy kuluarowe, w przerwach, na spotkaniu przy ognisku, przy kawie i nawet w podróży.

Z konferencji przywiozłem sporo inspiracji. Niektóre zwiędną zanim zaistnieją, bo zabraknie motywacji, czasu lub kolejnego wzmocnienia. Inne powoli będą dojrzewały. Głównym zyskiem było naoczne przekonanie się, że jest wielu pracowników akademickich myślących podobnie o solidności dydaktyki akademickiej. Ludzi, którym się chce poszukiwać, starać, eksperymentować. To wyzwala z poczucia osamotnienia. Motywuje. Pojawia się oczywiście pytanie gdzie i jak kontynuować w Olsztynie dyskusję o doskonaleniu dydaktyki akademickiej? Może w formule kawiarni naukowej? Jechać daleko… by zainspirować się do spotkań na miejscu…. Właśnie po to warto jeździć na konferencje. By pozornie znaleźć daleko to, co jest pod ręka na miejscu.

Jednym z miłych zaskoczeń było to, że spotkałem aż 4 osoby z Olsztyna, z innych wydziałów. Trzeba jechać za siódmą rzekę (gór po drodze nie było)… by ze sobą się spotkać. W Olsztynie nie było okazji i sposobności. Aż dopiero w Gdańsku. Wybrać się do innego miasta się spotkać i zarazić pomysłami. Przedyskutować grywalizację i gry planszowe, wykorzystywane w pracy ze studentami. Może więc wyjazd zaowocuje dalszymi spotkaniami na miejscu.

U góry zdjęcie z konferencji w Gdańsku, pobrane ze strony organizatorów.

Noc Biologów na Dzień Ziemi

kotlogo22Tradycyjnie 22. kwietnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ziemi. Tak się dobrze składa, że tego dnia ukaże się wkładka w Gazecie Olsztyńskiej, poświęcona Nocy Biologów 2015. Co ma piernik do wiatraka? Z pozoru niewiele, ale jednak coś ma. Wspominamy Noc Biologów i przy okazji dziękujemy Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego za udzielone wsparcie finansowe. Wkładka będzie relacją z Nocy Biologów 2015, która odbyła się w Olsztynie 9. stycznia. Ale w tle głównym motywem będzie edukacja pozaformalna (czytaj więcej o uniwersyteckiej edukacji pozaformalnej).

Dlaczego uniwersytet, a w tym przypadku Wydział Biologii i Biotechnologii, miałby się zajmować jakąś edukacją poza murami czyli edukacją pozaformalna? Po to, by pomóc zrozumieć świat i przyrodę. Biologia jest tylko jednym z elementów. Bez zrozumienia nie potrafimy adekwatnie działać. Wiedzieć, zrozumieć, działać. Na co dzień. Działanie to umiejętność zastosowania wiedzy w praktyce. Nie tylko coś wiedzieć (informacje), nie tylko rozumieć (znać prawa przyrody) ale umieć je zastosować w praktyce. Także by uniknąć lokalnej czy globalnej katastrofy.

Dzień Ziemi to okazja by przypomnieć, że nie bardzo wiemy, nie bardzo rozumiemy funkcjonowanie przyrody a tym bardziej nie potrafimy racjonalnie i sensownie działać. Zwłaszcza nie potrafimy wspólnie, zespołowo i interdyscyplinarnie współdziałać. W różnej skali, tej indywidualnej jak i tej krajowej, międzynarodowej.

Wiedza się szybko zmienia, potrzebne jest więc uzupełniające kształcenie… nieformalne i pozaformalne, bez chodzenia z tornistrem do szkoły, ale za to ustawiczne, czyli przez całe życie. Uczenie się jest przyjemne…. Tylko czasem o tym zapominany. Noc Biologów to uczenie się w małych porcjach z elementami zabawy, szerokich kręgów społeczeństwa i z wykorzystaniem współpracy  np. z mediami. Być jak dziecko i odkryć radość z odkrywania. Warto to sobie przypomnieć, by organizować podobne przedsięwzięcia przez cały rok.

W dniu 9 stycznia 2015 r. w Olsztynie odbyła się już czwarta edycja ogólnopolskiej Nocy Biologów. Podobnie jak w ubiegłym roku przedsięwzięcie sfinansowane zostało z dotacji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz ze środków Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

Zaplanowano blisko 100 propozycji różnych wykładów, pokazów, wystaw, wycieczek, laboratoriów, dyskusji. Olsztyńska Noc zaczęła się nietypowo o poranku, bo już o 8.30. Oficjalne i uroczyste otwarcie nastąpiło o godz. 11.00. Całość zakończyła się około godziny godz. 22. W Nocy Biologów bezpośredni udział wzięło szacunkowo ponad 500 osób, (głównie uczniowie) – zapewne trochę więcej, bo studenci odnotowywali tylko grupy zorganizowane w Collegium Biologiae. Nie wszystko dało się dobrze policzyć – przecież buchalteria nie była najważniejszym cele!  Odwiedzający Noc Biologów przyjechali m.in. z następujących miejscowości: Olsztyn, Lidzbark Warmiński, Iława, Nidzica, Pisz, Ostróda, Elbląg, Czerwonka, Lamkowo, Mława, Ostrołęka. Zatem zarówno z odległych miast jak i małych miejscowości oraz z woj. mazowieckiego.

Z przekazem edukacyjnym przez media  dotarliśmy ( i docieramy!) do co najmniej 1,5 mln odbiorców. Elementy edukacyjne ukazywały się w ciągu całego miesiąca. A teraz, z okazji Dnia Ziemi przypominamy… fascynacje poznawania tajników życia, w skali mikro i w skali ekosystemów.  Dlaczego Noc Biologów zaczęła się o poranku? Bo zimą noc jest długa i trwa kilkanaście godzin. Noc Biologów też trwa długo – kilkanaście godzin (a wydłużony efekt edukacyjny przynajmniej kilka miesięcy!). A zaczęła się o poranku, aby umożliwić udział młodzieży szkolnej w zorganizowanych grupach. To odpowiedź na ogromne zapotrzebowanie na edukację pozaformalną (poza murami szkoły). Nie mamy jeszcze olsztyńskiego Centrum Nauki (tak jak CN Kopernik w Warszawie), uniwersytet wypełnia tę pustkę piknikami naukowymi (Noc Biologów, Olsztyńskie Dni nauki itd.).

Kształcenie ustawiczne i pozaformalne jest znakiem czasu i mieści się w misji Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. W Nocy Biologów nie chodzi tylko o efektowne wybuchy i naukowe show. Zachwyt i zadziwienie, swoista rozrywka naukowa, jest jedynie wstępem do zachwytu nad światem i zachętą do zgłębiania wiedzy. Na poznawanie nigdy nie jest ani za wcześnie ani za późno. Zapraszamy więc wszystkich, niezależnie od wieku i wykształcenia… w kolejnym roku i na różne przedsięwzięcia edukacyjne przez cały rok (zbliża się Dzień Fascynujących Roślin, jeździmy z wykładami w ramach akcji „wypożycz sobie naukowca” itd.). Każdy znajdzie coś dla siebie. I znajdzie okazję na bliski kontakt z naukami biologicznymi oraz z naukowcami. W czasie styczniowej Nocy Biologów była niepowtarzalna okazja zwiedzić laboratoria i poznać codzienną pracę naukowców z UWM w Olsztynie, w szczególności z Wydziału Biologii i Biotechnologii. Nic nie stoi na przeszkodzie by indywidualnie szukać wstępu do laboratoriów w każdym innym terminie i porze roku.

W roku 2015 w czasie Nocy Biologów położyliśmy nacisk na usługi ekosystemowe oraz rożne formy terapii z wykorzystaniem metod biologicznych. Jednym z celów akcji było zaszczepienie przekonania o kluczowej roli nauk przyrodniczych w egzystencji populacji ludzkiej na Ziemi a także znaczenie biogospodarki w rozwoju regionalnym w północno-wschodniej Polsce. Tu związek z Dniem Ziemi jest bardzo wyraźny i oczywisty.

Biologia zachwyca. Biologia to nauka o życiu. Biologia rozwiązuje wiele ważnych problemów współczesnego świata. Zmienia nie tylko filozofię i codzienne dyskusje w mediach, ale wpływa także na rozwój ekonomiczny i gospodarkę opartą na innowacji. Biolodzy to nie tylko siwiejący dziadkowie, biegający po łące z siatką na motyle. Biolodzy to naukowcy, pracujący w nowoczesnych laboratoriach i rozwiązujące różnorodne problemy. Biologią stosowaną jest np. biotechnologia, inżynieria środowiskowa. Z odkryć biologicznych czerpie rolnictwo, medycyna, kosmetologia, ochrona przyrody, leśnictwo czy nawet coraz dynamiczniej rozwijająca się biogospodarka. Surowcem dla biogospodarki jest różnorodność biologiczna i kapitał ludzki. Zobaczmy więc co u siebie, w regionie mamy, i czy warto na tym budować przyszłość.

Początek XXI wieku przynosi wiele niezwykłych odkryć biologicznych, znacząco wywracających dotychczasowa wiedzę podręcznikową. Kontynuuje się poznawanie genomów wielu organizmów, w tym człowieka. Na coraz szerszą skalę są uprawiane rośliny modyfikowane genetycznie a wykorzystanie innych grup istot żywych jako GMO jest coraz większe w różnych dziedzinach życia. Trwa spór o globalne zmiany klimatyczne, skalę wpływy zmian antropogenicznych na to ocieplenie oraz o wpływ tych zmian na różnorodność biologiczną. ONZ ogłosiło Dekadę Bioróżnorodności (2011-2020). Tworzone i rozwijane są różnorodne banki genów, w tym w formie sadów i ogrodów. Rozwijane są nowe metody leczenia ludzi. Ogrody zdrowia to nie tylko estetyka ale i terapia. Pojawienie się nowych chorób, groźnych dla człowieka, wyzwoliło lawinowy rozwój nauk biomedycznych. Wyzwaniem staje się dalszy rozwój cywilizacyjny w zgodzie z możliwościami środowiska. Wiele wskazuje na to, że XXI stulecie będzie wiekiem biologii (od filozofii po gospodarkę). Trudno się więc dziwić, że ta fascynująca dziedzina nauki przyciąga rzesze chętnych do zgłębiania jej tajemnic, zarówno w formie studiów jak i kształcenia ustawicznego czy pozaformalnego.

W tę jedną noc – Noc Biologów – naukowcem mógł być każdy. Ale nie ograniczamy się tylko do jednej Nocy w roku. Edukację pozaformalną i nieformalną, we współpracę z różnymi pozauniwersyteckimi partnerami, realizujemy przez cały rok w różnych formach. A zawsze się znajdzie jakaś okazja, np. międzynarodowy Dzień Ziemi. To akurat 22 kwietnia.

Poziomkowa Krasna Pani z Puszczy Białowieskiej

krasopanigasienicaPrzeglądając zdjęcia z Puszczy Białowieskiej, wykonane kilka lat temu, natknąłem się i na tę śliczną gąsienicę. To krasopani poziomkówka. Zatem krasna czyli piękna pani. Bo zaiste motyl dorosły jest piękny, zwłaszcza jak rozpostrze skrzydła. Wtedy widać nie tylko dostojny rysunek czarnych, z białymi i żółtymi plamkami, skrzydeł, ale i drugą parę, przepięknie czerwoną i z czarnymi plamkami na brzegach. Krasny to zarazem i piękny i czerwony. Motyl jest tak urokliwy, że już malowałem go na butelkach (zdjęcie niżej). Ale jak widać na wyżej załączonym zdjęciu gąsienica (czyli larwa) też jest prześlicznej urody. Motyl średniej wielkości, rozpiętość skrzydeł 4,8-5,4 cm. W Polsce spotykany na terenie całego kraju ale lokalnie.

Krasopani poziomkówka może być uznana za gatunek charakterystyczny (w sensie dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego) dla naszego regionu. Po pierwsze ma rozmieszczenie europejskie, po drugie preferuje lasy i tereny podmokłe. Jest więc w jakimś sensie wspomnieniem dawnej puszczy Prusów oraz mocno uwodnionego Pojezierza Mazurskiego. A poza tym jest piękna i zmienna w ubarwieniu, przez co symbolicznie nawiązuje do naszej warmińsko-mazurskiej wielokulturowości.

Gatunek występuje w dwu zasadniczych odmianach barwnych, najczęściej spotykamy okazy typowe z czerwonym zabarwieniem skrzydeł drugiej pary. Ale występują też takie z żółto zabarwionymi. Ta forma jest rzadsza i nazywana flava. Zmienny jest także układ plam i połysk skrzydła – może być zielonkawy, niebieskawy lub fioletowy. Zwiększa to jeszcze zróżnicowanie w ubarwieniu. Niektórzy entomolodzy na podstawie zmienności ubarwienia wyróżniają podgatunki, np. Panaxia dominula pompalis występuje w dolinach alpejskich otwartych na południe.

Dorosłe motyle pojawiają się w połowie czerwca i obserwować można je jeszcze przez cały lipiec. Niby ćma ale aktywna za dnia. Spotkać je można w pobliżu zbiorników wodnych. Loty godowe samców odbywają się w słoneczne dni przy ciepłej i bezwietrznej pogodzie. Występuje jedno pokolenie w roku. Gąsienice pojawiają się już w sierpniu. Zimują i obserwować można je do końca maja. Mnie się udało zrobić zdjęcie w kwietniu, w Puszczy Białowieskiej, kilka lat temu. Przepoczwarczenie odbywa się na ziemi. Poczwarka jest czarna (od czarnego do czerwono-czarnego ubarwienia) z luźnym, białawym oprzędem.

Motyle są płochliwe i nie łatwo je zaobserwować. Aktywne są zarówno w dzień jak i w nocy (przylatują do światła). Najłatwiej zobaczyć tego ślicznego motyla, gdy idąc przez las przypadkowo wypłoszymy go z roślinności, w której się skrywa. O tej porze roku to tylko larwy spotkać można. Trudniej je wypatrzyć ale nie są tak płochliwe i nie potrafią szybko uciec. Łatwiej więc zrobić zdjęcie. Dorosłe motyle (a w zasadzie ćmy, bo zaliczane są do motyli nocnych) latają w ciągu dnia, gdy świeci słońce, głównie późnym popołudniem, szukając kwiatów, a w nocy przylatują do światła jak na ćmy przystało.

Krasopani poziomkówka (Callimorpha dominula synonim Panaxia dominula) znana jest także pod nazwami: niedźwiedziówka krasopani, krasa, moźnica (te dwie ostatnie to nazwy używane w XIX w.). Krasopani poziomkówka to motyl z rodziny niedźwiedziówkowatych (Arctidae). Nazwa rodziny wzięła się zapewne od mocno owłosionych gąsienic. Poziomkowa Krasna Pani (że ją tak poetycko nazwę) spotykana jest w miejscach wilgotnych, w podmokłych lasach, nad strumieniami, na polanach z jeżynami i pokrzywami. Preferuje więc siedliska ciepłe, wilgotne i prześwietlone (m.in. lasy łęgowe i olsy). Gatunek spotykany lokalnie, w miejscach występowania często liczny. W górach występuje do wysokości 2 500 m. Występuje w całej Europie, aż po Kaukaz, ale rozmieszczenie ma wyspowe i rozproszone. Nie występuje w Irlandii, Szkocji i Holandii. Miejscami występuje pospolicie i licznie, w innych rzadko i nielicznie.

W młodości, czyli w stadium gąsienicy, krasopani poziomkówka odżywia się roślinami runa, są polifagami. Gąsienice spotkać można na pokrzywie, roślinach z rodziny wargowatych (np. na jasnocie), niezapominajce, jaskrze, poziomkach a także na krzewach maliny i wiciokrzewie.

Dorosłe, mają dobrze rozwinięte narządy gębowe (co odróżnia je od większości innych niedźwiedziówek, u których ssawka jest zredukowana), służące do pobierania nektaru. Na kwiatach siada by spijać nektar, natomiast na wilgotnej ziemi by napić się wody. Ani z butelki plastikowe, ani z kranu. Tak po prostu, jak nasi przodkowie, prosto z ziemi.

krasopanibutelka

Źródła:

  • Heiko Bellmann „Owady”, Multico, Warszawa 2007.
  • Jarosław Buszko „Atlas motyli Polski. Cześć II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki.” Warszawa 1997.
  • Jerzy Heintze „Motyle Polski, atlas część pierwsza”, WSiP, Warszawa 1990.
  • Ivo Novak „Motyle”, Warszawa
  • Erazm Majewski, „Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich”, 1894 r.
  • Helgard Reichholf-Riehm, „Motyle” (seria leksykon przyrodniczy), GeoCenter, Warszawa 1996.
  • Jiri Zahradnik „Przewodnik Owady”, Warszawa 1996.

Woda z kranu w restauracji

kranowafrancjaWody pitnej zaczyna brakować w coraz większej liczbie regionów świata. Ostatnio w Kalifornii, po czteroletniej suszy, wprowadzono ograniczenie zużycia wody w gospodarstwach domowych. Bo gdy jest susza to czy ma sens podlewanie trawników i napełnianie basenów wodą wodociągową? A u nas, w Olsztynie toalety spłukujemy wodą mineralną. Zadziwiająca rozrzutność (a już w wielu miejscach obniżył się poziom wód gruntowych z negatywnymi skutkami dla rolnictwa i przyrody). Dla odmiany do picia przywozimy wodę w butelkach plastikowych, czasem z bardzo daleka, z gór. Z plastykowych butelek do wody mogą przedostawać się bisfenole. No i znacznie ważniejsze jest zużywanie paliw kopalnych na wożenie tego, co mamy na miejscu. Większa emisja spalin to także produkcja gazów cieplarnianych a więc przykładanie ręki do ocieplenia klimatu. Z coraz bardziej odczuwalnymi skutkami.

W wielu miejsca można dostać wodę za darmo do picia. Dobre wzory warto naśladować. Przy studniach w Rumunii, w restauracjach we Francji (tak jak na powyższym zdjęciu, oberża w małej farmie), Hiszpanii. I u nas ta moda na bezpłatną wodę z kranu powoli się upowszechnia. W Olsztynie już w dwóch restauracjach serwują znakomitą kranówkę:

  • Prosta 38 Restaurant (Prosta 38),
  • Restauracja Cudne Manowce (Chrobrego 4).

Osobiście cieszę się z tego drobnego sukcesu, bo okazuje się, że mówienie o wodzie i możliwości darmowej wody z kranu przynosi efekty. Piszę znowu, bo liczę na jeszcze więcej. Nawet jedna osoba może coś zrobić (wpływać na rzeczywistość).

Aby to jeszcze wzmocnić przyłączyłem się do ogólnopolskiej akcji lansowania mody na wodę z kranu. http://pijewodezkranu.org/ Każdy z nas coś może zrobić, bo zmienianie świata najlepiej zaczynać od siebie samego. Zatem do dzieła, pijmy na zdrowie. Wodę z kranu.

wodazkranu1