O pewnym stułbiopławie i o nieśmiertelności, której poszukują naukowcy

Memorial pamphlet containing certain drawings of Medusae-fig.76Czy można być nieśmiertelnym? Wydawać by się mogło, że tak. Dowodzić tego ma przykład stułbiopława, który nawet nie dorobił się polskiej nazwy (jeszcze) – żyje w zachodnim Atlantyku. Turritopsis nutricula potrafi robić rzecz niezwykłą – po osiągnięciu dorosłości może odwrócić swój rozwój i cofnąć się do stadium niedojrzałego (młodocianego). A potem znowu dorosnąć i tak w kółko przeżywać okresy dzieciństwa i dorosłości. Powrót do stułbiopławiego dzieciństwa następuje zwykle w reakcji na pogorszenie warunków życia – głód czy zmianę zasolenia wody.

W społeczeństwach ludzkich także obserwuje się wzrost dzietności po wojnach, epidemiach i innych kataklizmach. Ale to coś innego, bo dotyczy odmłodzenia populacji a nie osobnika..

Owa nieśmiertelność stułbiopława jest tylko hipotetyczna (w sumie podobną nieśmiertelność mają bakterie i pierwotniaki – cały czas rosną i się dzielą). Bo ów stułbiopław może być zjedzony przez drapieżnica, zaatakowany przez pasożyty… czy zginąć na skutek działalności człowieka. Na dodatek wspomniany stan osiągnięto w warunkach laboratoryjnych. W naturze jest trudniej, bo nie sposób tam obserwować losów jednego osobnika. Przewaga opisywanego stułbiopława nad bakteriami jest taka, że to ten sam osobnik. W przypadku bakterii i podziałów u pierwotniaków komórki powstałe w wyniku podziału można traktować jako potomne (albo jako wzrost).

Niezwykłe zdolności zaobserwowane u Turritopsis nutricula sprawiają, że stał się on obiektem wielkiego zainteresowania naukowców. Ale czy te właściwości cofania się do młodości są cechą tylko organizmów bardzo prostych i „prymitywnych”? Wydrzeć tajemnice przyrodzie.. i znaleźć eliksir młodości dla człowieka?. Chciałoby się, wtedy pojawiłyby się SPA odmładzające, jak w filmach science-fiction. Jednym słowem gospodarka oparta na wiedzy ma przyszłość, nawet w naszym regionie. A do tego niezbędna jest dobra edukacja. Edukacja to nie filantropia lecz inwestycja. A czy my chcemy inwestować w edukację szkolną i pozaszkolną?

Jeśli jednak zastanowić się głębiej, to długie życie nie jest wartością samą w sobie – wartością jest życie dobre (wartościowe). Przecież, przez porównanie, nie jest atrakcyjny długi film lub książka, jeśli są nudne, nieciekawe, bezwartościowe.

Ilustracja: William K. Brooks [Public domain], Wikimedia Commons

Niedopowiedzenia. Między nudą a gniewem.

gruzy_w_parku„Polska historia składa się z cyklicznych faz traumy, co powoduje uzależnienie. Jeśli zabraknie autorytarnej władzy lub wojny, to wytwarzamy je sami, bo nie możemy bez nich wytrzymać.”

Karolina Wigura (socjolog)

Tygodnik Powszechny, nr 45 (2015)

Niedopowiedzenia zostawiają miejsce na własną kreatywność. Miejsce na własne doświadczenie i wizję świata. Obraz i słowa komponują się w nowe skojarzenia, bardzo indywidualne.

Wichury, połamane drzewa i palenie czarownic

drzewo_posortyWiara w całkowitą sprawczość człowieka jest przeogromna. Wszystko musi mieć swoją prostą przyczynę, za którą stoi człowiek. Zjawisk losowych współczesny człowiek do wiadomości nie przyjmuje.

W poniedziałek z rana, gdy czekałem na wizytę u dentysty, zadzwonił sympatyczny pan redaktor z radia, żebym przez telefon ustosunkował się na antenie Radia Olsztyn, do telefonu słuchacza (zobacz na stronie Radia Olsztyn). W czasie weekendu mieliśmy w regionie silne wiatry, które powywracały drzewa, pozrywały dachy i linie energetyczne. Służby ratownicze i strażacy mieli pełne ręce roboty. A media temat do dyskusji. Zresztą wszyscy o tym rozmawiali. Pogoda to uniwersalny temat do rozmów. Jedni komentują w Internecie, inni dzwonią do radia czy telewizji. No i do Radia Olsztyn też zadzwonił słuchacz z postulatem, żeby ci ekolodzy, co bronią wycinki drzew, stawali w czasie wichury pod tymi starymi drzewami. Oni winni, niech spotka ich kara (w domyśle). Czułem się winny i osądzony i musiałem się (dobrowolnie) tłumaczyć na antenie.

Ale i tak miałem lepiej niż koty w dawnej Francji, nawet z okresu Oświecenia. Czemu winne były koty? Tego nie wiem i znaleźć w źródłach nie potrafię. Może był to jakiś archaiczny obrzęd pogański, może zabieg higieniczny (likwidacja nadmiaru kotów?), a może te koty jakieś choroby roznosiły (tak jak według niektórych polityków roznoszą imigranci). A może w człowieku drzemie jakaś makabryczna chęć oglądania przemocy i cierpienia? Chwała Bogu, dziś mamy telewizję i już nie zabija się ludzi na rzymskich arenach cyrkowych ku radości gawiedzi. Aktorzy tylko takie role odgrywają….

W każdym razie we Francji palenie kotów było tradycyjną i popularną zabawą. Z danych literaturowych wynika, że w XVI wieku urządzano ją dniu św. Jana (może to pozostałość po celtyckim święcie palenia ludzi w kukłach lub samych kukieł, w sumie my też w czasie przesilenia wiosennego paliliśmy Marzanny). W Paryżu i na prowincji, na placach gromadzili się tłumnie ludzie, rozpalano ognie, nad którym był umieszczony worek lub kosz z kotami. Koty spadały na stos i spalały się w płomieniach, podczas gdy tłum się radował. Zazwyczaj widowisko zaszczycał swą obecnością król z całym dworem oraz inne dostojne osoby. Wiadomo, władza dodaje powagi i splendoru. Ceremonia zniesiona została oficjalnie w 1765 roku. „Mimo, że sam przebieg ceremonii zmieniał się zależnie od miejsca, to jednak elementy tradycji były wszędzie takie same: feu de joie (ogień radości), koty i aura wesołego polowania”. Być może rytualne palenie kotów miało odegnać złe moce, a może były one czemuś winne: może za plagę myszy czy szczurów, może za zwędzenie kiełbasy ze spiżarni, albo za ból w lędźwiach kogoś ważnego.

Ale wróćmy do telefonu z Radia i ekologów, winnych powalonym drzew. Jak drzewo się wywraca… to winne drzewo, i ten, co wcześniej nie przewidział i nie wyciął. „Stare, suche drzewa”, bronione są przez ekologów. Więc winni ekolodzy, co nie pozwalają wycinać i służby, co w porę tych drzew nie wycięły. Proste? Proste, łatwo wyjaśnić nieszczęście i łatwo znaleźć oraz osądzić winnych. A radio służy do… wylania swoich żalów, pretensji i wykrzyczenia krzywd. W sumie to lepsze niż palenie kotów czy czarownic (a zwłaszcza linczowania ekologów, w czym jestem mocno osobiście zainteresowany!).

Kto winien powywracanym konkretnym drzewom? Przypadek. Bo musiało się złożyć kilka czynników. Deszcz można przewidzieć, ale nie to, gdzie krople spadną z dokładnością co do milimetra. Jak się coś wydarzy, jakieś nieszczęście, to trzeba znaleźć winnego. A jak tu obwiniać zjawiska chaotyczne, nawet jeśli chodzi o deterministyczny chaos? Wypadki na drodze zdarzają się systematycznie. Jak przed wypadkiem ustalić kto będzie winien i wcześniej go wyeliminować? Komu wcześniej zabrać prawo jazdy? Pan dzwoniący do radia sugerował, by wszystkie drzewa stare wcześniej wyciąć. A czy zasugeruje również, by wszystkie samochody usunąć z ulic? Wtedy wypadków drogowych by na pewno nie było. Tak się złożyło, że w naszym regionie w miniony weekend ucierpiał człowiek. Ale nie od przewracającego się drzewa tylko uderzyły go drzwi od stodoły (oczywiście za sprawą porywistego wiatru). To co, stodoły też wcześniej zlikwidować?

Drzewa powycinać (nawet w lesie, bo a nuż ktoś będzie szedł), rozebrać wszystkie stodoły, dachy pozdejmować, bo jeszcze wiatr zawieje i szkodę komuś wyrządzi. Ale ostatnio dużo się mówi o zanieczyszczeniu powietrza w mieście, w tym o zapyleniu. A przecież drzewa oczyszczają powietrze. Są więc niezbędnym elementem poprawy jakości życia. W sumie można z domu pousuwać wszystkie noże (żeby ktoś przypadkiem się nie skaleczył). Tylko czym chleb kroić?

Przyroda jest złożona, co sprawia trudność w rozumieniu skomplikowanego świata i zachodzących w nim zjawisk. Stąd popularność najprzeróżniejszych teorii spiskowych (denializm): jedna prosta przyczyna i wszystko jest zrozumiałe, są też winni, których można rytualnie palić na stosie, albo obsztorcować za pośrednictwem radia, telewizji, prasy czy Internetu. W ostateczności zawsze można powiedzieć, że wszystkiemu winni Żydzi, cykliści i ekolodzy. Czasem czarownice albo koty. Tylko kto się przyzna do ciemnoty, głupoty i zabobonu?

I na koniec jeszcze jeden przykład zabobonu, kołtuństwa i palenia czarownic w dawniejszej Rzeczypospolitej. Prawie w tym samym czasie, gdy zakazano we Francji publicznego palenia kotów, w 1775 w Doruchowie k. Ostrzeszowa na Wielkopolsce, miejscową dziedziczkę rozbolał palec i zrobił się jej kołtun na głowie (dziś wiemy, że kołtun powstaje za sprawą licznych wszy, gnieżdżących się we włosach, ale to oczywiście opowieść na inną okazję). Wezwany medyk nie rozpoznał choroby i nie sprawił ulgi. A przynajmniej nic na ten temat nie wiadomo. Wtedy wezwano miejscową szeptuchę, znachorkę, „babę”. Ta postawiła diagnozę taką: „Wiedźmy, cioty kołtuna zadały, Dobra z nich najpierwsza”.

„Dobra” to było imię kobiety z Doruchowa. Wskazana została przyczyna i wskazany winny, więc złość łatwo było wyładować. Ukarać, i to w majestacie prawa (w kronikach informacji nie ma czy dziedziczkę palec przestał bolec i czy kołtuna się pozbyła). Dobra była wzorową gospodynią, której się powodziło. Bogactwo jak widać w oczy gawiedź kłuje i jest dodatkowym (albo głównym) pretekstem do porachunków. Bo jak ktoś czysty i majętny, to na pewno jakiegoś Kłobuka pod dachem trzyma (tak jakby ma Mazurach czy Warmii wtedy zinterpretowano, gdzie indziej może być diabeł,.. Żyd, cyklista lub … ekolog). Skoro owa kobieta o imieniu Dobra, kołtun zadała dziedziczne i dobrze się jej powodziło, to na pewno miała konszachty z diabłem (dziś pewnie wskazalibyśmy agentów obcego wywiadu, bankierów lub inne złe siły zagraniczne). Znachorka wskazała sześć kobiet z Doruchowa winnych czarom i rzucaniu uroków. Resztę „czarownic” w ludowym czynie społecznym wytypowano z pobliskich miejscowości i przed sądem stanęło łącznie 14 kobiet. Oskarżone kobiety poddano przenajróżniejszym torturom: próbie wody, żelaza, łamaniu kości itd.

Podstawowymi atrybutami sędziów, podczas przesłuchań były: butelka wódki i krucyfiks z dwiema świeczkami. Wiadomo, trzeba się na jakiś autorytet i świętość powołać, nawet w zabobonach. A wódka dodaje odwagi w przesłuchaniach. Trzy kobiety zmarły w czasie sądowych przesłuchań (tortur), 11 kobiet przyznało się do winy i prawomocnym wyrokiem zostało skazanych na spalenie na stosie. Od razu gawiedzi z miejscowym panem lżej na duszy było, gdy usłyszeli przyznanie się do winy. Znaczy się dobrą robotę wykonali, zło wykorzeniając z okolicy. Co innego, gdyby zamęczono niewinne kobiety. Ale przecież się same przyznały….

Miejscowy ksiądz, Józef Możdżanowski, chcąc ratować kobiety przez zabobonnymi torturami i ludową mądrością gawiedzi, udał się co koń wyskoczy do króla Stanisława Augusta by prosić o interwencję. A że do Warszawy było ponad 300 km, to z ułaskawieniem nie zdążył. Jedynym skutkiem było to, że konstytucja Sejmu Warszawskiego z roku 1776, zakazała stosowania tortur oraz karania śmiercią w sprawach sądzenia o czary. Ale zabobony z filozofią zemsty w narodzie pozostały. Co łatwo zauważyć i dzisiaj w życiu politycznym, po popularności różnych teorii spiskowych (łatwo tłumaczących wszelkie zjawiska) oraz rytualnym osądzaniu „winnych”. Znaleźć winnego i go na stosie spalić. Dziś pewnie nie diabła szukamy ale agenta w archiwach SB, teczkach Stasi czy w innych podsłuchach i materiałach operacyjnych. Ewentualnie w mgle i helu. Mamy nawet wyspecjalizowane służby z abecadłem na plecach, które dzielnie szukają rzucających uroki na miłościwie panujących.

Kto winien powywracanym drzewom na Warmii i Mazurach? Wichury, jako skutek antropogenicznego ocieplenia klimatu. Naukowcy, w tym ekolodzy, od dawna uprzedzali, że będą nasilać się zjawiska atmosferyczne. Co najgorsze jeszcze przed nami. Łącznie z suszami, powodziami i silnymi tornadami. Jeśli szukać już winnego, to są nim zatwardziali zaprzeczacze antropogenicznego ocieplania klimatu i zwolennicy nieustannego wykorzystywania paliw kopalnych (węgla i ropy naftowej). To ja proponuję stać wszystkim węglowcom i wycinaczom drzew w czasie wichury pod drzewami, stodołami i domami, w dolinach rzek w czasie powodzi itd. Bo przez analogię można powiedzieć, że za szkody wyrządzone przez wichury odpowiadają zwolennicy paliw kopalnych i przeciwnicy budowy wiatraków (i innych odnawialnych źródeł energii), bo wichury są skutkiem ocieplenia klimatu, a to z kolei wynika ze zbyt dużych emisji gazów cieplarnianych, w tym ze spalania paliw kopanych. To była satyra oczywiście. Piszę na wszelki wypadek, by nie być opacznie zrozumianym…

Przy zmianach klimatu będzie rosła nieprzewidywalność zjawisk. Przypadek i chaos deterministyczny są w przyrodzie. I żadne odczynianie uroków, palenie kotów czy obwinianie ekologów tutaj nie pomoże. Co najwyżej zaspokoi potrzebę ludowego samosądu.

ps. A jak coś będzie działo się niedobrego, to zawsze jakieś koty do spalenia się znajdą, albo gimnazja do zlikwidowania albo dwustopniowe studia w systemie bolońskim (też do zlikwidowania).

Gimnazja – czy warto je likwidować?

12109899_10206854533675252_6850580317527892017_oNagła zapowiedź nowej ekipy rządzącej zlikwidowania gimnazjów (potem nazwaną wygaszaniem, ale już od września 2016 roku) wywołała duże zaniepokojenie i dyskusję społeczną. Nie ma jednak tego złego, co na dobre by nie można obrócić. Edukacja w ogólnonarodowych dyskusjach od wielu lat jest marginalizowana, uważana za sprawę mało ważną (w porównaniu do emerytur, autostrad, górników itd.). A potrzebna jest nam szeroka i dogłębna dyskusja: czego chcemy od szkoły i edukacji. Świat się bardzo zmienił i zmienić trzeba całe środowisko edukacyjne. W gospodarce opartej na wiedzy edukacja jest kluczową inwestycją.

Odnoszę wrażenie, że gimnazja są kozłem ofiarnym narodowej niechęci do szkoły jako takiej (czasem szkoły sprzed 20-40 lat, zapamiętanej i teraz wydobywanej ze wspomnień). Likwidacja gimnazjów to takie rytualne palenie czarownic, które poza odreagowaniem i zemstą nic dobrego nie przynosi. Szkody społeczne będą wielkie a nie będzie żadnego zysku edukacyjnego. Warto także przypomnieć, że gimnazja nie są pomysłem Platformy Obywatelskiej i odchodzącego rządu, także liderzy PiS (jeszcze w szeregach AWS) głosowali za utworzeniem gimnazjów. Dlatego likwidację gimnazjów spokojnie można wyjąć z zestawu „zemsty” politycznej i społecznego odreagowania. Możemy skupić się na argumentacji merytorycznej a nie na emocjonalnej.

Nagłe zmiany w systemie edukacji nie są dobre z kilku względów. Nauczyciele potrzebują wsparcia i pomocy a nie ciągłego podrzucania zmian (nauczyciele potrzebują spokoju a nie nieustannego chaosu). Postulat likwidacji gimnazjów nie wynika z jakichkolwiek przeprowadzonych badań edukacyjnych lecz z indywidualnych opinii, mocno subiektywnych i najczęściej dotyczących przeszłości. Jest wiele niedociągnięć w polskim systemie edukacyjnym, włącznie z gimnazjami, i wiele problemów, którymi trzeba się pilnie zająć. Dyskusja o likwidacji gimnazjów to problem zastępczy, odbierający energię i czas na potrzebne zmiany, z tego względu jest to szkodliwe dla nas wszystkich, Wykorzystamy jednak okazję zwiększonego zainteresowania i umieśćmy problemy kształcenia w głównym nurcie debaty publicznej.

Za sukcesy edukacyjne nastolatków, mierzone międzynarodowymi raportami PISA, odpowiedzialne jest także kształcenie ogólne, w tym realizowane w gimnazjach. Oczywiście, edukacja to problem złożony i wieloczynnikowy. Byłoby uproszczeniem cały sukces przypisywać gimnazjom, niemniej dotychczasowe dane wskazują, że to był dobry pomysł i warto go ulepszać a nie likwidować. Jak podaje raport, znacznie zmniejszył się odsetek uczniów mających bardzo niski poziom umiejętności, czyli zagrożonych wykluczeniem społecznym, a wzrosła grupa uczniów o najlepszych wynikach. (czytaj więcej)

Zasadnicza zmiana systemu – czy warto?

Nie da się zrobić likwidacji gimnazjów w ciągu roku czy nawet trzech lat. To znacznie bardziej złożony problem niż się wydaje. Reformy trwają wiele lat i nie wynika to z lenistwa. „Wygaszanie” gimnazjów – to nie jest tak, że klasa siódma zostanie w podstawówce a nie będzie po prostu pierwszej klasy gimnazjów. Bo brakuje programów nauczania, podręczników, niedostosowana jest baza lokalowa itd. Zmiany będą kosztowne finansowo i społecznie (np. wybudowanie i dostosowanych budynków, przekwalifikowanie nauczycieli itd.). Wraz z likwidacją gimnazjów zmieniamy system edukacji (a więc i programy nauczania) z 3 + 3 (to szkoła podstawowa) + 3 (gimnazjum) + 3 (liceum) na 3+5 (szkoła podstawowa) + 4 (liceum). A więc zmienić trzeba program zarówno w szkole podstawowej jak i liceum. Czy warto?

Żeby się zmiana udała, trzeba przekonać nauczycieli by rozumieli sens tych zmian. Dotychczasowe reformy, nie tylko w edukacji, zawierały zbyt mało elementu przekonywania co do sensu i istoty zmian. Teraz w ogóle tego elementu nie ma (zamiast postępu mamy znaczny regres). Zrodzi to tylko chaos, niepokoje i silne protesty. Co zresztą już widać, a będzie tylko gorzej. Może więc likwidować gimnazja tylko znacznie wolniej i z większym przygotowaniem? Najpierw przygotować koncepcję edukacyjną, potem programy (podstawę pogramową) i dopiero za kilka lat wprowadzać zmiany? I tu również rodzi się pytanie po co? Jaki byłby sens edukacyjny?

Gimnazja demoralizują czy raczej wiek jest niebezpieczny?

W dyskusji najczęściej podnoszony jest argument, że tam w tych gimnazjach to sama patologia, przemoc, chuligaństwo itd. Badania raczej tego nie potwierdzają. Gimnazja można zlikwidować, ale wieku nastoletniego nie da się „zlikwidować”. Zatem problemy wychowawcze będą i tak. Warto podkreślić, że okres nastoletniego buntu jest czymś naturalnym biologicznie, fizjologicznie i społecznie. Ten bunt dał nam sukces ewolucyjny w przeszłości (polecam zapoznać się z wykładem, dotyczącym neurodydaktyki, i jeszcze tym – trochę dłuższy).

Rolą dorosłych i szkoły jest pomóc w dobrym skanalizowaniu tego okresu buntu (uwarunkowanego fizjologicznie a nie dobrym czy złym wychowaniem) oraz uchronić przed niebezpiecznymi działaniami. Adolescencja to okres nastoletniego dorastania między dzieciństwem a dorosłością. Czas trwania adolescencji, „trudnego okresu nastoletniego”, zależy również od płci i indywidualnych cech jednostki, a także od warunków środowiskowych. Z grubsza przypada na okres gimnazjum. Dlatego gimnazja trzeba wspierać, także większą liczbą godzin dla pedagogów i psychologów. W okresie tym pojawia się lub uaktywnia popęd płciowy oraz szereg nowych zainteresowań społecznych. Jest to okres odkrywania własnych potencjałów i kształtowania własnego systemu wartości, negowania autorytetów itd. Ze względu na rozwój mózgu większa jest skłonność u nastolatków do działań ryzykownych i niebezpiecznych. Pojawia się w tym okresie wiele zaburzeń emocjonalnych, np.: wybuchowość, wahania nastroju, niekiedy myśli samobójcze, częste są zachowanie agresywne. Gimnazjum można zlikwidować ale wieku nastoletniego z jego rozwojowymi problemami się nie zlikwiduje. Jeśli zostawimy gimnazjalistów w szkole podstawowej, to wcale nie będą grzeczniejsi i nie wezmą przykładu z młodszych dzieci. Wręcz odwrotnie, to starsi są autorytetem.

Poprzez likwidację gimnazjów nie zlikwidujemy problemów adolescencji a zwiększymy problemy wychowawcze w grupie młodszej. Gimnazjaliści w podstawówce irytować będą się obecnością „dzieci” – bo sami chcą podkreślać swoją „dorosłość”, będę dodatkowo fizycznie niebezpieczni dla najmłodszych (już choćby za sprawą różnicy w wielkości ciała). Właśnie dlatego utworzono gimnazja, aby zapobiec przemocy w szkole i uchronić najmniejszych. Po co psuć to co jest dobre? Lepiej optymalizować i wspierać dobre rozwiązania. Młodsze dzieci mają zupełnie inne problemy wychowawcze. Dzięki oddzieleniu młodszych dzieci i nastoletnich gimnazjalistów w osobnych budynkach i osobnych szkołach, uwaga nauczycieli i wychowawców może skupić się na konkretnych grupach wiekowych. Każdy wiek zyskuje osobną uwagę pedagogiczną i można dostosowywać metody ( czytaj więcej). Jeśli jesteśmy niezadowoleni z rezultatów, to wspierajmy edukację a nie likwidujmy szkół!

Likwidując gimnazja nie zlikwidujemy np. nadmiaru testów i nauczania pod testy (szkolny wyścig szczurów), nie zlikwidujemy nadmiaru papierologii, którą są obciążeni nauczyciele (marnują energię i czas w papierach zamiast pracować z dziećmi), nie zlikwidujemy rankingu szkół i innych, szkodliwych zjawisk w edukacji. Zajmijmy się dyskusją o tych rzeczywistych problemach polskiej szkoły a nie rytualnym tematem zastępczym! To tyle tytułem dygresji.

Problemy agresji różne są w różnym wieku. Według niedawno publikowanego raportu „Bezpieczeństwo uczniów i klimat społeczny w polskich szkołach” Instytutu Badań Edukacyjnych, problemy agresji i dręczenia w największym stopniu dotyczą klas IV–VI szkoły podstawowej, w mniejszym stopniu gimnazjum (a więc wbrew naszym obiegowym opiniom). Inaczej jest z agresją elektroniczną, w której przodują uczniowie starsi, w tym gimnazjaliści.

Mobilność (kompetencje zespołowe)

Utworzenie gimnazjów zwiększa szanse na mobilność młodzieży (ale te szanse trzeba wykorzystywać a nie marnować). Kompetencje pracy w zespołach są ważne we współczesnym świecie. Bo w życiu dorosłym często będziemy zmieniali środowiska zawodowe i społeczne, w których się obracamy. Indywidualne zmienianie szkoły trochę stygmatyzuje przenoszącego się ucznia. Przy zmianie szkoły, z podstawówki na gimnazjum i z gimnazjum na liceum, cała klasa tworzy się od nowa. Można od nowa ułożyć swoje relacje na równych prawach, z „grubą kreską” odcinająca przeszłość (sukcesami można się chwalić, porażek raczej nie będziemy przypominali). Uczeń może pozbyć się nieprzyjemnych łatek i złych opinii, może zacząć od nowa. Ponadto gimnazja dają szansę młodzieży z małych środowisk.

Osiem lat w jednej szkole? Bo nauczyciele znają? Kluczem są małe szkoły, gdzie nauczyciele rzeczywiście znają wszystkich uczniów, w przeciwieństwie do wielkich „fabrycznych” molochów. Ale dotyczy to zarówno szkoły podstawowej jak i gimnazjum. Winny jest system, preferujący ekonomię a nie efektywność edukacyjną. Likwidując gimnazja wcale nie likwidujemy mody na duże, „ekonomiczne” szkoły.

Postulat likwidacji gimnazjów jest koncepcją postępu przez regres, czyli coś logicznie i merytorycznie bezsensownego. Jednym z powodów utworzenia gimnazjów w polskim systemie edukacyjnym było zwiększenie szansy dla młodzieży ze wsi i małych miast na dobre wykształcenie. Drugim ważnym powodem było oddzielenie dzieci młodszych i starszych nastolatków, ze względów wychowawczych i ze względu na bezpieczeństwo (czytaj więcej). Teraz mamy to wszystko zaprzepaścić, „bo tak”? Edukacja jest zbyt ważna by pozwolić sobie na tak wielką niefrasobliwość.

Czytaj też: Likwidacja gimnazjów to pomysł archaiczny i szkodliwy dla edukacji 

Barwy jesieni – odstraszanie czy osłona a może deterministyczny chaos?

liscie_jesienWszystko za sprawą pani redaktor z telewizji. Chciała wiedzieć dlaczego liście jesienią są kolorowe, żółte, pomarańczowe i czerwone. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. Na zadane pytanie można było odpowiedzieć zdawkowo, odwołując się do wiedzy ze szkoły i ze studiów, ciut uzupełnionej zasłyszanymi/przeczytanymi ciekawostkami. Pewny swego sięgnąłem do źródeł by sobie wiedzę odświeżyć, przypomnieć kilka nazw. W telewizji wyemitowano kilkanaście sekund wypowiedzi. I tyle na potrzeby telewizji, zwłaszcza programu o pogodzie, wystarczy. Ale we mnie pozostała niepewność i dręczące dodatkowe pytania, które zrodziły się w czasie przygotowań do „występu” przed kamerą.

Dociekliwość to stawianie kolejnych pytań. Zupełnie jak kilkuletnie dziecko, które pyta się w sprawach „oczywistych” (dla dorosłego) „a dlaczego?”, i nie ma odpowiedzi, która by nie rodziła kolejnego pytania. Dorosłych to często irytuje, bo na 2-5 pytań można odpowiedzieć, ale na kilkanaście-kilkadziesiąt zadanych w jednej serii? Naukowcy są jak dzieci, nienasyceni w odpowiedziach, bo wciąż zadają pytania. Tu mała dygresja: naukowcem się bywa, stanowisko się zajmuje. Naukowcem bywa się wtedy, gdy zadaje się pytania i pyta przyrody (poprzez obserwacje i eksperymenty). Czasem na odpowiedź czekać trzeba latami. A stanowisko (nawet naukowe) można piastować przez lata… nie zadając sobie pytań. Bo przecież z dzięcięctwa się wyrosło… i w ogóle, to wszytko już wiadomo i wszystko jest oczywistością. Oczywiście oczywistą oczywistością (gdyby ktoś miał jednak wątpliwość).

Wróćmy do liści jesienią spadających z drzew i kolorowych krajobrazów. Odpowiedzi można udzielić w kilku warstwach, jedne są trywialne, inne mocno zastanawiają. Wiadomo, że prędzej czy później liście na drzewie usychają. Tak po prostu ze starości (choroby, suszy itd.). Żółkną i usychają, spadają na ziemię i tworzą ściółkę. Ale w strefie klimatu umiarkowanego większość drzew traci liście jesienią. Listopad wszak swą nazwę bierze od spadania liści.

Drzewa liściaste mają liście o dużej powierzchni. To bardzo wydajnych system („fabryka”), przeprowadzający fotosyntezę. Ale zimą, ze względu na krótszy dzień i niską temperaturę, wydajność fotosyntezy jest niewielka (o ile w ogóle zachodzą dogodne warunki). Na dodatek do fotosyntezy potrzeba wody. Teraz, w czasie trwającej u nas suszy, w ogrodach botanicznych podlewa się niektóre drzewa (o zielonych jeszcze liściach), by nie uschły jesienią z braku wody. Ale to są gatunki egzotyczne. Z liśćmi o dużej powierzchni zimą jest jeszcze jeden kłopot – przy opadach śniegu łamią się gałęzie. Możemy to czasem zaobserwować, gdy jesienią zbyt szybko spadnie śnieg lub w maju, gdy liście już się pojawia a trafi się wiosenny śnieg. Gałęzie się łamią pod ciężarem śniegu.

Drzewa iglaste przyjęły inną strategię: ich liście mają małą powierzchnię (szpilki) a korona (pokrój drzewa) wygląda niczym spadzisty dach. Na przykład taki świerk – on się zimowego śniegu nie boi, gałęzie się nie łamią. Czyli mała powierzchnia i gruba izolacja przed parowaniem. Nie zrzuca wszystkich liści (igła-szpilka to też liść). Mniejsza wydajność fotosyntezy latem, ale nie ma potrzeby na wiosnę odbudowywać całego aparatu fotosyntetyzującego. Owszem, drzewa iglaste także zrzucają liście (szpilki), ale nie wszystkie na raz. Ale i u drzew iglastych są wyjątki – ma przykład modrzewie – jesienią zrzucają swoje liście-szpilki.

No dobrze, zrzucają liście na zimę, bo tak jest bezpieczniej (aby gałęzie się nie łamały), ale dlaczego są żółte, czerwone i kolorowe? Zielony kolor liści bierze się z zielonej barwy chlorofilu. Oprócz chlorofilu w liściach mogą występować także i inne barwniki (o nich niżej), ale wszystko kamufluje jednolita zieleń. Jesienią zamiera chlorofil a drzewo wycofuje z liści różne substancje (np. deficytowy azot). Tak jak my wynosimy na śmietnik stary telewizor, to wykręcamy części, które mogą się nam przydać, np. pilot, kabel itd.

U nasady ogonka liściowego przerywana jest łączność liścia z drzewem. I usycha (przez jakiś czas pędząc żywot porzuconego, zapomnianego samotnika). Jeśli wody jest jeszcze wystarczająco dużo, to liść żółknie i czerwienieje, zanim uschnie na sucho-brązowo (całkiem martwy). W tych żółciach i czerwieniach drzewa wyglądają przecudnie. A naukowcy od dawna zastanawiali się dlaczego liście są żółte lub czerwone i jaki to mam sens. Jedni udowadniają, że kolorowe liście to taki przeciwsłoneczny „krem”, osłona, inni, że to ostrzeżenie dla roślinożerców (owadów).

Ale po kolei. Liście zawierają nie tylko chlorofil (zielony barwnik, odpowiedzialny za fotosyntezę). Gdy zanika chlorofil uwidaczniają się żółte i pomarańczowe karotenoidy (karoten, ksantofil). Kolorowa jesień w dużym stopniu uzależniona jest także od pogody (ale o tym za chwilę). Ale jest jeszcze większa zagadka, bowiem nie tylko uwidaczniają się karotenoidy ale tworzone są nowe barwniki, np. czerwone antocyjany. Po co roślinie na ten krótki czas synteza nowych związków, kiedy liść i tak spisany jest na straty, często już przerywana jest łączność z resztą organizmu-drzewa? Jaki w tym sens? Hipoteza osłony mówi, że żółte i czerwone barwniki osłaniają wrażliwe części przed intensywnym promieniowaniem słonecznych, a w zasadzie przed ultrafioletem. Synteza antocyjanów byłaby więc swoistą zasłoną dymną dla wycofywania z liści niezbędnych substancji takich jak azot (przechowują nadmierne ilości światła i wychwytują wolne rodniki) lub obroną zachodzących w liściu procesów. I by promieniowanie ultrafioletowe nie niszczyło związków chemicznych – karotenoidy i antocyjany stanowiłyby osłonę. Proces powiązany byłby z pogodą.

Pod koniec XX wieku William Hamilton dopatrzył się sensu ewolucyjnego. Starał się udowodnić, że jesienne kolory (czerwień antocyjanów) mają odstraszać szkodniki, konkretnie mszyce. Naukowcy odkryli, że drzewa o najbardziej intensywnych kolorach jesienią były zdrowsze wiosną. Czyli jesienią odstraszały mszyce, by nie składały jaj (sygnał – „jestem silny i twoje potomstwo będzie miało kłopoty, będę się broniło chemicznie”). Hipoteza zyskała wielu zwolenników. Ale wątpliwości budzą następujące fakty: w okresie późnej jesieni mszyce nie składają już jaj, ponadto nie wiadomo czy rozpoznają te „sygnalizacyjne” kolory liści. W końcu można to wytłumaczyć jeszcze inaczej: drzewa, które są w dobrej kondycji mają kolorowe liście jesienią i są zdrowsze wiosną. Kolory liści i wiosenna kondycja wynikają z tej samej przyczyny ale nie są ze sobą powiązane (dobra kondycja nie wynika z czerwonych liści jesienią i odstraszonych owadów). Związek statystyczny jakichś zjawisk wcale nie musi być związkiem przyczynowo-skutkowym.

A mnie do głowy przyszło jeszcze jedno wyjaśnienie. Jeśli liście są odcinane od drzewa, to niejako pozostają pozostawione same sobie, i żyją własnym życiem (krótkim). Tak jak Wielka Brytania po wycofaniu się wojsk rzymskich. Zapomniana, porzucona prowincja, żyjąca własnym rytmem, już bez związku z resztą „imperium”. Być może więc produkcja antocyjanów to takie samoorganizujące się procesy odizolowanej „wyspy”. Bez nadziei na sukces i przetrwanie ale jednak efemeryczne trwanie. Na ile pogoda pozwoli. Liście są różnokolorowe najwyżej kilka tygodni.

Drzewo to przykład nie do końca centralnego sterowania, w części rozproszonego (tak jak w trzeciej rewolucji technologicznej). Nie zarządza wszystkimi liśćmi z jednego miejsca, nie decyduje czy produkcję chlorofilu dla wszystkich liści „wyłączyć” w tym samym momencie. Efekt kończony zależy od pogody (sygnałów np. skracającego się dnia), od całości drzewa i od mikro-lokalnych procesów w pojedynczym liściu, zwłaszcza gdy łączność wiązkami przewodzącymi jest już przerwana (odcinanie liścia u nasady ogonka). Liście są żółte nie tylko, gdy wiszą na konarach, ale i po upadku na ziemię.

Tak więc nie tylko ogólne prawidłowości ale i lokalny przypadek: temperatura w środku lasu i na obrzeżu może być inna, inny dostęp do wody i nasłonecznienia itd., w rezultacie nie wszystkie liście i nie wszystkie drzewa żółkną i czerwienieją w tym samym czasie. Przyrodnicy używają czasem pojęcia deterministyczny chaos. Dobrze pasuje to do kolorowej, leśnej jesieni. Kolorowa jesień zależy od pogody. Najbardziej kolorowa jest gdy:

  • Temperatura powietrza spada powoli, ale nie gwałtownie (szybki mróz ogałaca nawet i zielone jeszcze liście z drzew).
  • Pogoda powinna być słoneczna, a niebo bezchmurne (tu mielibyśmy powiązanie z hipoteza osłony przez nadmiarem światła, ewentualnie możemy założyć, że owady są jeszcze aktywne).
  • Odpowiednia wilgotność.

Na pytanie dlaczego u nas jesienią liście są tak kolorowe: żółte, pomarańczowe, czerwone udało się udzielić kilka odpowiedzi. Ale one rodzą kolejne pytania i chęć dociekania. Zawsze można próbować falsyfikować hipotezy i zadawać kolejne „głupie, dziecięce” pytania. Ale głupich pytań nie ma, są tylko głupie odpowiedzi.

Nie bój się więc pytać siebie samego i innych.

Tkanki ze szkła czyli o dobrej popularyzacji nauki

tkanki_ze_szka_2Jakiś czas temu odwiedziłem wystawę w galerii sztuki. Były to zdjęcia, ale chyba zupełnie nie rozumiałem autorki i prac przez nią zaprezentowanych. Zdjęcia wydały mi się brzydkie. Przeczytałem informację o autorce i o jej zamyśle. Moje odczucie było zupełnie inne od zamierzeń autorki. Na dodatek opis był bardzo hermetyczny, z żargonowym językiem, zrozumiałym chyba tylko dla krytyków sztuki. Pracownica galerii opowiedziała o tej wystawie własnymi słowami – wtedy zrozumiałem o co chodzi. Jak widać potrzebny był tłumacz, przekładający z polskiego na nasze.

Dlaczego we wstępie piszę o sztuce mimo, że tytuł odnosi się do popularyzacji nauki? By pokazać jak ważna jest komunikatywność przekazu. Brak komunikacji i hermetyczność nie jest cechą wyłącznie naukowców. Także artyści (i inne grupy zawodowe) bywają zamknięci w swoim gronie i nie czują potrzeby (nie dostrzegają) by mówić do ludzi… a nie to siebie samych.

Pora przejść do sedna i pozytywnego przykładu. Witraże pani Profesor Barbary Gawrońskiej-Kozak już widziałem wcześniej (na wystawie w Bibliotece Głównej UWM). Dla mnie, jako biologa, wymowa tych prac była oczywista: widziałem nie tylko kolorowe plamy, nie tylko piękno ale i biologiczny sens. Widziałem tkanki. I to, że nauka jest piękna a naukowcy nie mają klapek na oczach. Po raz kolejny prace pani Profesor zobaczyłem na wystawie w Galerii Stary Ratusz, zorganizowanej z okazji europejskiej Nocy Naukowców. Ale tym razem wystawa, skierowana do szerokiego odbiorcy,  uzupełniona była planszami objaśniającymi, gdzie obok zdjęcia witrażowej pracy znalazł się schemat tkanki (pierwowzór) oraz objaśnienie co jest co. Można było podziwiać ale i rozumieć co się widzi.

tkanki_ze_szka_1

Dobra popularyzacja nauki (upowszechnianie) to nie tylko zachwyt (wybuchy, sensacja, niezwykłość), ale także objaśnienie rzeczywistości. Rolą takiej popularyzacji jest nie tylko zaciekawić ale i wyjaśnić. Empatyczna komunikatywność (myślą co tym co dociera do odbiorcy) jest niezwykle ważna w popularyzacji nauki.

więcej zdjęć z wystawy

tkanki_ze_szka_3

Nie cały umrę…

mogiaNic w przyrodzie nie ginie, zmienia tylko miejsce. Codziennie pobieramy pokarm, pijemy wodę, włączamy materię w masz organizm. I codziennie wydychamy dwutlenek węgla, wydalamy, pocimy się. Kolejne atomy różnych pierwiastków opuszczają nasz organizm. Krążą w nas a potem na powrót dostają się do środowiska, do biosfery. Podobno co siedem lat wymieniamy w pełni wszystkie atomy naszego organizmu.

A gdy umieramy to cały organizm, jako ekosystem, powoli włącza się w obieg przyrody. Różnymi procesami balsamowania próbujemy choć w części spowolnić ten proces. W chwili śmierci materia nie ginie. Ginie nasza struktura. Oraz organizmy z nami żyjące (hologenom).

Po drugie, po naszej śmierci zostają geny, i to nie koniecznie tylko w naszym potomstwie. Geny bezdzietnych też się rozprzestrzeniają. Przecież nasze geny dostaliśmy od innych (nasza własność indywidualna jest iluzoryczna, nie tylko w genach). One funkcjonują w populacji. Czasem w wyniku transferu poziomego czy hybrydogenezy, dostają się do zupełnie innych gatunków. Geny wędrują nie tylko w jądrowym DNA ale i w mitochondrialnym (tylko po kądzieli). A jeśli uwzględnić teorię hologenomu, to geny, z których na co dzień korzystamy, są elementem dziedziczenia cech nabytych. Bo dziedziczymy je środowiskowo. Te „cudze” geny otrzymujemy wraz z mlekiem matki a potem w kontaktach rodzinnych i społecznych pozyskujemy mikroorganizmy (bakterie, grzyby itd.). Cudze geny też są do życia ważne. Można dodać jeszcze zjawisko mikrochimeryzmu i obecności „obcych” komórek w naszych organizmach. Nigdy nie jesteśmy sami. Zawsze jesteśmy częścią biosfery, chwilowym wyodrębnieniem materii i genów. Po naszej śmierci one dalej trwają. Nie całkiem więc i w tym aspekcie umieramy.

Po trzecie jest jeszcze dziedziczenie kulturowe – przekazywanie pozagenetycznej informacji biologicznej. Przekazywanie słowami u Homo sapiens trwało setki tysięcy lat. Non omnis moriar – głosił Horacy, podkreślając w ten sposób, że sława poety jest nieśmiertelna. Poeta umiera ale jego słowa trwają w innych. Gdy są powtarzane lub nawet interpretowane, modyfikowane. Jeszcze bardziej taka nieśmiertelność ujawnia się w słowie pisanym i drukowanym – są trwalsze niż ulotne słowo. Nieśmiertelność w piśmie, naukowców, dziennikarzy, pisarzy jest wtedy, gdy są cytowani. Ale przecież sporo przechodzi do domeny publicznej i ginie metka-etykietka autora. Kto wynalazł chleb czy koło? Nie znamy autorów, a przecież ważniejsze są w życiu niż telewizor czy komputer. Anonimowa nieśmiertelność.

Trwałe są słowa zapisane na papierze, trwalsze wyryte w kamieniu (ogień nie strawi – chyba że zginą ludzie, którzy odczytać tekst potrafią), ale najtrwalszy jest zapis… w sercach ludzkich. Czyli dobre uczynki. One pomnażają się w wyniku dzielenia. Przekazywanie wartości, tych dobrych i tych złych (np. nienawiść, hejt, obmowa) dzieje się codziennie. Lepiej jednak przenosić wszy niż plotki i obmowę. Bo samo trwanie nie jest wartością samą w sobie. Dobro niech trwa, zło niech szybko przemija.

I w końcu ostatni aspekt nie całkiem umierania. Jako chrześcijanin umrę cieleśnie, dusza pozostanie. Inne życie po śmierci, inne istnienie. W czymś dobrym lub czymś złym (wolałbym to pierwsze). Trwanie w więzi z absolutem lub… gdzieś w otchłani piekieł (daleko od). Nie znam tego. Kiedyś jak każdy się przekonam.

Jakby rzecz nie ujmować, czy biologicznie, genetycznie, literacko czy transcendentnie – nie całkiem się umiera. Ważne jest to co z nas wychodzi, to co po nas zostaje. I nie ważne czy będzie miało wyraźną metkę z nazwiskiem.

Posłuchaj też audycji radiowej.

Dyktatury i antyeuropejski kult siły. Europa współczesna popełnia błędy przeszłości.

Davies_europaZadziwiające jest jak na wiele współczesnych problemów możemy znaleźć odpowiedzi w historii (przeszłości). Mimo oczywistych różnic i indywidualności widoczne są ogólne procesy. Od kilku tygodni czytam Europę (rozprawa historyka z historią) Normana Daviesa. Znakomita książka, obszerny esej nie tylko historyczny. Czytam drugi raz, po kilku latach i odnajduję zupełnie nowe treści. Dostrzegamy świat przez pryzmat własnych doświadczeń i własnej już posiadanej i uporządkowanej wiedzy. Nawiązując do klasyki: nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – czytając teraz jestem kimś innym niż 10 lat temu, bo mam bogatsze doświadczenia i inaczej ustrukturyzowaną wiedzę.

Tu mała dygresja edukacyjna, czasem ludzie pytają dlaczego w edukacji szkolnej te same działy z biologii czy historii przerabiane są w podstawówce, potem w gimnazjum i potem w liceum? To jak wchodzenie na wieżę po schodach, co jakiś czas jesteśmy z tej samej strony (np. od wschodu), ale za każdym razem wyżej i więcej widzimy. Te niby powtórzenia maja sens.

Ale wróćmy do Europy Daviesa i współczesności. Obserwując Europę ostatnich lat możemy zauważyć z niepokojem, że w krajach demokratycznych narasta fala nacjonalizmów i sentymentu do dyktatorów. Ostatnio władzę zdobywają partie autorytarne, z kultem jednostki i siły. Czy świat zwariował? Przecież jeszcze niedawno te same narody z trudem wyzwoliły się spod dyktatur. Czemu powtarzają stare błędy, które tak dużo (w tym i krwi) kosztowały?

Od wczoraj czytam o przyczynach i skutkach Pierwszej Wojny Światowej w Europie. Okresie, gdzie na własne życzenie Europa dokonała samobójstwa i z lidera światowego zdegradowała się do roli podrzędnej, w wyniku wyniszczającej wojny domowej (wewnątrzeuropejskiej). Przyczyną wojny były monarchie i imperialne ambicje państw w małym stopniu demokratycznych. Zginęło wiele milionów ludzi. Jednym ze skutków tej wojny było porzucenie monarchii i narodziny wielu republik. Postęp zrodzony na krwawych błędach. Pamięć bywa jednak krótka…

A teraz cytat z Daviesa, jakże pouczający: „Politykę okresu międzywojennego dręczył powracający obraz liberalnych demokracji, które kolejno padały ofiarą dyktatur.” A czy i teraz nie mamy kult siły Putina, orbanizację Węgier i podobne wybory w Polsce, z rosnąca popularnością nacjonalistów w całej Europie, rosnącą ksenofobią? Demokracje zamieniają się w dyktatury. Białoruś tylko przez chwilę, po uzyskaniu niepodległości, była w pełni republiką. Przerodziła się w dyktaturę, niemalże dziedziczną monarchię. Podobnie było z Rosją po upadku ZSRR. Przykładów jest znacznie więcej.

„Przecież w momencie wybuchu Wielkiej Wojny na kontynencie europejskim było 19 monarchii i 3 republiki, podczas gdy w dniu jej zakończenia monarchii było 14, a republik 16.” Potem jednak Niemal każdego roku w tym czy innym państwie ludzie widzieli, jak ich demokratycznej konstytucji zadaje gwałt taki czy innych dyktator. Nie sposób znaleźć żadnej prostej przyczyny, którą można by wyjaśnić taki bieg wydarzeń – poza niezdolnością zachodnich mocarstw do podejmowania obrony ustrojów, dla których same stały się natchnieniem.” Od razy nasuwa mi się skojarzenie chociażby z Ukrainą, czy choćby krajami „arabskimi” w Afryce i Azji. „Wśród dyktatorów różnego kalibru bywali ludzie wszelkiego autoramentu – komuniści, faszyści, radykałowie i reakcjoniści, lewicowi zwolennicy systemów autorytarnych (…) prawicowi militaryści (…), monarchiści, przeciwnicy monarchizmu, a nawet księża.(…). Jednym co ich łączyło, było przekonanie, że demokracja w zachodnim stylu nie jest dla nich.”

Teraz chyba mamy sytuację bardzo podobną. Nie zdajemy sobie sprawy z dobrodziejstwa pokoju i pojednania, zaistniałego w Unii Europejskiej. Wewnątrz  Unii nie było wojen, a przecież antagonizmów nigdy nie brakowało, czy zaszłości historycznych.

Jeśli nie obronimy u siebie, w Polsce i Europie, demokracji, jeśli damy zwieść się demagogom i ksenofobicznym populistom, obiecującym łatwe rozwiązania (na przykład bo nie chce się nam chodzić na wybory), to niebawem doczekamy się kolejnej wielkiej wojny i kolejny raz zapłacimy wielka cenę. O przyszłości decydujemy już dziś w drobnych sprawach i codziennych poczynaniach. Międzywojenna ewolucja demokracji w dyktatury zakończyła się jeszcze większą wojną i jeszcze większym ludobójstwem.

Jeśli nie Unia Europejska z jej wartościami to co? Historia lubi się powtarzać, bo chyba i w społeczeństwach dalej się zauważyć pewne prawa i prawidłowości. Czy rozwój społeczeństw musi odbywać się w cyklicznych katastrofach? Ciągle w tym samym miejscu lecz na coraz wyższym poziomie, jak w edukacji…

Zapluty karzeł reakcji czyli propagandowa grupa rekonstrukcyjna z Jezioran

jezioranyModa na różnego typu grupy rekonstrukcyjne, rekreacyjnie odtwarzające dawny styl życia, rozkwita także i w naszym regionie. A to bractwa rycerskie, a to Prusowie, wojska napoleońskie czy z okresu II Wojny Światowej. Są i Indianie z amerykańskiej prerii, światy fantazji literackiej z Hobbitami, aniołami, straszydłami z bajek. Swoich grup rekonstrukcyjnych doczekała się siermiężna propaganda okresu stalinizmu. Wszystko z pasji, zamiłowania do danego okresu i stylu życia i zapewne jako atrakcja turystyczna (no bo jakiż inny sens byłby?). No cóż, turyści niszowi różne gusty mają, mogą tęsknić za stalinizmem lub tylko z chęci poczucia klimatu epoki. I taką grupą rekonstrukcyjną stworzyła pani Danuta Kozłowska z Wolnych Jeziorach (niektórzy złośliwcy błędnie być może mogą odczytać że z Wolskich Jezioran).

Miałem okazję osobiście zetknąć się internetowo z tą rekonstrukcją. Na prawdę, świetne wczucie się w klimat języka i czasów. Poczułem się jak w okresie stanu wojennego. Prawdziwe mistrzostwo rekonstrukcji historycznej i siermiężnego, agresywnego stylu politruków.

Kiedy byłem studentem w czasie stanu wojennego, to pewien sekretarz uczelnianej komórki PZPR chciał mnie wyrzucić ze studiów. Powodem było wywieszenie przeze mnie plakatu w akademiku (ręcznie malowanego) o tworzeniu klubu plastycznego pt. „Klika Lenia”. Leń to był mój pseudonim artystyczny jeszcze z czasów licealnych (czytaj więcej na ten temat: Klika Lenia – dygresja do studenckich juwenaliów i wizerunku uniwersytetu ). Ale czujna władza dopatrzyła się Lenina i krytyki ustrojowej. Kontestacja owszem była ale czyż taka niebezpieczna dla ustroju? Przecież chodziło tylko o aktywność studencką w klubie plastycznym!. Usunięcie ze studiów stało się jednak realne. Chyba od tego okresu komunistyczna władza mocniej mną się zainteresowała, czego skutkiem były donosy na SB (czytaj więcej: Absurd lustracji – czyli kropla, która przelała szalę cierpliwości). Miałem więc swoją teczkę a niektórych TW  już z nazwiska poznałem. Niebawem ukaże się drukiem solidna książka z dokumentami – będzie wiadomo jeszcze  więcej.

Dzięki jeziorańskiej grupie rekonstrukcyjnej poczułem klimat komunistycznej propagandy, znanej z literatury (bo tak stary to ja jeszcze nie jestem) oraz klimatu stanu wojennego mojej młodości. Jak za dawnych czasów, anonimowe teksty, anonimowe komentarze ludu (cóż za perfekcyjne wczucie się w dawny klimat politruckiej propagandy), oto przykłady:  Wydawać by się mogło, że profesor to osoba należąca do elity intelektualnej,(…) należałoby raczej określić zwrotem „półinteligent niemoralny”, (…) Taki osobnik nie tylko nie potrafi przeanalizować sytuacji, jego światopogląd zbudowany na kłamstwie i manipulacji, który pod dyktando swojego moralnego i intelektualnego guru, czyli Adama Michnika, ochoczo wziął się do glanowania Jerzego Zelnika po tym, jak mainstreamowy błazen, czyli Kuba Wojewódzki, przeprowadził ubecki „żarcik” [tu widać drobne potknięcia, bo powinno być „reakcyjny” lub „kapitalistyczny żarcik” – widać rekonstruktorzy muszą jeszcze poćwicz, by nie mieszać wątków i w pełni utrzymać się w klimacie epoki], (…) Oto „autorytet moralny” z UWM, (…) Jak widać „autorytet moralny” z UWM o światłym, otwartym i niezmanipulowanym profesorskim mózgu, (…)  Zobaczyliśmy czarno na białym do czego zdolna jest mainstreamowa propaganda i jak działa przemysł pogardy uprawiany przez tych wszystkich uczepionych koryta pseudo-dziennikarzy, którzy w panice patrzą na spadające poparcie dla swoich mocodawców, Czy będzie miał odwagę spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Zachowałem się jak ostatnia świnia”? A może tchórzliwie usunie z facebooka swoje obrzydliwe wpisy świadczące o mentalności, której z ostrożności procesowej nie określimy tu słowami cisnącymi się nam na usta? (…) bycie profesorem do czegoś jednak zobowiązuje. A biorąc udział w nagonce na Jerzego Zelnika pan Czachorowski okazał się, niestety, intelektualnym i moralnym zerem.(…) jest Pan niegodny, aby tytułować Pana profesorem.

Pod tekstem anonimowym kilka anonimowych komentarzy „ludu” pracującego (widać zorganizowana praca kolektywu rekonstrukcyjnego): Przykładem ten profesorek ochoczo pławiący się w kloacznym dole wykopanym przez platformerskich funkcjonariuszy agit-propu,(…) Te, profesorek, mama upuściła cię na główkę w dzieciństwie?(…) Temu profesorowi wydaje się, że jest kulturalny, ponieważ nie rzuca przekleństw.

Poczułem się jak władza, bo jak zaznaczają w swoim ideowym manifeście stalinowscy rekonstruktorzy „Nie ukrywamy, że naszym głównym celem jest „patrzenie władzy na ręce”. Ci, którzy zostali wybrani w demokratycznych wyborach, muszą liczyć się z tym, że ich wyborcy będą oceniać ich pracę na rzecz społeczności, której mają służyć. Tak – NASI DRODZY WŁODARZE – Waszym zadaniem jest SŁUŻYĆ; to Wy jesteście dla nas, a nie my dla Was.” Ani władzą nie jestem (samorządowego czy krajowego szczebla), ani z Jezioran, ani działaczem partyjnym. To z pewnością promocja turystycznej oferty owej grupy rekonstruktorów. Jednym słowem darmowa rozrywka.

Rekonstrukcja będzie głębsza, jeśli klimat dawnej, stalinowskiej epoki uskuteczniany w Internecie, uzupełniony zostanie o inscenizacje z epoki, realizowane w realu, np. tablice obiboków i kułaków, ewentualnie przodowników pracy, wiece potępienia itd. Inną możliwością historycznych rekonstrukcji może być budowa kopalni węgla na Warmii w ramach walki z wiatrakami. Niebezpieczeństwem rekonstruktorów bywa zbytnie utożsamienie się z odgrywaną epoką i całkowite przeniesienie swojego życia do wirtualnej, odgrywanej rzeczywistości. No cóż, rekonstrukcje bywają szkodliwe dla samych rekonstruktorów… ale i ludzi, którzy chcąc nie chcąc staną się mimowolnymi uczestnikami rekonstrukcji jako obiekt i „zapluty karzeł reakcji”.

Możliwie, że niebawem, w ramach pogłębionej rekonstrukcji, pojawi się województwo jeziorańskie i powrót do szkoły dziesięcioletniej w stylu radzieckim lub siedmioklasowej, bo „kiedyś tak było i było dobrze”.  Czy Jeziorany, poprzez semantyczne powiązanie z wodą, nawiązywać chcą do konopielkowych Taplar? Byłaby to całkiem oryginalna koncepcja promocyjna miasteczka i gminy.

Ps. Nawet nie przypuszczałem, że w ciągu kilku godzin otrzymam tak dobre potwierdzenie mojej tezy, postawionej w komentarzu na Facebooku: „Skoro ludzie tak zacni, przyzwoici, wykształceni i zasłużeni jak pan Zelnik, tak łatwo dają się wkręcać i w pociągu typują ludzi do wcześniejszej emerytury bo byli bardziej za Komorowskim, to co dzieje się w głowach ludzi przeciętnych? (…) Refleksja jest taka, albo parcie na stanowiska (tak jak w korporacji, po trupach i bez względu na koszty) albo mocne zaangażowanie ideowe. (…) Jak widać (…) PiS tak mocno zmanipulowało przekaz i zatruło głowy Polaków, że nawet osoby przyzwoite, szlachetne w imię „rewolucji” i w walce z wyimaginowanym wrogiem-złem gotowe są na podłe zachowania. Mniejsza o ten konkretny przypadek – gdy był odosobniony nie warty byłby wzmianki. Ale to problem chyba powszechny, widoczny w korporacjach, widoczny nie tylko w jednej partii. Mały sygnał, że w narodzie dzieje się coś złego i demagodzy potrafią opętać nawet porządnych ludzi.” W kilka godzin po umieszczeniu tego komentarza był odzew z głębokiej prowincji: tekst na anonimowym portalu (internetowej gazecie?) Wolne Jeziorany

Dynia, Halloween i wiedza jako logiczny system

dynie_rozneŁatwość dostępu do informacji nie zastąpi czytania ze zrozumieniem. Wiedza to spójny system a nie zbiór luźnych informacji encyklopedycznych. A skoro system spójny to wiele rzeczy można logicznie wykoncypować. Czyli wydedukować z już posiadanych informacji. Biologia jest nauką logiczną, bo świat żywy jest logiczny, spójny, bo życie w całej jego rozciągłości jest systemem. W nauczaniu (uczeniu się) biologii chodzi przede wszystkim o zrozumienie a nie zapamiętanie faktów. W biologii faktów (informacji ) jest całe mnóstwo, nie da się ich wszystkich zapamiętać. Samych gatunków jest grubo ponad półtora miliona i o każdym wiele można powiedzieć. Zapamiętać, wykuć nie da się. Ale zrozumieć się da. Podobnie jest zapewne w innych dziedzinach wiedzy.

Zbliża się popkulturowe święto Haloween, jedni się bawią inni oburzają (ja ani jedno, ani drugie). A czy dynia, główny bohater, to była już znana przez naszych przodków? Bo czy dyniowe szaleństwo na Haloween jest stare czy nowe? I skąd się wzięło?

Będąc we Francji zobaczyłem u farmera ogromne bogactwo odmian dyni (przepiękna bioróżnorodność). Także takich małych dyń, u nas traktowanych jako ozdobne. Okazuje się jednak, że są one jak najbardziej jadalne. Trzeba umieć je tylko przyrządzić. Wiedza potrzebna jest więc nie tylko do rozumienia świata ale i korzystania z jego uroków, także w kontekście gastronomicznym.

Skąd się wzięła dynia? Najłatwiej sprawdzić w Internecie, pierwszym krokiem jest oczywiście wpisanie odpowiedniego słowa do wyszukiwarki. Jedno z pierwszych (górnych) „wyszukań” skierowało mnie na dobrze wypozycjonowaną (a więc najpewniej dużo osób tam zagląda) stronę a tam przeczytałem: „Dynia pochodzi z Ameryki Środkowej. W Polsce popularnie zwana była banią. Historia dyni sięga czasów starożytnych – słynny wódz, polityk i wielki smakosz Lukullus (117–56 r. p.n.e.) podawał na swoich słynących z przepychu ucztach dynię smażoną w miodzie. Uczeni greccy podawali natomiast świeżo utartą dynię zalaną winem jako środek przeciw zaparciom.”

Jeśli dynia pochodzi z Ameryki to nie mogła być znana w Europie w starożytności i greccy uczeni nie mogli jej jadać z winem. Przecież Amerykę odkryto dopiero pod koniec XV wieku. Internet jest jak każde źródło (gazeta, książka, opowieść sąsiadki czy szwagra), wymaga czytania (lub słuchania) ze zrozumieniem i weryfikowania informacji z różnych źródeł. Bo przecież nie każdy piszący, czy to na zadrukowanym papierze czy w Internecie, potrafi myśleć logicznie i wersyfikować zebrane dane. Może się mylić, może świadomie wprowadzać w błąd.

Wiedza to spójny system a nie worek z informacjami. A co – jeśli nie dynię – mogli jeść starożytni Grecy i Lukullus? Może ktoś źle przetłumaczył z greckiego czy łacińskiego języka stare zapiski (nazwy roślin). O tym, że takie same słowa znaczą coś innego można się przekonać porównując nasze słowna z językiem rosyjskim: tykwa, melon, dynia, arbuz (zapewniam, że zabawy z nieporozumieniami będzie sporo). A może cytowany internetowy autor pomylił jednostki systematyczne w biologii, tj. nazwę gatunkową (a w zasadzie rodzajową) „dynia” z nazwą rodziny „dyniowate”. Tak czy siak każdy swój rozum ma i korzystając ze swojego, spójnego systemu wiedzy, może weryfikować docierające informacje. Encyklopedia jest zbiorem faktów, wiedza jest natomiast spójnym systemem. Nie wystarczy zapamiętać, trzeba jeszcze zrozumieć.

Zacznijmy więc „od góry” (korzystając np. z Wikipedii, bo łatwo dostępna). Dyniowate (Cucurbitaceae) to rodzina roślin, obejmują około 1000 gatunków, w większości występujący w obszarach tropikalnych i subtropikalnych, a tylko nieliczne rosną w strefie klimatu umiarkowanego. W Polsce są cztery gatunki dyniowatych rosnące dziko (w naturze). Zatem i starożytni Grecy i nasi przodkowie mieli już kontakt z dyniowatymi (ale nie z dynią). Do dyniowatych należą rośliny uprawne takie jak ogórek, dynia, melon, tykwa. Dynia to nazwa rodzajowa. Jak wyczytać można na Wikipedii, dynia (nazwa naukowa rodzaju Cucurbita) to roślina z rodziny dyniowatych obejmujący około 20 gatunków (znacząco mniej dyń niż dyniowatych). W stanie dzikim występują w strefach klimatu gorącego i ciepłego Ameryki. Starożytni Grecy i Rzymianie spotykali się z dyniowatymi ale nie z dynią. Nauka dba o jednoznaczny i precyzyjny język , dlatego powstała systematyka.

Typowym gatunkiem z rodzaju dynia jest dynia olbrzymia (Cucurbita maxima Duch.). Pochodzi z Ameryki Środkowej i Południowej. Była uprawiane już 3000 lat przed naszą erą (a więc 5000 lat temu). Gatunki z rodzaju Cucurbita trafiły do Europy za pośrednictwem hiszpańskich żeglarzy (czyli najwcześniej w XVI w.), potem rozprzestrzeniły się na inne kontynenty. Powszechnie znana dynia zwyczajna (Cucurbita pepo L.) także pochodzi z Ameryki Środkowej i południowej części Ameryki Północnej. W Polsce jest uprawiana, czasami dziczeje (uznana za efemerofit – trudne słowo? Można sobie sprawdzić o co chodzi).

Halloween, jakie znamy, to popkulturowa maskarada, odnosząca się do „święta zmarłych”, celebrowana w wieczór 31 października, czyli przed dniem Wszystkich Świętych (w wigilię Wszystkich Świętych). Najhuczniej Halloween obchodzone jest w USA i stamtąd trafiło do innych regionów świata (w Polsce od lat 90. XX wieku). Ale czy wywodzi się z USA? Może przewieźli tę zabawę irlandzcy imigranci?

Głównym współczesnym symbolem Halloween jest wydrążona i podświetlona od środka dynia z wyszczerbionymi zębami. Jeśli zwyczaj jest stary, to dynia do niego trafiła dość późno. Możliwe, że w wyniku zabawy ktoś z wydrążonej dyni zrobił straszydło, bo ludzie w swej radosnej twórczości różne ozdoby robią. A z racji, że sezon dyniowy przypada jesienią (polecam zupę), to może wydrążona dynia ze szczerzącymi zębami skojarzyła się z innymi, od dawna funkcjonującymi obrzędami, zwyczajami itd. Kultura jest czymś żywym, ciągle się rozwijającym. Możliwe także, że szukając czegoś do produkcji masek świadomie wybrano dynię, która pojawiła się w uprawie i była dogodnym materiałem.

W Wikipedii taki możemy znaleźć opis genezy Halloween: „Dokładna geneza Halloween nie jest znana. Może nią być rzymskie święto na cześć bóstwa owoców i nasion (Pomony) albo z celtyckiego święta na powitanie zimy. Według tej drugiej teorii Halloween wywodzi się z celtyckiego obrządku Samhain (….) w ten dzień żegnano lato, witano zimę oraz obchodzono święto zmarłych. (…) Na ołtarzach poświęcano (…) resztki plonów, zwierzęta i ludzi [ofiary z ludzi nie są czym sympatycznym, być może obecne wykupywanie się cukierkami przed psocącymi dzieciakami w jakiś sposób wywodzą się z wykupywania się przed własną śmiercią przez złożenie ofiary]. (…) Wokół ognisk odbywały się tańce śmierci. Symbolem święta Halloween były noszone przez druidów czarne stroje oraz duże rzepy [rzepa to już jak najbardziej nasze warzywo] , ponacinane na podobieństwo demonów. Sądzi się, iż właśnie z potrzeby odstraszania złych duchów wywodzi się zwyczaj przebierania się w ów dzień w dziwaczne stroje i zakładania masek.” Z naszej kuchni zniknęły już rzepy, brukiew itd., wyparte przez przybyłe z Ameryku ziemniaki. Możliwe więc, że i dyniowa maska zastąpiła inną, wykonaną z dawniej popularnych warzyw i dostępnych roślin.

Sama nazwa Halloween jest najprawdopodobniej skróconym All Hallows’ E’en, czyli wcześniejszym „All Hallows’ Eve” co oznacza wigilia Wszystkich Świętych.

Czy oburzać się na halloweenową zabawę? Bo taka amerykańska? Ziemniaki, pomidory, papryka też są „amerykańskie” a raczej z nich nie zrezygnujemy. Wystarczy przecież poszukać głębszych kontekstów kulturowych by „oswoić” popkulturę i nadać jest głębszy sens. Zabawa może mieć przecież mocny podtekst edukacyjny, zarówno w zakresie biologii, historii, gastronomii (dziedzictwo niematerialne) jak i zrozumienia procesów kulturotwórczych. Moim zdaniem nie przeszkadza duchowemu i znacznie głębszemu przezywaniu Wszystkich Świętych i Zaduszek.

Nie celebruję Halloween, ale mi ono nie przeszkadza. Świętuję radośnie Wszystkich Świętych. Czemu radośnie w „święto zmarłych”? A, to już zupełnie inna opowieść. Zachęcam do samodzielnych poszukiwań „w tym temacie”.