Dlaczego poszukujemy nowych metod dydaktycznych? Kronika Niziołków z Drużyny Lasera czyli zgrywalizowana autoprezentacja.

SONY DSC

W czerwcu wybieram się kolejny raz do Gdańska na Ogólnopolską Konferencję Dydaktyki Akademickiej Ideatorium. Jadę by w dialogu poszukiwać inspiracji do pracy i bronić się przed wypaleniem zawodowym i nudą. Nudą nauczania. Podoba mi się formuła tej konferencji, odbiegająca od rutyny i sztampy konferencji naukowych.

O jakości dydaktyki decydują także emocje i zaciekawienie odkrywaniem świata, zarówno studenta jak i wykładowcy. Trudno zapalać samemu nie płonąc. A w kształceniu ważne jest nie tylko logiczne rozumowanie i zapamiętywanie faktów ale i emocje. W pracy dydaktycznej powielanie tych samych ćwiczeń czy wykładów przez kilka lat powoduje znużenie wykładowcy jak i zanik entuzjazmu, ciekawości. W rezultacie coraz bardziej upraszczamy realizowane ćwiczenia, koncertując się na wnioskach. Już bez przygody odkrywania i fascynacji nowością. Bez błysku w oczach i endorfin w mózgu. Na uniwersytecie remedium przez nudą i rutyną jest autentyczne uczestnictwo w nauce i pokazywanie coraz to nowych wyników własnych badań (przeżytych i odkrytych a nie tylko wyczytanych w cudzych książkach czy publikacjach). Relacjonowanie własnych badań zapewnia ten komfort autentycznego zaciekawienia. Ale nie zawsze jest to możliwe, bo systematycznie odchodzimy od istoty uniwersytetu (swobody danej profesorom by wykładali to co chcą) przekształcając się w szkoły wyższe (realizacja z góry ustalonego programu). Otrzymujemy do realizacji różne przedmioty, wpisane do programu i nie zawsze można przemycić aktualne, własne badania. Biurokracja jest coraz większa a swoboda dobierania treści mocno ograniczona sylabusami. Trzeba złożyć program zajęć przed uruchomieniem naboru na studia, w skrajnym przypadku oznacza to ustalenie programu na 3-4 lata przed ich realizacją (studia licencjackie). Trzeba sporo gimnastyki i rozdwojenia rzeczywistości papierowej z realizowaną, by zachowując spisane procedury jednocześnie zapewniać i aktualną wiedzę i własny entuzjazm. Bo jeśli dzisiaj z fascynacją coś odkryję… to odłożenie tego do opowiedzenia i ponownego przeżycia ze studentami za 3 lata będzie wyprane z emocji i autentycznego zaciekawienia.

Jeszcze trudniej zachować entuzjazm i pasję odkrywania w zwykłej szkole. Ile lat można zachwycać się literką A lub W lub odkrywać grawitację czy fotosyntezę? Dla ucznia jest to pierwszy raz, lecz dla nauczyciela do znudzenia kolejny, pięćdziesiąty czy setny raz. Nauczyciel sam musi się uczyć i odkrywać by tymi emocjami zarażać swoich uczniów. Tylko czy ma czas i warunki?

Jednym ze sposobów zachowania pozytywnych emocji jest już nie tyle odkrywanie fotosyntezy po raz setny co odkrywanie nowych metod dydaktycznych. Ich głównym skutkiem jest odświeżanie entuzjazmu u prowadzącego i studentów. Przynajmniej będzie inaczej.

Przedmiot autoprezentacja (prezentacje publiczne) dla studentów biologii i biotechnologii od samego początku był innowacyjny w formie i treści, odbiegając od stereotypów i rutyny akademickiej. Najpierw było to proseminarium, jeszcze w czasach Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Przedmiot zlikwidowano, ale zostało mi w głowie spostrzeżenie, że trzeba studentów uczyć komunikacji naukowej, zarówno w wypowiedziach ustnych jak i pisemnych. Tak powstał autorski przedmiot autoprezentacja. Przez lata się zmieniał, dostosowując do nowej rzeczywistości i potrzeb studentów. Bywały spotkania w kawiarni (zamiast w sali ćwiczeniowej), spotkania na trawniku, poza typowym życiorysem pojawiło się e-portfolio. Dyskusje w sali uzupełniłem dyskusjami na portalach społecznościowych. Wspólnie poszukujemy nowych form wzbudzania zainteresowania i efektywnego komunikowania się (nauczeństwo). W roku akademickim 2014/15, przedmiot zrealizowany został po raz pierwszy w wersji zgrywalizowanej (do wybory dla studentów). Wykorzystałem Facebook, blog, arkusz Excel. Na bazie zebranych doświadczeń w roku akademickim (2015/16), po uzupełnieniach i ulepszeniach, został wprowadzony jest jako stała oferta. Drugi raz realizuję zajęcia metodą gamifikacji (grywalizacji). Sam przy tym uczę się nowej metody. Daje mi to radość odkrywania i radość uczestnictwa w czymś autentycznie nowym. Z naukowego nawyku prowadzę obserwacje i pomiary, by sprawdzić rezultaty (ewaluacja). I o tym będę chciał opowiedzieć na Ideatorium w Gdańsku. Jeszcze nie wiem w jakiej formie, ale wiem co chcę powiedzieć. Forma dostosowana będzie do sytuacji (kontekstu) i słuchaczy.

Wykłady i referaty mogą być inne, nawet na uniwersytecie. Warto w moim odczuciu poszukiwać nowym metod komunikacji, bardziej dostosowanych do publiczności i aktualnego kontekstu cywilizacyjnego. Nie chodzi tu o zarzucanie tradycyjnych form i metod ale o eksperymentowanie i wzbogacanie akademickich form komunikacji i poznawania świata. Ewidentnym i powszechnym deficytem w kształceniu od przedszkola do uniwersytetu jest przerost rywalizacji i egoizmu oraz deficyt kształcenia umiejętności pracy zespołowej. Grywalizacja ma pomóc kształtować kompetencje pracy zespołowej. „Uczenie się jest najbardziej efektywne, kiedy sprawia radość (przyjemność)”.

Fabuła mojego zgrywalizowanego przedmiotu zawiera liczne dygresje i odwołania do literatury oraz do biologii (konstrukcja gry umożliwia włączanie się w narrację i rozwijania fabuły, a więc wykorzystania kreatywności studentów). Wykształcony biotechnolog nie samą biotechnologią żyje. Szersze horyzonty kulturalne i hobby pozwalają uniknąć szybkiego wypalenia zawodowego – jest to więc kompetencja długoterminowego funkcjonowania na rynku pracy. Grywalizacja nie pomija dotychczasowych treści. One są realizowane. Ale oprócz tego jest coś jeszcze. Studenci pracują więcej (ja także). Możliwe jest to tylko wtedy, gdy jest dodatkowa motywacja. A ja sprawdzam czy forma gamifikacji trafia do nowego pokolenia i czy pozwala zwiększyć motywację do dodatkowego wysiłku. Na razie jest to prototyp, wersja eksperymentalna. Zamiast platformy wykorzystuję dostępne i bezpłatne narzędzia internetowe i komputerowe.

Zobacz też:

Pawice czyli wiedza w głowie kontra umiejętność szukania informacji

pawiceKształcenie opiera się na przekazywaniu informacji i wiedzy. To drugie to coś więcej niż suma wiadomości, to system pojęć i relacji między nimi. Najczęściej nazywamy tak definiowaną wiedzę rozumieniem. I nie łatwo to sprawdzić w teście czy kolokwium. Jak poznać po pracy pisemnej, podającej informacje, że odpytywany rozumie a nie tylko pamięta?

Przez tysiąclecia uczenie się było jednak zapamiętywaniem i ćwiczeniem rozumienia zapamiętanej wiedzy. Liczyło się przede wszystkim to co w głowie. Z czasem wynaleziono pismo. I wiedza gromadzona była nie tylko w głowach ludzi ale i w książkach i czasopismach. Do umiejętności dialogu z drugim człowiekiem (bo w taki sposób odbywa się transfer wiedzy z jednej głowy do drugiej) doszła umiejętność odszukiwania informacji w bibliotekach. Już nie sztuka zadawana pytań ale sztuka przeszukiwania katalogów, czasopism i półek bibliotecznych.

Umiejętność szukania staje się niezwykle ważna. Ale bez własnej wiedzy (nie tylko wiadomości ale i rozumienia) trudno zadać trafne pytanie drugiej osobie czy odnaleźć potrzebną informację w coraz to większych zasobach bibliotecznych. Teraz doszedł internet, który zbliżył nas do wiedzy zapisanej w plikach. Nadmiar informacji, nadmiar „książek” do przeczytania. Do tego szalony postęp w przyroście wiedzy i wiadomości przy szybkim dezaktualizowaniu się różnych informacji. Jeszcze nigdy ludzie nie mieli tak łatwego dostępu do tak ogromnego repozytorium wiedzy. Dzięki mobilnemu internetowi z dowolnego miejsca możemy przeszukiwać zasoby całej ludzkości. Zagubić się łatwo. Bo co z opasłej encyklopedii gdy się czytać nie umie? Tylko ozdoba na półce.

To czego teraz uczyć na studiach? Wiadomości (faktów), rozumienia tych informacji, szukania potrzebnych informacji czy korzystania z własnej wiedzy? Najpewniej wszystkiego, tylko w odpowiedniej proporcji. W zasadzie skupiamy się na przekazywaniu wiedzy i odpytywaniu, a wyszukiwania informacji studenci uczą się sami. Na przykład moje sposoby wyszukiwania informacji, których nauczyłem się na studiach i na początku mojej pracy naukowej…. są teraz mało przydatne. Sam do biblioteki dużo rzadziej chodzę… W zasadzie sporo uczę się od własnych studentów (nauczeństwo jako metoda pedagogiczna). Zatem edukacja (kształcenie) to przede wszystkim potrzeba tworzenie dobrej przestrzeni edukacyjnej i wspólne odkrywanie tajemnic świata. Jest to kwintesencja uniwersytetu, tyle że zmieniły się sposoby odkrywania.

Rok temu, na zajęciach z autoprezentacji, wymyśliłem termin nauczeństwo dla opisania sytuacji, w której od dawna się znajdujemy nie tylko na uniwersytetach. W tym roku kolejny raz przedmiot ten (tym razem pod nazwą prezentacje publiczne) realizuję w formie zgrywalizowanej (gamifikacja). O powodach napiszę kolejnym razem. Teraz skupię się na umiejętności poszukiwania informacji w XXI wieku, czyli co jest potrzebne studentowi a ja nie potrafię ich tego jeszcze dobrze nauczyć (staram się jedynie stworzyć dobre warunki edukacyjne – stąd elementy grywalizacji).

Rozgadałem się literami (bo jak można gadać, gdy się pisze?), pora przejść do meritum. Kilka dni temu otrzymałem przez Facebooka powyższe zdjęcie wraz z zapytaniem „co to jest”. Czasami dostaję takie różne zapytania, kierowane do specjalisty. A portale społecznościowe umożliwiają zupełnie nowe formy komunikacji i… edukacji pozaformalnej. Gdy zobaczyłem rzeczone zdjęcie, przypomniały mi się różne obrazy – sięgnąłem do już posiadanej wiedzy, zgromadzonej przez lata we własnej głowie (pamięci, w neuronach). To jest najprostsze i najszybsze. Obraz skojarzył mi się z kokonem chrząszczy wodnych z rodziny kałużnicowatych (Hydrophilidae), konkretnie kałużnicy. Kilka lat temu coś podobnego widziałem w czasie badań w Delcie Wisły. Przypomniałem sobie, że widziałem też w książce. Starym zwyczajem zacząłem szukać w domowym księgozbiorze. Ale nie znalazłem (dopiero po kilku dniach). Bo nie pamiętałem gdzie (w której książce). Pierwszy ślad więc już był. W korespondencji dopytywałem się o kolejne szczegóły. Zdjęcie pochodziło z Florydy, a więc fauna tamtejsza dla mnie nie jest znana (pomijając fakt, że całej krajowej przecież też nie znam). Może to jakieś amerykańskie kałużnicowate? Ale na drzewie? Nie zgadzało się siedlisko. Chyba, że jak u niektórych chruścików jaja składane są nad wodą, by wylęgające się larwy spadały wprost do zbiornika wodnego (siedlisko życia). Przyroda w swej różnorodności jest niesamowicie zaskakująca.

Kolejnym pomysłem, wynikającym z już posiadanej wiedzy i doświadczenia terenowego, było skojarzenie z kokonami pająków. Sam widziałem u knapiatka (Knapiatek, latarnia wróżki czy odwrócony kieliszek ?).  Wielkość i kształt się nie zgadzały, ale przecież to inny kontynent, inna fauna. Więc może poszukiwać wśród pająków? Autorka zdjęcia pisała, że jej kojarzyło się z kokonem modliszki. Jak to wszystko sprawdzić? Zacząłem szukać w Google, wpisując j kluczowe słowa i wybierają obrazy. Kilkanaście minut poszukiwań nie dało zadowalających rezultatów. Kształt przypominał trochę poczwarkę motyla – rusałki osetnika, ale inne szczegóły się nie zgadzały, więc nie szukałem wśród poczwarek.

Pora na grywalizację. Poprosiłem o pomoc studentów, formułując zadanie dodatkowe. Czy chciałoby im się szukać, gdybym poprosił w tradycyjnej formie na zajęciach? Czy fabuła grywalizacyjna miała znaczenie motywacyjne? Trudno mi to teraz rozstrzygnąć (szukam odpowiedzi już od roku). W każdym razie zebrałem wszystkie informacje i ze zdjęciem umieściłem jako zadanie dla chętnych: „Taki o to list ze zdjęciem otrzymałem: Nie jest to sprawa śmierci i życia a jedynie kompletnej niewiedzy ( i 3 wspólnych znajomych). Jedyne info jakie mam to, że „owo” coś ma rozmiar ok 1,7 na 2,5 cm i niekoniecznie jest mieszkańcem Polski. Zdjęcie jest z Florydy. zagadki wciągają… Z opisu wiadomo tylko jakie „to” ma rozmiary, że częścią kokonu jest suchy liść i że zdjęcie zrobione było na Florydzie. kokon wisi w pobliży wody, jeziora.”

I studenci szybko znaleźli. Zaczęły pojawiać się odpowiedzi. Ale ja doprecyzowałem, że ma być z dowodem i argumentacją. Czyli nie jak na kolokwium udzielić poprawnej odpowiedzi (przecież sam jej nie znałem) ale jak w autentycznym rozwiązywaniu zagadek naukowych (i nie tylko naukowych) – z uzasadnieniem (przekonaniem, dostarczeniem potwierdzających linów i zdjęć). Zadane otwarte z nieznaną odpowiedzią: nie trzeba zgadywać co prowadzący ma na myśli i jakiej oczekuje odpowiedzi.

Najpewniej studenci na początku tak jak ja szybko szukali w swojej pamięci podobnych obrazów lub zjawisk (wiedza już posiadana). A potem zaczęli szukać z wykorzystaniem internetu (zadawać pytania „specjalistom”). I poszło im to znacznie lepiej niż mi. Zapewne wiedzę entomologiczną oraz doświadczenia (zaobserwowane w przyrodzie obiekty) mam większą. Ale oni szybciej i sprawniej dotarli do właściwych informacji w przepastnym internecie. Wynika, że potrafią lepiej zadawać pytania „wujkowi Google” – w komunikacji internetowej są sprawniejsi ode mnie. A przecież to ja mam ich uczyć komunikacji naukowej. No tak, uczę ich. Ale wszystkiego nie wiem. Zwłaszcza w zakresie nowej rzeczywistości, której nie było wcześniej. Uczymy się jej razem. A cyfrowi tubylcy wiedzą nierzadko więcej. I potrafią swą wiedzę zastosować w praktyce.

Na początku pojawiły się sugestie odnoszące do pająków, np. Anna P. „Nephila clavata – Długość samicy wynosi od 17 do 25 mm, a samca ok. 7 mm. Ciało tego gatunku pająka jest w kolorze żółtym i granatowym, odnóża w żółto-granatowe pasy, jedynie karapaks jest barwy białej. Na spodniej stronie odwłoku znajduje się czerwone ‚znamię’. Jesienią samce spędzają czas na pajęczynie samicy w celu kopulacji. Samica składa kokon na ogół ukryty na drzewie, z którego wykluwa się około 400-1500 młodych pająków. To jedyny dowód jaki posiadam.” Damian M. „Może to tygrzyk paskowany (Argiope bruennichi)?”. Mariola P. „Ja obstawiam Heteropoda venatoria”.

Potem pojawiły się pomysły na różne motyle, Przemysław M. „A może to Eumaeus atala? Michał P. „W pierwszym momencie pomyślałem o mrówkach tkaczkach, ale nie zgadza się ani rozmiar kokonu ani miejsce jego znalezienia. Następnym skojarzeniem był Araneus dimidiatus, pająk budujący gniazdo w skręconych liściach. Ostatecznie jednak, po chwili poszukiwań, zdecydowanie stawiam na ćmę Io (Automeris io), występującą na Florydzie i budującą takie właśnie kokony. (…) Skoro potrzeba dowodów, to oto dowody. Zasadniczo po samym kokonie ciężko jest na sto procent określić, jaki to gatunek, lecz bez wątpienia jest to kokon ćmy z rodziny Pawicowatych (Saturniidae). Nie jestem już aż tak bardzo pewien czy to akurat Automeris io, ponieważ rozmiar kokonu może być nieco za mały, ale w każdym razie jest to jakiś jego krewniak”.

Do wypowiedzi dołączone były zdjęcia i linki do artykułów i zdjęć. link 1, link2, itd.

A jak szukali?

Przemysław M. „Najpierw klasycznie – prawy przycisk myszy na zdjęcie i opcja „szukaj obrazu w Google”. No ale niestety się nie udało. No to trzeba było pokombinować. Najpierw wyszukiwałem „kokony motyli”, potem „motyle na Florydzie”, wpisywałem wymiary ciała dodając wyraz kokon w języku angielskim, kolejno „kokony liść”, „kokony Floryda”, coś mnie naszło, żeby sprawdzić jak wygląda kokon modliszki (bo akurat przeglądając zdjęcia w Googlach natknąłem się na jej zdjęcie), skoro modliszki to i karaczany, „owady Florydy”. Przez pewien czas skupiłem się na pająkach, później znowu „owady Floryda”, i z polską i z angielską, „kokony drzewa”, „Allegro” (chwilowe zwątpienie w sukces). Wpadłem na pomysł, że skoro szukałem motyli to czemu ominąłem ćmy. „Ćmy kokony”, „Ćmy Floryda”, po parę kombinacji tych samych sformułowań i po polsku i po angielsku, aż dziwnym zrządzeniem losu natrafiłem na stronkę powyżej.”

Facebook jako narzędzie komunikacji? A czemu nie, można prowadzić dialog on-line, kształcenie ustawiczne, e-learning i kształcenie pozaformalne, ale także uzupełniać komunikację typowych, tradycyjnych zajęć.

A nad grywalizacją muszę jeszcze popracować. I swój pomysł dopracować. Na razie to prototyp, który testuję wspólnie ze studentami. Poznajemy i odkrywamy.

Wróciło stare…

klubdocentDawno temu, jeszcze w stanie wojennym, gdy byłem studentem, ówczesny pierwszy sekretarz PZPR na uczelni chciał mnie wyrzucić ze studiów. Bo powiesiłem w akademiku plakat „Klika Lenia” – chodziło o klub plastyczny, który zakładałem (mieliśmy malować plakaty na impresy studenckiego klubu Docent – bo wtedy plakatów się nie drukowało tylko ręcznie malowało). Ale widać skojarzyło się może z Leninem czy jak? A może samo słowo „klika” było dla ówczesnej władzy niedobre. Jakoś udało się przetrwać na studiach. Nie wyrzucili. Ale z tego czasu mam teczkę w archiwum IPN, założoną przez SB.

Stare wróciło. Nie tylko hejt, ale i jak za „dobrych” komunistycznych czasów żądania usuwania z pracy niezgodnych klasowo elementów. Przykład, wpis z mocno pisowskiego portalu o ciągotach nacjonalistycznych, pod moim adresem i do mnie się odnoszący:

„# ryszard 2016-03-07 20:54 Mamy Nowego Ministra. Wyrzucić takiego pseudoprofesora z uczelni a jak jest w wieku emerytalnym (jak większość KOD-owców) odesłać na zasłużoną emeryturę – oczywiście najniższą, niech KOD-owiec pożyje trochę jak przeciętny Polak.”

Nie tylko kłamstwa, insynuacje na portalach „prawicowych” ale o różne groźby pobicia (te też juz kilkakrotnie były) czy wyrzucenia z pracy. No cóż, te ciemne czasy trzeba będzie przeżyć. Niebawem się skończą. Zło musi się chyba do końca w swojej podłości i głupocie obnażyć każdemu.  A na pamiątkę zostaną nowe donosy, już nie w archiwum SB, tylko jakimś nowych, z materiałami na „gorszy sort” Polaków. Czy jakoś tak. Kolejne pokolenie historyków będzie miało się czym zajmować.

A w załączeniu znaczek wg. mojego projektu. Klub Docent, początek lat 80. XX wieku. W końcu Klub Docent mam rozwiązali i zabrali. Narzędziem było ZSP, że firany mamy źle zawieszone itd. A gdy wybrano mnie kierownikiem Klubu… byłem nim 24 h… bo na polecenie PZPR musiałem odejść. Zrezygnowałem, by Klub mógł dalej działać (w sumie nie długo ale trochę podziałał). Ponad 30 lat temu to było. Studenckie czasy. Ale stare, autorytarne i złe czasy wracają pełnym frontem, w nowym wydaniu.

Co do najniższej pensji… Gdy byłem asystentem a żoną urodziła, to żyliśmy z jednej pensji. Gdy dziecko jadło jabłka, my jedliśmy obierki. A jeszcze wcześniej, za całą swoją pensję laboranta kupiłem polskie dżinsy w Dukacie. Znam więc biedę i ubóstwo, dlatego te pogróżki nacjonalistów (narodowych „patriotów” dobrej zmiany, Polaków ponoć lepszego sortu), nie robią na mnie większego wrażenia. Wiem co to bieda, co to proste życie, co to wolność i władza autorytarna, i wiem co to nienawiść. To zło da się pokonać. Już raz Polacy tego dokonali. A te anonimowe donosy i hejty? Esbeckim donosicielom też się wydawało, że nigdy się nie wyda i zawsze będą w ukryciu, anonimowo w nierozpoznaniu. Polacy potrafią być solidarni, przynajmniej ci „gorszego sortu”i.

Polska ma sens. I Koziołek Matołek także.

Czasami zaskakująca jest mądrość ludzi prostych i dzieci. Bez zbędnych ozdobników, bez patetycznego nadpęcia. Jedynie istota sprawy. Bo czy Koziołek Matołek może być bohaterem i wzorem? Jakaś postać z bajki i dziecięcych kreskówek? Wydaje się głupkowaty. Ale świat widzimy przez pryzmat swojego wnętrza, swoich wartości. Niektórzy potrafią dostrzec wartość tam, gdzie inni wzruszają jedynie ramionami.

Sam pomysł portalu „Polska ma sens” ogromnie mi się podoba. A list Kasi mocno mnie poruszył. I zaimponował. „Polska Ma Sens” – to portal społeczno-publicystyczny, który pragnie skupić wokół siebie mądry entuzjazm ludzi twórczo zmieniających świat na lepsze. Redakcja nie boi się opisu zjawisk negatywnych, ale pielęgnuje myślenie pozytywne i walczy z czarnym postrzeganiem świata i Polski.

Każdy chyba ma coś wartościowego do powiedzenia. Coś sensownego. Warto próbować. Patriotyzm nienawistny jest toksyczny, niszczy i „patriotę” nienawidzącego i jego otoczenie. Jest toksyczny. Wolę patriotyzm dnia codziennego i zwykłych działań. Wolę Koziołka Matołka. A w zasadzie dostrzeżenie w nim uniwersalnych wartości.

koziolekmatolekrys

Najbardziej w życiu cenię sobie Koziołka Matołka.

Jest on moim bohaterem, od którego wiele się można nauczyć. Koziołek jest inteligentny i mądry, ale wcale nie wywyższa się z tym wobec obcych i przyjaciół. Jest skromny i uczynny, chętnie każdemu pomoże w potrzebie. Zawsze w trudnej sytuacji potrafi znaleźć dobrą radę i podać pomocną dłoń. On zawsze znajdzie dla Ciebie czas i chętnie Cię wysłucha. Dzięki takim jak on życie w naszej Ojczyźnie ma dla mnie sens.

Czasami zdarzają mu się głupie pomyłki, ale nikt przecież nie jest doskonały. Nasza Pani w klasie też – chociaż jest bardzo mądra – robi czasami błędy. Dlatego chciałabym, żeby go umieścić w galerii Portalu Polska ma Sens jako tego, który wzbudza w nas chęć do życia, energię do działania i nadzieję na lepsze jutro.

Wiem, że osoba Koziołka Matołka może u Państwa wzbudzić pewne wątpliwości, czy rzeczywiście zasługuje on na tak zaszczytne wyróżnienie, ale zanim postanowicie odrzucić jego kandydaturę, proszę pomyśleć, ile dobrego uczynił Koziołek tym wszystkim, którzy porzuceni przez innych znaleźli w nim oparcie. Dzięki niemu ja sama odnalazłam sens życia i uczciwą drogę, która zaprowadziła mnie do szczęścia.

Trochę czasu mi zajęło narysowanie Koziołka Matołka po swojemu, pomagała mi w tym moja mama. Pozdrawiam,

Kasia Szewczyk

Źródło: http://polskamasens.pl/taka-polska-ma-sens-koziolek-matolek/

Zagwoździak zawiły

scigaMoja znajoma zmaga się z chorobą nowotworową. Jeździ na chemioterapię. I codziennie rano zajada przygotowane „ziółka”. Smaczne nie są, więc przez jakiś czas mówiła na nie „owsianka”. Potem był obrok, jak dla konia. Któregoś dnia, po przypomnieniu, by zjadła swoją owsiankę, tak napisała:

– Mój obrok się obraził za „owsiankę” – widać wszystko się może przejść, nawet nazwy.

– Dobra, niech będzie obrok, albo dietetyczne ziółka.

– Ale idę mieszać swoje trociny i zaraz wrócę. To dary ziemi

– Skoro trociny… to coś dla chrząszczy

– Mogę być chrząszczem, byle pożytecznym.

I tak zacząłem wyszukiwać nazwy chrząszczy ksylofagicznych i saproksylofagicznych, o ładnych nazwach, by mojej znajomej się spodobały. Może pachnica dębowa albo kruszczyca złotawka? A że kobiety wybredne są, to i znaleźć nie łatwo. Bo czy nazwa ma być ładna czy sam chrząszczyk piękny?

– Znajdź mi proszę jakąś ładnie brzmiącą nazwę chrząszczową. Kruszczyca jak łuszczyca, odpada

– Kruszczyca jest pięknie zielona, pachnica jest brązowa, ale za to cudnie pachnie. Przynajmniej samce (feromony). Ale chrząszczy próchnojadów i drewnojadów jest wiele, jakaś podchodząca nazwa się znajdzie.

– Próchno-jady pasuje mi z racji słusznego wieku

– Ksylofag może być? Zawsze to uczenie brzmi, poważnie, dostojnie.

– Całą grupą nie mogę jednak być to szukaj dalej. Ksylofag bardzo mi pasuje, tylko poczytam kto zacz

– Zjadający drewno, a trociny to drewno. Wonnica piżmówka? Zacnik kropkowany, zacnik zielony, kwietnica okazała, wepa marmurkowawana? Szukać jeszcze? Zagwoździak fioletowy?

– „Zagwoździak pospolity” tak namieszam . Albo jeszcze bardziej pasujące „zagwoździak zawiły”. Zagwoździak będzie najlepszy. już nie szukaj. Przecież mówiłam Wam, że cała jestem z patologii. Więc…

Zagwoździakiem, zagwoździkiem nazywane są chrząszcze z rodzaju Callidium – ściga. Chrząszcze z rodzaju Callidium dawniej nazywane były sciga (później ściga), po chorwacku – lukavac, po czesku – hladkoštitnik. W Polsce występuje kilka gatunków chrząszczy z nazwą ściga: ściga liliowa (ściga lśniaca, zagwoździk złocistozielony – Callidium aeneum), ściga fioletowa (zagwoździk fiołkowy – Callidium violaceum), ściga skórzasta – Callidium coriaceum), ściga purpurowa (Pyrrhidium sanguineum), ściga lśniąca (ś. brunatna, borówka lśniąaca, b. brunatna – Tetropium castaneum), ściga matowa (ś. ćmawa, ś. żółtawa, borówka ćmawa, b. żółta – Tetropium fuscum), ściga bukowa (ś. dębowa, płaskowiak zmiennik, zmiennik bukowiec – Callidium testaceum = Phymatodes testaceus).

Jest więc zagwoździak fioletowy zwany także: zagwozdnikiem fiołkowym i ścigą fioletową. Pewna i stała jest tylko nazwa łacińska (naukowa – Callidium violaceum L.). Zagwoździak, niech będzie, że lokalnie zwany zawiłym, to chrząszcz z rodziny kózkowatych (Cerambycinae). Zagwoździak fioletowy to chrząszcz, który wygryza kręte chodniki głębokości 2-3 mm w warstwie bielu, często pod korą. Atakuje drewno suche. Larwy rozwijają się w różnych drzewach iglastych, głównie jednak na świerku pospolitym i sośnie pospolitej. Czasem spotkać można je na buku, dębie czy olszy a nawet na drzewach owocowych. Leśnicy mówią, że opada (to znaczy samice składają tam jaja i potem rozwijają się larwy) drzewa osłabione, obumierające i martwe. Mogą to być drzewa w lesie powalone przez wiatr lub śnieg, drzewa ścięte oraz grube gałęzie (suche) w koronach drzew żywych. Mogą rozwijać się nawet na nieokorowanych belkach, żerdziach i słupach użytych w różnych konstrukcjach i ogrodzeniach (co stanowi zmartwienie nie tylko dla leśników, dbających o jakość surowca). Czasami mogą „atakować” (czyli rozwijać się) żywe drzewa ale z miejscowymi uszkodzeniami kory, np. ospałowane (spałowanie to sposób ogryzania kory przez np. jelenie) lub uszkodzone mechanicznie. Zasiedla wyłącznie drewno nie okorowane. Leśnicy wiedzą o tym, dlatego po ścince starają się szybko wywieźć z lasu lub przynajmniej okorować.

Zagwoździak fioletowy to niewielki chrząszcz o długości ciała od 8 do 16 mm, o barwie metaliczno-fioletowej. Mowa oczywiście o chrząszczach dorosłych. Larwy jak to larwy są białawe, tłuste i tylko głowa się wyróżnia. I jak na larwy przystało są większe od dorosłych, bo osiągają długość 26 mm. Dorosłe są polifagami lasów liściastych i mieszanych. Larwy są saproksylofagami. Niewątpliwe to zagwoździak zawiły. Kiedyś stworzono termin – ekon – dla odróżnienia różnych ekologicznych nisz larw i postaci dorosłych. Ale ten termin rzadko jest używany. Szkoda.

Wróćmy do zagwoździaka zawile fioletowego. Imagines spotyka się od maja do lipca, rzadziej sierpnia, najliczniej w czerwcu (wtedy je najłatwiej spotkać, gdyby ktoś szukał w przyrodzie). Cykl rozwojowy trwa zwykle dwa lata. W suchym drewnie cykl rozwojowy może się wydłużyć. Bo w przyrodzie są prawa ale i wyjątki, wynikające z kontekstu.

Zagwoździk fioletowy – na życzenie mojej znajomej niech nazwany będzie lokalnie zagwoździkiem zawiłym – to gatunek szeroko rozmieszczony w Europie, w jej części północnej, środkowej i południowej-wschodniej. Występuje także na Syberii, w Mongolii, w Chinach, Korei i Japonii. Odnotowany także w Nowej Funlandii i na wschodzie Ameryki Północnej. W Polsce gatunek występuje w lasach iglastych i mieszanych, preferując drzewostany 20-60 letnie. Najczęściej spotkać można tego chrząszcza na stanowiskach nasłonecznionych, często na składowiskach surowca drzewnego i nawet w zabudowaniach. Niektórzy autorzy piszą, że w ostatnich latach zanotowano synantropizację zagwoździka fioletowego. Znaczy przenosi się z lasu bliżej siedzib ludzkich, „uczłowiecza się” (z greckiego języka syn – razem, anthropos – człowiek).

Zdjęcie: Siga [Public domain], Wikimedia Commons

Dobra zmiana w edukacji… zmiana tak, ale czy na pewno dobra?

stopgimazjom

Mniej więcej miesiąc temu otrzymałem od p. Darii Wojciechowskiej-Bujno (z Ministerstwa Edukacji Narodowej, Gabinet polityczny Ministra Edukacji Narodowej) powiadomienie, że zostałem przyjęty do konsultacji Grupy Ekspertów Dobrych Zmian w Edukacji. Długo się wahałem, zanim wysłałem swoje zgłoszenie. Namawiały mnie różne osoby, m.in. argumentując, że może nie będzie tak źle, może trzeba dać szansę (obawiałem się zmarnowania czasu na jałowe dyskusje). W końcu wysłałem.

Czuję się więc w dwójnasób upoważniony do dyskusji i komentowania zmian w edukacji. W liście sprzed miesiąca były informacje, że niebawem dostaniemy informacje o logowaniu i otrzymamy konkretne terminy spotkań konsultacyjnych. Póki co żadnych informacji nie ma. Możliwe, że stanowimy jedynie listek figowy, a nikt i niczego nie będzie konsultował (co najwyżej komunikował).

Kiedy po wygranych wyborach pojawiły się informacje o likwidacji gimnazjów, najpierw bunt podnieśli młodzi ludzie. Na facebookowej grupie „nie dla likwidacji gimnazjów” w ciągu tygodnia czy dwóch pojawiło się ponad 20 tys. osób a na fanpage 50 tys. lajków. To było jeszcze przed KODem, można powiedzieć, że liderem był licealista z Gdańska i gimazjaliści z całej Polski. Ten niby słomiany zapał szybko minął. Ale w miejsce młodzieży ujawnili się nauczyciele. Należałem do tego grona, które już na samym początku wątpiło w sens takich zmian, widząc więcej kłopotów i strat niż jakichkolwiek zysków (np. Czy warto likwidować gimnazja?, Pomysł szkodliwy i archaiczny, Głos w sprawie gimnazjów).

Wyglądało to po prostu na chaotyczne i nieprzemyślane zmiany. Kilka kolejnych miesięcy przyniosło potwierdzenie. Za tym nie ryje się żaden spójny plan. Zmiany dla samych zmian, by było inaczej. W miarę upływu czasu wyraźne widać, że najpierw podjęto decyzję, a potem szuka się jakiegoś uzasadnienia.

Najszybciej problemy ujawniły się z cofnięciem obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Samorządy widzą już kłopoty logistyczne, rodziców namawia się by… pozostawili swoje dzieci na drugi rok w pierwszej klasie itd. Ta zmiana wcale nie jest dobra. Ale czekam cierpliwie. Skoro mają być konsultacje i to z ekspertami, to może czegoś się więcej dowiem.

Tymczasem zamieszczam notatkę prasową sprzed miesiąca. Uważna lektura wskazuje, że jest niepokojący przerost akcentów na historię w szkole. Czy to ma być historia czy propaganda? Jako mocno zainteresowany edukacją pozaformalną moje szczególne zainteresowanie budzi: – uczeń ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi oraz – współpraca z organizacjami pozarządowymi. Brakuje mi podkreślenie roli przedmiotów przyrodniczych, jakże ważnych w gospodarce XXI w., innowacyjnej gospodarce opartej na wiedzy.

A skoro pani minister zachęca do dyskusji, bo każdego wysłucha, więc tym śmielej będę dyskutował, nawet na swoim blogu. Najnowszym moim głosem jest O ewolucji – list do Ministra Edukacji Narodowej.

UCZEŃ – RODZIC – NAUCZYCIEL. DOBRA ZMIANA.

– INFORMACJA PRASOWA –

1840 ekspertów w 16 grupach tematycznych, 16 debat wojewódzkich z udziałem rodziców, uczniów i samorządowców. Rusza ogólnopolska debata o systemie oświaty. To realizacja zapowiedzi szefowej MEN Anny Zalewskiej.

Od 30 grudnia czekaliśmy na zgłoszenia do grupy Ekspertów Dobrych Zmian w Edukacji. Zainteresowanie było bardzo duże. Zgłosiło się 2521 chętnych do współpracy. Po ostatecznej weryfikacji wyłoniono 1840 ekspertów. Jedynym kryterium było doświadczenie zawodowe: szukaliśmy praktyków i teoretyków – nauczycieli i akademików. Eksperci będą pracowali w grupach. Każda z nich zajmie się innym tematem. Oto one:

– kształcenie ogólne i zawodowe

– organizacja nadzoru pedagogicznego

– nowy awans zawodowy

– system egzaminów zewnętrznych

– doskonalenie zawodowe nauczycieli

– finansowanie zadań oświatowych w samorządach

– podstawy programowe kształcenia ogólnego

– nauczanie wczesnoszkolne

– wychowanie przedszkolne

– organizacja pomocy psychologiczno-pedagogicznej

– uczeń ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi

– miejsce historii w szkole

– wychowanie fizyczne

– rodzic w szkole

– wychowawcza rola szkoły

– współpraca z organizacjami pozarządowymi

Równolegle do prac zespołów eksperckich w całej Polsce trwać będą wojewódzkie debaty oświatowe. Debaty wojewódzkie będą miały swoje cztery tematy przewodnie: szkolnictwo specjalne, kształcenie zawodowe, finansowanie, bezpieczeństwo. Dyskusje będą odbywały się w formule 1×4 (cztery województwa dyskutują o jednym z czterech tematów). Naszą intencją jest, aby zaproponowana problematyka była jedynie punktem wyjścia. Dlatego też do udziału w debatach zapraszamy nie tylko samorządowców i nauczycieli, ale też uczniów, rodziców i wszystkich zainteresowanych. – Chciałabym, abyśmy wspólnie wypracowali dobre zmiany w edukacji – mówi Anna Zalewska, Minister Edukacji Narodowej. – Każdy głos jest dla nas ważny. Każdego wysłuchamy. Zachęcam do wspólnej debaty – dodaje szefowa MEN.

(notatkę prasową opracowała: Departament Informacji i Promocji Ministerstwo Edukacji Narodowej)

O ewolucji – list do Ministra Edukacji Narodowej

ewolucjaKiedy wczoraj otrzymałem z Uniwersytetu Jagiellońskiego koszulkę (widoczna na zdjęciu), nie przypuszczałem, że tak szybko ją wykorzystam. Obiecałem znajomemu, że zrobię zdajecie, jak będę w terenie, na badaniach. A już dziś się przydała, jako ilustracja do niniejszego tekstu. zainspirowanego inicjatywa Tygodnia Ewolucji w Krakowie.

Z początkiem roku 2016 w polskich szkołach pojawiła się książka Macieja Giertycha “Ewolucja, dewolucja, nauka” (książkę te widziałem w księgarni, ale nie kupiłem, nawet jako ciekawostkę, szkoda mi było pieniędzy a kilka podobnych dziwadeł już mam)  krytykująca teorię ewolucji. Naukowcy z UJ postanowili zwrócić się do Ministra Edukacji Narodowej z prośbą o odpowiednie ustosunkowanie się do treści tej książki. List – jego wersja papierowa – zostanie wysłany 7 marca 2016 r. do MEN po zebraniu podpisów wśród polskich naukowców. Ja ten list podpisałem, dołączają się do tej inicjatywy. Nie przypuszczałem, że taki list kiedykolwiek w Polsce będzie potrzebny…

Szanowna Pani Anna E. Zalewska

Minister Edukacji Narodowej

Szanowna Pani,

z zaniepokojeniem zwracamy się do Pani jako członkowie polskiego środowiska naukowego tak w Polsce jak i za granicą. Dotarły do nas informacje, przekazywane częściowo przez zaniepokojonych lub zdezorientowanych nauczycieli z całej Polski, o rozpowszechnianiu w gimnazjach i liceach w całym kraju książki „Ewolucja, Dewolucja, Nauka” autorstwa prof. dr hab. Macieja Giertycha. Książka ta, wydana wspólnie przez wydawnictwo Fronda oraz Wydawnictwo Giertych, stanowi – w mniemaniu Autora – syntetyczne i merytoryczne ujęcie problemu jakim jest powszechność nauczania w szkołach oraz w programach studiów wyższych teorii ewolucji drogą doboru naturalnego.

Podstawowym przesłaniem podręcznika jest całkowita dyskredytacja teorii ewolucji w postaci w jakiej jest ona obecnie akceptowana przez ogół środowiska naukowego i społeczeństwo. W swojej książce prof. Giertych podejmuje ten problem posiłkując się niezliczonymi przykładami i rzekomo naukowymi dowodami. Prowadzi on czytelnika przez trzy duże zagadnienia związane z powstaniem i różnorodnością życia na Ziemi – począwszy od geologicznej historii Ziemi, poprzez rolę i przepływ informacji w przyrodzie, a skończywszy na powstaniu gatunku człowieka rozumnego. Zbiór przytaczanych przykładów i twierdzeń mających potwierdzać tezę Autora o nieprawdziwości teorii ewolucji oraz jej nienaukowości, jest doprawdy imponujący. Wielka szkoda, że Autor nie uzupełnił swojej publikacji o szczegółowy wykaz źródeł naukowych na jakich opierał on swoje wnioskowanie – nadałby on w ten sposób swojemu wywodowi choć pozory naukowości.

Niczego takiego jednak w tym podręczniku nie znajdziemy. Bez problemu natomiast napotkamy pokaźny zbiór stronniczych i wyrwanych z kontekstu stwierdzeń przytaczanych tylko po to, aby potwierdzić nadrzędną tezę o błędności teorii ewolucji. Prof. Giertych w swojej książce nie tylko stosuje argumentację urągającą powadze jego tytułu naukowego oraz powadze stanowisk naukowych jakie piastował, a także wypełnia on swój wywód agresywnymi, autorytatywnymi i wrogimi stwierdzeniami, wykazując jak bardzo nie zasługują na szacunek i rzeczową dyskusję „zwolennicy” teorii ewolucji. Co więcej, porusza się on nie tylko w obrębie swojej dziedziny badawczej (biologii), ale także dostarcza argumentów z dziedzin takich jak geologia (stanowczo broni tzw. „hipotezy młodej Ziemi”, przytaczając nieweryfikowalne informacje oraz odrzucając powszechnie akceptowane metody badawcze potwierdzające wiek i strukturę naszej planety). Należy zaznaczyć, że książka ta dociera obecnie do nauczycieli oraz – co jest bardzo możliwe – do uczniów szkół, do których została ona bez dodatkowych opłat wysłana. Każda osoba czytająca ten tekst dostanie do ręki publikację stronniczą, zaprzeczającą ideałom merytorycznej i rzeczowej dyskusji opartej na naukowych faktach, opublikowanych wynikach badań i krytyce ogółu środowiska naukowego. Czy naprawdę chcemy naszą młodzież uczyć takich postaw i takiego sposobu prowadzenia dyskursu naukowego?

Szanowna Pani Minister, teoria ewolucji – wbrew temu, co próbuje w swojej najnowszej książce ponownie udowodnić prof. Maciej Giertych, jest obecnie jedynym tak pełnym i naukowo niekwestionowanym wyjaśnieniem pochodzenia różnorodności życia na naszej planecie. Podobnie jak inne hipotezy, jak np. teoria względności Einsteina czy Model Standardowy budowy materii, teoria ewolucji przeszła przez bardzo rygorystyczny proces weryfikacji naukowej. Na obecnym etapie rozwoju nauki żaden poważny naukowiec nie stwierdzi, że teoria ewolucji jest fałszywa – nie opublikowano bowiem żadnych wyników, które zgodnie z zasadami współczesnej metodologii nauk podważyłyby przewidywania tej teorii. Jest ona więc aktualnie najlepszym wyjaśnieniem procesów jakie kształtowały i kształtują różnorodność życia na Ziemi. Rozwój nauki w Polsce odbywa się dzięki poszanowaniu zasad prowadzenia badań naukowych – tego samego powinniśmy uczyć młodzież w naszych szkołach. Nie ma w nich miejsca na opinie i treści prezentowane w książce prof. Giertycha. Dlatego zwracamy się do Pani Minister o zajęcie w tej sprawie stanowiska oraz skierowanie do placówek oświatowych w naszym kraju odpowiedniego wyjaśnienia, które pozwoli nauczycielom w merytoryczny sposób odnieść się do treści książki prof. Giertycha. Szczególnie ważne jest, by do szkół dotarła informacja, że pozycja ta nie jest rekomendowana przez Ministerstwo. Służymy pomocą i wesprzemy Panią wszelkimi informacjami i dalszymi danymi, jakich mogłaby Pani potrzebować, by w satysfakcjonujący sposób zweryfikować nasze stanowisko, dlatego pozostajemy do Pani dyspozycji.

Tu można składać podpisy.

Tydzień Ewolucji w Krakowie: http://tydzienewolucji.tumblr.com/list

Warto chyba także przypomnieć mój artykuł z 2010 roku: Czachorowski S., 2010. Między ewolucjonizmem a kreacjonizmem – model maszyny i model organizmu. W: E. Wiszowaty, K. Parzych-Blakiewicz, Teoria ewolucji a wiara chrześcijan. Wyd. UWM w Olsztynie, str.: 60-78. (czytaj całość)

Ślimak winniczek a zmiany klimatu

DSCN1690Zmiany klimatu wydają się czymś odległym, a skutki to pewnie dotyczyć będą tych, co za morzami mieszkają. Nasza charta z kraja… więc co się będziemy martwili. Niech inni coś zrobią, a my się przy węglu będziemy upierali. I co nam kto zrobi?

Skutki antropogenicznych zmian klimatu przyrodnicy obserwują już od dłuższego czasu. Piszemy o zmianach zasięgu występowania roślin, grzybów i zwierząt. O tym, że pojawiają się u nas nowe gatunki, takie jak zmierzchnica trupia główka czy ostatnio szakal. Ale kto by się tam jakimiś chwastami i robalami przejmował. Kłopot jednak taki, że zmiany klimatyczne przekładają się nie tylko na migracje ludzi (tego przecież ostatnio tak bardzo się boimy) ale i na gospodarkę. Dotyczy to także dochodów najuboższych mieszkańców naszego regionu.

Być może mało kto zauważył informację w prasie, że już kolejny rok wstrzymane zostało pozyskanie ślimaka winniczka w naszym regionie. Decyzja Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Olsztynie wynika z ekspertyzy, która wskazuje na zmniejszenie się liczby stanowisk występowania i zagęszczenia ślimaka winniczka na Warmii i Mazurach. Także i w 2016 nie można będzie skupować u nas tego ślimaka. Ślimak winniczek (Helix pomatia) podlega w Polsce częściowej ochronie gatunkowej. Można go zbierać jedynie przez 30 dni w roku, w okresie od 20 kwietnia do 31 maja i to tylko osobniki o średnicy muszli powyżej 30 mm. Wg badań zleconych przez RDOŚ (lata 2005-2006 oraz 2014) w naszym województwie, zmniejszyła się liczba stanowisk występowania jak i zagęszczenia osobników. „Procentowy udział osobników o wymiarach muszli powyżej 30 mm średnicy wyniósł tylko 58% i uległ znacznemu zmniejszeniu w stosunku do 64% zanotowanych w latach 2005-2006.”

Ewidentnie winniczków jest mniej. Za główną przyczynę uznaje się niekorzystne dla rozrodu ślimaka winniczka warunki pogodowe, wynikające przede wszystkim z panującej suszy, zwłaszcza w okresie wiosennym. Wszyscy wiemy, że ślimaki lubią wilgoć. A skoro jest ich mniej, to żeby mogła populacja się odrodzić, wprowadzono zakaz pozyskiwania (zbierania). Zbieraniem winniczków zajmują się ludzie raczej ubodzy, bezrobotni, korzystając z sezonowego dochodu. To oni najbardziej stracą. Jeśli będziemy omijać przepisy i nielegalnie zbierać ślimaki (udając, że przywiezione z innego miejsca) to osłabiona populacja szybko wygnie – a z pustego to i Salonom nie naleje.

Opublikowane dane wskazują, że spadła liczebność osobników dużych (udział procentowy w stosunku do najmniejszych). To zagraża odnawianiu się populacji i w konsekwencji mogłoby spowodować, że drastycznie spadnie liczebność ślimaka winniczka a w konsekwencji nie będzie czego zbierać i spadnie źródło dochodu. Jeśli chcemy korzystać z „produkcji” ślimaków w regionie, to musimy zadbać o stan populacji. Wpływ ma nie tylko intensywność zbierana ale i warunki pogodowe. Zysk krótkotrwały nie powinien przekreślać zysku w dłuższej perspektywie (i przez wiele lat). Dajmy więc czas na odnowienie się populacji winniczków w naszym regionie. Czy ten zakaz jest skuteczny? Chyba nie do końca: niepotwierdzenie informacje wskazują, że ludzie zbierają ale przewożą do innych województw i tam sprzedają w punktach skupu. Jeśli tak rzeczywiście się dzieje, to naszemu ślimakowi na prawdę grozi drastyczne zmniejszenie liczebności. Zakazy nie wystarczą, potrzebna edukacja i pokazywanie zasad racjonalnego korzystania z zasobów przyrody.

W przydatku przedłużania się wiosennej suszy (w maju, gdy jest zbyt sucho, to winniczek przestaje się rozmnażać) , spowodowanej zmianami klimatu, ograniczenia nie wystarczą. Gatunek może nie wyginie u nas, ale przestanie być praktycznie wykorzystywany gospodarczo i ludzie stracą źródła swojego dodatkowego dochodu. Problem nadmiernej eksploatacji zasobów przyrody jest powszechny, np. ograniczenie połowu dorsza w Bałtyku… by miał szansę na większy rozród i odbudowę populacji. Wszytko wymaga dobrego zarządzania w skali regionu i ponadregionalnym (myślę o ślimaku winniczku) oraz dużej świadomości. Do tego drugiego potrzeba nam edukacji, bo ona jest kluczem. Same zakazy nie wystarcza.

W 2013 roku pozyskano u nas 230 ton winniczka. Na 1 kg przypada około 30 osobników (czyli rocznie pozyskiwano około 7 milionów winniczków). Za kilogram na skupie płacono wtedy 1,5-2 zł. Zatem wartość zebranych ślimaków możemy oszacować na ponad 400 tys. zł (ni liczymy dochodów firm skupujących i przetwórczych). To są straty jakie mamy na samym ślimaku. A jakie inne gospodarcze straty ponosimy w wyniku ocieplenia klimatu?

Czytaj także:

Dojrzewanie, tydzień z edukacją pozaformalną (z finałem w publicznej toalecie)

w_poranku_12luty2016Intuicja wydaje się być czymś przypadkowym. Poprzedzona musi być jednak zbieraniem doświadczenia, obserwacjami. Od dłuższego czasu zastanawiam się nad formami edukacji pozaformalnej i głębokim przekształceniom jakim podlega edukacja w ogóle. Coś się zmienia, coś musi być inaczej, ale brakuje jeszcze tej przysłowiowej kropki nad i. Powoli różnorodne pomysły układają mi się w całość. Ale jeszcze czegoś brakuje. Zajęć dydaktycznych nie miałem, to mogłem bardziej poświecić się eksperymentowaniu sam ze sobą i ukierunkowanej obserwacji.

Poniedziałek

Z rana umieściłem wpis na blogu o malowanych słoiczkach (Skąd się biorą malowane słoiczki). Od jakieś czasu łączę sztukę (lub po prostu zajęcia artystyczne) z opowiadaniem o świecie i przyrodzie. To takie współczesne „darcie pierza”. A przy okazji popularyzacja recyklingu i reusingu. Nie ma rzeczy (i ludzi) niepotrzebnych, można im przywrócić wartość. Krótkie formy na blogu uskuteczniam już ponad 10 lat. Sporo się nauczyłem. Cykl spotkań poza murami uniwersytetu w formie kawiarni naukowej, na będzie blogowania, uzupełniony został o część internetową (http://copernicanum.blogspot.com). Korzystając z tych doświadczeń postał także blog wydziałowy – jednak rozbudowany o pracę zespołową (blog jest wieloautorski). W poniedziałek ukazała się tam relacja z Nocy Biologów „Czy rozrywka może kształcić? Podsumowanie biologicznego Escape Room’u (Noc Biologów 2016)

Uzupełniłem także swoje e-portfolio „Publikacje z tematyką edukacyjną towarzyszą mi od dawna. Może to z racji zainteresowań pedagogicznych, rozbudzonych w czasie studiów a potem pracy w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Wtedy kontakt ze szkołą i nauczycielami był trochę większy niż obecnie. Dzisiaj koleżanka przysłała mi tę publikację, celem przypomnienia i z komentarzem: Twój tekst sprzed 16 lat. Naprawdę trzeba być omnibusem jak Ty, aby stworzyć tekst ponadczasowy! To raczej problemy edukacyjne są ponadczasowe. Być może nadszedł czas, gdy współpraca samorządów ze szkołami będzie bardziej widoczna i bardziej intensywna niż 16 lat temu.”

Wtorek

Na blogu kolejny wpis, tym razem jako efekt współpracy z dorosłymi. A więc nieco bardziej zaawansowana edukacja ustawiczna i pozaformalna z aktywizującymi formami. Inspiracją była dyskusja internetowa i wykorzystanie zdjęcia śluzowca: Chodzące grzyby (z dygresjami walentynkowymi). Tradycyjnie przyrodniczy wpis z mojego bloga dość szybko został „przedrukowany” na portalu Encyklopedia Przyrody Warmii i Mazur (Natura). Powstaje z tego całkiem pokaźna skarbnica wiedzy.

Środa

Czy powstanie kawiarnia naukowa w Lidzbarku Warmińskim, jako kolejna, po Barczewie? Czekam na odpowiedź, propozycję wysłałem. Być może uda się także coś podobnego w Ełku. Spotkanie na żywo są niezastąpione.

Proponowane przez obecny rząd zmiany w edukacji (zniesienie obowiązku szkolnego dla sześciolatków), spowodują zwolnienia nauczycieli. W dyskusji internetowej z zainteresowanymi (w której uczestniczyłem) rodzi się pomysł na edukacyjne przedszkola w małych miasteczkach. Może uda się wykorzystać wreszcie doświadczenia i coś małego a nowoczesnego powstanie? A przy okazji zrobić coś potrzebnego i pożytecznego. Dialog na portalach społecznościowych wiele daje, także z dostrzeżeniem specjalnych potrzeb edukacyjnych, np dla dzieci autystycznych ich rodziców. Czat z młodymi matkami to tak jakby konsultacje w ramach edukacji ustawicznej, w których i ja dużo korzystam. Bez wątpienia zmienia się sam uniwersytet jak i edukacja. Być może wreszcie nastąpi ten przebłysk i pojawi się „eureka” z pomysłem jak realizować edukację pozaformalną w sensownej formie?

Czwartek

Rano wizyta w radiu Zet Gold (emisja w sobotę i niedzielę), audycja Puls Olsztyna. Przegląd prasy i komentowanie. Chciałem podsunąć redaktorowi temat z chorobą zawodową krów (związki ketonowe), ale się nie udało. Niewątpliwie na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza (zainteresowań) – ja zupełnie inne treści wyłapuje z codziennych gazet… Pozwoliłem sobie jedynie wtrącić dygresję o złych skutkach planowanej przez rząd likwidacji gimnazjów, na przykładzie szkółki żeglarskiej.

W południe wizyta w Radiu Olsztyn, udział w audycji Samo Życie. Tematem przewodnim było spalanie śmieci w domowych piecach i o czystości powietrza. Tu już bardziej mogłem wykorzystać swoją wiedzę przyroczniczą.

Wracając z Radia wstąpiłem do Biblioteki Wojewódzkiej i odebrałem najnowszy numer czasopisma VariArt z moim felietonem „kij w mrowisko”. Ukazał się tekst pt. „O ewolucji, duchowości i religii”. Felietony, jako krótkie formy edukacyjne, towarzyszą mi już od dawna. Zaczęło się w Gazecie Uniwersyteckiej. Zmieniają się także biblioteki, teraz nie są tylko magazynem książek ale i miejscem spotykania się ludzi. One również poszukują nowych form do realizacji starej misji.

Piątek

Daleki spacer przez miasto, by zdążyć do telewizji na audycję Poranek w TVP . Wiadomo, zbliżały się Walentynki więc audycja o miłości. A ja mówiłem o świecie ożywionym. Udało mi się opowiedzieć i o śluzowcach (wspomnianych we wtorek na moim blogu), wrotkach i feromonach. Lubię długie spacery, bo mam wtedy czas na spokojne przemyślenia.

Po południu odbyło się spotkanie w olsztyńskiej kawiarni naukowej z okazji Dnia Darwina. Kolejna, kameralna rozmowa z dorosłymi. To grupa edukacyjnie pokrzywdzona: za starzy by chodzić do szkoły a za młodzi na uniwersytet trzeciego wieku. A przecież też garną się do wiedzy. Bo człowiek z natury jest ciekawy świata.

Sobota

Wyjazd do Warszawy. Jeśli uwaga jest nakierowana na edukację, to widzi się znacznie więcej. W tym inspirujących detali. Na przykład w autobusach i tramwajach są teraz powszechne ekrany. Są na nich wyświetlane informacje dla podróżnych oraz reklama. Ale moją uwagę zwróciły dwie małe formy edukacyjne. Jedną był krótki, ilustrowany tekst o tym, czym się różni trzmiel od bąka. A drugi to było jedno słówko angielskie wraz z wyjaśnieniem co oznacza. Można więc uczyć się w autobusie przyrody i języka obcego. Potem wystawa multimedialna z twórczością Van Gogha. Znakomite wykorzystanie rzutników multimedialnych, muzyki i tekstów. Wrażenie ogromne. A najbardziej zapadł mi w pamięci jeden cytat:

Wielkie rzeczy nie powstają w wyniku impulsu, a w wyniku poskładania małych rzeczy w jedną całość.

Vincent Van Gogh

Niedziela

Podróż powrotna. I kolejne zaskoczenie, w toalecie w Złotych Tarasach, na ścianie umieszczono ciekawostki encyklopedyczne, typu gdzie znajduje się najstarszy pomnik Bolesława Prus. I nawet tu można zaspakajać ludzką wiedzę?

Zbieram w całość moje różnorodne doświadczenia z edukacją, zarówno ustawiczną, z aktywizującymi formami, z pisaniem tekstów, audycji radiowych i programów telewizyjnych, treści internetowych i małych porcji wiedzy, dostępnych w komunikacji publicznej. Wiedza nas otacza. I to jest być może pomysł na edukację ustawiczną w społeczeństwie wiedzy?

Może niebawem pojawi się w mojej głowie ten impuls, na który czekam, i który karmie różnorodnymi doświadczeniami i ukierunkowaną obserwacją świata wokół mnie?