Uniwersytet na umowach śmieciowych (z dygresją o edukacji)

placiszileuwazaszTak zwane umowy śmieciowe (umowy o dzieło, umowy zlecenie itd.) to kwestia wyobraźni i czasu. Jest jak ziarno w na siew: zjeść teraz więcej a później zebrać mniejsze plony, czy głodować ale więcej wysiać i zebrać obfitsze plony. O ile oczywiście nie będzie suszy czy powodzi, co te plony zniszczy.

Więcej znaczy mniej. Albo odwrotnie. Dużo się ostatnio mówi o umowach „śmieciowych”, Czasem wskazuje się, że śmieciowe nie są takie śmieciowe, bo zostaje więcej pieniędzy w kieszeni pracownika (mniejszy „haracz” dla państwa). Pracownicy uniwersyteccy, wykładowcy i naukowcy, od dawna pracują na umowach śmieciowych i to w ramach stabilnego etatu. Już od wielu lat pracujemy na umowach o dzieło i prawie autorskim, gdzie większość pensji (etatu) dotyczy prawa autorskiego. Są ku temu podstawy, bo przecież pracujemy twórczo i tworzymy dzieła autorskie. Dzięki zastosowaniu prawa autorskiego więcej pieniędzy trafia do kieszeni pracownika (pracodawca wydaje tyle samo, koszty pracy więc są takie same). Czysty indywidualny, pracowniczy zysk? Ale mniejsza jest składka odprowadzana do ZUS. Teraz jest więcej pieniędzy, ale potem będzie mniej (na emeryturze). Co widać, gdy otrzymujemy od ZUS informacje o odprowadzonych składach i prognozowanej wysokości emerytury.

Sami się na to, jako środowisko akademickie, zgodziliśmy i wybraliśmy. Być może nie wszyscy zdawali sobie sprawę z konsekwencji. Ja wybierałem i w gruncie rzeczy nie żałuję.

Umowy autorskie (umowa o dzieło i prawa autorskie) to więcej pieniędzy teraz a mniej później. Ale to przede wszystkim tyle samo pieniędzy, tyle że więcej odpowiedzialności teraz i więcej swobody w inwestowaniu w swoją przyszłość. Bo można (a w zasadzie trzeba) samodzielnie zadbać o emeryturę. Jest drugi filar, jest i trzeci filar już dobrowolny. Czyli to samo co ZUS ale indywidualnie. Łatwiej w samodzielnym wybieraniu i łatwiej o lepszą decyzję…. jak i łatwiej o gorszą. Taj jak frankowicze, gdy okazuje się ich wybór kredytowy był korzystniejszy to są dumni… gdy jest strata, to lamenty i żądania rekompensat. Sam człeku wybierałeś. Bez ryzyka nie ma dużego zysku. Jest wiec większa odpowiedzialność.

Nieufność wobec ZUS wynika z nieufności wobec państwa. Sam zrobię lepiej. Czy na pewno? Sam zadbam, będę oszczędzał w banku lub sam się ubezpieczę. W obu przypadkach wysokość otrzymanego w przyszłości „zwrotu” uzależniona jest od współpracy społecznej. Bo w banku pieniądze mogą… stracić na wartości, gdy sprawy w państwie pójdę w złym kierunku. Populiści w sejmie mogę „ukraść”, zniweczyć pomysł na oszczędzania. Bo mogą zadłużyć państwo i doprowadzić do bankructwa, co obserwujemy teraz w Grecji. Inne towarzystwo ubezpieczeniowe? Ale żyjemy w gospodarce globalnej. Zarówno pieniądze w banku, w ZUS czy trzecim filarze, to pożyczanie pieniędzy innym ludziom. Bo to z ich przyszłej pracy będą się brały emerytury. To tylko różne sposoby zarządzania przyszłością i umowa społeczną.

Nic pewnego na tym świecie. Najmądrzejszą więc inwestycją jest… inwestycja w społeczeństwo i funkcjonowanie państwa. Egoizm jest iluzją, że zakopie swoje pieniądze i sam sobie ze wszystkim poradzę.

Umowy śmieciowe to przede wszystkim dyskusja o odpowiedzialności indywidualne j i społecznej, o wyobraźni, o kompetencjach ekonomicznych i społecznych – a więc o stanie naszej edukacji. Czy wiem i rozumiem co oznacza więcej pieniędzy teraz? Może teraz mody człowiek potrzebuje więcej na inwestycje, mieszkanie itd., a potem mniej? Tak zwane umowy śmieciowe dotyczą nawet etatów i stabilnej pracy (jeśli coś w ogóle stabilnego w dzisiejszych czasach może być). Umowy śmieciowe ułatwiają nieodpowiedzialność. Są dla obywateli a nie dla „parobków”. Są dla ludzi wykształconych i rozumiejących rzeczywistość. A czy tacy jesteśmy? Umowy śmieciowe są więc w pewnym sensie ewaluacją stanu edukacji. Dyskusja o nich pokazuje, jacy jesteśmy i czy rozumiemy współczesny świat.

Złe są nie dlatego, że są czasowe (na etacie też można pracować „śmieciowo”), mogą być szkodliwe gdy brakuje wiedzy i edukacji oraz poczucia odpowiedzialności za siebie i za innych. Czy sa dobre czy złe, to zależy od kontekstu, w tym przypadku kontekstu edukacyjnego.

Jak nawiązać współpracę o której wszyscy marzą, czyli edukacja spotyka naukę i biznes

c52fca1dca23edb479c1bf5af0ff4220Technologie cyfrowe nie mają zastąpić bezpośrednich spotkań i dyskusji, mają tylko wspomagać. Są uzupełniającą formą a nie celem samym w sobie. W czasie konferencji Pokazać–Przekazać, odbywającej się w Centrum Nauki Kopernik w dniach 21-22 sierpnia 2015, będę moderował Panel dyskusyjny (nr 5.) pt. Jak nawiązać współpracę o której wszyscy marzą, czyli edukacja spotyka naukę i biznes. Będzie dużo osób, nie wszyscy być może będą mieli okazję uczestniczyć w dyskusji (bo paneli dyskusyjnych jest kilka, a rozdwoić się nie można). Nie wszyscy zainteresowani mogą przyjechać w tym czasie do Warszawy. Ponadto nie zawsze wystarczająco szybko poukładamy swoje myśli by publicznie zabrać głos. A czasem pomysł i refleksja przychodzi dopiero po kilku godzinach. Wymienione trudności można przynajmniej częściowo zmniejszyć, wykorzystując nowe technologie. Dlatego powstała grupa dyskusyjna na Facebooku. (Adres grupy na Facebooku: https://www.facebook.com/groups/867891563294414 )

W celu ułatwienia kontynuacji i rozszerzenia dyskusji w Panelu 5. (zwłaszcza dla tych, których tam nie było a zapewne mają coś ciekawego do powiedzenia), założyliśmy grupę na Facebooku. Będziemy tam zamieszczać materiały, przydatne linki i wnioski z dyskusji panelowej. Zapraszamy do udziału w dyskusji także i po zakończeniu konferencji. Temat jest ważny i szeroki. Dlatego warto go kontynuować także i po konferencji. Komentarze zamieszczać można także pod niniejszym wpisem na blogu (to dla niefacebookowych).

Bez wątpienia jesteśmy w okresie dużej transformacji systemu edukacji w skali globalnej (to nie tylko nasz, polski problem). Dawny model szkoły przestał być wydolny przede wszystkim dlatego, że zmieniło się społeczeństwo, gospodarka i otoczenie szkoły. Na nowo uczymy się współpracy i na nowo układamy relacje edukacji formalnej i nieformalnej (w połączeniu z kształceniem ustawicznym). Jak mają współpracować szkoły z uczelniami wyższymi oraz z biznesem? Celem dyskusji jest rozpoznanie problemu i refleksja nad stanem obecnym a także projektowanie pożądanej przyszłości.

Na bazie własnych doświadczeń zastanawiamy się jak budować partnerstwa szkół i uczelni oraz jak określać wzajemne potrzeby i korzyści? Odnosząc się do kolejnych etapów kształcenia oraz przyszłego życia społecznego i zawodowego skupimy się na kompetencjach i talentach przydatnych w dorosłym życiu, które powinna rozwijać współczesna szkoła. Porozmawiamy również o tym, jak przygotowywać uczniów do przyszłej pracy w zespołach, tworzących innowacyjne rozwiązania w nauce lub biznesie. Jaką rolę w każdej z wymienionych instytucji odgrywa współpraca i w czym wzajemnie mogą sobie pomagać?

Dyskusję toczymy w nawiązaniu do ogólnych ram konferencji (komplementarna część większej całości). W tym roku (2015, w czasie czwartej konferencji Pokazać-Przekazać) głównym tematem jest środowisko uczenia i zmiana kultury uczenia. Organizatorzy chcą powrócić do dyskusji nad postrzeganiem procesu uczenia jako naturalnej potrzeby ludzkiej i społecznej. Współcześni uczniowie (a szerzej każda osoba) poznają świat nie tylko w specjalnie powołanym do tego miejscu, czyli szkole. Proces ten zachodzi w codziennym życiu, niezależnie od miejsca i czasu. Uczenie to coś więcej niż nauczyciel i metoda.

Coraz bardziej dostrzegamy wagę środowiska edukacyjnego. Uczestnikom konferencji organizatorzy zaproponują dyskusję na temat korzyści płynących z uczenia w miejscach wpisujących się w szerokie i różnorodne spektrum środowisk edukacyjnych. Zapraszają do rozmowy o tym, jak świadomie budować partnerstwa instytucji prowadzących edukację formalną i nieformalną. Zależy nam na podkreśleniu roli i znaczenia współpracy, ale również na rozmowie o zmianie kultury uczenia w zakresie prawa do wolności i do wyboru modelu współpracy. Organizatorzy chcą, aby podczas konferencji wybrzmiało jak ważne jest budowanie kapitału społecznego, tworzenie partnerstw, relacje ze środowiskiem lokalnym.

Współczesna innowacyjna gospodarka potrzebuje nie rolników czy fabrycznych robotników a osoby kreatywne, poszukujące, umiejące współpracować. Jak uczelnie wyższe mają wspierać nauczycieli w ich doskonaleniu zawodowym i/lub w procesie kształcenia? Jak zorganizować uzupełnianie wiedzy (aktualizowanie do nowych potrzeb i środowiska edukacyjnego). Czy potrzebne są nowe formy (nie tylko studia i studia podyplomowe) a jeśli tak to jakie? Jak współpracować z biznesem w zakresie edukacji pozaformalnej i nieformalnej, zarówno szkoły jak i uczelnie wyższe? Pytanie o edukację to pytanie szersze niż tradycyjna szkoła: kto, jak, kiedy ma nauczać. Na ile edukacja, także ta formalna, ma pozostać monopolem państwa a w jakim zakresie uczestniczyć ma biznes? Jak zorganizować rzeczywistą współpracę miedzy różnymi placówkami edukacyjnymi, uczelniami i biznesem?

Od maści czarownic do biogospodarki czyli o święcie ziół w olsztyneckim skansenie

11884692_1041525129213429_3402708981071869563_oMaść do latania czarownic naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też, ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej poza murami uniwersytetu i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i podnoszenia atrakcyjności turystycznej prowincji, w tym przypadku Warmii i Mazur.

W czasie Święta Ziół, które odbyło się 15 sierpnia 2015 r. w Muzeum Budownictwa Ludowego Parku Etnograficznym w Olsztynku (na co dzień zwane skansenem), miałem okazję i przyjemność wygłosić w warunkach polowych krótką prelekcję pt. „Od maści czarownic do biogospodarki czyli o wykorzystaniu ziół dawniej i dziś”. Co robi naukowiec, biolog i ekolog, badający chruściki (owady wodne), na festynie zielarskim w skansenie, niemalże na wiejski jarmarku? Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to praktyczne poznawanie edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Wspomniana forma edukacji dynamicznie się rozwija. Temu tematowi poświęcona będzie m.in. zbliżająca się konferencja Pokazać-Przekazać, która odbędzie się w Centrum Nauki Kopernik, w dniach 21-22 sierpnia 2015 r. Będę brał w niej czynny udział, w panelu dyskusyjnym na temat budowania współpracy szkół ze światem nauki i biznesu. I chcę włączyć się do dyskusji z własnymi doświadczeniami a nie tylko z tym, co wyczytam u innych. Misją uniwersytetu jest rozpoznawanie nowych trendów, w tym przypadku edukacyjnych, eksperymentowanie, a zdobyte doświadczenia i wiedzę aplikować w środowisku lokalnym. Po drugie powstało Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym na UWM w Olsztynie, powstał kierunek studiów o tej nazwie. Olsztyneckie spotkanie mieści się więc w naszej tematyce badawczej i dydaktycznej. Staramy się także współpracować z lokalnym biznesem i praktycznie tworzyć innowacyjność dla naszej, lokalnej gospodarki. Przykładem jest chociażby maść do latania.

Tyle tytułem wstępu, by wytłumaczyć swoją obecność (aktywną) na olsztyneckim Święcie Ziół. Jakieś wyrwane z kontekstu jedno zdanie w telewizji może być nieczytelne i niezrozumiałe.

Wracamy do ziół, do szerokiego wykorzystywania różnorodności biologicznej, ale nieco inaczej niż dawniej, bo inaczej postrzegamy świat i inną mamy już wiedzę zbiorową, wspólną (inteligencja zbiorowa). Współcześnie używamy takich samych słów czy pojęć tak jak przed wiekami ale inaczej je interpretujemy. Kontekst paradygmatu, ogólnej wiedzy wiele zmienia w rozumieniu. Nie jest łatwo zrozumieć dawną kulturę i dawne zwyczaje. Proste przenoszenie współczesnych wyobrażeń prowadzi do wielu nieporozumień i komicznych błędów.

Obecnie postać czarownicy ukształtowana jest przez wyobrażenia filmowe i popkulturowe: starej lub młodej kobiety, zielarki, latającej na miotle, postaci sympatycznej i wesołej, itd. Jest to sylwetka mocno oswojona i przetworzona, oderwana od dawnych realiów. W przeszłości czarownice inaczej traktowaliśmy – widoczne jest to jeszcze w starych bajkach i baśniach. Nie był to jakiś zawód czy grupa społeczna. Dawniej świat duchowy i materialny mocno ze sobą się łączyły, przenikały, wzajemnie na siebie wpływały. Świat był nieznany, a więc niebezpieczny, pełen demonów, sił nieczystych, czynników zagrażających życiu lub dobrobytowi. Ten świat należało obłaskawić rytuałami, zaklęciami itd. Czarownica, szeptucha, wiedźma to ktoś zły, groźny. Synonim złego i niebezpiecznego. Jeśli kobieta podpaliła dom, wywołując pożar w mieście, z powodu zazdrości i gniewu na niewiernego kochanka – to musiała być opętana jakimiś siłami nieczystymi. Musiała mieć kontakty z diabłem. Przecież normalny człowiek tego nie robi. A psychologia w świadomości ludzi jeszcze nie istniała. Więc skazywano taką podpalaczkę, w pierwszym rzędzie z zemsty za zniszczenie i pożar, ale pojawiało się słowo „czarownica” jako uzasadnienie. Podobnie gdy matka zabiła swoje nowonarodzone dziecko – musiała być opętana przez diabła. Nikt nie znał depresji poporodowej czy innych przyczyn także i społecznych (nie funkcjonowały takie pojęcia w języku i interpretacji zjawisk). Nie skazywano (wypędzano) za czary w takim rozumieniu jak dziś myślimy.

Świat pełen był demonów, które szkodziły lub – jeśli odpowiednio je ujarzmić słowem czy czynnością magiczną – pomagały człowiekowi. Jeśli zasnąć na słońcu w południe to łatwo o udar słoneczny. Tak to widzimy dzisiaj. Dawniej nasi przodkowie powiedzieliby, że to południca (nazwa demona aktywnego w południe) nam zaszkodziła. Nawet krasnoludki – współcześnie w popkulturze opisywane jako sympatyczne i pomagające człowiekowi istoty – bywały dawniej opisywane jako szkodliwe demony (chyba, że je odpowiednio udomowić, udobruchać, przekupić). Jeśli szalała zaraza na Mazurach, to interpretowano jako skutek tego, że jakiś trup zjada się od środka, w grobie. Więc żeby zaradzić epidemii rozkopywano groby na cmentarzu, wyrzucano zwłoki na zewnątrz i szukano takich, ze śladami „samozjadania się”. Teraz wystarczyło tylko odciąć głowę takiemu zombi by ludzie przestali chorować i umierać. Przytoczyłem ten przykład, by uświadomić, że wiedza ludowa i „medycyna” ludowa nie była tak świetlanie piękna i „ekologiczna” jak dzisiaj w popkulturze ją kreujemy.

Tak więc czarownice kiedyś istniały, jako określenie tego, czego się boimy, co nam szkodzi. Że krowa mleko straciła – to na pewno przez czarownice, zły urok rzucony przez kogoś. Trzeba swoją pomyślność zabezpieczyć, ziołami magicznymi lub wynająć inną szeptuchę, mocniejszą, która urok zdejmie, a krowa do zdrowia powróci.

W Święto Wniebowzięcia Maryi Panny również do kościoła przynosimy zioła. Zewnętrznie rytuał podobny do dawnych wierzeń przedchrześcijańskich, ale z zupełnie inną interpretacją. Zachowały się w tradycji pewne elementy, związane z ziołami, ale są elementem innego paradygmatu. Nadajemy im znaczenie symboliczne (kulturowe), a nie magiczne. Tak jak np. koniczyna w symbolice chrześcijańskiej była uznawana za symbol zbawienia (średniowieczni chrześcijanie wierzyli, że stanowi antidotum na ukąszenie węży i skorpionów, łączonych w chrześcijaństwie z szatanem). „Poziomki, o białych kwiatach i czerwonych owocach, podkreślały jednoczesne dziewictwo i macierzyństwo Bożej Matki. Były też symbolem Raju i wiecznej szczęśliwości w niebie. Kwitnienie i owocowanie poziomek kojarzono z nieśmiertelnością” (czytaj więcej na ten temat). I dzisiaj do kościoła przychodzimy z ziołami czy płodami ziemi, ale nie dlatego by pozyskać instrumenty do magii i czarów. Język symboli nie jest więc językiem magii, choć powierzchownie może wydawać się podobny.

Kto był uważany za czarownicę? Ktoś stojący z boku społeczności, czasem stary i samotny, czasem ułomny. Czasem sam wybierał samotność, czasem był wypędzany ze społeczności na margines. Takich osób się bano (a czyż dzisiaj nie „boimy się” osób starych, brzydkich, schorowanych, ułomnych psychicznie?), ale krzywdy nie wyrządzano. Złe słowo, złe spojrzenie być może było jedyną skuteczną obroną. Czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). Można było opłacić/wynająć taką wiedźmę by odczyniła zły urok lub rzuciła złe czary na sąsiada czy nieprzyjaciela (dzisiaj wysyłamy anonimowe donosy na policję czy urzędu skarbowego). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych.Kiedyś, gdy kogoś nie lubiliśmy, uważaliśmy za wroga, nazywaliśmy czarownicą, wiedźmą. Dzisiaj użylibyśmy słów pisior, leming, ubek itd…W jakimś sensie nie zmieniliśmy się przez wieki (słowem chcemy rzucić „urok” i uzasadnić swoją niechęć), zmieniły się tylko słowa….

Były więc czarownice. A czy była maść czarownic do latania? Tu dochodzimy do ziół czyli dużego bogactwa roślin. Ale nawet na lecznicze właściwości ziół inaczej współcześnie patrzymy. Bo inaczej interpretujemy ich właściwości. Jeśli pomaga czarny bez czy kwiat lipy na przeziębienie, to dlatego że ma w zawartości wiele różnych substancji biologicznie czynnych, różnych alkaloidów, garbników, terpenów, witamin. Znamy skład chemiczny i wiemy jak działa na fizjologię naszego organizmu. Dawniej również obserwowano pozytywne skutki… ale zdrowotne właściwości tłumaczono zupełnie inaczej – działaniami magicznymi, odczynianiem uroków itd. Jeśli dziecko (niemowlę) dużo płakało, to mógł być odmieniec, podrzucony przez rusałkę. Żeby odzyskać swoje dziecko należało domniemanego podrzutka mocno zbić, by głośno płakało, i wynieść za dom, gdzieś na obornik – a wtedy rusałka przyjdzie po swoje płaczące dziecko i odda właściwe… Owa dawna magia nie była tak sympatyczna, jak ją obecnie w telewizyjnych kreskówkach odmalowujemy…

Rośliny nie mają nóg, nie mogą uciekać od swoich konsumentów. Od kiedy pojawiły się na Ziemi, pojawili się i najróżniejsi roślinożercy. I jak tu się bronić, kiedy uciec nie ma jak? Jednym ze sposobów jest broń chemiczna. Rośliny produkują różne typy związków chemicznych, które mogą się okazać trujące lub przynajmniej odstraszające, zniesmaczające (nieprzyjemny smak, np. gorzki). Cała fabryka biotechnologiczna z bogactwem, z którego człowiek korzysta. I z której coraz bardziej chce korzystać współczesna biogospodarka.

Nasi przodkowie nie mieli laboratoriów. Świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, gdzie głód i choroby motywowały do kolejnych prób. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych kulinarnych porażek. Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowo je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask. Jest surowcem lokalnym, a przy okazji egzotycznie niezwykłym dla turystów, unikalnym i miejscowym. Jest przygodą odkrywania.

To co jedli nasi przodkowie czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną (tak jak np. pokrzyk wilcza jagoda). Tak jak każde lekarstwo. Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, w większym stopniu interpretowano świat jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet możemy syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym.

Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin czują się lepiej, są pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takiej jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używana była w przeszłości. Niektóre używane były do praktyk szamańskich, bo jak wspominałem świat postrzegany był jako przesycony demonami i siłami duchowymi, które można umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących, a działających na układ nerwowy. Takie dawne dopalacze. Skutki chyba nie były najlepsze, skoro z nich społeczeństwa zrezygnowały.

Warto wspomnieć chociażby skandynawskich bersekerów – wojowników, którzy przez bitwą wypijali różne zioła (zapewne o właściwościach psychodelicznych). W transie nie odczuwali bóli, strachu, atakowali i walczyli z dużą furią. Doskonała broń. Ale po jakimś czasie takich praktyk następowały duże zmiany osobowości także i w czasie pokoju. Bersekerowie stanowili zagrożenie i byli uciążliwi dla własnych społeczności. Jeśli nie zginęli w walce to byli wypędzani z wioski lub sami odchodzili. Tak narodził się mit wilkołaków. Mamy więc czarownice i mamy maść, zawierającą różne rośliny o właściwościach halucynogennych i psychodelicznych. Był jeszcze tłucz w maści, który był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Mógł to być tłuszcz roślinny. Za doskonały uważano… tłuszcz niemowlęcia. Brzmi to makabrycznie. Nie wiem czy pozyskiwany z martwych płodów czy dopuszczano się zabójstwa. W każdym razie w zmarłym niemowlęciu czy dziecku dostrzegano moc magiczną niezrealizowanego jeszcze życia. Często jako ofiarę zakładzinową pod budowę domu wykorzystywano zmarłe niemowlę lub dziecko (wolę nie myśleć, że mordowano umyślnie, bo życie naszych przodków momentami było bardzo mroczne). Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic. Gęś jako ptak migrujący mogła być symbolem wędrówki i dalekiego lotu.

11222106_1041526245879984_5302849129135110722_o1A miotła, co z miotłą, tak charakterystycznym elementem czarownicy we współczesnej popkulturze? Nie mam pojęcia. Bowiem maść służyła do smarowania własnego ciała, tam, gdzie skóra jest najcieńsza (aby substancje psychodeliczne przedostawały się do krwi) lub spożywano. Pierwsza spisana relacja „latającej” kobiety-czarownicy wspomina o tym, że weszła do dużej kadzi. Miotła najwyraźniej pojawiła się później i głęboko zapadła w kulturze.

Zatem maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Po powrocie przynosiło się wiedzę potrzebą do różnych praktyk (w przypadku szamanizmu) lub było tylko samo odurzaniem się. Przecież i współcześnie narkomania jest problemem. Także i w współcześnie przynosi złe skutki zdrowotne i społeczne. Dawniej nasi przodkowie zapewne powiedzieliby, że zostali opętani przez siły nieczyste na skutek uprawiania czarnej magii itd.

Po przestudiowaniu wielu opracowań, odtworzyliśmy maść… czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Pozostawiliśmy rośliny bezpieczne ale jednocześnie przyprawowe. Na przykład bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywaną także w noc świętojańską. Poprzez maść czarownic do latania chciałbym przywrócić gastronomii te roślinę przyprawową, w otoczce etnograficznej i magicznej przygody. Bylica nadaje się znakomicie jako przyprawa do pieczonego mięsa.

Po drugie smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczy nienasyconych. W dobie walki ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą .. gęsi robić za kosiarki do trawy.

Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi, a nie wykaszanej kosiarką). produktu kulinarnego. I jest jeszcze trzeci motyw, wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań. Zatem maść do latania czarownic nie jest jakimś elementem neopogaństwa czy praktyk magicznych. Jest dowcipnym i osadzonym w dawniej kulturze elementem marketingowym dla lokalnego, zdrowego produktu kulinarnego.

Jeśli odwoływać się do stylistyki słownej to żartobliwie można powiedzieć, że współcześnie są czarownice. Ale nie są stare i brzydnie, nie mieszkają w leśnej chatce na kurzej stopce, są młode, wykształcone i pracują w laboratoriach, opracowując różne kosmetyki, lekarstwa lub przyprawy, wzbogacające nasze stoły. W ziołach dostrzegamy nie magię i czary ale ogromny potencjał związków biologicznie czynnych, które możemy wykorzystać w dynamicznie rozwijającej się biogospodarce. Niby to samo: bylica, rumianek, czarny bez, pokrzywa, ale w kontekście innego systemu wiedzy i inaczej tłumacząc działanie dietetyczne, zdrowotne czy kosmetyczne.

Zdjęcia: autor – Muzeum Budownictwa Ludowego, źródło – Facebook

Lokalność jest zawsze unikalna

krewetki_i_omulkiLokalność – czy to żywność czy kultura – opiera się na tym, co tu i teraz. Zależy od miejsca i sezonu. Jemy to co się teraz w ogródku pojawia, żyjemy rytmem dnia i pór roku. Najczęściej jest to proste jedzenie ludzi zwykłych. Z czasem tylko zyskuje nobilitację, tak jak kawior, pizza, bigos czy owoce morza.

„Robaki”… znane i jedzone od tysięcy lat. Ale tylko w rejonach nadmorskich. Na zdjęciu owoce morza przyrządzone w Dublinie przez polskiego emigranta. Zakupione w nadmorskim sklepie. Ma sens i smak taka lokalność. Ale gdyby przenieść daleko (chcąc zatrzymać urok tego miejsca) – traci i sens i smak. Sens – bo daleki transport to niepotrzebne zużywanie paliwa. Smak – bo już nie będzie świeże.

Lokalność jest zawsze niepowtarzalna. Tak jak jabłka papierówki lub truskawki jedzone prosto z ogródka. W tym przypadku smak lokalności jest w omułkach i krewetkach (w innym miejscu będą to pierogi z jagodami, papierówki czy babka ziemniaczana). Lokalność nie jest powielaniem globalnych wzorców z popkultury i telewizji czy supermarketów (tam przecież jest wszytko), lokalność to odkrywanie tego co tu i teraz. Wymaga uważnego patrzenia wokół siebie. I wymaga myślenia.

Wspominam pyszne omułki i krewetki. Ale nie będę w Olsztynie powtarzał dublińskich wzorców. Powtórzę lokalność w oparciu o to co tu i teraz. Dostosowując się do rytmu dnia, pory roku i prostego życia.

O drzewach w czasie upału i spadających gałęziach

fontanna_i_plac_konsulatuW tym sezonie wakacyjnym modna jest wycinka drzew pod pretekstem, że gałęzie, te suche i spadające, zagrażają pieszym i rowerzystom. Bo jak wieje wiatr, to gałęzie spadają. A jak wieje wichura, to nawet drzewa wywraca. Więc trzeba profilaktycznie wyciąć. Dobre, starze przysłowie mówi: zanim coś zrobisz, pomyśl trzy razy. Bo warto liczyć wszystkie koszty i efekt długodystansowy.

Oszem, czasem i gałąź spadnie, zwłaszcza jak silny wiatr wieje. Za sprawą ocieplenia klimatu mamy więcej intensywnych zjawisk pogodowych, w tym silnych wiatrów i wichur, łącznie z trąbami powietrznymi. Ale wtedy nie tylko drzewa są wyrywane i łamane, ale i niszczone budynki, dachy zrywane, samochodowy wywracane. To co, mamy likwidować dachy i burzyć domy, bo może przyjść wichura? Absurdalne. Tak jak z tą prewencyjną wycinką drzew.

Piesi i rowerzyści giną na drogach głównie na skutek kolizji z samochodami. Ale nikt nie postuluje likwidacji samochodów (a nagminne jest łamanie przepisów drogowych). Ostatnio zdarzył się śmiertelny upadek rowerzysty, bo wjechał dziurę w jezdni. Dziurę akurat łatwo załatać i to bez negatywnych, skutków ubocznych.

Zanim zaczniemy przyklaskiwać nawoływaniom, by przydrożne drzewa wycinać, bo może gałąź spaść na przechodnia czy rowerzystę, warto trochę pomyśleć. Są upały. Nawet groźne dla życia upały. Gdzie szukamy cienia? Pod drzewami. Tam jest chłodniej o kilka stopniu (dzięki cieniowi i transpiracji). A jadąc samochodem czy rowerem w czasie upalnego lata, czy nie przyjemniej i bezpieczniej jedzie się w cienistej alei, w porównaniu do otwartej drogi w pełnym słońcu? Gdzie jest bezpieczniej? Gdzie asfalt się roztapia i tworzą się koleiny?

Już kilka lat temu pisałem o błędach projektowych na Placu Konsulatu Polskiego. Przygotowano beton-plac pod 2-3 uroczystości w roku, żeby kompania wojska wygodnie stała. Patriotyzm capstrzykowy i na pokaz. A przez 362 dni w roku plac jest mało funkcjonalny. To jest patriotyzm dnia codziennego i myślenie o ludziach, o jakości życia (nadmienię, że oba patriotyzmy nie stoją w sprzeczności i konflikcie). Co widać zwłaszcza w lecie. Odkryta ziemia pod drzewami Odgrodzona jest wysokimi barierami (co widać na zdjęciu) – nawet po deszczu woda tam nie wsiąka tylko odpływa kanałami burzowymi. Na małym placu, otoczonym domami, przydała by się woda (zbiornik wodny, nawet maluteńki). Kiedyś była tam fontanna. Bo woda łagodziłaby mikroklimat, zwłaszcza w czasie upałów. Teraz tak zwaną kurtyną wodną sezonowo nadrabiamy braki projektowania. Ale to jest kosztowne i marnujemy wodę wodociągową. Zanim więc coś się zrobi, warto pomyśleć. Drzewo wycina się szybko… rośnie długo. Więc nie jest możliwe szybkie naprawienie szkód. Tak jak poprawienie funkcjonalności wspomnianego placu.

Jak bardzo potrzebna jest zieleń w mieście widać w czasie upalnego lata. W przyszłości będzie jeszcze gorzej, bo klimat systematycznie się ociepla. Czas więc nie na doraźne kurtyny wodne tylko przemyślane i sensowne inwestycje, zarówno przy drogach (sadzić drzewa) jak i na miejskich placach. By „łapać” wodę i kierować ją do gleby.

ps. Zamieszczone zdjęcie zrobione zostało na początku sierpnia 2015 roku.

Wakacyjne rozmyślania aż do zdarcia butów

butyMyśli się głową, a chodzi nogami. To dlaczego przy rozmyślaniach miałyby zedrzeć się buty?

Wakacje i urlop to okres, gdy mamy więcej czasu dla siebie, gdy możemy zwolnić. Podróż, ta daleka czy bliska, gdy spacerujemy, chodzimy, czekamy na stacji czy lotnisku na kolejny transport, pozwala się wyciszyć od zgiełku codzienności i rytmu pracy. W tej ciszy zaczynamy słyszeć swoje myśli. Chodzenie i ruch pozwala więc myśleć. I snuć refleksje w wyciszeniu podróży. Pozwala także patrzeć na świat nieco inaczej niż na co dzień. Może z większą otwartością?

Tak więc wędrówki sprzyjają myśleniu. A jeśli idzie się daleko, to i buty można zedrzeć.

Podróż to także czas by odpocząć od.. komputera i internetu. Odciąć mózg od nadmiaru bodźców. W tej bodźcowej ciszy zaczynamy rozmyślać i tworzyć.

Trwa moja wakacyjna podróż. I rozmyślania. I Tobie tego życzę.

Smukwa i storczyki czyli jak kwiaty na dwa sposoby bałamucą (kulinarnie i seksualnie)

5613678089_a88d0d412e_oCzy owad może kopulować z kwiatem? Okazuje się że może. Przynajmniej może próbować. Od razu rodzi się pytanie po co i jaki to ma sens. Ewolucja prowadzi krętymi ścieżkami by ułatwić rekombinację genetyczną, korzystną dla przystosowania się do zmiennych warunków środowiska. Te i inne zdawało by się dziwactwa spotkać można na wakacyjnych wyprawach blisko i daleko.

Przyroda nie przestaje zachwycać. Żeby przeżyć wakacyjną przygodę nie trzeba dalekich podróży. Bo to nie odległość przesądza o przygodzie. Przesądza ciekawość świata, otwartość na ludzi i umiejętność zadziwiania się. Prawda, że daleka podróż do egzotycznych krajów może ułatwić rytuał przemieniania się w podróżnika (gotowość na spotkanie nowego i nieznanego). Istotą podróży jest jednak gotowość poznania nowego. I owo nowe może czaić się za tuż rogiem. Na przykład wystarczy pójść innymi niż zazwyczaj drogami lub inaczej spojrzeć na świat.

Przyroda znakomicie się nadaje do podróżowania i odkrywania. Poprzez przyrodę można spojrzeć na samego siebie. Inspiruje do refleksji. Jako ekolog doskonale wiem, że przyroda ma wspólnotowy charakter. Tę złożoną wspólnotowość dostrzegają ostatnio także i genetycy oraz biolodzy molekularni, czego świadectwem jest chociażby teoria hologenomu. Liczę, że wniesie to inspirację do rozważań nad urządzaniem życia społecznego we współczesnym świecie, bo współpraca a nie egoizm przesądza o rozwoju. Być może dlatego coraz częściej mówi się o inteligencji zbiorowej, sieciowej, kolektywnej. Istniała od dawna, od początków naszego gatunku, ale teraz ujawnia się wyraziście w internecie i różnych projektach społeczności wirtualnej.

Wróćmy do przyrody, bo tam szukam inspiracji do kolejnego felietonu do VariArtu. Ma być o cielesności. Więc szukam przykładów przyrodniczych, żeby był włożony kij w mrowisko. W przyrodzie nie ma nic za darmo – można by powiedzieć sama cielesność. Nic tylko żarcie i prokreacja, tudzież walka o byt. We współczesnej kulturze dominuje seks, wszędzie go pełno. Powiedziałbym, że nadproporcjonalnie do obecności w realnym życiu. Młodość, seks i jedzenie.

Rozmnażanie płciowe, którego istotą jest przede wszystkim rekombinacja materiału genetycznego i wytwarzanie zmienności, a nie jakby się zdawało pomnażanie osobników, pojawiło się dość późno na Ziemi. Jakieś 1,5-2 miliardy lat od powstania życia. Jest kłopotliwe i kosztowne z krótkiej perspektywy. Z dłuższej, tej ewolucyjnej i gatunkowej, jest niezwykle korzystne. Czyli – szukając analogii społecznych – nie wszystko jest dobre co przynosi korzyść tu i teraz, ważna jest dłuższa perspektywa. Dobrze to oddaje stare przysłowie, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

755pxDasyscolia_ciliata1Ale wróćmy do kwiatów. Rośliny w swej istocie są nieruchome. Tkwią tam gdzie wyrosły. Mowa oczywiście o roślinach lądowych. W wodzie gamety mogły się same przemieszczać za pomocą rzęsek lub witek, lub unoszone prądami morskimi. Na lądzie jest za sucho i inna gęstość powietrza w porównaniu do wody. Trzeba szukać innych rozwiązań. Pyłek może być roznoszony przez wiatr, by trawić na słupek innego kwiatu (a potem do żeńskiej gamety). Są więc rośliny wiatropylne. A że wiatrem nie da się sterować, to pyłku trzeba produkować dużo. Ale odkąd pojawiły się na Ziemi owady, pojawiła się owadopylność. Jak wykorzystać owada, by przylatywał do kwiatu i niechcący przenosił pyłek na innych kwiat? Oczywiście jedzeniem. Stąd nektar, który przywabia. Kolor i zapach ułatwia odnajdywanie kwiatu z nektarem. I tak z kwiatka na kwiatek owady przenoszą pyłek, ułatwiają rozmnażanie rośli. Jedzenie i seks. To wszyscy wiemy i już w zasadzie nas nie dziwi (przeczytaj o uczepku).

Ostatnio zachwyciły mnie storczyki. A w zasadzie storczyk o nazwie dwulistnik naśladownik (Ophrys speculum). Kwiaty tego śródziemnomorskiego storczyka mają jasnoniebieską plamę, otoczoną kosmatym, rudym owłosieniem. Przypomina to bardzo samicę pewnej osy z rodziny smukwowatych – smukwy włochatej (Campsoscolia ciliata syn. Dasyscolia ciliata), ze złożonymi skrzydłami i wystającymi spod nich odwłokiem. Kusi. Dodatkowo storczyk wydziela zapach, podobny do feromonów samicy smukwy. Wabi więc zapachem i obrazem. Samce smukwy włochatej dają się nabrać i próbują kopulować. Storczykowa „samica”, ta imitowana i udawana, jest nawet ładniejsza, atrakcyjniejsza, to znaczy silniej oddziałuje niż prawdziwe, realne samice. Niczym modelki fotoszopem udoskonalone. W czasie, gdy samiec próbuje kopulować z kwiatem storczyka, do czoła owada przyczepiają się pakiety pyłku (pyłkowiny, porównaj z uczepkiem). Po bezskutecznych próbach samiec odlatuje… zazwyczaj na inny kwiat i tam powtarza swą lubieżną czynność. A przy okazji przenosi pyłek i następuje zapylenie krzyżowe.

800pxOphrys_apifera_180606Smukwa występuje w zachodniej części rejonu śródziemnomorskiego, więc w czasie wyprawy na Majorkę można ją zaobserwować. Wspomniany storczyk także. No tak, ale to daleko. Nie ma się co jednak zbytnio martwić, bowiem w Polsce występuje dwa inne storczyki, które w podobny sposób wykorzystują owady. Wabią nie tyle jedzeniem co udawaną seksualnością. Pierwszy to dwulistnik muszy (Ophrys insectifera), kwitnie od maja do czerwca. Zapylany jest przez samce niektórych błonkówek. Dwulistnik muszy rośnie na górskich kserotermicznych murawach.

Drugi to dwulistnik pszczeli (Ophrys apifera) o zasięgu atlantycko-śródziemnomorskim. W Polsce po raz pierwszy gatunek ten zaobserwowano dopiero w 2010 roku na Śląsku w nieczynnym kamieniołomie. Jest uznawany za gatunek obcy dla naszej flory. Też jest zapylany przez błonkówki, ale często dochodzi do samozapylenia. Kwitnie od marca do czerwca a w Polsce od połowy maja do czerwca.

W podróżny, tej bliskiej i dalekiej, zobaczymy więcej, jeśli się do tego przygotujemy. Bo na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, własnej wiedzy. Im więcej rozumiemy z otaczającego świata, tym więcej niezwykłości dostrzegamy. Bo jeśli nic o historii czy przyrodzie, np. Egiptu nie wiemy, to zapewne zapamiętamy z wycieczki tylko lotnisko, hotel i basem. Podobnie z otaczającą nas przyrodą – mogą być to tylko robale i zielsko… lub fascynujące cykle życiowe i miliony lat ewolucji. Wiedza ułatwia zachwyt nad światem. Podobnie otwarcie się na spotkanie nowego.

800pxOphrys_insectifera_flower_closeupGórne zdjęcia dwulistnika naśladownika (autor Pietro Niolu), z kopulująca smukwa (autor Hans Hillewaert, żródło Wikimedia Commons). Środkowe,  dwulistnik pszczeli ( Bernd Haynold Wikimedia Commons), dolne,  dwulistynik muszy (Hans Hillewaert Wikimedia Commons).

O tym, jak hydrobiolodzy kamień bentosem pomalowali

malowanie_3Działo się to w maju 2015 roku, w Karkonoszach, w czasie typowej konferencji naukowej. Żadni artyści, tylko biolodzy, zoolodzy, botanicy, hydrobiolodzy. A jednak kamienie malowali. Z przyjemnością. Dlaczego?

Nie często zjawiam się na warsztatach bentologicznych ale bardzo je lubię (bentos to organizmy wodne, żyjące na dnie zbiorników wodnych). W zasadzie spotkania takie nie liczą się już do dorobku naukowego i nie zapewniają punktów. I to jest ich największa zaletą bo przyjeżdżają ci, co chcą. Przyjeżdżają z ciekawości poznania i chęci dyskutowania a nie kolekcjonowania punktów do kariery naukowej czy zawodowej. Oczywiście, takie spotkania pomagają w rozwoju naukowym i wymianie myśli, są więc przydatne jak najbardziej. Mądry to wiem i za punktami (ocenami) się nie ogląda. Robi to, co sensowne.

Ogromnym atutem warsztatów bentologicznych jest część terenowa i możliwość zapoznania się metodyką badań terenowych w różnych środowiskach wodnych, jak i dotyczących specyfiki różnorodnych grup bentosu. Taka konferencja w formie ćwiczeń, można uczyć się od najlepszych i wymieniać doświadczania. Swoista szkoła letnia – naukowa majówka. W długiej swojej tradycji warsztaty bentologiczne znacznie się rozrosły – przyjeżdża więcej osób niż na początku – ale zachowały swój pierwotny, kameralny i warsztatowy charakter. Część referatowa ograniczona jest do niezbędnego minimum (doniesienia w formie posterów), dużo czasu przeznaczona jest na zajęcia terenowe, praktyczne oznaczanie różnych wodnych bezkręgowców lub praktykowanie technik badawczych. Są też hydrobiologiczne i krajoznawcze  wycieczki.

Tym razem XXII Warsztaty Bentologiczne odbyły się pod koniec maja (21-23 maja 2015) w Przysiece koło Karpacza, na skraju Karkonoskiego Paku Narodowego. Głównym tematem były muchówki oraz badania monitoringowe bentosu w ciekach górskich. Przyjechało blisko 70 osób z całej Polski i Czech, studenci, doktoranci, pracownicy akademiccy jak i pracownicy WIOŚ czy parków narodowych. Celem warsztatów było przybliżenie zagadnień związanych z monitoringiem wód oraz zachęcenie do badań makrofauny rzek Sudetów.

malowanie_1

Malowanie kamieni odbyło się po raz pierwszy na warsztatach, jako forma spotkania integracyjnego i ułatwiającego dyskusje kuluarowe. Pomysł narodził się w głowie Małgorzaty Gorzel. Tak niecodzienny, że koniecznie trzeba było go zrealizować i szybko go podchwyciłem przywożąc farby, pędzle i inne niezbędne akcesoria. Z samego rana, 22 maja naznosiłem trochę kamieni z pobliskiego potoku. Samo malowanie rozpoczęło się po południu. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu do malowania włączyło się dużo osób (myślałem, że malować będzie 4-7 osób, ale okazuje się, że naukowcy są bardziej otwarci na nowe niż się na co dzień wydaje). Malowaliśmy i dyskutowaliśmy zarówno o bentosie żyjącym w wodach śródlądowych, o kolejnych warsztatach jak i i innych problemach naukowych. Aż zabrakło kamieni….

Ale przed ośrodkiem wypoczynkowym kamieni było dużo. I tak narodził się pomysł, by wspólnie pomalować jeden duży kamień. I znowu odzew był duży. Każdy malował swojego ulubionego przedstawiciela makrozoobentosu. I tu również toczyły się ciekawe dyskusje. Malowaliśmy na zmianę, bo wszyscy na raz by przy kamieni się nie zmieścili. Powstało wspólne dzieło malarsko-naukowe, o dużej możliwości interpretacyjnej. Jeśli zgodnie z moją sugestią właściciele ośrodka polakierowali, to malowany kamień długo oprze się deszczom i górskiej pogodzie.

Lista autorów (kolejność wpisywania się na kartkę), chyba nie wszyscy się zdążyli wpisać:

  • Stanisław Czachorowski,
  • Katarzyna Pieńczuk,
  • Małgorzata Gorzel,
  • Piotr Kubik,
  • Tomasz Krepski,
  • Joanna Pakulnicka,
  • Jan Wojtasik,
  • Barbara Wojtasik,
  • Mariola Krodkiewska,
  • Marta Hałaburda,
  • Anna Dzierżyńska-Białończyk,
  • Jakub Brdękiewicz,
  • Kamil Kondracki,
  • Janusz Żbikowski,
  • Anna Cieplok,
  • Aneta Spyra,
  • Izabela Czerniawska-Kusza,
  • Lucyna Koprowska,
  • Andrzej Kownacki,
  • Agata Rychter,
  • Joanna Galas,
  • Piotr Domek,
  • Dariusz Halabowski,
  • Agnieszka Sowa,
  • Iza Jabłońska-Barna,
  • Kamil Hupało,
  • Piotr Gadawski,
  • Michał Grabowski,
  • Tadeusz Namiotko,
  • Lucyna Namiotko,
  • Aleksandra Jabłońska.

Więcej zdjęć z warsztatów i malowania na Fecebooku 

Na początku września będę malował kamienie …. z filozofami, w czasie VIII Festiwalu Filozofii

Czytaj też:

Ludzi przyciąga kultura

cyrkulicznyZapytany zostałem o kapitał ludzki i jaki z niego pożytek. Kapitał ludzki to coś mało widocznego. Widoczne są natomiast skutki jego aktywności. Jest jak powietrze, nie widać, ale nie mielibyśmy czym oddychać. Ale jeśli znajdą się w nim szkodliwe gazy, takie jak tlenek węgla (tego gazu także nie widać gołym okiem) – to zabija. W kulturze też bywają zjawiska toksyczne i destrukcyjne, że wspomnę tylko o nieufności, ksenofobii, zawiści i żądzy zemsty.

Innym przykładem zalet kapitału ludzkiego z naszego, warmińsko-mazurskiego podwórka jest dynamicznie rozwijająca się firma produkująca drukarki 3D. Powstała nie w oparciu o złoża gazu, ropy, węgla, nie w oparciu o wielką inwestycję. To tak zwana gospodarka innowacyjna, a ta opiera się na ludziach dobrze wykształconych. Chcemy mieszkać w miejscach atrakcyjnych i tam, gdzie się dobrze żyje, gdzie jest pięknie. A skoro tam mieszkamy to i tam idą nasze podatki.

To między innymi kultura szeroko rozumiana przyciąga ludzi i tworzy miejsca pracy w oparciu o kapitał ludzki. Kraków nie wydaje pieniędzy na promocję, wydaje na kulturę i liczne festiwale. Promuje się skutecznie przez kulturę. Dyskretnie i nienachalnie. Przyciąga ludzi. Jakiś czas temu do jednego z dużych miast południowej Polski chciała się przenieść ze swoją produkcją duża firma „zachodnia”, zatrudniająca wykwalifikowany personel. Zrobiono rekonesans, by sprawdzić czy pracownicy będą mogli coś robić popołudniami w czasie wolnym od pracy. Sprawdzono więc ofertę kulturalną. I zrezygnowano z inwestycji. By dobrze pracować w nowoczesnej gospodarce ludzie potrzebują odpoczynku bardziej ambitnego niż grill i telewizor. Kapitał ludzki ma swoje wymagania. Dzięki łatwym podróżom i dostępowi do internetu, przemysłem kreatywnym ( swoim biznesem ) można kierować z odległości. Nie trzeba być stale na miejscu. Liczy się więc jakość życia i zamieszkania. Jednym z ważnym elementów jakości życia jest dostęp do kultury.

Lubię na przykład Olsztyńskie Lato Artystyczne bo stale się coś dzieje i to przez całe lato. Są duże imprezy, są i małe, kameralne, niemalże niszowe. Są i te z górnej półki, jak i te małe, uliczne, niemalże jarmarczne. Ale zawsze coś. Zachęca to do odwiedzin i nieplanowanych wyjść na Starówkę. I dobrze, że niektóre przedsięwzięcia promieniują na okolicę, tak jak występy w ramach Międzynarodowych Dni Folkloru. Zespoły które przyjechały do Olsztyna występowały także w okolicznych miejscowościach. Taka jest rola stolicy regionu – nie wysysać ale inspirować, ubogacać, wspierać, zasilać. Ale i bez tego wiele się w regionie dzieje, od przeglądów teatralnych, jarmarków związanych z dziedzictwem kulinarnym, do inscenizacji historycznych, wystaw, licznych koncertów i festiwali. Siłą regionu jest wielość rozproszonych działań kulturalnych. A jest ich coraz więcej.

Region wypełniony teatrami, jarmarkami, przeglądami, festiwalami, muzeami – przyciąga. Kultura dostarcza emocji i wzruszeń. Ludzie szczęśliwi wracają do tych miejsc, gdzie zaznali pozytywnych emocji. Kultura znakomicie komponuje się z walorami przyrodniczymi Warmii i Mazur. Bo wypoczywając gdzieś w pensjonacie, gospodarstwie agroturystycznym, pod namiotem lub w ośrodku wczasowym miło się wybrać do pobliskiego miasteczka czy wsi na dowolne przedsięwzięcie kulturalne. Turysta nie samym chlebem, wodą i słońcem żyje. Zaznawszy emocji za sprawą kultury szeroko rozumianej, z pasją o tych miejscach opowiada innym. A gdy są turyści, to wydają pieniądze. Bo przecież gdzieś muszą spać (jeśli nie są jedynie przejazdem), coś jeść i kupować nie tylko pamiątki. Czasem przyjeżdżają ludzie na dłużej, lub jeszcze dłużej. Czasem osiedlają się na stałe.

Rozwijająca się marka cittaslow coraz bardziej przyciąga ludzi z całego świata. Dobre wspomnienia są znakomitą promocją. Chce się wracać i zachęcać innych do odwiedzin. Kultura przyciąga i jest niezależna od pogody. Tak samo atrakcyjna jest w deszczu jak i słoneczną pogodę, i zimą i wiosną i latem i jesienią. Bo podróżujemy by spotkać ludzi niebanalnych i by przeżyć przygodę.

Do rozwoju kultury potrzebni są przede wszystkim ludzie. Zatem warto w różnorodny sposób zachęcać artystów i ludzi niebanalnych, kreatywnych by nas odwiedzali, by tu inspirowali się, tworzyli i zostawali jak najdłużej. I tworzyć warunki do rozwoju kultury, także poprzez inwestycje twarde takie jak galerie, domy kultury, biblioteki, amfiteatry itd.

Jak inwestować w kapitał ludzki? Poprzez kulturę i edukację. Efekty będą, choć nie od razu łatwo zobaczyć je będzie można.

Na szkołę zawsze się narzekało, ale w każdych czasach z zupełnie innego powodu

11707566_10206212508785031_7207733748107833074_nUczenie się to naturalna potrzeba człowieka. Uczyć się lubią nawet dorośli. Te dziecięce cechy ciekawości i poznawania sprawiają, że nazywani jesteśmy neoteniczna małpą (z zachowanymi cechami dziecięctwa). Uczymy się nawet na wakacjach. I sprawia to nam przyjemność.

Kiedyś uczyliśmy się społeczności przez naśladowanie i uczestnictwo. Kiedy nadchodził moment, że młody osobnik był uznany za dorosłego, następował obrzęd inicjacji, ostatni egzamin, sprawdzian. Wracał do wioski jako mężczyzna lub kobieta. Poprzez uczestnictwo młody człowiek uczył się wszystkiego, co przydatne w życiu – zarówno zdobywania pokarmu (łowcy-zbieracze, myśliwi, rolnicy) jak i życia społecznego, z jednoczesnym przyswajaniem kultury.

W miarę rozwoju kultury i coraz to nowych umiejętności, jakie należało posiąść, pojawiła się instytucja mistrza-nauczyciela a potem szkoły. Szkoła z klasami jaką znamy, to stosunkowo niedawny wymysł, powstały w epoce industrializacji (wcześniejsze szkoły nieco inaczej wyglądały) . Zorganizowana prawie jak fabryka. Uczyła pisać i czytać, czyli tego to potrzebne było pracownikowi i obywatelowi państwa. W czasach prasy, książek, telegrafu a potem radia i telewizji. Ale szkoła nie wypełniała całości edukacji. Dalej wielu rzeczy uczyliśmy się w rodzinie i najbliższej społeczności, dalej uczyliśmy się z wykorzystaniem ciekawości świata.

Wraz z przyrostem wiedzy zaczęła się wydłużać edukacja szkolna. Dochodzimy do kilkunastu (lub ponad 20) lat, spędzania w systemie klasowo-lekcyjnym. Ogrom materiału powoduje, że systematycznie ze szkoły znikały takie przedmiotu-aktywności jak pielęgnowanie ogródka czy zajęcia techniczne. Za mojej młodości w szkole na lekcjach biologii mieliśmy zajęcia w ogródku warzywnym. Na ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne) robiliśmy karmniki, piłowaliśmy butelki, dziewczyny piekły ciasta, pisaliśmy drewnianym patyczkiem. A jeszcze wcześniej była nauka tańca. Zaskakujące jest to, że czynności która na pewno będzie nam potrzeba w życiu dorosłym, to jest umiejętność tańca, całkowicie usunięta została z edukacji szkolnej. Z pracowni chemicznych poznikały stoły laboratoryjne. Można tylko popatrzeć ale nie działać samemu (to w trosce o bezpieczeństwo dzieci i młodzieży). Ogromny przerost wiedzy teoretycznej i coraz mniej działań praktycznych. Jednocześnie coraz mniej okazji by się tego wszystkiego nauczyć na podwórku czy w środowisku lokalnym. Ewidentnie brakuje absolwentom szkół kompetencji społecznych. Kto ma tego nauczyć i jak?

Bez wątpienia jesteśmy w okresie dużej transformacji systemu edukacji w skali globalnej. To nie tylko nasz, polski problem. Nasze narzekania na szkołę nie są odosobnione. Dawny model szkoły przestał być wydolny przede wszystkim dlatego, że zmieniło się społeczeństwo i gospodarka. Zasadniczo zmieniło się otoczenie szkoły. Szkoła jest i była jedynie elementem system edukacji, zawsze miała przygotowywać do życia dorosłego i życia w społeczeństwie, łącznie z kompetencjami zawodowymi. Zmieniło się społeczeństwo i gospodarka, w ślad za tym zmienia się system edukacji (mniej lub bardziej świadomie). W sumie nasze uzasadnione narzekania na szkołę wynikają nie z tego, że coś źle dawniej zrobiliśmy ale dlatego, że szybko zmienia się świat. I trzeba się dostosowywać do zupełnie nowych warunków.

Na nowo uczymy się współpracy i na nowo układamy relacje edukacji formalnej i nieformalnej (w połączeniu z kształceniem ustawicznym). Jak współpracować mają szkoły z uczelniami wyższymi oraz z biznesem? To tematyka zbliżającej się konferencji w Centrum Nauki Kopernik, ph. Pokazać-Przekazać (21-22 sierpnia 2015).

Szkoły nie poprawimy wracając do dawnych rozwiązań, np. likwidując gimnazja. Współczesna innowacyjna gospodarka potrzebuje nie rolników czy fabrycznych robotników a osoby kreatywne, poszukujące, umiejące współpracować. Zatem musimy uczyć kreatywności i współpracy w wielu wymiarach. Receptą wcale nie są stare wzorce, trzeba szukać zupełnie nowych rozwiązań, być może we współpracy z uniwersytetami jak i przedsiębiorstwami. Bo coraz więcej uczymy się w sposób nieformalny, niejako przy okazji oglądania telewizji, czytania prasy czy uczestnictwa w coraz popularniejszych piknikach naukowych czy różnorodnych centrach nauki. Z edukacją także ta ustawiczną, systematycznie wychodzimy poza mury szkoły.

Zdjęcia z lipcowego pikniku naukowego w olsztyneckim skansenie pt. „Czas drewna.”