Dlaczego nie jestem entuzjastą doceniania dydaktyki akademickiej ?

013W systemie awansu zawodowego i stabilności pracy na uczelniach wyższych dydaktyka nie jest doceniania. Jest gdzieś na marginesie. Liczy się przede wszystkim aktywność publikacyjna… a jakość zajęć nie wzbudza zainteresowania. Są bo są, byleby były. A przecież uczelnie wyższe w dużym stopniu utrzymują się dzięki studentom. Teoretycznie powinno więc zależeć na jak najwyższej jakości pracy dydaktycznej, bo z niej bierze się zadowolenie i satysfakcja studentów, potem absolwentów. I jakość kapitału ludzkiego na rynku pracy. Liczne są głosy, że należy docenić jakość dydaktykę akademicką i odzwierciedlić w awansie zawodowym. Ja jednak jestem przeciw…. i zaraz wyjaśnię skąd takie przewrotne i kontrowersyjne i „nielogiczne” zdanie. Bo przecież zależy mi na jakości usług uniwersyteckich.

W zaganianym zawodowym życiu ciągle brakuje czasu na refleksję, na opowiedzenie wrażeń i na spokojne spisanie wszystkich przemyśleń. Na przykład pokonferencyjnych. Chwila wyrwana z wyścigu szczurów, więc spisuję. Niedawno byłem na III Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium. W czasie debaty ekspercka pt. „Dydaktyka jako piąte koło u wozu? Systemowe rozwiązania na rzecz poprawy jakości dydaktyki akademickiej” padły bardzo ciekawe stwierdzenia. Wypowiedziane chyba (jeśli mnie pamięć nie myli) przez Jarosława Jendzę z Uniwersytet Gdańskiego. Panelista przewrotnie stwierdził, że nie są możliwe zmiany w systemie awansu akademickiego, bo do prawdziwych zmian potrzebne jest naruszenie obecnego systemu. Osobiście podejście systemowa bardzo mi odpowiada.

Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? By chronić przed punktozą tę sferę życia akademickiego. Wyraźnie obserwujemy to w zakresie publikacji, zapatrzenie na punkty, punkty i jeszcze raz punkty. Owocuje to dopisywaniem się do publikacji (by wzajemnie pomagać sobie w uzyskiwaniu punktów, ważnych w karierze), rozdrabnianiem publikacji (by pomnożyć punkty, bo liczy się sztuką), fałszowania wyników, przedwczesnym publikowanie wyników. Duża część czasu i aktywności idzie w sprawozdawczość i wyszukiwania jak najowocniejszego liczenia owych punktów. Podobne trendy docierają i do aktywności dydaktycznej. Tak więc analogiczne docenienie dydaktyki spowoduje wzmożenie sprawozdawczości. Już teraz sylabusy, zestawienia itd. zajmują zbyt dużo czasu. A co będzie, gdy znajdzie się to w sferze zainteresowania wyścigu szczurów? Może więc niech lepiej dydaktyka zostanie polem na indywidualną charyzmę i zaangażowanie (wewnętrzne zmotywowanie a nie poganianie batem punktów). Bo przecie będziemy robili (ci co chcą) to samo a dojdzie jeszcze dodatkowa biurokratyczna sprawozdawczość i wyliczanie punktów….

Ale wróćmy do dyskusji ze wspomnianej konferencji. Prawdziwe zmiany nie są możliwe… jeśli nie zmieni się systemu. Wspomniany panelista wspomniał o trzech kulturach (wzorcach) uprawiania nauki. Pierwszy to kultura aureoli i prestiżu – nakierowanie na rozwój osobisty, potrzeba zdobywania uznania (publikacje, nagrody, dyplomy itd.). Ponieważ takie osoby zdobywają „punkty” to cenione są przez uczelnie. Druga to kultura umiłowania prawdy i jest nakierowana na odkrywanie, poświęcenie się poszukiwaniu czystej wiedzy. Osoby takie nie są zainteresowanie publikowaniem a odkrywaniem prawdy. Wiele wyników leży w szufladzie i czeka na ogłoszenie. Taki wzorzec mieści się w tradycji akademickiej. Trzeci wzorzec to kultura atrakcyjnego mówcy – lubi mówić i być słuchany. Przemawia na zebraniach, na wykładach, na konferencjach, w ciałach kolegialnych takich jak rady wydziału, senat uczelni, spotkania towarzystw naukowych, i oczekuje oklasków, podziwu, uznania.

Otóż te trzy wzorce to skoncentrowanie się na sobie. Dobrze oddaje funkcjonowanie człowieka w organizacji. Nazywane bywają ego-logiką. Dbanie o siebie. Dotychczasowe bibliometryczne i punktowe docenianie rozwoju takich wzorców owocuje punktozą i rozwijaniem postaw radzenia sobie w uniwersyteckiej korporacji. I wcale niekoniecznie przekłada się to na sukces samej instytucji. To ściganie się w liczbie i punktach z publikacji (prestiż), różnorodnych nagrodach i wyróżnieniach. Jeśli włączyć w ten wyścig i dydaktykę, to czy rzeczywiście podniesie się jakość? Raczej wątpliwe. A jeśli już to w stopniu minimalnym. Podniesie się w sprawozdawczości ale nie w rzeczywistości.

Jest jeszcze systemowo inny wzorzec. Eko-logika to skoncentrowanie na dobru wspólnym, na systemie, na ulepszaniu systemu, na wspólnotowości. Uniwersytet traktowany jest jako dobro wspólne, o które warto się troszczyć. Prymat wspólnoty nad dobrem własnym (czy to poszukiwaniu prestiżu, czy prawdy, czy atrakcyjnego mówcy). Prawdą jest również to, że nam Polakom ewidentnie brakuje umiejętności pracy zespołowej (eko-logicznej). Pracujemy w grupie ale nie zespołowo. W docenianiu dydaktyki należałoby przede wszystkim docenić eko-logiczne podejście (nie wyrywanie sobie zajęć ale skoncentrowanie się na studencie i efekcie finalnym). A to wymaga gruntownej zmiany systemowej. Czy na to jest gotowe środowisko akademickiej? Przecież nawet za bardzo nie dyskutuje w tym duchu.

W naszym życiu niestety dominuje ekonomia korporacyjna. I po co jeszcze zaśmiecać nią proces dydaktyczny? Lepiej pozostańmy „niedocenieni”. Przynajmniej mniej będzie zbędnej biurokracji. A proces edukacyjny nie jest łatwy do zmierzenia. Przecież wiele efektów jest długofalowych, widocznych dopiero po wielu latach. Jak to mierzyć? Teraz w bibliometrycznej ocenie wartości publikacji liczy się szybki efekt – publikowanie w punktowanym czasopiśmie i szybkie cytowanie. W wielu dyscyplinach publikacje szybko się starzeją, po 3-6 latach nikt już do takich publikacji nie zagląda i nie cytuje. Są jednak dyscypliny, w których mniej jest zaangażowanych pracowników i węższy front robót. W takich dyscyplinach prace (publikacje) czytane są i cytowane po 10-50 latach. W systemie punktowym są bezwartościowe, bo co komu po „puntach” jak już dawno wyrzucą go z pracy lub będzie na emeryturze? Rozliczani jesteśmy praktycznie co roku…. Przeniesienie tego wzorca na aktywność dydaktyczną przyniesie jedynie produkcję papierów i dużo pracy pozorowanej. Już teraz to widać. I jakby się nasilało…

Bez wewnętrznej motywacji system punktowy, zliczany co roku, niczego nie wniesie. Ludzie, zwłaszcza na uniwersytetach, nie są głupi. Dość szybko dostosowują się do każdego systemu oceny. Bo od tego zależy zatrudnienie i wysokość pensji. Tak jak w szkole uczymy się dla ocen. Nie dla siebie. W szkole dzieci pytają czy będzie za to piątka… my ile za to będzie punktów. Ego-logika. Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? Bo bez zmiany systemu będzie to kolejna punktoza (skoncentrowanie na dokumentowaniu i starannym wyliczaniu aktywności na papierze). Biurokracja i robienie czegoś dla punktów przesłoni zasadniczą aktywność. A już teraz jesteśmy przepracowani i zatopieni w papierowej sprawozdawczości.

Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry za źdźbło, ale dlatego ze się podlewa i nawozi. Zatem bardziej istotne jest tworzenie warunków do rozwoju niż tworzenie kolejnych rankingów i korporacyjnego wyścigu szczurów. Dlatego potrzebna jest gruntowna zmiana systemu. Nie ma potrzeby wymyślania coraz to nowych sposobów ciągnięcia trawy do góry. Skoncentrujmy się na podlewaniu i nawożeniu. Czyli na tworzeniu warunków. Bez kształcenia wewnętrznie zmotywowanego człowieka stworzymy ego-logiczną, korporacyjną grupę ścigających się szczurów. I nawzajem podgryzających.

Zdjęcie ze strony http://www.ideatorium.ug.edu.pl.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s