O prowincji – afirmacja dobrego życia w sprzeciwie do stygmatyzacji

stoliciastkaOd dawna o prowincji piszę i mówię w ciepłych barwach. Niektórych to dziwi, czasem wręcz oburza. Więc po raz kolejny wytłumaczę się ze swojej afirmacji prowincji. Definicja słownikowa mówi, że prowincja to „część kraju oddalona od stolicy i większych miast”. Tak, kiedyś miało to znaczenie, bo z prowincji do stolicy, do metropolii ciężko się było dostać. Wiosną i jesienią po błotnistej drodze, zimą przez głębokie zaspy 5 km do najbliższego przystanku kolejowego (albo i 20 km), pekaes (znaczy się autobus komunikacji międzymiastowej) raz dziennie albo i wcale. Samochody osobowe były wtedy rzadkością i mało kogo było na taki luksus stać. Można było jedynie rowerem lub furmanką (młode pokolenie niech sobie poszuka wyjaśnienia, co to jest furmanka). Albo pieszo, tak jak moja babcia 18 km do miasta na targ z koszykiem na ramieniu. Wyprawa do sklepu czy do teatru to wielka wyprawa życia. Ba, czasem i prądu nie było tylko lampa naftowa. Tak, skoro daleko, to „wiocha zabita dechami”, konopielkowe Taplary, wszy, bród, smród i ubóstwo. W kulturze wielokrotnie opisywana rzeczywistość trudnego startu, np. w serialu „Daleko od szosy”.

Nic dziennego, że w słowniku znajdziemy i drugie znaczenie słowa prowincja „lekceważąco: obszary opóźnione w rozwoju cywilizacyjnym i kulturalnym, mieszkańcy takich obszarów”. Czyli ewidentnie kojarzy się negatywnie. I jak tu z dumą mówić, że się jest prowincjuszem z prowincji?

Ale słowa mają takie znaczenia, jakie im nadajemy. Na przykład „kobieta” było kiedyś określeniem negatywnym, obraźliwym. Dla odmiany wiele słów, dzisiaj uważanych za wulgarne i brzydkie, kiedyś miało neutralny wydźwięk. Nie będę tych słów przytaczał. Nie ma więc nic złego w słowie prowincja, prowincjonalny, prowincjusz. Bo wszystko zależy od tego, co pod tym słowem rozumiemy. A czasy się zmieniły i zmienił się kontekst cywilizacyjny, filozoficzny i kulturowy.

Prowincja, czyli gdzieś daleko od metropolii – kiedyś miało to znaczenie. Bo po pierwsze wszystko wolniej docierało i wszystko co ważne działo się stolicy, gdzieś daleko za siedmioma stacjami kolejowymi i siedmioma wyboistymi drogami. Z prowincji daleko było do władzy i do kariery, sławy, bogactwa. Dalego do króla, sądów i tej wielkiej kultury, najnowszych trendów w modzie. Nic więc dziwnego, że prowincja nabierała pejoratywnego znaczenia. I ludzie uciekali z prowincji po sławę, karierę, bogactwo, awans społeczny. Oczywiście do metropolii, tych krajowych, europejskich jak i wojewódzkich, powiatowych. A propos kultury przypomnę tylko, że kiedyś na prowincji, w szlacheckim i magnackim dworze, kultura i to przez duże K, kwitła i znakomicie się rozwijała. Teraz jedynie przenosimy się stylem życia i myślenia do podobnych czasów.

Ale wróćmy do zapyziałej prowincji. Zapyziała to ona może i była, ale świat się zmienił. W dobie globalizacji, łatwości podróży – szybko i daleko, w dobie telewizji, radia, prasy a przede wszystkim internetu, prowincja już nie upośledza i nie stygmatyzuje. Pokazują to tendencje migracyjne i nowe osiedlanie się. Ludzie z pozycją i dorobkiem przenoszą się na wieś (albo małych, prowincjonalnych miasteczek). Bo dzisiaj można pracować na prowincji i pokazywać swoją twórczość w metropolii. I odwrotnie, można tworzyć w stolicy i pokazywać swój dorobek na prowincji. Nie tylko poprzez internet. Można pojechać. I wrócić. W jeden dzień. Można być jednocześnie na prowincji i w głównym nurcie w wielkim świecie. Globalna wioska ma swój konkretny sens.

Przypomina mi się znakomity sześcioodcinkowy serial „Siedlisko”. Prowincja może być piękna i wartościowa. I ludzie tam mieszkający. Owszem różnie patrzy się jeszcze na prowincję. Przytoczę obecny jeszcze w kulturze punkt widzenia tak zwanej warszafki. Nie o miejsce zamieszkania tu chodzi i nie o Warszawę czy warszawiaków. To określenie zarozumiałych ludzi z metropolii (nawet tej powiatowej), którzy na miejscowych patrzą jak na tutejszych Aborygenów. Z poczuciem wyższości, misji cywilizacyjnej, ironią, jak na gorszych i zacofanych. I w literaturze współczesnej taki punkt widzenia nie trudno odnaleźć i wskazać (przemilczę, bo po co reklamować zacofany chłam). Metropolitalne kompleksy owocują budowaniem lotnisk w każdym miejscu, wysokim domów i galerii handlowych, wycinaniem drzew (bo drzewa to w lesie i na wsi) – by było jak w stolicy.

W takim podejściu wszystko co wartościowe to przyjeżdża ze stolicy, z metropolii. Miejscowi są zawsze jakimiś patologiami, nad którymi się można porozczulać i koniecznie cywilizować. Metropolitalni przyjeżdżają na wieś na weekend, ubierają się sielsko i odgrywają sielankowe scenki jak kiedyś arystokracja poprzebierana za pasterzy i pastereczki. Powierzchowna mistyfikacja i sztuczna sielanka. Trochę podejście kolonialne, widoczne u wielu narodów (typowe dla XIX i XX wieku, przynajmniej pierwszej połowy). Do tych prymitywnych i zacofanych dzikusów przywieść trzeba cywilizację, edukację, nowoczesność. A nawet jak kupi się dom na wsi, to się od miejscowych Aborygenów oddziela wysokim płotem…

Pejoratywne i pogardliwe traktowanie prowincji jest… podejściem zacofanym, archaicznym, nieadekwatnym już do współczesności. Wystarczy nieco uważniej przypatrzeć się współczesnym trendom w kulturze i codziennym życiu. Świat się zmienił. Uciekamy od korporacyjnego wyścigu szczurów, śniąc o powolnym życiu. O cittaslow, slow food, muzyce instrumentalnej (tak zwanej etnicznej, muzyce miejsca itd.). Bo tak zaczynamy postrzegać prowincję – już nie jako biedę, zacofanie i klęskę życiową, ale jako dobre i wartościowe życie.

Jestem z prowincji i jestem z tego dumny. Na prowincji można żyć w bliższych relacjach. Ale taka prowincjonalność widoczna jest także… w Warszawie. Bo o prowincjonalności nie decyduje miejsce zamieszkania lecz sposób myślenia. Kiedyś takie stwierdzenie odnosiło się do negatywnych zjawisk, teraz do nowego, wartościowego stylu życia.

ps. zdjęcie z Restauracji z Zielonym Piecem, Olsztynek (małe miasteczko na prowincji) – jedno z wielu, uroczych miejsc bez pospiechu ale z wysoką jakością.

Kapitał ludzki – dwa obrazki z życia prowincji

Tomek_KulasKapitału ludzkiego nie widać, więc rzadko się w niego inwestuje. Co innego drogi, stadiony i wielkie budowle. Te od razu i z daleka widać. Nawet jeśli nie przynoszą dochodu i są obciążeniem na lata. Ludzi widać, ale nie widać tego, co mają w głowie i w duszy. Widać dopiero – po jakimś czasie – skutki ich działań.

Kapitału ludzkiego nie widać a on mocno wpływa na rzeczywistość. Dla niektórych ważne są pieniądze, więc wyraźnie napiszę i to, że kapitał ludzi przekłada się na lokalną (i krajową) ekonomię. Warto więc w niego inwestować, mimo że od razu nie widać efektów. Tak jak z ziarnem rzuconym w ziemię – trzeba poczekać aż wzejdzie i wyda plon.

Jak się ostatnio dowiedziałem, Kraków nie wydaje żadnych pieniędzy na promocję. Promuje się przez kulturę. Wydaje pieniądze na wiele festiwali i różnorodnych przedsięwzięć kulturalnych. W rezultacie marka Kraków jest rozpoznawalna i przyjeżdża coraz więcej turystów. To nienachalna , dyskretna promocja głębokiego kontekstu.

Teraz pora na dwa przykłady, zapowiedziane w tytule. Pierwszy z Barczewa. Niedawno odbył się tam fotospacer. Przejechało około 60 osób z Warszawy, Górowa Iławeckiego, gdzieś z Podlasia, Mrągowa, Olsztyna. Nie zabrakło oczywiście i osób miejscowych. Powstało wiele przepięknych zdjęć, udostępnionych i rozpowszechnionych w wielu miejscach internetowych. Piękno przyciąga. Goście odkrywali piękno małego miasteczka, zadziwiając nawet miejscowych. Znakomita promocja turystyczna przy niewielkim nakładzie. Ale nie zaistniałaby, gdyby nie kilka – kilkanaście osób z pomysłem i energią do nietuzinkowych działań. To właśnie ten mityczny kapitał ludzki. Ktoś musiał zrobić zdjęcia i wysłać na konkurs, potem wiele osób zmobilizowało się by „lajkować”. Tak wygrali w konkursie i zaistniał u nich fotospacer. A potem był włożony własny czas, przesmaczne ciasto i zaangażowanie. Gości zachwyciła barczewska gościnność. I o tej gościnności oraz urodzie warmińskiego miasteczka swoimi fotografiami opowiadają. Gdyby wynająć firmę reklamową za taką kampanię i takie zdjęcia trzeba byłoby bardzo dużo zapłacić. A i efekt byłby nieprzewidywalny. Bo zaangażowania i pasji ludzkiej nie da się kupić. Tak więc, gdyby ktoś chciał to może wyliczyć finansowy efekt barczewskiego kapitału społecznego.

Ania_Broda

Drugi przykład to Ania Broda, nietuzinkowa artystka, która zamieszkała w Olsztynie. Pod koniec lipca, podzieliła się z miastem swoimi przyjaciółmi (Jacek Hałas i Alicja Hałas)  i urządziła spontaniczny koncert z tańcami na Starówce. Nieco zaniedbany i zapomniany fragment miasta ożył. Niektórzy włączyli się w granie i śpiewanie, wielu tańczyło na ulicy. Można było zobaczyć zaskoczone i szczęśliwe miny turystów, także zagranicznych (Irlandii, Szwajcarii, Japonii itd.). Wartościowi ludzie, ów niewidoczny kapitał ludzki, przyciągają jak magnes. Bo coś niebanalnego wokół nich się dzieje. Coś niezwykłego.

Ludzie są jak ziarno wysiewane w rolę. Siejesz a nie wiadomo które w zejdzie. A może między ziarnem jest i kąkol lub innych chwast? Ścisła buchalteria zajmuje czas i energię a nie daje rezultatów. Bo co z tego, że nie wszystkie wysiane ziarno wzejdzie? To które się rozwinie wyda stukrotny plon. Przed wydaniem plonu nie rozpoznasz. Inwestujmy w kapitał ludzki i niespiesznie czekajmy na rezultaty,

Górne zdjęcie – Tomek Kulas.

Najwięcej na świecie jest…. dziennikarzy

fotografowanieBędąc niedawno na przedstawieniu teatru ulicznego uświadomiłem sobie, że najpopularniejszym zawodem (profesją) współcześnie jest dziennikarstwo.

W czasach Stańczyka, najwięcej było lekarzy:

„U jednego z tych panów, którzy radzi przy biesiadzie pragnęli Stańczyka dla zabawy gości, zdarzyła się rozmowa, jakiego też to stanu ludzi najwięcej na świecie. Każdy co innego mówił: ten krawców, ten szewców, ten innych rzemieślników. Stańczyk stojąc podle za czyjémś kresłem, odezwał się na to:  — Najwięcej jest lekarzów na świecie, ot jeśli nie wierzycie wasz mość, pokażę ich stu w Krakowie, w przeciągu trzech dni. „

Czasy się zmieniły i teraz najwięcej jest dziennikarzy, a zwłaszcza fotoreporterów. Czy to jakaś wycieczka, nawet spacer do lasu, czy to jakiś koncert, przedstawienie teatralne, spotkanie towarzyskie, wernisaż, wypadek, gradobicie… od razy pojawia się fotografujących i utrwalających zdarzenie ze dwa tuziny dziennikarzy. Nie wierzysz czytelniku? To sprawdź na dowolnym artystycznym, sportowym wydarzeniu czy uroczystości. Stań mentalnie z boku (jak rasowy dziennikarz) i policz widzów-uczestników, którzy przynajmniej jedno zdjęcie zrobili (lub nagrali wideo, trzasnęli sweetfocie czy selfi z dziejącym się wydarzeniem). Jaki procent widzów-uczestników wcieliło się w rolę dziennikarza-dokumentalisty?

Kiedyś to było lepiej, czy to wesele, pierwsza komunia, koncert w filharmonii, przedstawienie teatralne itd., zjawiał się jakiś jeden może dwóch dziennikarzy, z kamerą, jakiś fotoreporter. Chyba, że jakieś ważne oświadczenie rządu czy inna państwowa uroczystość – to wtedy kilka telewizji, kilkunastu pstrykających fotoreporterów.  Ale teraz jest tak na każdej, nawet najprowincjonalniejszej, lokalnej uroczystości, czy małym wydarzeniu rodzinnym. Niemalże każdy wyciąga co tam kto ma, nie tylko aparaty i kamery ale nawet telefony komórkowe, tablety itd. I cykają, kręcą, nagrywają. Aż oglądać trudno . Widzów prawie nie ma – sami dziennikarze. Tak więc śmiało mogę stwierdzić, że współcześnie najwięcej jest dziennikarzy. Nie wszyscy mają etat, nie wszyscy dostają wierszówki i inne honoraria. Można by powiedzieć, że tak na prawdę to niewielu…. Zdecydowana większość to freelancerzy, wolni strzelcy, dziennikarze w pełni niezależni i na dorobku. Na życiowym starcie. Wolontariusze mocno lokalni. Ale dziennikarze!

No cóż, ja też tak mam. I wiem, że dziennikarskie dokumentowanie pochłania i absorbuje. Skupiam się na utrwalaniu a nie na przeżywaniu, uczestniczeniu. Bo jest się dziennikarzem i trzeba dziennikarzować (wybierać dobre miejsce do fotografowania, przemieszczać się by być ciągle w centrum i mieć dobre ujęcia) a nie się obijać… Gdy dostrzegam coś pięknego, unikalnego, ciekawego to od razu chcę sfotografować, sfilmować, utrwalić. Tak jak dziennikarz. A co potem?

Potem to ludzie pokazują znajomym na swoich smartfonach, udostępniają na portalach skocznościowych, piszą ilustrowane blogi, pokazując zdjęcia opowiadają co widzieli i gdzie byli, co przeżyli. Dziennikarze relacjonujący świat… co prawda czasem publiczność niewielka, ale dziennikarskie utrwalanie jest dziennikarskim rzemiosłem i już. Czasem nawet duże stacje i czasopisma przedrukowują i na swoich łamach upubliczniają.

Z dzieciństwa pamiętam jak do wiejskiego domu wracał dziadek lub wujek lub ktokolwiek inny, to opowiadał. To co zobaczył i usłyszał, a to w mleczarni, a to w sąsiedniej wiosce, a to w sklepie, a to w wmieście (pekaesem trzeba było jechać ładnych paręnaście kilometrów – wielki świat!). Jak zdarzył się jakiś wypadek, krowa w szkodę wlazła, ktoś pijany awanturę zrobił albo grad zboże wyłożył – to też było opowiadanie. W tamtych czasach uczyliśmy się relacji słownej. Zapamiętać i opowiedzieć. Zbudować ciekawą i niezwykłą opowieść (taniego newsa !) jedynie słowami, intonacją głosu i językiem ciała. Czasem można było pokazać jakiś eksponat, np. kulkę gradową.

Teraz swoje opowieści ozdabiamy (ilustrujemy) fotografiami, filmami. I wcale nie musi to być jakiś blog internetowy. Po prostu wyciągamy komórkę i pokazujemy, kotki, pieski, dzieci, wnuki, swoje podróże wycieczkowe. Uczymy się więc fotografowania, filmowania, czasem blogowania, edytujemy foto albumy.  Przy okazji robiąc zdjęcia inaczej spostrzegamy rzeczywistość: nieco bardziej aktywnie, skupiając się na wyszukiwaniu ciekawych elementów, niepospolitych zjawisk itd.

Tak sobie myślę, że dziennikarstwo to powinien być najpopularniejszy kierunek na studiach… boż jest duże zapotrzebowanie!

ps. Zdjęcie wykonano w czasie lipcowego fotospaceru: https://www.facebook.com/fotospacerypl

O dukatach co na drzewach w Barczewie spotkać można

czerwoczyk_dukacikOstatnio Barczewo porównano do Los Angeles…, bo w herbie ma dwa anioły. Ale żeby dukaty rosły na drzewie? W sumie to nie dukaty a dukaciki i nie rosły tylko przysiadły na liściu. Bo o motylu będzie to opowieść. O czerwończyku dukaciku.

W czasie fotospaceru  w Barczewie, w lipcowe wczesne popołudnie, zobaczyłem czerwono mieniącego się motylka, co na chwilę przysiadł na liściu kasztanowca. Z początku myślałem, że to czerwończyk nieparek. Motyl był daleko a aparat, który akurat miałem w ręku, nie mógł zrobić dobrego zbliżenia. Dopiero w domu się przyjrzałem. Nie było charakterystycznych czarnych kreskowatych plamek, a więc nie mógł być to czerwończyk nieparek. To samiec czerwończyka dukacika.

Czerwończyk dukacik (Lycaena virgaureae) należy do rodziny modraszkowatych (Lycaenidae). Samiec ma skrzydła z wierzchu w kolorze złocisto-czerwonym – stąd to porównanie do złotego dukata. Po bokach widoczna jest czarna obwódka. Przepiękny.

Owady dorosłe spotkać można od początku czerwca do połowy sierpnia. Typowym środowiskiem są śródleśne łąki, polany, skraje lasów. A ja go spotkałem w małym miasteczku, w Barczewie. Nad rzeczką, wśród kasztanowców. Na zdjęciu widać także ślady zerowania innego motyla – to szrotówek kasztanowiaczek (Cameraria ohridella). Te ślady to brązowe plamy na liściach kasztanowca. W środku są małe gąsienice, minujące (czyli jak górnik, drążące małe korytarze) liście. Ale wróćmy do czerwończyka.

Czerwończyk dukacik to gatunek palearktyczny (zawsze można sobie wygooglać i sprawdzić, gdyby ktoś nie wiedział co oznacza gatunek palearktyczny lub Palearktyka). W Polsce można go spotkać w całym kraju, jakkolwiek Marcin Sielezniew i Izabela Dziekańska w książce o motylach dziennych zaznaczają, że jest rzadziej obserwowany w centrum kraju oraz na terenach zabudowanych lub intensywnie użytkowanych rolniczo. Barczewo to małe miasteczko, więc nie trudno z okolicznych łąk zalecieć motylom do miasta. Tym bardziej, że to motyl, który łatwo przemieszcza się na duże odległości. Owady dorosłe czerwończyka dukacika przez cały dzień szukają kwiatów z nektarem. Nocują gromadnie w wyższej roślinności. Samce są terytorialne. W osłoniętych i nasłonecznionych miejscach ustanawiają swoje „rewiry”. Tam czekają na samiczki. Zaplemnione samiczki nie mają ochoty na kolejne, zbędne amory. Aby uniknąć naprzykrzania się ze strony samców, kryją się na spodniej stronie liści. Samiczki są mniej kolorowo ubarwione.

Gąsienice żyją na szczawiu zwyczajnym (Rumex acetosa) i szczawiu polnym (Rumex acetosella). Tam ich można szukać od marca do czerwca.

Ale w Barczewie już wcześniej pojawił się czerwończyk…. Na kamieniu. Namalowany przez Annę Wojszel.  Teraz sobie leży przed Galerią Synagoga. Niżej fantazyjny chruścik (już mojego autorstwa). Chruścików tez na pewno sporo jest w Barczewie bo to i dwie rzeczki i staw młyński.

Tak, małe warmińskie miasteczka mają swoje urokliwe tajemnice. Trzeba tylko uważnie patrzeć. I powoli spacerować. Jak to w cittaslow.

11745462_10206298104284865_5374344739604458654_n

Kaczki na wodzie – tu zaszła zmiana

kaczkinawodzieMałe, senne miasteczko, jakieś ogródeczki na obrzeżach. Na płytkiej rzeczce kaczki brodzą. Widok taki jak zawsze? Niesamowity znak czasu, małe miasteczko i kaczki na rzece… Co w tym dziwnego? Ano to, że są to dzikie kaczki krzyżówki a nie hodowlane (udomowione). Zniknęły chlewiki i kurniki a puste miejsce zajmuje dzika zwierzyna. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wielkie zmiany się dokonują w przyrodzie i kulturze wokół nas.

Barczewo. Obrzeża miasteczka, jeszcze w zabudowie widać komórki, chlewiki, stare kurniku, gołębniki (ale gołębi już nie hodujemy na rosół ani na ofiarę). Ale są puste. Nikt już świnek nie hoduje, ani królików, ani kur, kaczek czy gęsi. Nawet warzywniaki zmieniają się w ogródki rekreacyjne. Kiedyś każdą zwierzynę byśmy upolowali (kłusowali) i zjedli. Znikają zwierzęta hodowlane nie tylko z małych miasteczek ale i ze wsi. Nie słychać porykiwania krów, piania kogutów, gęsi się nie pasą ma łące. Co najwyżej łabędzie i żurawie. Nikt nie wypasa bydła po rowach i miedzach. Prędzej sarnę spotkać można. W wyniku synurbizacji coraz to inne gatunki zwierząt pojawiają się w mieście. Nie polujemy, więc zmniejsza się dystans ucieczki – zwierzęta nie traktują człowieka już jako drapieżnika, groźnego myśliwego.

Jesteśmy bogaci, syci i najedzeni. To widać. Także i po naszej tuszy: zbyt mało ruchu, zbyt dużo kalorycznego jedzenia.

Ps. Zdjęcie zrobione w czasie  Fotospaceru po Barczewie realizowanego w ramach projektu: Panasonic Lumix: Fotograficzne Perły Polski (czytaj więcej)

Dlaczego chcemy wcześniejszych emerytur?

skansen_544

Zastanawia mnie od dłuższego czasu, dlaczego wbrew logice, matematyce i ekonomii chcemy wcześniejszych emerytur. Dlaczego emocje wygrywają z racjonalnością i skąd to się bierze. Bo przecież każdy przeciętny Polak zna się na podstawach matematyki rachunkowości. Wie na pewno, że dłuższy okres składkowy to więcej pieniędzy. Bo na pewno więcej jest 7 razy 10 niż 7 razy 5. Im dłużej więc pracujemy tym dłużej odprowadzamy składkę a więc tym samym zgromadzimy większą sumę na emeryturę. Ponadto każdy wie, że im wcześniej pójdzie na emeryturę tym dłużej będzie korzystał ze zgromadzonych pieniędzy. Czyli 100 dzielone przez 20 jest na pewno mniejsza kwotą niż 100 dzielone przez 15.

To wszystko wydaje się proste i racjonalne. A jednak chcemy szybciej przechodzić na emeryturę. Musi być jakiś powód. Najpewniej wynikający z emocji. Zapewne wiąże się – tak sobie myślę – z poczuciem niepewności i brakiem zaufania.

Po pierwsze nie ufamy instytucji państwa (a przecież to jest nasze i przez nas tworzone!). Jeśli nie ufamy, to nie ważne ile będziemy zbierali i ile uzbieramy – spodziewamy się, że zostaniemy oszukaniu. Że nam ktoś zabierze, że nas wykiwa. Po drugie czujemy niepewność na rynku pracy i boimy się zwolnień. Bo nie tylko prekariusze czują się niepewnie i bez stabilizacji. Lepiej więc przejść na wcześniejszą emeryturę i mieć pewne, stałe dochody, choćby najmniejsze. A potem się ewentualnie dorobi. A jeśli pracuję, to ciągle obawiam się o utratę pracy. I wtedy zostanę z niczym – bez pensji i bez emerytury.

I w końcu jak mniemam – trzeci powód: złe stosunki w pracy (zła kultura pracy). A to nieodpowiedni szefowie, mobbing, kumoterstwo, nepotyzm, brutalna rywalizacja współpracowników, podgryzanie, intrygi, wyścig szczurów. Potrzebujemy nie tylko PKB ale i sprawiedliwości społecznej, docenienia. Być może przejście na emeryturę jest dla nas sposobem na wyzwolenie się z tych nieprzyjemnych sytuacji.

Emocje mają znaczenie. Do emocji dorabiamy „fakty” i je racjonalizujemy. Dlatego być może tyle różnych politycznych programów, nierealnych, z wcześniejszym przechodzeniem na emeryturę. Ale jeśli się zastanowić, to jest lepszy sposób niż domaganie się wcześniejszych emerytur. Musimy naprawić nasze życie społeczne. Poprawić kulturę pracy i zwiększyć zaufanie do siebie, zarówno w odniesieniu do instytucji państwowych jak i w odniesieniu do społeczeństwa. Żmudna to praca. Ale nie warto budować na piasku. Być może nie o wcześniejsze emerytury chodzi a o naprawę życia społecznego. Pomoże nie tylko prekariuszom ale i wszystkim pozostałym.

O gliniarzu naściennym co zasłon się czepia i do laptopów zagląda

kokonyNie wchodzi się dwa razy to tej samej wody w rzece. Najdobitniej widać to po przyrodzie, która się nieustannie zmienia. Zmienia się za sprawą procesów naturalnych jak i oddziaływania człowieka, w tym antropogenicznego ocieplenie klimatu. Patrzymy na krajową przyrodę, ale widzimy coś innego niż nasi ojcowie czy dziadkowie. A nawet my sami z młodości. Niby to samo, ale w szczegółach to zupełnie inaczej. Jedne gatunki znikają, pojawiają się inne, czasem z daleka.

Zmieniliśmy sposób budowy domów, co zaskutkowało brakiem siedlisk do gniazdowania dla wielu gatunków, w tym dzikich, samotnych pszczół (dlatego budujemy hotele dla pszczół). Nie mamy dachów ze słomy i trzciny, nie mamy lepianek – a w konsekwencji i owadów tam zazwyczaj mieszkających. Za kominem nie cyka świerszcz (chyba że w pokojowym insektarium), nie kołacze kołatek w starych belkach.

W przyrodzie nie ma pustki. Pojawiają się zupełnie nowi lokatorzy. Przykładem jest gliniarz naścienny. Gliniarz jest osą z  rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) o wdzięcznej nazwie naukowej Sceliphron destillatorum. Nie potrzebuje glinianej ściany, próchniejących desek czy szpar w oknach. Swoje lęgowe, gliniane dzbanuszki umieszcza w przedziwnych miejscach: a to na zasłonce, a to na torbie do laptopa. A i tam go wyśledzą i z przerażenia nowym, nieznanym mieszkance – wyrzucą.

Gliniarza od jakiegoś czasu obserwujemy w Polsce. A że jego konstrukcje są dla nas nowe, to i wzbudza dużą sensację. Nowego i nieznanego się boimy. Gliniarz jest gatunkiem południowym, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim. Rzeczonego gliniarza spotkać go można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam zapewne swoich ofiar. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, dzbanuszkowanych komórek z gliny. Po złożeniu jaja, do tak przygotowanego dzbanuszka samica znosi pająki i owady, sparaliżowane jadem (zazwyczaj pająki). Osa swoje ofiary żądli ale nie zabija, tylko paraliżuje. W ten sposób zapewnia świerszczy pokarm dla larw i to bez lodówki. U sparaliżowanego pająka cały czas działa system odpornościowy, organizm żyje, tkanki są ciągle „świeże”. Analogicznie postępowali kiedyś ludzie, w epoce przedlodówkowej. Oczywiście nie chodzi o pająki i o żądlenie.

Nazwę opisywana osa wzięła od komórek wykonanych z gliny (gliniarz) i przytwierdzanych w różnych miejscach (naścienny), w tym na ścianach. Ale gliniane dzbanuszki przylepie nie tylko na ścianach ale i na lampkach nocnych, zasłonach, torbach do laptopów. W Polsce gliniarz naścienny zaobserwowany był po raz pierwszy w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina (południowa Polska). Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie, Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj., śląskie), pod Krakowem. W 2014 r. wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu.

Wcześniej pisałem już o gliniarzu:

Po publikacjach na moim blogu, co jakiś czas docierają do mnie nowe informacje o obecności tego gatunku w Polsce. Ostatnio z Częstochowy i Wrocławia

„Mama wczoraj znalazła u siebie kokony na zasłonce (w załączniku wysyłam zdjęcie). Czy to są kokony gliniarza naściennego? Mieszkamy w Częstochowie. Pozdrawiam serdecznie i bardzo proszę o odpowiedź, Sandra Plaga”

„Od kilku dni słyszałam ciągłe brzęczenie na szafie. Trochę się bałam zaglądać bo czasem wpada jakiś zbłąkany szerszeń (myślałam, że nie może się wydostać i zdechnie). Wczoraj ściągałam torbę od laptopa i zdziwiło mnie to co ujrzałam. Zrobiłam zdjęcia i pozbyłam się owadów. Nie wiedziałam co to jest, ale znalazłam Pana artykuł. Latającego gliniarza jeszcze nie widziałam być może nie zwróciłam uwagi. Larwy były tylko w 2 kokonach. Trzeci kokon był zamknięty ale po rozłupaniu nie było w nim larwy. W załączeniu przesyłam zdjęcia. Małgorzata Lewczuk”

Klimat się ociepla, może i do nas – na Warmię i Mazury – gliniarz naścienny zawędruje. Miejsce oczy szeroko otwarte. I nie panikujcie – bać się mogą jedynie pająki.

Zdjęcia: Sandra Plaga i Małgorzata Lewczuk

Motyl, łąka i kultura

skansen_469Gdy wydaje się nam, że już wszystko znakomicie rozumiemy i wszytko wiemy, pojawiają się fakty, które uczą nas pokory. Biologia jest dobrym przykładem oraz ostatnio zyskującą popularność teoria hologenomu. Pozwala inaczej spojrzeć na ewolucję i dominująca w kulturze teorię egoistycznego genu. A w kulturze póki co popularny jest sukces jednostki, wspierany odwoływaniem się do genów.

Na łące, każdy ma swój czas. Są rośliny, które kwitną na wiosnę, na przykład taki podbiał pospolity. Najpierw zakwita, potem dopiero wypuszcza liście i rośnie. Są rośliny, które kwitną latem a są i takie, które swoje uwodzicielskie piękno ukazują jesienią, gdy inne dawno przekwitły. Dlaczego piszę o uwodzicielskim pięknie kwiatów? Bo wabią owady w celach seksualnych. A w zasadzie reprodukcyjnych, by zwabione sześcionogi przeniosły pyłek i nastąpił zapylenie (zapłodnienie) krzyżowe (korzystna rekombinacja materiału genetycznego). Ten wysiłek się opłaca. Przylatujący do kwiat motyl, pszczoła czy trzmiel jest nagrodą w konkursie piękności. Przeniesie pyłek na inny kwiat.

Z nagrodami w kulturze jest podobnie. Są artyści, co sławę zdobywają w młodości, na progu swej działalności, kariery. Są i tacy, którzy długo pracują, zdawałoby się zupełnie niezauważeniu, niedocenie. A pod koniec życia rozkwitają sławą i lecą do nich nagrody, niczym pszczoły do nektaru. A są i tacy, których sława spotyka po śmierci. Każdy ma swój czas. Niejednokrotnie szybka nagroda rozleniwia (ile z tak zwanych cudownych dzieci odniosło sukces w życiu dorosłym?). Gdy przychodzi wcześnie… zabiera czas na pracę i doskonalenie, obciąża psychicznie bo wszyscy wkoło oczekują kolejnych sukcesów i wygranych. Tak jak jeleń na rykowisku, kto dużo ryczy jeść nie ma czasu. Chwila chwały przemija. Kwiat przekwita.

Nagrodą w kulturze są różne dyplomy, konkursy, statuetki, sława wśród ludu .. i uznanie krytyków. A co jest nagrodą w przyrodzie? Wydaje się że jest nią sukces reprodukcyjny i przekazywanie genów. Mit egoistycznego genu zrodzony przez biologów znakomicie funkcjonuje we współczesnej kulturze, we wszystkich jej wymiarach. Kult seksu jest widoczny wszędzie, w teatrze, filmie, literaturze, nowych mediach itd. Widoczny jest nawet w etyce, która wskazuje na ewolucyjne uzasadnienie i domniemaną ekologiczną korzyść. Przekazanie genów wydaje się celem najważniejszym. Ale czy na prawdę wszystko już wiemy jak one są przekazywane? W kulturze sława i sukces (widoczność globalna) wydają się najważniejsze, bo one wskazują na docenienie i wartość artystyczną. Po to zakwitają kwiaty by wabić lepiej od innych.

Po to batalion tokuje i stroszy swoje pióra, jeleń ryczy a ptaki śpiewają, by zwabić jak najlepsze samice do siebie. I z najlepszymi samcami czy samicami wydać swoje potomstwo, dobrze zainwestować swoje geny. W doborze płciowym wygrywa ten, który przekaże swoje geny, czyli wcześniej uwiedzie samiczkę lub wybierze najlepszego samca.

Nie tak dawno przeprowadzono badania genetyczne na ptakach śpiewających. W ten sposób zbadano kto jest rzeczywiście ojcem piskląt tak pieczołowicie karmionych. Ptaki tworzą pary, samiec śpiewem podbija serce samiczki i razem wysiadują jajka, karmią pisklęta itd. Wierna para na całe życie lub tylko na jeden sezon lęgowy. Ale okazało się, że duży odsetek najpiękniej śpiewających samców wychowuje… nie swoje potomstwo. To więc jak jest z tą nagroda w doborze płciowym? Nie tego geny przetrwają, który najpiękniej śpiewał i został nagrodzony wyborem najwartościowszej samiczki?

W kulturze być może jest podobnie – nie zawsze w pamięci potomnych (i kulturze w dłuższym okresie czasu) zostają dzieła i autorzy nagradzani w najprzeróżniejszych konkursach, festiwalach, honorowani przez szacowne gremia takie czy inne. Zostaje na trwałe w kulturze także i to, co szare, niepozorne, niewidoczne, niedocenione. I jeszcze jedno biologiczne porównanie mi się nasuwa. Zostańmy przy kwiecie i lecącej do niego pszczole. Lecą do kwiatu, jak do nagrodzonego celebryty, owady zapylające po nektar ale i drapieżniki czy pasożyty. Czai się gdzieś pająk kwietnik by upolować znęconego zapachem i kolorem owada-zapylacza. Zjawiają się larwy oleicy, by wraz z pszczołami samotnicami dostać się gniazda i rozpocząć swój cykl pasożytniczy. Maja więc nagrody i swoją ciemną stroną (ujmując to w przenośni). Każdy ma swój czas na nagrodę. Niektórzy na początku, inni na końcu karety, inni po śmierci.

Ostatnio spotkałem się z ciekawą definicją twórcy „ludowego” (wypowiedź z festiwalu „Wszystkie mazurki świata” – ale można uogólnić), który tworzy z potrzeby serca. Taki twórca stoi w tle, służy procesowi (sztuce, przeżywaniu), służy zbiorowości. Sukcesem jest udane wydarzenie artystyczne, potańcówka a nie sława. Ważne, by ludzie tańczyli przy muzyce a nie by przede wszystkim oklaskiwali artystę. Typ artysty koncentruje się bardziej na sobie i celebrowaniu uznania, na wchodzeniu w rolę artysty oklaskiwanego, na bycie na piedestale. Występ jest ważniejszy niż wydarzenie. Oklaski przemijają. Co zostaje? Czyj sukces? Jednostki-artysty (teoria egoistycznego geny) czy zbiorowości, w której tworzy twórca „ludowy” (teoria hologenomu – bo biolodzy i taką teorię stworzyli, która powoli do kultury przenika). O hologenomie wypada napisać szerzej i dokładniej – i niebawem tak uczynię.

W kulturze być może jest podobnie – nie zawsze w pamięci potomnych zostają dzieła i autorzy nagradzani w najprzeróżniejszych konkursach, festiwalach, honorowani przez szacowne gremia takie czy inne. Zostaje na trwałe w kulturze także i to, co szare, niepozorne, niewidoczne, niedocenione. Ten niezauważony wpływ dostrzeże jedynie ten, kto wykona badania „genetyczne” i uwidoczni rzeczywisty wpływ i przenikanie się kulturowych oddziaływań. W kulturze anonimowej, ludowej (w szerokim sensie a nie tylko rustykalnym) najwyraźniej chyba widać to, co zostało na dłużej. Tak jak w sukcesji na łące, są gatunki efemeryczne, które raz pięknie zakwitają, ale nie zostawiają po sobie potomstwa – w kolejnych latach zakwitają inne gatunki.

Jest to rozszerzona wersja felietonu, jaki wysłałem do kolejnego numeru VariArtu.

A zawisak to ćma czy motyl?

zawiska_tawulec_2Język potoczny nie zawsze pokrywa się z klasyfikacją naukową. W życiu codziennym zachodzenie na siebie pojęć, różnorodne ich stosowanie, po prostu nam nie przeszkadza. Bo różny jest kontekst użycia jak i różne potrzeby. Nauka porządkuje pojęcia, klasyfikuje i systematyzuje by komunikacja była możliwie precyzyjna, bez żadnych niedomówień. Na styku języka potocznego i naukowego dochodzi do zabawnych nieporozumień. Bo są zwierzęta, ptaki, ryby owady… W tym znaczeniu zwierzęta ograniczane są do ssaków. Podobnie z zawartym w tytule pytaniu czy zawisak to motyl czy ćma. Bo w języku potocznym są motyle i ćmy.

W języku naukowym motyle to nazwa rzędu Lepidoptera, łuskoskrzydłe. Ćmy, czyli motyle nocne są motylami. Na dodatek samo pojęcie „ćma” jest nieostre – niektóre motyle nocne aktywne są w dzień. I na dodatek mają różne plany budowy, kształty, czasem odbiegając od naszego stereotypu ćmy. Entomolodzy więc systematykę rozbudowali znacznie bardziej dokładnie, ale w życiu codziennym używamy z powiedzeniem określeń ćma i motyl.

Skąd nazwa zawisak? Najpewniej od sposobu fruwania i pobierania pokarmu przez owady doskonałe – niczym koliber zawisają w powietrzu przy kwiecie i trąbką spijają nektar. Ponieważ znacznie więcej o przyrodzie wiemy z telewizji, a w telewizji w filmach przyrodniczych pokazują kolibry, to widząc coś podobnego za oknem czy w ogródki, zdaje się nam, że widzimy kolibry na Warmii i Mazurach. Wielokrotnie zwracano się do mnie z podobnym zapytaniem, czy to możliwe, żeby w Olsztynie (lub okolicach) żyły kolibry.

A na zdjęciach zawisak tawulec (Sphinx ligustri), który kilka dni temu zaobserwowany był w Wójtowie pod Olsztynem (zdjęcia – Beata Jakubiak). Owad jest duży, rozpiętość skrzydeł może dochodzić nawet 12 cm. To już duże zwierze. Wzbudza zainteresowanie i podziw nawet, gdy siedzi nieruchomo. Zawisak tawulec jest prawie tak duży jak zmierzchnica trupiagłówka.

Zawisak tawulec podobno jest gatunkiem pospolitym, jednakże łatwiej spotkać w przyrodzie gąsienice. Są zielone z „kolcem” na końcu odwłoka i ukośnymi białymi z elementami ciemniejszymi (fioletowymi) – pasami na całym ciele. Zaniepokojone gąsienice przyjmują pozę obronno-odstraszającą: pozycję sfinksa (podobnie jak gąsienice zmierzchnicy trupiej główki) – unoszą i esowato wyginają przednią część ciała. Dorosłe motyle (stadium imago) spotkać można od maja do lipca. Czasem występuje drugie pokolenie w roku. A czasem poczwarka zimuje dwa razy – cykl życiowy wydłuża się o rok. W przyrodzie nic stałego, zawsze się znajdą jakieś wyjątki i anomalie. Czasem, te anomalie przynoszą sukces rozrodczy – bo „trafiają” na anomalie przyrodnicze (lepiej przespać rok w ziemi niż trafić na zupełnie nieodpowiednie warunki i nie przeżyć). Gąsienice zawisaka tawulca spotkać można od lipca do września, żerują na liściach bzu, ligustru, śnieguliczki, jesionu, klonu polnego, kaliny, tawuły (od tego krzewu pochodzi nazwa gatunkowa) i forsycji. Na zimę zakopują się w ziemi, gdzie następuje przeobrażenie w poczwarkę. Zimują w stadium poczwarki. Po przepoczwarczeniu na wiosnę pojawiają się owady doskonałe. Zawisak tawulec jest gatunkiem palearktycznym, występuje w całej Polsce.

Jest niewątpliwie pięknym motylem. Maluję go właśnie na butelce, zainspirowany zdjęciem. Ale kusi mnie, by pojechać do Wójtowa i na dużym kamieniu namalować zawisaka tawulca. Niech by był widoczny dla wielu i w ciągu dnia. I niech miejscowi wiedzą jak cudna otacza nas bioróżnorodność. I o tym, że zawisak jest jednocześnie ćmą i motylem.

zawiska_tawulec_1

Pojawiają się już kamienie Wimlandii

kamienie_wimlandiiKamienie Wmlandii są tajnymi znakami, wskazującymi miejsca urocze, lokalne, gdzie znaleźć można prowincjonalną przygodę. Pojawiły się już dwa ( a w zasadzie trzy w dwóch miejscach), w tym jeden w Olsztynie (zdjęcie obok). Będzie ich więcej. Jak drogowskazy będą wtajemniczonym dyskretnie pokazywać miejsca, w których warto poszukać przygody. Znaki nie dla wszystkich czytelne, tylko dla wtajemniczonych i posiadających specjalna książkę „kodów” (szyfrów). Ten w Olsztynie powstał w sobotę, w miejscu gdzie można czasem posłuchać elfickich pieśni Ani Brody, przy akompaniamencie siedemdziesięcioletnich cymbałów. A na kamieniu szlaczkoń siarecznik (Colias hylae)  i koniczyna czerwona. Szlaczkoń siarecznik spotykany jest w krajobrazie rolnym, na polach ornych ale częściej na suchych łąkach. Zazwyczaj występują dwa pokolenia w roku: wiosenne i letnie. Ale mogą być i trzy. Podobno najczęściej siadają na kwiatach koloru purpurowego i fioletowego. Ale o szlaczkoniu jeszcze dokładniej napiszę w późniejszym terminie.

Z kolei w Purdzie, w Gospodzie Kamyki, spotkać można rusałkę żałobnik oraz czerwończyka nieparka na tle warmińskiej łąki. Kolejne się pojawią jeszcze w tym roku. A potem będzie ich więcej, i więcej.

Szukasz zupy czy lemoniady z pokrzywy, maści czarownic na gęsim smalcu, domowego ciasta, koziego sera, posiłku w niebanalnym otoczeniu w filozofii slow food i warmińsko-mazurskiego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego? Szukaj znaków czyli kamieni Wimlandii. Będą uzupełnieniem do powstające mapy prowincjonalnych atrakcji nie tylko turystycznych oraz przygotowywanego cyklu gier terenowych. Motywem malowanych kamieni będzie różnorodność biologiczna Warmii i Mazur.

A co to jest Wimlandia? To rozwiniecie najczęstszego, internetowego skrótu mojego regionu wim czyli Warmia i Mazury (czytaj więcej o Wimlandii i tożsamości regionalnej).

10631155_10206131530160616_2687536156460476665_o