Rozważania o uniwersytecie c.d. z dygresjami o kształceniu zawodowym

Bywają chwile, że mamy trochę aby czasu rozejrzeć się wokół. Wtedy widać więcej niż tylko czubek własnego nosa w zawodowym wyścigu szczurów.

„Państwo musi wspierać badania, łożyć na naukę, dopłacać do innowacyjnych technologii. I zachęcać ludzi do współpracy a nie do konkurowania. Od szkoły.”

Piotr Kuczyński (Gazeta Wyborcza 6-7 lipca 2013 „ile kosztuje zwariowany świat”)

Z tego ciekawego artykułu (całości a nie tylko fragmentu), traktującego o gospodarce i systemie finansowym, pośrednio wynika, że na uniwersytetach powinniśmy uczyć współpracy i rozwijać otwarty dostęp do wiedzy jako dobra wspólnego, niezawłaszczonego. Rozważania o uniwersytecie mają większy sens jeśli włożyć je w szerszy, społeczny kontekst. Przecież uniwersytety nie istnieją same dla siebie.

Często podkreślamy ostatnio efekt nieadekwatnego kształcenia: dużo i byle jak. Nie jest źle, że  uczy się dużostudentów, ale to że byle jak są kształceni. I nie ważne czy mało czy dużo – bo małej liczby by po prostu nie byłoby tak widać, że knocimy i że tandeta. Troska o rzetelność jest ważna w dużym i w małym. I czy widać czy ginie w tłumie, to nie ma znaczenia dla solidności. To może dobrze się stało, że mamy kryzys i niż demograficzny i kłopoty z naborem. Może teraz wreszcie zaczniemy się zastanawiać i dyskutować. A może w obliczu kłopotów dyskusji i tak nie będzie tylko egoistyczna przepychanka i faulowanie?

Nowoczesna nauka jest zachodnim (europejskim i północnoamerykańskim) konstruktem. Jeśli nie w całości to w zdecydowanej większości. Ale inne uczelnie z innych kultur globalnego świata nieco inaczej funkcjonują. Z całą pewnością ich nie rozumiemy. A może warto byłoby poszukiwać jakiejś kompatybilności? Może warto poszukać idei uniwersytetu uniwersalnego (jak sama nazwa by wskazywała)? Modelu do zaakceptowania w wielu miejscach, połączonego globalnymi uzależnieniami świata.

Współczesny polski uniwersytet staje się polem przede wszystkim edukacji zawodowej. Nowy paradygmat, rodzący się dopiero, zakłada, że wszytko czym się uniwersytet zajmuje (nawet kształcenie zawodowe) ma związek z ludzkim dobrem. Bez etyki i wydziałów teologii (jak i filozofii) uniwersytety tracą orientację i poczucie sensu. Nie oznacza to mieszania metodologii a jedynie sąsiadowanie i interdyscyplinarny wzajemny wpływ.

Gdyby uniwersytety były jedynie szkołami zawodowymi, to przecież są efektywniejsze i mniej kosztowne sposoby kształcenia zawodowego, bez zajęć sportowych, bez wykładów ogólnych, bez organizacji studenckich, klubów, AZS, kabaretów itd. A może to one są najważniejsze, bo tworzą klimat, wspólnotę i dają warunki do społecznego i kulturowego dojrzewania? Teraz chyba na uczelniach za mało jest właśnie studenckich klubów, NGO, kawiarni naukowych i wspólnego dyskutowania studentów ze studentami oraz z pracownikami.

Uniwersytet powinien być miejscem osobistego rozwoju. A nie można mówić o rozwoju, gdy brakuje samoodpowiedzialności za swój proces kształcenia, gdy nie ma szerokiego wyboru zajęć i ścieżki studiów. Sami ograniczamy możliwości jakie daje nam system boloński i KRK (Krajowe Ramy Kwalifikacji). Przykładem jest ograniczenie możliwości swobodnego przejścia na drugi stopień – wymóg określenia kierunków, po jakich można przyjść na drugi stopień (studia magisterskie). Przykład z wydziału biologii i biotechnologii: w ciągu kilku lat tylko jeden student przyszedł po licencjacie z ekonomii. Dał sobie radę, mimo początkowych trudności. To wskaźnik poniżej jednego procenta, rzędu promili. Studenci sami potrafią sensownie wybierać i decydować, znając swoje możliwości i wiedzą, gdzie mogą iść na dalsze kształcenie. Nie trzeba za nich decydować i tworzyć biurokratycznych ograniczeń. Wymogi ograniczające dla kilku promili są działaniem absurdalnym – wysiłek organizacyjny i formalny jest nieadekwatnie duży w stosunku do rzeczywistości. Bardziej jest to ideologiczne ograniczenie wolności i dojrzałości studentów niż jakikolwiek realny wpływ na wybór studentów. Że niby nie są dojrzali i musimy za nich odgórnie zdecydować? Nie sądzę. Jest to błąd nadopiekuńczego rodzica. Nadopiekuńczość najczęściej bywa toksyczna…

Dyskusja i krytyka uniwersytetu musi pochodzić od trzech podmiotów: partnerów (aktorów) społecznych, pracowników uniwersytetu i studentów (dokonując wyborów zajęć wspierają zmiany, współdecydują o tych zmianach) oraz społeczeństwa (wspiera i łoży na uniwersytety). Potrzebne miejsce do takiej interdyscyplinarnej, społecznej dyskusji. Ale najpierw potrzebna jest indywidualna wola rozejrzenia się wokół, poza swoje wąskie zawodowe środowisko.

Gdyby kształcenie uniwersyteckie zamknąć w kształceniu jedynie zawodowym, to zawodówki byłyby lepsze od uniwersytetów. I chyba takie głosy ostatnio słychać, żeby było mniej studentów a więcej zawodówek, bo rynek pracy szybko wymaga tego i owego. W kształceniu zawodowym uzupełnieniem będzie internet, edukacja on-line typu Khan Academy, zawodowe i kursowe kształcenie on-line. Uniwersytety staną się w dużej mierze zbędne. Chyba, że pozamieniamy je w wyższe szkoły zawodowe i kursy wieczorowe.

W szkołach wyższych widać rozrost korporacyjnego zarządzania, które postrzega edukację jako produkt a nie proces. Fabryka a nie wspólnota. Co jest zasadą uniwersyteckiej wspólnoty pracowników i studentów, różnych wydziałów nauk ścisłych, sztuki humanistyki i teologii? Co je łączy, że są w jednym miejscu? Może stworzyć kilka szkół zawodowych i problem będzie z głowy?

Jeśli uniwersytet chce zachować swoją pozycję w społeczeństwie to musi zająć się problemami człowieka, tym co ludzkie i dobru ludzkiemu służyć. Zająć się rozwojem osobistym a nie tylko prostym kształceniem zawodowym. Człowiekiem jest się całe życie, a praca szybko się zmienia, łącznie z potrzebnymi na rynku zawodami.

Osobiście dostrzegam duże luki w kształceniu przyrodniczym i analfabetyzm przyrodniczy szerokich kręgów społecznych na każdym kroku. Skutkuje to brakami w rozumieniu świata. I konsekwentnie przekłada się na codzienne błędne i szkodliwe decyzje. Wiedzy przyrodniczej i rozumienie świata nie traktuję jako wiedzy zawodowej.

Zastanawiając się nad uniwersytetem i jego miejscem we współczesnym świecie, trzeba będzie sobie odpowiedzieć na pytania: za co warto umrzeć, jakie nierówności możemy jeszcze tolerować, a których już nie (nie ma zgody społecznej). Co to jest dobre społeczeństwa? Takie pytania powinny być dużo częściej stawiane na uniwersytecie a nie „za ile punktów opublikowałeś”.

W takich pytaniach właśnie rozumiem slow science – skupienie się na długofalowych efektach i sensie a nie na krótkoterminowej wydajności i rywalizacyjnym wyścigu szczurów. Ktoś młodych ludzi musi nauczyć współpracy, nie tylko jako umiejętności ale jako postawy społecznej także. Inaczej zginiemy.

* Slow science na Wikipedii (na polskiej Wikipedii jeszcze nie ma
takiego hasła)

* manifest slow science

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s