Litworówka – tatrzańskie ziele o nie tylko magicznej mocy

Koehler1887GardenAngelicaTrwa dekada różnorodności biologicznej (2011-2020) ogłoszona przez ONZ a niedawno zakończył się Rok Oskara Kolberga. Są to wystarczające powody by w czasie Europejskich Targów Produktów Regionalnych wypowiedzieć się biologicznie i etnograficznie zarazem. Arcydzięgiel litwor znakomicie łączy dziedzictwo kulturowe z dziedzictwem przyrodniczym. Roślina niezwykła, która może się stać elementem wyróżniającym tatrzańskie dziedzictwo kulinarne.

Angelica archangelica opisana została przez Linneusza w 1753 roku. Ale wcześniej ta roślina już była znana i używana przez ludzi w wielu miejscach. Dlaczego Linneusz nazwał tak anielsko? Nawet arcyanielsko? To się wyjaśni w dalszej części. Obecnie częściej używana jest nazwa Archangelica officinalis (dawniej także Angelica sativa, nazwa wskazująca na roślinę uprawianą). Polskie nazwy ludowe są równie ciekawe: dzięgiel, dzięgil, dzięgielek, Dzyagyl, dzyengyl, cyngiel, dzięgiel wielki, dzięgielnica, dzięgiel lekarski, arcydzięgiel, angelika, litwor, lubszcza, anielskie ziele, archangielski korzeń, anielski korzeń. Część z nich to wykorzystanie nazw łacińskich, inne są tajemnicze i kuszą, aby poszukać ich pierwotnego znaczenia. Po chorwacku zwana jest trawą świętego ducha, po czesku korzeniem świętego ducha. Związek z duchowością ma na pewno. Ale jaki i dlaczego?

Arcydzięgiel litwor należy do rodziny baldaszkowatych (selerowatych). Występuje w stanie dzikim w górzystych i wilgotnych terenach Europy i na Syberii. W Polsce podgatunek typowy rośnie w Sudetach i Karpatach (na niżu – jak podają niektóre książki – prawdopodobnie jest zdziczały, czyli taki, który „uciekł z upraw” a pierwotnie tam nie występował). Podgatunek nadbrzeżny występuje w pasie wybrzeża bałtyckiego i w dolinach rzek. Arcydzięgiel litwor często jest mylony z popularnym w całym kraju arcydzięglem leśnym (dzięglem leśnym). Arcydzięgiel litwor to roślina dwuletnia, na dodatek uprawiana w wielu krajach. Dla ludów dalekiej północy arcydzięgiel litwor był w zasadzie jedyną rośliną, którą można było uprawiać w tamtym klimacie. Lapończycy gotowali świeże baldachy (kwiatostany) arcydzięgla w mleku reniferów, aż potrawa uzyskała konsystencję sera. U nas od dawna łodyga arcydzięgla była używana do zaprawiania wódek i likierów oraz kandyzowana do dekoracji ciast i tortów. I do odpędzania złych mocy.

W Polsce spotkać można inne, podobne gatunki (lub podgatunki): dzięgiel leśny (Angelica silvestris), rosnący w zaroślach i na podmokłych łąkach na terenie całej Polski oraz arcygdzięgiel nadbrzeżny (Archangelica litoralis), rosnący w wilgotnych lasach, podmokłych łąkach i nad brzegami wód, nad Bałtykiem na Pomorzu, rzadziej w głębi kraju. Arcydzięgiel był i jest wykorzystywany nie tylko kulinarnie ale i leczniczo. Surowcem zielarskim są korzenie, łodyga i liście. Działa dobrze na żołądek (na trawienie), rozkurczowo, uspokajająco, moczopędnie, przeciwbólowo, przeciwbakteryjnie. Ale działa także fotouczulająco (odpowiedzialna jest za to furokumaryna) – zatem po spożyciu nie należy wystawiać skóry na bezpośrednie działanie słońca, bo mogą pojawić się stany zapalne. Wyizolowano z arcydzięgla ponad 100 różnych związków chemicznych, wykorzystywanych medycznie. Są to olejki eteryczne, związki kumarynowe i furanokumarynowe, garbniki, kwasy organiczne, flawonoidy i sole mineralne. Niektórzy wskazują, że arcydzięgiel zawiera czynnik pobudzający wytwarzanie interferonu (sprzyja obronie organizmu przed wirusami). Dzięgiel to pewnie dawna nazwa ludowa i słowiańska.

Arcydzięgiel, zapewne jest nazwą późniejszą, wtórną i powstała od nazwy łacińskiej, odnoszącej się do archanioła (nie wspominając o angelice). A litwor? Cóż litwor znaczy? W dawnych słownikach można znaleźć informacje, że litwor to określenie ludowe, konkretnie nawet góralskie. Możliwe, że słowo „litwor” powstało jako zniekształcone „likwor”. Likwor to przestarzałe określenie na napój, zazwyczaj alkoholowy, napój babci (bo co dawne i przestarzałe to musi być babci lub dziadka). Wcześniej pojęcie to jeszcze oznaczało wódkę lub nalewkę, likier, wyrabiany dawniej, aromatyczny i słodki napój alkoholowy. Arcydzięgiel wykorzystywany był dawniej do wyrobów nalewek i napojów alkoholowych. Zapewne ze względu na jego aromatyczne właściwości. Natomiast kandyzowane łodygi używane były do ciast i wódek. Mamy więc zbieżność daleko idącą, aby uznać, że litwor wziął się od likworu.

Wszystko zaczęło się od Arabów, którzy przejęli wiedzę po starożytnych Grekach i Rzymianach. Mowa o destylacji wina. We wczesnym średniowieczu, przy przejmowaniu wiedzy od Maurów, Europejczycy posiedli tajemnicę destylacji alkoholu. Zajmowali się tym alchemicy, poszukując kamienia filozoficznego i wody życia. Potem w klasztorach produkowano różne eliksiry i nalewki na z wykorzystaniem arcydzięgla. Nie dziwią więc nazwy odnoszące się do aniołów, Archanioła Gabriela czy Świętego Ducha. Likwory produkowali mnisi (i ewentualnie alchemicy). Niektóre likwory były pewną obroną przeciw czarom – niczym archanioł. Już sama nazwa Archangelica skłaniała by dodać tego zioła (roślinę) do likworów zabezpieczających przed złymi czarami. Likwor archangelika, likwor dzięgiel, arcydzięgiel likwor. We wczesnośredniowiecznych klasztorach mnisi oraz alchemicy z destylowanego alkoholu sporządzali eliksiry lecznicze. A zatem najpierw były eliksiry (z nazwy arabskie). Potem pojawiły się już bardziej łacińskie w słowie likwory (liquori – płyny), będące swoistymi nalewkami. Później dodawano coraz to najróżniejszych ziół i tak powstawały likiery ziołowe – eliksiry życia (zdrowia). Jednym ze starszych i bardziej znanych są benedyktynki. Zapewne i naszego arcydzięgla dodawano to likworów. Nazwa więc mogła przejść i na roślinę – dzięgiel, arcydzięgiel, co do litworów jest dodawany – arcydzięgiel likwor, arcydzięgiel litwor (określenie podhalańskie).

Jeść na świeżo – to jest właśnie lokalne dziedzictwo. Korzystanie z surowców sezonowych i lokalnych. Ale lekarstwa potrzebne wtedy, gdy chorujemy, a nie gdy arcydzięgiel rośnie. Zatem pozostaje robić przetwory. Można albo zasuszyć albo od razu zakonserwować. Alkohol etylowy w większym stężeniu jest dobrym rozpuszczalnikiem (abstrahuje z surowca roślinnego różne substancje) oraz jest jednocześnie dobrym konserwantem. Nic dziwnego, że od dawna wykorzystywany jest do różnych eliksirów leczniczych, zdrowotnych i likierów do delektacji. Nalewka z dodatkiem arcydzięgla stosowana jest na wiele różnych dolegliwości. Alkoholowe wyciągi z korzeni i owoców arcydzięgla w połączeniu z innymi surowcami roślinnymi, używane są do wyrobu aromatycznych wódek oraz likierów ziołowych np. sławnej benedyktynki. A teraz po międzynarodowa sławę ubiega się podhalańska litworówka, która ma szansę stać się produktem regionalnym.

Arcydzięgiel litwor jest gatunkiem chronionym więc go zrywać, niszczyć ani pozyskiwać ze stanowisk naturalnych nie wolno. Można pozyskiwać jedynie z upraw. Z owoców dzięgla leśnego wyrabia się proszek przeciw owadom. Młode pędy także są wykorzystywane jako warzywo, a korzenie do wyrobu nalewek. Na dalekiej północy, Samowie, przez nas Lapończykami zwani, wytwarzali z łodyg tej rośliny prosty klarnet o nazwie fadno. Stare opisy przedstawiają fadno jako prosty klarnet o tęsknych tonach, sprawny muzycznie jedynie przez czas, gdy łodyga jest żywa. Ulotna muzyka, ulotny instrument. We Francji z arcydzięgla sporządza się smakowite konfitury, natomiast na północy Europy arcydzięgiel używany jest jako jarzyna. Skandynawowie wysoko ceniąc go jako lekarstwo, warzywo i przyprawę nadali mu nawet nazwę europejskiego żeńszenia.

Arcydzięgiel to już trochę zapomniana przyprawa kuchenna (korzeń i nasiona) oraz roślina lecznicza (korzeń, łodyga, liście, nasiona). Jest także rośliną ozdobną, uprawiana w ogródkach przydomowych. W średniowiecznych klasztorach arcydzięgiel był uprawiany i wykorzystywany pod nazwą ziela Świętego Ducha. Mnisi żuli kłącza i ziele arcydzięgla, wierząc że jest dobrym środkiem na długowieczność. W tamtych czasach skutecznie likwidował zapalenia jamy ustnej i dziąseł. Arcydzięgiel był składnikiem średniowiecznego leku, zwanego teriakiem, uniwersalną odtrutką i lekiem przeciw zarazie. Tych ostatnich w dawnych czasach nie brakowało. Skoro chronił przed zarazą to nic dziwnego, że uważano za przyczyniającego się do długowieczności. Arcydzięgiel litwor działa uspokajająco podobnie jak waleriana. Pobudza wydzielanie soków, przez co ułatwia i przyspiesza trawienie, reguluje fermentację i usuwa nagromadzone gazy. To wszystko przez oddziaływanie na mikroflorę jelitowa (czyli bakterie i grzyby tam żyjące, w naszym wewnętrznym małym ekosystemie. Litwor wykazuje właściwości bakteriostatyczne (hamuje rozmnażanie bakterii). Przy dolegliwościach reumatycznych i stanach zapalnych korzonków nerwowych stosuje się spirytus arcydzięglowy do wcierania. W średniowieczu stosowano także zewnętrznie: „korzeń na szyję zawieszony zmartwienie odpędza i serce czyni wesołym”. Możliwe, że sama litworówka w jeszcze większym stopniu serce czyni wesołym i zmartwienie odpędza. Ale z lekarstwem trzeba ostrożnie, nie przedawkować. Bo zaszkodzi.

W arcydzięglu litworze jest duży potencjał, nie tylko kulinarny i leczniczy ale i kulturowy oraz gospodarczy. Uprawiany może być podstawą do różnorodnych regionalnych wyrobów, silnie kojarzonych z Podhalem.

I na koniec warto coś napisać o zagrożeniu… bo w szale zwalczania barszczu Sosnowskiego niszczony jest i arcydzięgiel… bo duży. Ignorancja niszczy nie tylko społeczeństwo ale i przyrodę.

*  *  *

Na koniec mała uwaga. Słowa „magiczny” używam w sensie nawiązania do historii i etnografii. Nie uważam, że arcydzięgiel ma coś z magią wspólnego. To wyjaśnienie zamieszczam na wszelki wypadek, bo zalew ignorancji jest olbrzymi a nauka znalazła się w głębokiej defensywie.

Ilustracja: Franz Eugen Köhler, Köhler’s Medizinal-Pflanzen – List of Koehler Images, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=255106)

Polskie szkoły zawodowe… czy ktoś wie o co chodzi?

szkoy_zawodoweJuż za rok zmieni się bardzo dużo w szkolnictwie zawodowym… ale i w konsekwencji na uczelniach wyższych. Bo co oznaczają wyższe szkoły zawodowe, do których pójdzie młodzież po specjalnych, zawodowych maturach? Wczesny etap selekcji na ścieżkę zawodową i ogólną? Koleiny, z których trudno będzie wyjść? Społeczeństwo „roboli” i elit?

Równie tajemniczo brzmią słowa:

„Musimy tak dostosować nasz system kształcenia, by nie kształcić dla Anglików i Francuzów, tylko dla przedsiębiorców, którzy produkują tutaj – mówi Mateusz Morawiecki.” (czytaj całość)

Czy w Polsce mamy jakiś specjalistyczny, wyjątkowy system gospodarczy, jakieś unikalne zawody? Takie, jakich nie ma w Europie i na świecie? Tak zaawansowane technologicznie czy może wręcz przeciwnie? Pielęgniarki i lekarze wyjeżdżają za granicę, bo tam jest jakaś inna opieka zdrowotna, inna medycyna? I do tej innej gospodarczej rzeczywistości uczą nasze szkoły… a nie na nasz rynek pracy? W Irlandii domy inaczej budują a we Francji hydraulika to inna rzeczywistość? Czy za słowami z kół rządowych kryje się jakaś konkretna treść czy to taki dobrozmianowe bicie piany? Czy ideologia nacjonalizmu dopadnie i polską edukację?

A to tylko pierwsza zapowiedź. Już niebawem pani minister ogłosi zmiany w całej edukacji szkolnej. Strach się bać, co tam wymyślili….

Nauczyciele, młodzieży i rodzice – cieszcie się wakacjami. To chyba ostatnie chwile normalności. Bo jak obecna pani minister ogłosiła zmiany w kształceniu sześciolatków, to kilkukrotnie zapewniała, że nie będzie zwolnień nauczycieli. Słowa te nie za bardzo pasowały do rzeczywistości… kilkanaście tysięcy nauczycieli jest zwolniona lub zostanie zwolniona do września. Kolejne zmiany, w tym te dotyczące kształcenia zawodowego, będą znacznie głębsze i poważniejsze. Skutki także.

ps. pan minister Morawiecki wobec Brexitu ma problem z głowy – nie będziemy już kształcić dla Anglików, może więc i cała reforma jest już nieaktualna? A w przypadku Francuzów może wystarczy zakaz nauczania języka francuskiego w szkołach? Bardzo ciekawych czasów dożyliśmy…

O Kurzętniku, bookcrossingu i o Czachorowskich co Kretkowskimi zostali

kurzetnikW czasie wizyty w Kurzętniku, przy okazji koncertu kameralnego, przed domem kultury zobaczyłem uroczą półkę bookcorssingową (na zdjęciu). Do tej pory takie estetyczne i piękne wiejskie półki z uwalnianymi książkami widziałem na zdjęciach z różnych części świata. Teraz mogłem sam naocznie nacieszyć się pięknym widokiem i mądrą inicjatywą. Obok ławeczki, stolik i huśtawka. Tylko przysiąść i delektować się widokiem na dolinę rzeki Drwęcy oraz wzgórze z ruinami zamku. No i poczytać o historii, o przyrodzie, o ludziach….

Nie zdążyłem zajrzeć do szafeczki, aby sprawdzić jakieś do książki uwalniają mieszkańcy Kurzętnika. Na pewno korzystają, bo zauważyłem młode dziewczyny siedzące na ławeczce. Młodzi najwyraźniej czytają.

Zainspirowany sięgnąłem do źródeł (już w domu, po powrocie), by przypomnieć sobie co nieco o Kurzętniku. Zaciekawiła mnie jedna krótka informacja: „Spod Kurzętnika 11 lipca 1410 zawróciły wojska Jagiełły, by uniknąć bitwy podczas przeprawy przez Drwęcę podczas marszu na Malbork. Po bitwie grunwaldzkiej Kurzętnik znalazł się pod zarządem rycerza Jana Kretkowskiego, ale na mocy postanowień I pokoju toruńskiego znalazł się nadal w granicach państwa zakonu krzyżackiego.”

Co mnie zainteresowało? Jan Kretkowski – bo przypomniałem sobie kiedyś wygrzebane ze starych książek informacje o Czachorowskich z Czachorowa. Informacje pochodziły z XVI wieku. W tym czasie nazwiska dopiero krzepły. I to tylko u szlachty. Czasem przenosząc się ze wsi do wsi, przybierali nazwiska od nowych wsi. I tak było z Czachorowskimi, którzy osiedli w pobliskich Kurzętnikowi Kretkach (Kretki Małe): „Andrzej Rosół z Kretkowów vel Czachorowski (zm. przed 1545) (…). Z żony Elżbiety N, która powtórnie wyszła za mąż za Sebastjana, mieszczanina z Rypina, spłodził syna Piotra Kretkowskiego Rosołka (1546-65) z Kretków Małych (…). Bliskiemi krewnemi Andrzeja i Piotra Kretkowskich byli Mateusz (1541-6) i Jan (1540-67) Czachorowscy v. Kretkowscy, obydwaj z Kretków (…) oraz Paweł Czachorowski z Kretków (1543-68), woźny ziemski pow. Dobrzyńskiego” (…)„Z możnym rodem Kretkowskich h. Dołęga na Kretkach Wielkich nie mieli nic wspólnego rozmaici Kretkowscy z Kretek Małych, ubodzy ziemianie, którzy dziedziczyli w 1531-67 r., na częściach w Kr. Małych, Nadrożu i Chlebowie, a należeli jak się zdaje, do kilku rodzin. Z nich K. przydomku Rosół i Rosołek, gałęź Czachorowskich herbu Rogala z Czachorowa w pow. bielskim, byli jedni z Czachorowskiemi-Ruskowskiemi z Ruskowa (par. sobowska pow. dobrzyński) Czachorowskiemi-Kochańskiemi z Kochania (par. mokowska pow. dobrzyński)”

I ja się wywodzę z tych Czachorowski h. Rogala z mazowieckiego Czachorowa, z linii sobowskiej. Zatem moi dalecy kuzyni przybyli w okolice Kurzętnika już XVI wieku. Być może to oni dalej powędrowali na północ i zamieszkali w Prusach, dając początek linii Czacharowskich i być może Ciachorowskich (ci raczej z okolic Płońska i Nasielska, już w czasach rozbiorowych pod koniec XIX wieku). Napływ ludności polskiej z Ziemi Dobrzyńskiej i północnego Mazowsza był wielokrotny. Jedną z ostatnich fal emigracyjnych był przyjazd mojej bezpośredniej rodziny po 1945 roku. To znaczy, niektórzy przyjechali wcześniej, nie z własnej woli lecz jako robotnicy przymusowi w czasach hitlerowskich Niemiec. Pasjonująca przygodą jest poznawanie historii z perspektywy rodzinnej genealogii. Prowokuje do sięgania do książek oraz do przeglądania zasobów archiwalnych (metryki itd.). To drugie najczęściej wiąże się z uwalnianiem wiedzy, dzieleniem się pozyskanymi informacjami. Tak jak dzielenie się książkami.

Nie mamy jeszcze polskiego terminu na bookcrossing. Może kiedyś powstanie. Tymczasem więc dzielmy się wiedzą na różne sposoby, blogowe i te z wiejskimi pólkami bookcrossingowymi. Kiedy następny raz wybiorę się do Kurzętnika, na pewno przywiozę i zostawię kilka swoich książek, dotyczących przyrody lub historii. Swoich – w sensie z domowej biblioteczki…

Niezwykłości przyrody regionu – rzeka Drwęca

13442227_10208638667757489_894272419907717648_nWiele lat temu, jak działała jeszcze linia kolejowa Brodnica-Iława, uwielbiałem jeździć pociągiem tą trasą. Mogłem podziwiać z okiem dolinę rzeki Drwęcy. Piękną, meandrującą rzekę i mozaikowane zbocza. Cóż fascynującego w „krzywej” rzece? Chociażby to, że takich naturalnie płynących, „żywych” rzek zostało już niewiele. Nieustanne procesy podmywania brzegów i usypywania piasku w innym miejscu. Nadbrzeżne łąki i wiosenne zbiorniki okresowe z bogatą fauną. Po prostu unikalne siedlisko życia niezwykłych gatunków roślin i zwierząt. Przejeżdżałem pociągiem i cięgle pojawiała się pokusa, by przyjechać to z badaniami hydrobiologicznymi.

Przy okazji koncertów letnich Zespołu Kameralnego Pro Musica Antiqua miałem wreszcie okazję odwiedzić Kurzętnik. I ponownie podziwiać uroki przyrody. Zabrakło tylko czasu na eksploracje przyrodnicze…. Miejsce urocze  kulturowo i przyrodniczo – chce się tam wrócić na dłużej.

Tak jak Puszcza Białowieska jest kolebką ochrony żubra, tak obecnie Drwęca staje się kolebką reintrodukcji jesiotra bałtyckiego (zobacz też, co się stało z ostatnimi jesiotrami). Ryba ta kiedyś pospolicie występowała w naszych wodach, np. w Wiśle. W XIX wieku większość kawioru, konsumowanego w Moskwie, pochodziła właśnie z wiślańskich jesiotrów. Jesiotr u nas wyginął. A teraz naukowcy zarybiają Drwęcę w nadziei, ze wytrwałym wysiłkiem uda się ten gatunek przywrócić naturze. Dlaczego wybrana została Drwęca? Bo zapora we Włocławku uniemożliwia migrację ryb w górę rzeki.

Wspominałem wiosenne rozlewiska na nadrzecznych łąkach. Prawdopodobnie spotkać można tam przekopnicę wiosenną. Czyli znanego z rymowanek dziecięcych raka nieboraka. Nieborak – nie dlatego, że jest nieporadny, ale że pojawia się nagle tam, gdzie go nie było. Niczym spada z nieba. Nieborak to rak z nieba spadający. Fauna wiosenna szybko się rozwija, stąd wrażenie nagłego pojawu. Jest tam wiele gatunków chruścików. Dlatego chciałbym kiedyś sprawdzić, co żyje w rzece Drwęcy. Być może udałoby się przy okazji spotkać hildebrandię – słodkowodnego, epifitycznego krasnorosta, który zabarwia kamienie „na rudo”. W woj. warmińsko-mazurskim wykazanych jest niewiele stanowisk. Ale jest częstszy niż podają dane literaturowe. Po prostu brak jest adekwatnych badań naukowych.

Kolejną domniemaną niezwykłością rzeki Drwęcy jest ważka trzepla zielona (Ophiogomphus cecilia), gatunek monitoringowy (czytaj więcej). A także małż skójka gruboskorupowa (Unio crassus) (czytaj więcej).

Zbliża się noc świętojańska. Warto więc wspomnieć jeszcze o jednym gatunku – nasięźrzale, owym poszukiwanym kwiecie paproci. Być może rośnie na wilgotnych, naddrwęcańskich łąkach. Roślina chroniona, więc zrywać nie wolno. Ale popatrzeć jak najbardziej. I wspominać dawne kultury, wierzenia i sposoby patrzenia na przyrodę.

Przyroda doliny Drwęcy wymaga odkrycia. Polecam kameralny kontakt z tymi niezwykłościami. By zasiąść i w dźwiękach przyrody, zapachach i obrazach, słuchać muzyki. Tych przyrodniczych dźwięków przyrody jak i przypominać sobie muzykę kameralną, wybrzmiałą w zabytkach Warmii i Mazur, np. w zabytkowym kościele w Kurzętniku, u podnóża ruin zamku. Posłuchać kameralnej muzyki Pro Musica Antiqua i przypominać sobie te chwile w pięknych okolicznościach przyrody jeszcze do końca nie odkrytej.

13466248_10208638663237376_7288311140342461639_n

Nie będę prowadził żadnego pokazu stawiania pijawek !

stawianiepijawekNajpierw będzie wyjaśnienie, potem refleksja i komentarz.

Dzisiejsza Gazeta Olsztyńska trochę namieszała. Wbrew temu co opublikowali w gazecie  ani ja ani pan Lewandowski nie będziemy pokazywali stawiania pijawek! Będziemy pokazywali co żyje w wodzie, może i jakaś pijawka się trafi ale na pewno nie lekarska. Pijawki będą, ale pokaz poprowadzi pan M. Zjawiński. Czyli niby się zgadza, ale nie całkiem.

Trochę irytujące mogą być te niedokładności. Przeciętny zjadacz chleba być może nie dostrzeże problemu, jednak dla specjalisty różnica jest znacząca. Do tej pory nigdy nie stawiałem pijawek, nie mówiłem o tym ani raczej nie będę. Nie znam się po prostu na tym.

Specjalnie na blogu pisałem dokładnie co będzie i kto jakie zajęcia poprowadzi. A tu masz. Pijawki, chruściki, ważki – dla niektórych to wszystko to samo (pokazywanie bezkręgowców, stawienie pijawek). Nie jest to samo. I dlatego zapraszam na Noc Świętojańską do Parku Centralnego w piątek 24. czerwca, by naocznie i namacalnie zobaczyć.

Ale refleksja jest nieco inna. Czym innym jest to, co powiedzieliśmy lub chcieliśmy przekazać, a czym innym jest to, co rzeczywiście dotarło do odbiorcy. Tu mam znakomity przykład informacji zwrotnej. Mam szansę przekonać się co i jak zostało zrozumiane, bo jest odpowiedź pisemna, ułożona własnymi słowami pani redaktor. Nie jest to wyrecytowanie na pamięć wyuczonej regułki ale wypowiedź własna, a więc daje pogląd na zrozumienie. Piszę więc o realnej ewaluacji. Ale żeby ona była musi być informacja zwrotna.

Czy się denerwować, że zostałem zrozumiany nie tak jakbym sobie życzył? Nie. Trzeba jeszcze raz opowiedzieć, inaczej i dokładniej. Edukacja przyrodnicza i popularyzacja wiedzy (inaczej można nazwać to edukacja pozaformalną) jest potrzebna. I to bardzo. Trzeba zakasać intelektualne rękawy i…. do pracy.

Slow science i slow edukacja

slowedukacjaJakiś czas temu pisałem o slow science. Mogło się to wydawać żartem lub fanaberią. Ale filozofia i styl powolnego życia systematycznie nabiera rumieńców. Coraz więcej osób myśli o tym jak najbardziej poważnie. Pierwsze jaskółki docierają nawet do dyskusji o edukacji. Slow learning czy powolna edukacja oznacza wolniej ale głębiej, dokładniej. 

Dajmy sobie czas na myślenie i przemyślenie. Twórzmy okazję do takiego stylu życia i budujmy środowisko edukacyjne, sprzyjające slow edukacji.

Lubię podróże środkami publicznymi, a zwłaszcza pociągami. Trwa to dłużej, bo są przesiadki, bo trzeba się dostosować do rozkładu jazdy. Ale jest też okazja na przemyślenia. W drodze na konferencję i w czasie powrotu. By dokładniej „przetrawić” – przemyśleć to, co się usłyszało lub to, w czym się uczestniczyło.

Po IV Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium, w podróży powrotnej, sporo mi się całkiem nowych pomysłów w głowie „uleżało”. Inspiracja duża. Niebawem zacznę je wcielać w życie. Oczywiście we współpracy. Bo gdzie dwie głowy tam trzy pomysły.

Ideatorium czyli co jest w puszce

puszka1Co jest w puszce? Propozycje można wpisywać w komentarzach, pod postem. To jest oczywiście zadanie dla wtajemniczonych, uczestników IV Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki akademickiej Ideatorium (zobacz program).

W laboratoriach często zapominamy, że podstawowym przyrządem badawczym jest nasz mózg. Metoda naukowa poznawania świata przyczyniła się do znaczącego postępu technologicznego i rozwoju cywilizacji. Ale na czym ona polega? Co to jest nauka? Czynności, które wykonują naukowcy w czasie swojej pracy? Filozofowie od dawna się na tym zastawiają i próbują dociec istoty poznania naukowego. Na uniwersytetach uczymy metody naukowej, niezależnie od dyscypliny.

Jak pokazać czym jest nauka? Jedną z możliwości jest edukacyjna zabawa w odgadywanie tego, co jest w puszce, obserwując siebie samego w tym procesie. O jakości dydaktyki decydują także emocje, zarówno studenta jak i wykładowcy. W pracy dydaktycznej powielenie tego samego ćwiczenia przez kilka tak powoduje znużenie wykładowcy jak i zanik entuzjazmu. Na uniwersytecie remedium przez nudą i rutyną jest autentyczne uczestnictwo w nauce i pokazywanie nowych wyników badań. Dotyczy to także nowych form dydaktycznych.

Celem wprowadzenia mini projektu pt „nauka w puszce” było przede wszystkim zwiększenie motywacji do pracy oraz ukazanie istoty metody naukowej poprzez krótki eksperyment (dwa spotkania czyli ciut ponad tydzień). Drugim celem było wypracowanie uczelnianej oferty edukacji pozaformalnej (współpraca ze szkołami i uniwersytetami trzeciego wieku).

W 2014 r., w czasie konferencji edukacyjnej w Centru Nauki Kopernik, uczestniczyłem w zajęciach pt. „Nauka w puszce”. Pomysł zmodyfikowałem, rozbudowując do całego procesu badawczego, łącznie z pisaniem raportu z elementami dyskusji. Następnie przećwiczyłem ze studentami zarówno na studiach licencjackich i magisterskich. Potem wykorzystałem na zajęciach z młodzieżą szkolną w trakcie Olsztyńskich Dni Nauki (wrzesień 2015). Refleksje i spostrzeżenia pozwoliły na kolejne modyfikacje i udoskonalenia, wykorzystane w zajęciach w roku 2015/2016. Efekty mierzyłem za pomocą anonimowej ankiety (Czy zrozumiały był cel i sens tego ćwiczenia? Czy forma ćwiczenia była poważna? Czy zrozumiałam na czy polega proces naukowy w czasie realizacji tego ćwiczenia?), obserwacji w trakcie zajęć, jakości opracowanych sprawozdań.

Seminaria dyplomowe w dużych grupach, skupiających studentów z różnych katedr (zróżnicowana tematyka badawcza), sprowadzają się często do referowania tematyki prac dyplomowych oraz omawiania zagadnień egzaminacyjnych. W tle kształtowane mają być umiejętności związane z metodologią naukową oraz komunikacją (różne formy). Upraszczanie wiedzy od autentycznej nauki do dydaktyki funkcjonuje jak głuchy telefon, gdzie pierwotna informacja ulega zacieraniu, zniekształceniu, uproszczeniu. Czasem następuje mimowolne odchodzenie od nauki jako procesu do nauki jako produktu, już bez emocji odkrywania (sam kontekst uzasadnienia). Im dalej od źródła tym obraz coraz bardziej zniekształcony, uproszczony, bez dyskusji i niuansów, bez emocji poszukiwania i rozumienia sensu. Tak jak cykliczne kalkowanie wzoru.

Puszka uwieczniona na fotografii pojawi się na w/w konferencji. QR Kod kieruje do tego wpisu. A zdjęcie, zamieszczone niżej, wyjaśnia sens stosowania QR kodów – łatwiej zeskanować niż wpisywać ręcznie adres w telefonie komórkowym.

A zatem, co jest w puszce?

puszka2

Niezwykłości przyrody Warmii i Mazur oraz kameralne koncerty letnie

oweadyiludzieNa zaproszenie prof. Leszka Szarzyńskiego będę miał przyjemność uczestniczyć w 24. Koncertach Letnich Zespołu Kameralnego Pro Musica Antiqua. Przed kilkoma koncertami będę w krótkiej formie opowiadał o niezwykłościach przyrody naszego regionu. Już kiedyś na podobnej zasadzie uczestniczyłem w koncertach pt. „Muzyka Europejska w przyrodzie i zabytkach Warmii i Mazur” (zdjęcie obok – Dobre Miasto, rok 2014). Tym razem czeka mnie większe wyzwanie.

Kameralna muzyka i kameralne opowiadanie o nauce i przyrodzie w bardzo niecodziennych okolicznościach, zarówno w odniesieniu do miejsca jak i sytuacji. Cykl moich mini wykładów, towarzyszących koncertów Pro Musica Antiqua, zatytułowany jest „Niezwykłości przyrody regionu”

Warmia i Mazury to malownicza i urozmaicona kraina z pojeziernym krajobrazem, mozaiką lasów, jezior, rzek, strumieni, źródeł, torfowisk oraz wplecionych w ten krajobraz wsi i małych miasteczek (cittaslow). Między polami wiją się aleje ze starymi drzewami. Liczne są głazy narzutowe. To kraina z bogatą historią oraz niezwykłym dziedzictwem przyrodniczym. Region, gdzie dobrze się żyje i można kameralne obcować z przyrodą. Delektować się dźwiękami, kolorami, zapachami i niezwykłościami przyrody. Czyste środowisko, mozaika ekosystemów i bogactwo gatunkowe grzybów, roślin i zwierząt dostępne są na wyciągniecie ręki i przez cały rok. Dziuplaste, przydrożne drzewa, małe oczka wodne, wypełnione zapachami torfowiska i uroczyska leśne kryją wiele tajemnic i niezwykłych gatunków, których odkrywanie jest niebanalną przygodą. Dziedzictwo dawnej dzikiej przyrody sąsiaduje z krajobrazem kulturowym. Żyje tu wiele gatunków rzadkich, zagrożonych wyginięciem oraz powtórnie przywracanych przyrodzie (np. jesiotr).

Rzeźba terenu wraz z elementami kulturowymi tworzy unikalne oblicze i swoistość tych obszarów. Zachowały się jeszcze solidnie budowane wieże ciśnień, niegdyś obecne we wszystkich miasteczkach, dziś mające charakter zabytków. Przetrwały w dobrym stanie ceglane gotyckie zamki obronne w Olsztynie, Lidzbarku i Reszlu, Nidzicy, Rynie i Kętrzynie. Ocalały wspaniałe zabytki architektury sakralnej. Obecnie wykorzystywane są zgodnie ze swym pierwotnym przeznaczeniem lub przypisaną im nową rolą jednostek kultury, nauki czy usług turystycznych. Tworzą idealne tło dla muzyki, szczególnie tej kameralnej, która w ich wnętrzach brzmi najlepiej. I co ciekawe są miejscem życia lub gniazdowania wielu rzadkich gatunków zwierząt, małych i dużych.

Tematy i terminy wykładów

  • Kurzętnik 19.06 Niezwykłości przyrody regionu – rzeka Drwęca
  • Sząbruk 3.07 Niezwykłości przyrody regionu – co żyje w źródle
  • Lidzbark Warmiński. 10.07 Niezwykłości przyrody regionu – ogrody i gatunki obce
  • Szczytno 14.07 Niezwykłości przyrody regionu – jak oczyści jezioro
  • Wrzesina 17.07 Niezwykłości przyrody regionu – torfowiska, bagna, moczary
  • Kętrzyn 15.09 Niezwykłości przyrody regionu – leśne tulipany
  • Dobre Miasto 17 .09 Niezwykłości przyrody regionu – aleje przydrożne

Czy grywalizacja motywuje studentów ?

PosterNiziolki

O różnych nowinkach dydaktycznych można przeczytać. Ale można także wypróbować „na sobie”, w praktyce. O gamifikacji (grywalizacji) jakiś czas temu przeczytałem. Podobno pozwala bardziej zmotywować studentów. Zwłaszcza pokolenie cyfrowych tubylców. Postanowiłem sprawdzić. Spróbowałem dostosować przedmiot autoprezentacja. Po dwóch latach prób, modyfikacji, poszukiwań postanowiłem się podzielić swoimi refleksjami i doświadczeniami z innymi nauczycielami akademickimi. W formie posteru przedstawię niebawem na IV Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium  w Gdańsku. Poradzę się bardziej doświadczonych by wesprzeć swoje pomysły na doskonalenie tej metody.

Sam poster jest także kolejnym eksperymentem. Drugi raz drukuję na tkaninie, ale tym razem zamieściłem QR Kody. Chciałem sprawdzić czy na takiej powierzchni się uda. Udało się częściowo. Tablet odczytuje bezbłędnie, natomiast z moim telefonem jest gorzej. Albo kwestia zainstalowanego programu do odczytywania QR Kodów albo jakość kamery. W każdym razie nie działa.

Tytuł plakatu: Kronika Niziołków z Drużyny Lasera (zgrywalizowana autoprezentacja).

Przedmiot autoprezentacja (prezentacje publiczne) dla studentów biologii i biotechnologii od samego początku był innowacyjny w formie i treści, odbiegając od stereotypów i rutyny akademickiej. Bywały spotkania w kawiarni (zamiast w sali ćwiczeniowej), spotkania na trawniku, poza typowym życiorysem pojawiło się e-portfolio. Wspólnie poszukujemy nowych form wzbudzania zainteresowania i efektywnego komunikowania się (nauczeństwo). W roku akademickim 2014/15, przedmiot zrealizowany został po raz pierwszy w wersji zgrywalizowanej. Wykorzystano Facebook, blog, arkusz Excell. Na bazie zebranych doświadczeń w roku akademickim (2015/16), po uzupełnieniach, ulepszeniach wprowadzony jest jako stała oferta.. Wykłady i referaty mogą być inne, nawet na uniwersytecie. Warto w moim odczuciu poszukiwać nowym metod komunikacji, bardziej dostosowanych do publiczności i aktualnego kontekstu cywilizacyjnego. Nie chodzi tu o zarzucanie tradycyjnych form i metod ale o eksperymentowanie i wzbogacanie akademickich form komunikacji i poznawania świata. Ewidentnym i powszechnym deficytem w kształceniu od przedszkola do uniwersytetu jest przerost rywalizacji i egoizmu oraz deficyt kształcenia umiejętności pracy zespołowej. Grywalizacja ma pomóc kształtować kompetencje pracy zespołowej. Tak też opracowałem fabule i reguły gdy, by premiować współpracę a nie tylko rywalizację.

„Uczenie się jest najbardziej efektywne, kiedy sprawia radość (przyjemność)”. Dotyczy to zarówno studenta jak i wykładowcy. Poszukiwanie nowości, eksperymentowanie mnie motywowało i w jakimś sensie ratowało przed nudą i wypaleniem zawodowym (to oczywiście temat na osobny, obszerny tekst),

Fabuła opracowanej grywalizacji zawiera liczne dygresje i odwołania do literatury oraz do biologii (konstrukcja gry umożliwia włączanie się w narrację i rozwijania fabuły, a więc wykorzystania kreatywności studentów). Wykształcony biotechnolog nie samą biotechnologią żyje. Szersze horyzonty kulturalne i hobby pozwalają uniknąć szybkiego wypalenia zawodowego – jest to więc kompetencja długoterminowego funkcjonowania na rynku pracy.

Poza obserwacjami i refleksjami chciałem jakoś zmierzyć „szkiełkiem i okiem”. Na razie próba jest mała, ale porównałem w tym samym roku dwie grupy realizujące przedmiot – jedna z, druga bez grywalizacji. Merytoryczna treść przedmiotu pozostawała ta sama.

grywalizacja

O ile średnia ocen niewiele się różni (wyższa w wersji zgrywalizowanej), to wyraźnie większa jest liczba punków. Wynika to z przyjętej skali ocen. Po prostu studenci zrobili więcej niż pierwotnie oczekiwałem. Grywalizacja ewidentnie bardziej motywowała. Bardziej zróżnicowała, mobilizując część do znacznie większego wysiłku. Wyraźnie większa jest rozpiętość osiąganych wyników.

Nikt nie staje się w pełni człowiekiem w pojedynkę

trawnik_ulicaTrafiając na cenne i wartościowe myśli, chce się je jakoś mocno zapamiętać, utrwalić. Chyba dobrym sposobem jest zapisywać… i dyskutować. Poszukanie związku z innymi elementami wiedzy zgromadzonej w głowie jest nie tylko odłożeniem na półkę w szafie mózgu ale i funkcjonalnym powiązaniem z innymi pojęciami, zjawiskami itd. Wtedy łatwiej sobie taką myśl przypomnieć. Nie jest eksponatem w magazynie tylko używanym narzędziem.

Przy porannej lekturze trafiłem na takie wyjątkowo trafne zdanie:

„Nikt nie staje się w pełni człowiekiem rozumnym w pojedynkę; nasze umysły zawdzięczamy wychowaniu w kulturze, w bliskości z innymi ludźmi.”

Zdanie odnosi się do ewolucji ludzkiego języka, ale dostrzegam w nim znacznie głębszą myśl. Artykuł pt. „Najważniejszy wynalazek ludzkości” (chodzi o język!) Łukasza Kwiatka ukazał się w Tygodniku Powszechnym i jest omówieniem książki „Ewolucja języka. W stronę hipotez gesturalnych”. Zaciekawiony na pewno sięgnę po tę książkę. Rozważania o języku nasunęły mi nieco inne analogie społeczne, odnoszące się do lokalności i globalności jak najbardziej na czasie.

A dlaczego zamieszczam zdjęcie z ulicznego trawnika jako ilustrację do cytatu, odnoszącego się do ewolucji języka? Zdjęcie pochodzi z wczorajszego happeningu „Zielona partyzantka – odsłona druga” (zobacz zdjęcia). Tworzenie przestrzeni publicznej, w której można rozmawiać, jest tworzeniem warunków do rozwoju kultury. I tego by można było w pełni stawać się człowiekiem w bliskości z innymi. Język jest swoistym iskaniem się na odległość. By wyrastać do pełni człowieczeństwa potrzebni są ludzie i kontakt z nimi. Wspólna praca, wspólne rozmowy nawet „o niczym”. Akcja polegała na zamianie nielegalnego, dzikiego parkingu na zieloną przestrzeń, w której ludzie mogą się spotykać. Jednym słowem obywatelskie, spontaniczne i oddolne budowanie warunków do rozwoju kultury… i praktycznego korzystania z języka, najważniejszego wynalazku Homo sapiens. Przy okazji była to dobra rewitalizacja, bo do prac włączyli się miejscowi, z ulicy. I ja tam byłem, kowale bezskrzydłe na kamieniu namalowałem oraz kilka kwiatków zasadziłem.

I na tym tle wspominam nasz Dzień Wolności, wybory 4 czerwca 1989 roku. Ważny dzień dla mnie, dla Polaków, dla Polski. Wolność trzeba uzyskiwać aktywnie, tak jak teren zielony dla ludzi w środku miasta. I stale zabiegać, bo nigdy nie jest dane raz na zawsze. Nie mogę być w Warszawie na manifestacji by pokazać na ulicy moje uznanie dla wolności w pełni odzyskanej w 1989 roku jak i współczesnych starań o zachowanie zagrożonej wolności. Swoje poparcie wyrażam więc blogowo. Tak jak mogę, tak jak potrafię.

W wyborach 1989 roku byłem członkiem komisji wyborczej w Olsztynie. Już nie pamiętam czy przewodniczącym czy wiceprzewodniczącym komisji. Długo liczyliśmy głosy, bo nie bardzo wiedzieliśmy jak interpretować skreślenia: lista krajowa była najczęściej przekreślana w całości, ale niektórzy utrzymywali, że te nazwiska, których przekreślenie nie dotykało, należy liczyć na „tak”. Liczenie głosów trwało bardzo długo. To były czasy bez telefonów komórkowych i żona się bardzo martwiła. W domu nie mieliśmy telefonu stacjonarnego, więc wieści nie było. Wróciłem do domu późno ale z dobrą nowiną. Czekaliśmy tylko na zbiorcze wyniki, które były równie dobre. Wielkie zwycięstwo wolności i aktywności ludzi.

I tę wspaniałą chwilę z 1989 roku dzisiaj wspominam. Świętuję i celebruję. Lokalnie, podwórkowo, językowo.