Rozważania o uniwersytecie c.d. Nauka z przymusu i kształcenie ludzi szczęśliwych

Kształcenie jest jak wysłanie pojazdu bezzałogowego na odległą planetę. Pojazd ma działać samodzielnie a sterowanie jest mocno opóźnione.
A wakacyjna "nuda" jest po to, by mózg mógł sobie spokojnie pomyśleć i wydobyć zaległe sprawy, zepchnięte w kąt szarych komórek…

Wobec dużego bezrobocia absolwentów spada na nas moralny obowiązek pomocy w znalezieniu pracy dla swoich absolwentów? Jest to zarazem pomoc dla gospodarki… a więc i nas samych (kiedyś będziemy na emeryturze – społeczeństwo jest całością). Ale warto spojrzeć na to w szerszym kontekście. Nowy paradygmat wskazuje na ludzkie dobro jako najważniejsze od wąskiego kształcenia zawodowego. Kiedy ten paradygmat dotrze do nas i realnie się zmaterializuje w codziennej praktyce?

Problem tkwi w systemie motywowania dzieci do nauki: "Musisz się tego nauczyć, żeby dostać dobrą pracę". Tak motywujemy w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum i na studiach wyższych. A nie jest to prawda, na co wskazują statystyki bezrobocia absolwentów uczelni wyższych. Niejednokrotnie wiedza, której każemy się wykuć, pracy w ogóle nie daje. Nawet cały system edukacyjnym pracy nie daje, stąd frustracja całego pokolenia wykształconego według naszych wskazań a bezrobotnego, niepotrzebnego i zepchniętego na margines.

Przy motywowaniu "ucz się, bo kiedyś będziesz miał pracę" uruchamia się tzw. krótka pamięć – zapamiętać do czasu testu, kartkówki, sprawdzianu czy egzaminu. To, co znamy z naszych studiów: zakuć, zdać, zapomnieć. W wersji pełnej jest przed „zapomnieć” jest jeszcze „zapić”, żeby łatwiej zapomnieć… Może dlatego Kortowiada jest niczym bachanalia? Podobnie i inne juwenalia w Polsce.

Ten mechanizm krótkiego pamiętania dotyczy przede wszystkim (albo i wyłącznie) przedmiotów, które nas nie interesują (edukacyjny szarwark). Czasami są to pojedyncze tematy, pojedyncze przedmioty. Gorzej jak taka przymusowa i zapominalska zasada dotyczy całych studiów (bo studenci praktycznie nie mają wyboru zajęć).. Bo po co one (te studia), skoro pracy nie ma po nich? Trzeba mieć papier, bo wszyscy mają, a na tych studiach i tak nic pożytecznego się nie nauczę? Sama wiedza teoretyczna, bez praktyki, wiedza oderwana od realów…

Taki system kontestowanej edukacji nie jest nastawiony na to, by budować samodzielną, odpowiedzialną, kreatywną, ciekawą osobowość, która będzie się uczyła ze skutkiem długotrwałym (na całe życie). Bo w edukacji chodzi przede wszystkim o postawy. Autorytet jest potrzebny, aby w jego obecności odnaleźć swoje zainteresowania, swój pomysł na życie. Człowiek pamięta to, co go interesuje. Mała efektywność studiów wynika więc przede wszystkim z faktu uczenia rzeczy mało interesujących, mało przydatnych. Budujemy system kształcenia oparty na arbitralnym przymusie z góry narzuconych treści przez „autorytety” a nie system, gdzie przy prawdziwych autorytetach studenci mogą odkryć swoje pasje, zainteresowanie itd. Prawdziwe autorytety nie muszą obawiać się wyboru zajęć. Bo autorytet uniwersytecki jest mentorem, tutorem, doradcą a nie sędzią-strażnikiem czy selekcjonerem.

Zawody na rynku pracy się szybko zmieniają. Uczelnia nie powinna być więc tylko szkołą zawodową, bo korzyści z takiego kształcenia są jedynie w ciągu 3-5 lat po studiach. Społeczeństwu zależy teraz na wykształceniu absolwenta, który będzie umiał dostosować się do różnych wymogów gospodarki w ciągu całego życia. Czyli kształcenie na 20-30 lat. To znacznie dłuższa perspektywa. To jak wysłanie łazika na Marsa i sterowanie nim z Ziemi, a nie jak jazda zwykłym samochodem z rękami na kierownicy i nogami na pedałach sprzęgła, gazu i hamulca. A więc nauczyć uczyć się przez całe życie i uczyć się samodzielnie.

Uniwersytet powinien w jakimś sensie wprawić w ruch i dać energię nie tylko do dalszej edukacji nieformalnej i pozaformalnej ale i do życia, poszukiwania. Uniwersytet powinien kształcić inteligentnego i odpowiedzialnego za siebie i innych obywatela, potrafiącego współpracować z ludźmi. Wdrażać do dobrego i szczęśliwego życia z… ludźmi. Trzeba więc mieć przyjaciół. I być dla nich przyjacielem. Filozofia szklanych domów? Nie prawda, jeśli człowiek ma takie kompetencje społeczne, to sobie poradzi w różnych sytuacjach w ciągu całego życia. A przede wszystkim będzie szczęśliwy. Bo uniwersytet powinien kształcić ludzi a nie pracowników. Ludzi zdolnych do budowania pozytywnych relacji z innymi.

„Kiedy znika jedno miejsce pracy czy życia, ważne, żeby odnaleźć się w innym. Tego nie daje szkoła ucząca kompetencji pracowniczych. Ona to zabiera dzieciom. Dzieci chodzące do przedszkola są na ogół ciekawe świata, bardzo zsocjalizowane. Idą do szkoły, socjalizacja radykalnie się pogarsza, co pokazują badania Czapińskiego. Zainteresowanie jest zgaszone przez system i w rezultacie mamy serię zbiorowych porażek edukacyjnych. Polskie dzieci coraz lepiej wypadają w części międzynarodowych testów PISA, w których bada się erudycję. Jednak więzi społeczne, umiejętność pracy w zespole są na bardzo niskim poziomie."

Porządkuje wakacyjnie notatki. Ale nie zawsze mogę odnaleźć źródło. Tak jak nie wiem, skąd powyższy cytat, który zainspirował cały wpis blogowy. Porządkuje, wyrzucam z szuflady zbędne rzeczy. Porządkuję zaległe notatki… Tak jak pisanie pomaga w myśleniu tak porządkowanie (i opróżnianie szuflad) pomaga patrzeć dalej, z większa perspektywą. Chyba po to jest udany urlop. Rozmyślam więc o uniwersytecie, mimo że do rozpoczęcia nowe roku akademickiego jeszcze daleko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s