Od dawna o prowincji piszę i mówię w ciepłych barwach. Niektórych to dziwi, czasem wręcz oburza. Więc po raz kolejny wytłumaczę się ze swojej afirmacji prowincji. Definicja słownikowa mówi, że prowincja to „część kraju oddalona od stolicy i większych miast”. Tak, kiedyś miało to znaczenie, bo z prowincji do stolicy, do metropolii ciężko się było dostać. Wiosną i jesienią po błotnistej drodze, zimą przez głębokie zaspy 5 km do najbliższego przystanku kolejowego (albo i 20 km), pekaes (znaczy się autobus komunikacji międzymiastowej) raz dziennie albo i wcale. Samochody osobowe były wtedy rzadkością i mało kogo było na taki luksus stać. Można było jedynie rowerem lub furmanką (młode pokolenie niech sobie poszuka wyjaśnienia, co to jest furmanka). Albo pieszo, tak jak moja babcia 18 km do miasta na targ z koszykiem na ramieniu. Wyprawa do sklepu czy do teatru to wielka wyprawa życia. Ba, czasem i prądu nie było tylko lampa naftowa. Tak, skoro daleko, to „wiocha zabita dechami”, konopielkowe Taplary, wszy, bród, smród i ubóstwo. W kulturze wielokrotnie opisywana rzeczywistość trudnego startu, np. w serialu „Daleko od szosy”.
Nic dziennego, że w słowniku znajdziemy i drugie znaczenie słowa prowincja „lekceważąco: obszary opóźnione w rozwoju cywilizacyjnym i kulturalnym, mieszkańcy takich obszarów”. Czyli ewidentnie kojarzy się negatywnie. I jak tu z dumą mówić, że się jest prowincjuszem z prowincji?
Ale słowa mają takie znaczenia, jakie im nadajemy. Na przykład „kobieta” było kiedyś określeniem negatywnym, obraźliwym. Dla odmiany wiele słów, dzisiaj uważanych za wulgarne i brzydkie, kiedyś miało neutralny wydźwięk. Nie będę tych słów przytaczał. Nie ma więc nic złego w słowie prowincja, prowincjonalny, prowincjusz. Bo wszystko zależy od tego, co pod tym słowem rozumiemy. A czasy się zmieniły i zmienił się kontekst cywilizacyjny, filozoficzny i kulturowy.
Prowincja, czyli gdzieś daleko od metropolii – kiedyś miało to znaczenie. Bo po pierwsze wszystko wolniej docierało i wszystko co ważne działo się stolicy, gdzieś daleko za siedmioma stacjami kolejowymi i siedmioma wyboistymi drogami. Z prowincji daleko było do władzy i do kariery, sławy, bogactwa. Dalego do króla, sądów i tej wielkiej kultury, najnowszych trendów w modzie. Nic więc dziwnego, że prowincja nabierała pejoratywnego znaczenia. I ludzie uciekali z prowincji po sławę, karierę, bogactwo, awans społeczny. Oczywiście do metropolii, tych krajowych, europejskich jak i wojewódzkich, powiatowych. A propos kultury przypomnę tylko, że kiedyś na prowincji, w szlacheckim i magnackim dworze, kultura i to przez duże K, kwitła i znakomicie się rozwijała. Teraz jedynie przenosimy się stylem życia i myślenia do podobnych czasów.
Ale wróćmy do zapyziałej prowincji. Zapyziała to ona może i była, ale świat się zmienił. W dobie globalizacji, łatwości podróży – szybko i daleko, w dobie telewizji, radia, prasy a przede wszystkim internetu, prowincja już nie upośledza i nie stygmatyzuje. Pokazują to tendencje migracyjne i nowe osiedlanie się. Ludzie z pozycją i dorobkiem przenoszą się na wieś (albo małych, prowincjonalnych miasteczek). Bo dzisiaj można pracować na prowincji i pokazywać swoją twórczość w metropolii. I odwrotnie, można tworzyć w stolicy i pokazywać swój dorobek na prowincji. Nie tylko poprzez internet. Można pojechać. I wrócić. W jeden dzień. Można być jednocześnie na prowincji i w głównym nurcie w wielkim świecie. Globalna wioska ma swój konkretny sens.
Przypomina mi się znakomity sześcioodcinkowy serial „Siedlisko”. Prowincja może być piękna i wartościowa. I ludzie tam mieszkający. Owszem różnie patrzy się jeszcze na prowincję. Przytoczę obecny jeszcze w kulturze punkt widzenia tak zwanej warszafki. Nie o miejsce zamieszkania tu chodzi i nie o Warszawę czy warszawiaków. To określenie zarozumiałych ludzi z metropolii (nawet tej powiatowej), którzy na miejscowych patrzą jak na tutejszych Aborygenów. Z poczuciem wyższości, misji cywilizacyjnej, ironią, jak na gorszych i zacofanych. I w literaturze współczesnej taki punkt widzenia nie trudno odnaleźć i wskazać (przemilczę, bo po co reklamować zacofany chłam). Metropolitalne kompleksy owocują budowaniem lotnisk w każdym miejscu, wysokim domów i galerii handlowych, wycinaniem drzew (bo drzewa to w lesie i na wsi) – by było jak w stolicy.
W takim podejściu wszystko co wartościowe to przyjeżdża ze stolicy, z metropolii. Miejscowi są zawsze jakimiś patologiami, nad którymi się można porozczulać i koniecznie cywilizować. Metropolitalni przyjeżdżają na wieś na weekend, ubierają się sielsko i odgrywają sielankowe scenki jak kiedyś arystokracja poprzebierana za pasterzy i pastereczki. Powierzchowna mistyfikacja i sztuczna sielanka. Trochę podejście kolonialne, widoczne u wielu narodów (typowe dla XIX i XX wieku, przynajmniej pierwszej połowy). Do tych prymitywnych i zacofanych dzikusów przywieść trzeba cywilizację, edukację, nowoczesność. A nawet jak kupi się dom na wsi, to się od miejscowych Aborygenów oddziela wysokim płotem…
Pejoratywne i pogardliwe traktowanie prowincji jest… podejściem zacofanym, archaicznym, nieadekwatnym już do współczesności. Wystarczy nieco uważniej przypatrzeć się współczesnym trendom w kulturze i codziennym życiu. Świat się zmienił. Uciekamy od korporacyjnego wyścigu szczurów, śniąc o powolnym życiu. O cittaslow, slow food, muzyce instrumentalnej (tak zwanej etnicznej, muzyce miejsca itd.). Bo tak zaczynamy postrzegać prowincję – już nie jako biedę, zacofanie i klęskę życiową, ale jako dobre i wartościowe życie.
Jestem z prowincji i jestem z tego dumny. Na prowincji można żyć w bliższych relacjach. Ale taka prowincjonalność widoczna jest także… w Warszawie. Bo o prowincjonalności nie decyduje miejsce zamieszkania lecz sposób myślenia. Kiedyś takie stwierdzenie odnosiło się do negatywnych zjawisk, teraz do nowego, wartościowego stylu życia.
ps. zdjęcie z Restauracji z Zielonym Piecem, Olsztynek (małe miasteczko na prowincji) – jedno z wielu, uroczych miejsc bez pospiechu ale z wysoką jakością.

Kapitału ludzkiego nie widać, więc rzadko się w niego inwestuje. Co innego drogi, stadiony i wielkie budowle. Te od razu i z daleka widać. Nawet jeśli nie przynoszą dochodu i są obciążeniem na lata. Ludzi widać, ale nie widać tego, co mają w głowie i w duszy. Widać dopiero – po jakimś czasie – skutki ich działań.
Będąc niedawno na przedstawieniu teatru ulicznego uświadomiłem sobie, że najpopularniejszym zawodem (profesją) współcześnie jest dziennikarstwo.
Ostatnio Barczewo porównano do Los Angeles…, bo w herbie ma dwa anioły. Ale żeby dukaty rosły na drzewie? W sumie to nie dukaty a dukaciki i nie rosły tylko przysiadły na liściu. Bo o motylu będzie to opowieść. O czerwończyku dukaciku.
Małe, senne miasteczko, jakieś ogródeczki na obrzeżach. Na płytkiej rzeczce kaczki brodzą. Widok taki jak zawsze? Niesamowity znak czasu, małe miasteczko i kaczki na rzece… Co w tym dziwnego? Ano to, że są to dzikie kaczki krzyżówki a nie hodowlane (udomowione). Zniknęły chlewiki i kurniki a puste miejsce zajmuje dzika zwierzyna. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wielkie zmiany się dokonują w przyrodzie i kulturze wokół nas.
Nie wchodzi się dwa razy to tej samej wody w rzece. Najdobitniej widać to po przyrodzie, która się nieustannie zmienia. Zmienia się za sprawą procesów naturalnych jak i oddziaływania człowieka, w tym antropogenicznego ocieplenie klimatu. Patrzymy na krajową przyrodę, ale widzimy coś innego niż nasi ojcowie czy dziadkowie. A nawet my sami z młodości. Niby to samo, ale w szczegółach to zupełnie inaczej. Jedne gatunki znikają, pojawiają się inne, czasem z daleka.


Gdy wydaje się nam, że już wszystko znakomicie rozumiemy i wszytko wiemy, pojawiają się fakty, które uczą nas pokory. Biologia jest dobrym przykładem oraz ostatnio zyskującą popularność teoria hologenomu. Pozwala inaczej spojrzeć na ewolucję i dominująca w kulturze teorię egoistycznego genu. A w kulturze póki co popularny jest sukces jednostki, wspierany odwoływaniem się do genów.
Język potoczny nie zawsze pokrywa się z klasyfikacją naukową. W życiu codziennym zachodzenie na siebie pojęć, różnorodne ich stosowanie, po prostu nam nie przeszkadza. Bo różny jest kontekst użycia jak i różne potrzeby. Nauka porządkuje pojęcia, klasyfikuje i systematyzuje by komunikacja była możliwie precyzyjna, bez żadnych niedomówień. Na styku języka potocznego i naukowego dochodzi do zabawnych nieporozumień. Bo są zwierzęta, ptaki, ryby owady… W tym znaczeniu zwierzęta ograniczane są do ssaków. Podobnie z zawartym w tytule pytaniu czy zawisak to motyl czy ćma. Bo w języku potocznym są motyle i ćmy.
Kamienie Wmlandii są tajnymi znakami, wskazującymi miejsca urocze, lokalne, gdzie znaleźć można prowincjonalną przygodę. Pojawiły się już dwa ( a w zasadzie trzy w dwóch miejscach), w tym jeden w Olsztynie (zdjęcie obok). Będzie ich więcej. Jak drogowskazy będą wtajemniczonym dyskretnie pokazywać miejsca, w których warto poszukać przygody. Znaki nie dla wszystkich czytelne, tylko dla wtajemniczonych i posiadających specjalna książkę „kodów” (szyfrów). Ten w Olsztynie powstał w sobotę, w miejscu gdzie można czasem posłuchać elfickich pieśni 