Kwitnąca leszczyna czyli dyskretny urok wiosny z biologicznym filozofowaniem na spacerze

leszczyna2Wiosną świat wokół nas bierze się za sprawy ważne dla trwania gatunku, czyli za rozmnażanie. Wbrew pozorom to skomplikowana sprawa. I zróżnicowana w bogactwie form i różnorodności języka opisującego te biologiczne zjawiska.

Wiosną wypatrujemy pierwszych kwiatów. Najczęściej wspominamy przebiśniegi – duże, ładne, białe i delikatne w swej urodzie kwiaty. Ewentualnie przylaszczki i zawilce. Ale równie wcześnie kwitną leszczyny, tyle że kwiaty – przynajmniej te żeńskie – są niepozorne i ich nie dostrzegamy (na zdjęciu wyżej, kwiat żeński zaznaczony białym kołem). Nie widzimy więc, kiedy wiosna przychodzi w swej najsubtelniejszej postaci. Kwitnąca leszczyna to niepozorne piękno, niewidoczne dla zagonionych i pędzących przez życie w pospiechu. Mam na myśli oczywiście żeńskie kwiaty. Dostrzeżemy tylko wtedy, gdy się zatrzymamy.

Obserwowanie fenologii

Dawniej interesowaliśmy się przyrodą znacznie bardziej niż teraz. Aktywnie ją poznawaliśmy i opisywaliśmy. W wieku XIX i na początku XX w Prusach Wschodnich (ale i nie tylko tu) wiele osób prowadziło obserwacje fenologiczne i notowało daty zakwitu różnych roślin. Warto byłoby do tego wrócić. Pojedyncze obserwacje wydają się bezwartościowe – bo cóż mogą wnieść nowego? Ale powtarzanie tych obserwacji przez wiele lat i w różnych miejscach pozwala już na wyciąganie ciekawych wniosków. Na przykład takich, dotyczących zmian klimatu. Jedną z obserwowanych w tych fenologicznych badaniach obywatelskich była leszczyna. Warto byłoby odszukać dawne zapiski i porównać z dniem dzisiejszym. Przy okazji byłby znakomity pretekst do aktywnej edukacji przyrodniczej i aktywnego poznawania dziedzictwa przyrodniczego. A przy okazji także kulturowego… i rozważań na wskroś filozoficznych.

Bo cóż my wiemy o lokalnej przyrodzie? Nawet nie potrafimy rozpoznać pospolitych gatunków roślin, grzybów i zwierząt.
Obserwacje fenologiczne to w sam raz coś na szkolny monitoring środowiska i obywatelskie, amatorskie obserwowanie przyrody.

Pierwsze kwitnące rośliny pojawiają się jeszcze niemalże w zimie (męskie kwiatostany – kotki brzozy, leszczy czy olszy uwidaczniają się już w zimie). A na pewno na przedwiośniu, gdy poranne przymrozki jeszcze często się zdarzają. Czemu tak wcześnie zakwitają, gdy jeszcze zimno? Korzystają z nektaru i pyłku pierwsze wiosenne owady. Przecież nie dla owadów kwitną! A co z wiatropylnymi roślinami?

Seksualność kwiatu – razem czy osobno?

Leszczyna jest jednopienna, czyli na jednym „pniu” spotkamy kwiaty obu płci: żeńskie i męskie. Dlaczego więc nie mówimy obojnak? Bo obojnak to termin, odnoszący się do zwierząt. U roślin to bardziej złożone zjawisko – potrzeba wielu doprecyzowujących określeń.
Jednopienna, czyli wszystko co trzeba na jednym pniu, i samiec i samica. Tak w uproszczeniu, bo przecież roślina jednopienna to nie obojnak. U roślin dwupiennych (dwie płcie na dwóch pniach, osobno) też nie mówimy samiec czy samica. Bo to pojęcia ze świata zwierzęcego, mimo, że z biologicznego punktu widzenia to samo. Zatem u dwupiennych będziemy mówili o osobniku żeńskim i osobniku męskim.

Dwupienność (fachowo i naukowo zwana dioecją) to występowanie żeńskich i męskich organów rozrodczych na różnych osobnikach. Termin odnosi się do roślin. U zwierząt po prostu mówimy samiec i samica. Rośliny jednak nazywamy dwupiennymi. Nie tylko rośliny nasienne (czyli te z kwiatami) są dwupienne, bywają i mszaki czy paprotniki. W sensie ewolucyjnym dwupienność jest cechą stara, archaiczną i odziedziczoną po przodkach, którzy żyli jeszcze w środowisku wodnym. Dla nieruchomych roślin w środowisku lądowym nie zawsze taka opcja bywa skuteczna.

Jednopienność (naukowo zwana monoecją) to występowanie u roślin rozdzielnych męskich i żeńskich (jednopłciowych) narządów rozrodczych na jednym osobniku (prawie jak u zwierzęcego obojnaka). Natomiast rośliny, na których obok kwiatów rozdzielnopłciowych występują także kwiaty obupłciowe (o tych za chwilę), określane są mianem poligamicznych. Jak widać poligamia u roślin znaczy coś zupełnie innego.

Skoro się w tekście pojawiło, to wyjaśnijmy co znaczy obupłciowość (androginia, androgynia). Obupłciowość to występowanie u roślin żeńskich i męskich organów rozrodczych (gonad) w tym samym kwiecie, tuż obok siebie. Obupłciowość występuje u większości roślin wyższych (naczyniowych, nasiennych). W kwiatach roślin nasiennych organem męskim jest pręcik, organem żeńskim słupek. I po co były setki milionów lat ewolucji, „wymyślanie” płci, by na koniec wrócić do początków?

Ale obupłciowe kwiaty wcale nie oznaczają samozapylenia czyli samozapłodnienia. To tylko ostateczność. Najkorzystniejsza jest wymiana gamet z innym osobnikiem. Ale jak to zrobić, gdy rośliny są nieruchome a kwiat od kwiatu daleko?

U jednopiennych kwiaty żeńskie blisko są męskich. Te ostatnie u leszczyny zwane są kotkami, (koćkami). A jak jest z kwiatami, tymi najbardziej dla nas znanymi: tam w jednym miejscu i elementy żeńskie (słupek) i męskie (pręciki z pyłkiem). Logicznie rzecz ujmując to też „jednopienne”, ale nazywane są obupłciowymi. Tak jest dokładniej i precyzyjniej.
Kwiat – dwie płcie, prawie jak obojnak. Wiele terminów biologicznych niemalże dotyczy tego samego. Ale odmienność terminów zawęża interpretacje i precyzuje zjawiska.

Wiosenny spacer po lesie w poszukiwaniu kwitnącej leszczyny (czy brzozy, gdy ktoś wolał), to także intelektualny spacer z ewolucją w tle. Zastanawianie się nad proces ewolucyjnym, od dwupienność i rozdzielnych płci każdego osobnika (rośliny), poprzez jednopienność (dwie płcie na jednej roślinie, osobno kwiaty żeńskie i męskie), aż do typowego kwiatu (wszystko w jednym). Dlaczego tak? Dlaczego miliony lat ewolucji na wytworzenie dwu różnych płci tu jakby zostało cofnięte?

Po co jest płeć? Przecież płciowość wśród organizmów żywych powstała bardzo późno. Większa część czasu organizmów żywych w biosferze (od momentu powstania życia na Ziemi) to pomnażanie, czyli rozmnażanie bezpłciowe (przez podział, pączkowanie itd.). Wydawałoby się, że to sposób bardzo efektywny i ekonomiczny: wszystkie osobniki zaangażowane w rozmnażanie. Dwie płcie to kosztowny sposób, rozrzutny i marnotrawny. A jednak mimo tych kosztów trwa. Bo zyskiem jest rekombinacja materiału genetycznego a w konsekwencji szybka zmienność i łatwość dostosowywania się do zmian środowiska.

Płciowość jest ceną za szybsze dostosowanie się do środowiska, jest jednym ze skuteczniejszych sposobów rekombinacji genetycznej. Ale przecież nie jedynym.

Jak przyjść, kiedy się stoi w miejscu? Rośliny są nieruchome. W zasadzie. Trudno więc znaleźć partnera. Co innego zwierzętom – te się zawsze odnajdą, feromonami wskazując drogę i rozległym świecie. Więc lepiej być obojnakiem-obupłciowcem – zawsze jakiegoś partnera się znajdzie. Przy dwu płciach nie zawsze osobnik, którego spotkamy, jest akurat płci przeciwnej. Dla obupłciowców każdy spotkany osobnik to partner do procesu płciowego (rekombinacji). Procesy płciowe bakterii i pierwotniaków – nie przybywa osobników, następuje tylko rekombinacja materiału genetycznego. To takie rozmnażanie, w którym pozostaje tyle samo osobników. Bo pierwotnym sensem rozmnażania płciowego nie jest zwiększenie liczby osobników tylko ewolucyjna innowacyjność.

Owady jako wspomagacze roślinnej seksualności…

Skoro samemu się nie może ruszyć (roślina) … by znaleźć partnera do rozmnażania, to trzeba znaleźć jakiegoś pośrednika. Przodkowie roślin lądowych żyli w środowisku wodny i same gamety były zdolne do ruchu (witki, rzęski jako organella ruchowe jednokomórkowców). Ale w środowisku lądowym to się nie sprawdza. Pozostaje wiatr.

Wiatropylne rośliny tworzą liczne kwiatostany męskie i produkują dużo pyłku. Bo nie wiadomo jak wiatr zawieje. Dlatego kwiaty męskie leszczyny (kotki), czy brzozy doskonale widzimy – są duże i jest ich dużo. Kwiaty żeńskie są maleńkie. Czekają na pyłek. A w tym wielkim świecie i przy kapryśnych, nieprzewidywalnych wiatrach pyłku potrzeba dużo.
Wiatr jest niepewny i nieprzewidywalny. Nieskuteczny, gdy dużo innych gatunków i zwarta, gęsta roślinność.

Wiatropylność sprawdza się na otwartych przestrzeniach, a najkorzystniejsze warunki wczesną wiosną, gdy jeszcze inne drzewa i rośliny nie wypuściły liści i nie „tarasują” sobą możliwości przenoszenia pyłku. Być może dlatego te rośliny kwitną właśnie wczesną wiosną? Pomijając trawy na łące.

Owady – gdy wiatr zawiedzie

Skoro wiatr bywa w niektórych sytuacjach zawodny, to może trzeba specjalnych posłańców? Skoro gamety nie potrafią samodzielnie się odszukać a wiatr jest niepewny, co może ktoś inny pomoże? Kwiaty wyewoluowały wraz z owadami. To znakomity przykład koewolucji. Nektar jest jak opłata pocztowa w postaci znaczków na kopercie. Pszczoły i inne owady nie będą za darmo przenosić pyłku i wspomagać rozmnażania roślin. W ogóle nie myślą o pomocy za darmo czy za opłatą. Szukają czegoś do zjedzenia, w tym przypadku nektaru i/lub pyłku. Przy dwupienności czy nawet jednopienności kwiaty męskie daleko są od żeńskich. Jak przetransportować pyłek?

Innowacyjnym ewolucyjnie okazał się obupłciowy kwiat, gdzie pręciki są blisko słupków – owady odwiedzając roślinę w poszukiwaniu nektaru będą przeciskać się obok pręcików i obok słupków – niechcący mogą być roślinnymi Amorami, posłańcami miłości. A w zasadzie seksu. Przy jednym kwiecie się nie najedzą, muszą latać z kwiatka na kwiatek. I tak mogą przenosić pyłek (męski) z jednego osobnika na słupek (organ żeński).

Rośliny wykorzystują owady do przenoszenia pyłku. Owady są jako wspomagaczami rozmnażania (przeczytaj też o ciemiężyku i uczepkach). Niczym gadżety z seks-shopów. Lub lekarze w klinikach położniczych. W jakieś analogii jest kosztowne zapłodnienie in vitro… gdy inaczej nie można począć nowego człowieka.

Obojnactwo to ryzyko niekorzystnego chowu wsobnego. Bo po co wytwarzać kwiatostany jak i tak wyjdzie na to samo (ten sam materiał genetyczny). No ale czasem lepszy rydz niż nic. Potem może się trafi partner odmienny. Dlatego także u roślin powszechne są krzyżówki międzygatunkowe. Sprzeczne z teorią biologiczną, gdzie przecież gatunki się nie krzyżują a jeśli już to nie wydają płodnych potomków (tak napisane w wielu podręcznikach szkolnych). Rośliny są jak widać niepiśmienne, książek nie czytają i się międzygatunkowo rozmnażają. Jakoś przecież trzeba sobie radzić… by kreować różnorodność.

Bo krzyżówki międzygatunkowe są kolejnym sposobem zwiększania różnorodności genetycznej gatunku. Niektóre dzieworodne wrotki (małe organizmy wodne) brak rozmnażania płciowego zastępują wykorzystywaniem fragmentów DNA organizmów, które zjadają. Jedzenie zamiast seksu (przeczytaj o tym więcej). Okazuje się, że jest to bardzo archaiczny sposób. Najnowsze badania wskazują, że pierwsze organizmy „kolekcjonowały” resztkowe fragmenty DNA czy RNA, znajdowane w środowisku (resztki po innych, w tym innych gatunkach). Tacy biologiczni, śmietnikowi kloszardzi… Do tej pory wykorzystują to bakterie w formie plazmidów. Dzięki temu rozpowszechnia się w tym mikroświecie lekooporność – poprzez międzygatunkowy transfer informacji genetycznej.

791pxHazel_Flower_Female

Tajemnica świata zamkniętego w leszczynie (wyżej kwiat żeński leszczyny, autor: Velela, Wikimedia Commons). Bo o tylu rzeczach można rozważać, poszukując wiosennego kwiatu leszczyny.

Leszczyna kojarzy mi się z prowincją, że świętami u babci i dziadka, gdzie pod choinką czekały orzechy. To były dawne czasy, skromne i bez tego obecnego przepychu. Wtedy orzechy laskowe były rarytasem. I był jeszcze kij leszczynowy, co za wędkę służył. Na końcu uwiązana żyłka, ze spławikiem z gęsiego pióra i haczyk z dżdżownicą lub kłódką (czyli chruścikiem – najczęściej był to Potamophylax rotundipennis). Siedziałem w wakacje nad rzeką Liwną w Silginach, łowiłem kiełbie i płotki (wtedy były jeszcze w rzece raki szlachetne) i rozmyślałem. Teraz powracam myślami, a wszystko przez kwitnąca roślinę – leszczynę.

Spacerowanie sprzyja rozmyślaniom. A biologia w swej złożoności nakręca intelektualnie nie tylko filozofów. Wiosenne poszukiwanie kwiatu leszczyny – w jakiś sposób podobne do czerwcowego szukania kwiatu paproci

Leszczyna pospolita (Corylus avellana L.) to gatunek dużego krzewu, należącego do rodziny brzozowatych (Betulaceae) lub według innej klasyfikacji do rodziny leszczynowatych (Corylaceae). Jak tu się w tym wszystkim połapać, skoro sami naukowcy nie są stali i jednomyślni w swych poglądach systematycznych?

Leszczyna jest krzewem bardziej niż drzewem, występuje w stanie dzikim w całej Europie i Azji Mniejszej. W Polsce jest pospolita zarówno na niżu jak i w górach, gdzie rośnie do wysokości ok. 1300 m n.p.m. W lesie zajmuje warstwę podszytu, kryjąc się w cieniu i pod okapem innych, dużych drzew.

Podobne do leszczyny w swych jednopiennych kwiatach jest brzoza czy olsza. Też wiatropylne, a nasiona roznoszone przez wiatr, przez to są dobrymi kolonizatorami. O ile widziałem kwiaty żeńskie leszczyny to nie widziałem jeszcze w przyrodzie tych kwiatów u brzozy czy olszy, mimo, że to drzewa pospolite. Mijam je i widzę tylko kotki męskie lub później owoce i nasiona. W tym roku będę uważniejszy.

Ale wróćmy do leszczyny. To roślina jednopienna o kwiatach męskich, zebranych w kotki zgrupowane po 2-4, natomiast kwiaty żeńskie rozwijają się na krótkopędach w pąkach. W czasie kwitnienia na zewnątrz widoczne są tylko czerwono-purpurowe znamiona kwiatów żeńskich (zdjęcie wyżej). Kwitnie bardzo wcześnie, bo już od lutego (zazwyczaj do kwietnia). Kwiaty męskie pylą bardzo obficie na żółto. Muszą obficie „pylić”, bo to rośliny wiatropylne i żeby trawić w cel… muszą produkować dużo pyłku.

A skoro blogerów wielu (do tego inne źródła papierowe, internetowe i multimedialne), to trzeba dużo i często pisać, by pyłek-słowo-myśl pasło na podatne znamię słupka, wypuściło inspirująca łagiewkę i zapłodnił intelektualnie innego osobnika Homo sapiens. Potem wyda on owoc, równie intelektualny. I trwać będzie myśl, zrekmbinowana, dostosowana do swojego środowiska, jak organizmy żywe w biosferze.

Bloger jest raczej jednopienny – raz rozpyla myśli, innym razem przyjmuje i sam się cudzymi myślami inspiruje…

O liczeniu bocianów, warmińskiej i mazurskiej wsi oraz dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym

bociany01

Bociany kojarzą się z naszym regionem, nawet pojawiły się jako propozycja maskotki regionalnej. Oczywiście mam na myśli bociana białego. Tych ptaków w naszym regionie jest rzeczywiście stosunkowo dużo. Ale nie zawsze tak było i nie zawsze tak musi być.

Bocian biały jest związany z krajobrazem otwartym i rolnictwem ekstensywnym. Nie zawsze nasz krajobraz tak wyglądał. Czasami piszemy o odwiecznej puszczy. Ale i lasy nie zawsze u nas były. Po ustąpieniu lodowca w ostatnim zlodowaceniu (jakieś 11 tys. lat temu) mieliśmy typowy krajobraz tundrowy, z reniferami a być może nawet jeszcze z mamutami. Bo jak pokazały najnowsze badania mamuty żyły jeszcze jakieś 2 tysiące lat przed naszą erą (ale już nie w naszym regionie). Dopiero wraz z ocieplaniem się klimatu pojawił się las. Nasze najstarsze puszcze miałyby więc zaledwie kilka tysięcy lat. Z perspektywy życia człowieka to i tak dużo. W krajobrazie tundry żyli nasi przodkowie – łowcy reniferów. Pojedyncze ślady i po nich w ziemi pozostały.
Przyjmijmy pierwotną puszczę za punkt odniesienia (kilka tysięcy lat do tyłu) W dzikiej puszczy żyły bociany, to fakt. Ale były to inny gatunek – bocian czarny. Wraz z rozwojem osadnictwa, wylesianiem i powstawianiem pół, gatunki puszczańskie stopniowo ustępowały (bo ich siedlisko się kurczyło). Ale napływały gatunki typowe dla krajobrazu otwartego i przekształconego antropogenicznie. Wraz z innymi gatunkami swoją liczebność zwiększyły bociany białe, niejako kosztem bociana czarnego.

Z dzieciństwa pamiętam wieś moich dziadków, Silginy, z charakterystycznym gniazdem bociana na oborze. We wsi było ich więcej, na szkole, na pałacu, na innych domach i budynkach gospodarczych. Bocian był widokiem codziennym. Wystarczyło siąść na schodach przed domem i obserwować. A w sąsiedztwie była istna wioska bocianów – Lwowiec. Tam było po kilka gniazd w jednym gospodarstwie.
Wraz ze zmianami w rolnictwie i sposobem użytkowania ziemi siedliska dogodne do zerowani bocianów, liczba tych ptaków zaczęła w różnych miejscach spadać. Na ich liczebność mają także warunki w miejscu zimowania, w Afryce i straty w czasie przelotów.

Bocian biały (Ciconia ciconia) to jeden z najbardziej charakterystycznych ptaków naszego regionu. Charakterystycznie nie dlatego, że jest endemitem.  Jego obecność głęboko zakorzeniła się w naszej kulturze. A więc jest to ptak dobrze wspisujący się w dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe regionu. Wraz z osuszaniem łąk i zabagnień oraz zanikaniem ekstensywnego rolnictwa na rzecz intensywnych i wielkohekarowych upraw, ten typowy mieszkaniec wsi i krajobrazu rolniczego jest zagrożony.

Bocian preferuje tereny wilgotne i zabagnione oraz łąki w dolinach rzek nizinnych, jak również tereny sąsiadujące z jeziorami, stawami oraz łęgami.
Bocian biały to stosunkowo duży ptak, ubarwiony z przewagą koloru białego i czarnymi pasami z tyłu ciała. Dziób i nogi ma czerwone (za wyjątkiem osobników młodocianych – mających czarne a w zasadzie czerwono-brązowe nogi i dziób). W locie bociany mają wyciągniętą głowę, co je odróżnia od podobnych wielkościowo czapli. Cecha ta ułatwia odróżnienie bocianów, szybujących wysoko nad naszymi głowami. Pisklęta bocianów pokryte są gęstym, białawym puchem. Dorosłe bociany wydają charakterystyczny klekot, odchylając głowę do tyłu.
Okres lęgowy bocianów przypada na kwiecień-czerwiec. Gniazda buduje z patyków i gałęzi, zazwyczaj na szczytach dachów, drzewach, kominach, słupach energetycznych lub na specjalnie przygotowanych platformach.

W dużych bocianich gniazdach często znajdują schronienie wróble, budując swoje gniazda w niższych partiach bocianiej konstrukcji. Bociany składają zazwyczaj 3-4 jaja. Liczebność jak i młodych uwarunkowana jest zasobnością pokarmową siedliska. Bociany odżywiają się dużymi owadami, drobnymi ssakami, żabami, rybami. Przylatują do nas w okresie od lutego do kwietnia a odlatują w okresie sierpień-wrzesień.

Bocian biały wpisał się w nasza kulturę (nie tylko Warmii i Mazur). Jest jednocześnie jednym z indykatorów stanu środowiska. Bo jego liczebność – tak jak wszystkich innych gatunków – uzależniona jest przecież od stanu środowiska. Od tego czy ma czym się żywić i gdzie gniazdować. Na dodatek jest ptakiem dużym i bardzo charakterystycznym. Łatwo więc go rozpoznać. Dlatego został wybrany do różnych akcji liczenia tych ptaków. Jeśli robić to w dużej skali i według jednolitej metodologii, to można wyciągać wnioski, dotyczące stanu środowiska i tendencji zmian.

Bocian jest przykładem, że zwykli ludzie, tak zwani wolontariusze, mogą uczestniczyć w ciekawych i ważnych badaniach naukowych i monitoringowych. Sami naukowcy tego nie zrobią, bo trzeba wielu par oczy i w wielu miejscach. A przy okazji jest pretekst by wybrać się na spacer.

Latolistek cytrynek – podwójny śpioch i zwiastun wiosny

cytryneklatoGdy mówimy o zwierzętach przesypiających zimę, myślimy o niedźwiedziach i borsukach. Gdy mówimy o zwierzętach odlatujących na zimę do ciepłych krajów – myślimy o ptakach. A jedno i drugie występuje u motyli. Że małe i niepozorne to nie widać? Ale równie ciekawe.

Przykładem jest cytrynek latolistek – motyli śpioch… ale za to długo żyje. Jak na motyla oczywiście.. Nazwa latolistek wywodzi się od latania (latający listek) a nie od lata. Latem akurat motyl ten zazwyczaj… śpi. Zimą śpi, latem śpi to kiedy je i się rozmnaża? Akurat ten motyl na zimę nie odlatuje – czynią to inne gatunki. Tyle, że wracają nie te same a kolejne pokolenie. Prawda, że te małe owady są ciekawe i można o nich długo opowiadać?

Cytrynek latolistek zwany także listkowcem cytrynkiem lub latolistkiem cytrynkiem (łacińska nazwa naukowa – Gonepteryx rhamni L.) to jeden z największych przedstawicieli motyli z rodziny bielinkowatych (Pieridae). Dorosłe motyle spotkać możemy już wczesną wiosną, gdy tylko stopnieją śniegi. Zwiastuje więc wiosnę niczym przebiśniegi, żurawie czy podbiał.

Samiec ma barwę cytrynowo-żółtą, samica jest biaława z lekkim odcieniem żółtego koloru. Owady dorosłe dwukrotnie zapadają w stan spoczynku – w sen letni oraz sen zimowy.
Cechą charakterystyczną tego pospolitego motyla jest kształt skrzydeł – przypominają listki (zwłaszcza po złożeniu skrzydeł w stanie spoczynku). Można to traktować jako mimetyzm. Także poczwarki kształtem i kolorem przypominają zwinięte liście.

Ale wróćmy do opisu dorosłego motyla. Skrzydło przednie ma zaostrzony wyrostek z przodu, a skrzydłu tylne posiada zaostrzony wyrostek z tyłu. Rozpiętość skrzydeł dochodzi do 4,8-5,5 cm. Motyle w czasie posiłku lub odpoczynku mają skrzydła złożone razem, nad tułowiem – widać tylko ich spodnią stronę. Dorosłe motyle spotkać można w lasach (zwłaszcza na obrzeżach), zaroślach, na polach, miedzach, ugorach, sadach, ogrodach oraz terenach ruderalnych. Czasami odlatują daleko od siedliska, gdzie rozwijają się gąsienice.

cytryneklato1Gąsienice są koloru bladozielonego, żerują na kruszynie (Frangula alnus) i szakłaku pospolitym (Rhamnus cathartica). Oba krzewy są trujące, ale dla człowieka. Gąsienicom cytrynka jak widać nie szkodzą.

Cytrynek latolistek spotykany jest w regionach klimatu umiarkowanego, od północnej Afryki i Europy aż po Azję i wschodnią Syberię. Dorosłe motyle żyją jak na owady stosunkowo długo, bo prawie cały rok.

Wiosną, po przezimowaniu (a zimuje między liśćmi w ściółce), pojawiają się latolistki, gdy tylko słońce mocniej przygrzeje. Tego roku cytrynki widziano już pod koniec lutego w Lesie Miejskim (w ubiegły weekend). Najpierw pojawiają się samce, gdyż do aktywności wystarcza im niższa temperatura niż samicom. Obie płcie można rozróżnić po kolorze skrzydeł. Samce patrolują teren w poszukiwaniu samic. Jednak gdy samica nie jest zainteresowana kopulacją, to podnosi odwłok do góry.
Przepoczwarczenie i wyjście owada dorosłego następuje w czerwcu lub lipcu. Owady po krótkim okresie aktywności, chronią się w różnych kryjówkach, w których spędzają lato (estywacja) w stanie nieaktywnym. Na początku jesieni opuszczają swoje kryjówki. Nie jest to jednak drugie pokolenie, jak można by pochopnie sądzić. Na okres zimy ponownie wyszukują sobie schronienia, wybierając dziuple spróchniałych drzew, szczeliny skalne, a nawet zawijają się w pojedyncze liście drzew.

Ze snu zimowego budzą się na początku wiosny, w momencie gdy zaczynają kwitnąć pierwiosnki (Primula sp.), przylaszczki czy miodunki. Owady doskonałe – tak jak i inne motyle – żywią się nektarem kwiatów. W tym czasie następuje zapłodnienie a samice składają jaja na roślinach żywicielskich. Latolistki wyszukują dorodne rośliny żywicielskie i raczej omijają te, zaatakowane przez inne liściojady. Gąsienice po mniej więcej 3-5 tygodniach przekształcają się w poczwarki, a 2-3 tygodnie później pojawiają się owady dorosłe kolejnego pokolenia. Nowe pokolenie pojawia się zazwyczaj w lipcu i może się spotkać ze swoimi rodzicami. Jest to nieczęste u motyli.

Wzrost uprzemysłowienia oraz wzrost zanieczyszczenia powietrza powodują, że latolistek cytrynek w niektórych regionach zanika i staje się gatunkiem rzadkim. Doceniajmy gatunki pospolite…bo nie wszędzie one są takie pospolite.

Cytrynek należy do podrodziny Coliadinae, skupiającej latolistki i szlaczkonie. W Europie żyją 3 gatunki latolistków, poza lato listkiem cytrynkiem, na południu Europy spotkać można latolistka kleopatrę (Gonepteryx cleopatra) a na Bałkanach także latolistka bladego (G. farinosa).

Wychodząc na spacer czy wiosenna wędrówkę i rozglądając się za oznakami wiosny można patrzeć nie tylko na ptaki i kwitnące rośliny – można rozglądać się za owadzimi zwiastunami wiosny.

Źródła

  • Buszko J., Masłowski J., 1993. Atlas motyki Polski. Część I. Motyle dzienne (Rhopalocera). Warszawa.
  • Lafranchis T., 2007. Motyle dzienne, ponad 400 gatunków motyli dziennych polskich i europejskich. Wyd. Multico, Warszawa
  • Novak I., Severa F., Motyle. Wyd. Delta, Warszawa, ISBN 83-85817-76-X
  • Sielezniew M., Dziekańska I., 2010. Motyle dzienne. Multico
  • Zahradnik Jiri, 1996. Przewodnik – owady. Multico, Warszawa.

Kłobuk jako zwiastun wiosny czyli podbiał pospolity, etnografia i biogospodarka w jednym

podbialPodbiał pospolity, niepozorna roślina kwitnąca wczesną wiosną (a w zasadzie już na przedwiośniu) i rosnąca „byle gdzie”, kryje w sobie wiele tajemnych sił. Po pierwsze skrywa bogate dziedzictwo etnograficzne (w sam raz do odkrywania w roku Oskara Kolberga), po drugie bogactwo związków biologicznie czynnych, wykorzystywanych w medycynie, tej dawnej jak i współczesnej czyli surowiec dla biogospodarki.

Kłobuk znany jest jako duszek ludowy ale także jako demon słowiański, a może jeszcze starszy. Siły życiowe łączą go z podbiałem czyli kwiatem przedwiośnia. Bo kłobuk to także nazwa ludowa podbiału, który należy do najwcześniej zakwitających, wiosennych roślin. Być może ma to związek z rodzącym się życiem. A podbiał jest jednym z pierwszych wiosennych kwiatów. Dodatkowo jest to roślina lecznicza, znana i wykorzystywana już w starożytności. Tkwiła w niej więc siła ożywiania i uzdrawiania. Kwitnie od marca do maja, w kolorze złocistożółtym.

Podbiał pospolity (Tussilago farfara L.) – jak trafnie wskazuje nazwa jest w Polsce jest pospolity. Pospolity ale jednocześnie niezwykły. Podbiał to gatunek rośliny zielnej z rodziny złożonych (Compositae) obecnie zwanej – astrowate (Asteraceae). Występuje w strefie klimatu umiarkowanego, w Europie Azji i Afryce Północnej. Jako gatunek obcy został zawleczony do Ameryki Północnej (być może przeniesiony celowo, jako roślina lecznicza).

podbialzliscmi

W dawnych nazwach ludowych odnaleźć możemy wiele elementów etnograficznych, dawnych wierzeń lub praktyk medycznych a także zwykłych pomyłek – bo etnografowie bez głębokiej wiedzy botanicznej mogli błędnie przyporządkowywać opisy roślin. Jak się okazuje interdyscyplinarna wiedza była i jest bardzo potrzebna.

Inne nazwy ludowe i zwyczajowe biorą się od wyglądu liści, białawych od spodu: podbiał, podbiał zwyczajny, podbielina, białkuch, białodrzew (ale to nie drzewo więc nazwa zagadkowa). Także od kształtu liścia: ośla stopa, końskie kopyto, przykopytnik (to określenie z pruskich Mazur), kobilacz, (od kobyły), koński kwiat. W końcu od korzenia (a z botanicznego punktu widzenia bardziej od kłącza): morowy korzeń (czyżby korzeń wykorzystywany był dawniej w leczeniu w czasie zarazy i morowego powietrza?), korzeniec. Może ma to jakiś związek z informacją, że kiedyś był wykorzystywany jako surogat tytuniu? A może palono, bo miał właściwości narkotyczne? W dawnych książkach można znaleźć informacje, że w leczeniu astmy, przewlekłego kaszlu czy zapalenia oskrzeli wdychano przez rurkę dym z korzeni podbiału, spalanych na węglu z drzew cytrusowych. Palono też – tak jak papierosy – wysuszone i zwinięte liście. W tym kontekście nie był to surogat papierosów a tylko podobieństwo zażywania – cel był inny, leczniczy.

Kolejne nazwy ludowe ujawniają związek z dziedzictwem kulinarnym: sałata czerwona, kapusta sterników (prawdopodobnie związane z wykorzystywanie do jedzenia).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejne nazwy ludowe, zapisane w różnych książkach są być może błędnym przyporządkowaniem i zwykłymi pomyłkami: lepiesznik, lepieżnik, (lepiężnik to roślina o podbnym kształcie liści tylko większa, np. lepiężnik biały – Petasites albus), kniat (knieć błotna czyli kaczyniec), kaczyniec, grzybień, grzybieniec. Być może ze względu na występowanie podbiały na wilgotnych glebach mylony był z inną rośliną wodnobłotną i żółto kwitnącą – kaczyńcem a nawet grzybieniem (grążelem żółtym). Przekaz ustny bywa nieprecyzyjny i zapiski etnografów, którzy nie mieli wiedzy biologicznej (w tym przypadku botanicznej) mogą zawierać błędy.

Pomijając błędy, odszukać można w nazwach ludowych właściwości magiczno-witalne: kłobucznik, kłobuk, kobułk, car, czarne ziele, boże liczko. Kłobuk jako powiązanie z demonem i siłami odradzania się wydaje się zrozumiały. W takim znaczeniu może było nazywane czarnym zielem (bo kłobuk czarny z podobnego powodu, sług Welesa, Czarnoboga sług podziemia). Czy śladem dawnych wierzeń magicznych jest także „boże liczko”? A car to od czarnego czy od cara (władzy)?

W innych językach słowiańskich nazwa podbiału: devetsil, podbel, podbiel, pidbił. Podbiał wydaje się oczywisty ale dziewięćsił kwitnie na biało, więc to także może pomyka lub… nie o dziewięć sił tu chodzi ale o jakieś siły diabelskie (angielskie devil) i być może zachowała się dawna, archaiczna nazwa.podbialdmuchawiecLiście podbiału pojawiają się później, pod koniec kwietnia, najpierw pojawiają się kwiaty. Podbiał to bylina (a więc roślina zielna wieloletnia) o płożącym i rozgałęzionym kłączu, tworząca duże kępy a nawet rozległe łany. Łodyga kwiatostanowa, wysokości do 15 cm, pojawia się już na przedwiośniu (w okresie zawiązywania się owoców dochodzi do 30-40 cm długości). Bladożółta lub bladozielona, pokryta łuskowatymi, czerwonawymi liśćmi.

Kłącze cienkie, płożące się, długości do 1 m. Pędy kwiatostanowe bezlistne, pokryte łuskami.
Liście odziomkowe, długoogonkowe, duże (do 30 cm szerokości), okrągławo-sercowate (przypominające kształtem końskie lub ośle kopyto lub ślad na ziemi po odciśniętym kopycie), z ząbkowanym brzegiem i płytkimi zatokami, pokryte od spodu srebrzystym meszkiem.

Kwiaty złocistożółte rurkowate, zebrane w koszyczek. Na brzegu liczne języczkowate kwiaty żeńskie, w środku obupłciowe, lecz płonne kwiaty rurkowate. Owocem jest niełupka koloru brunatnego, lekko zagięta, z jedwabistym, białym puchem kielichowym. Kwitnie od marca do maja. Po przekwitnięciu pojawia się biały „puch”, tak jak u powszechnie znanego mniszka lekarskiego (dmuchawce). Liście wyrastają dopiero, gdy kwiaty przekwitną.

Podbiał jest gatunkiem pospolitym, rośnie przy rowach, na polach, w miejscach wilgotnych, przy brzegu wód, źródliskach, wśród wilgotnych zarośli i gliniastych zboczach (ja spotykam w Olsztynie na terenie dawnego jeziora Płociduga Mała, stąd też zdjęcia – ale z lat wcześniejszych), żwirowiskach, piargach i obsuwiskach, klifach nadmorskich w lasach na pogorzeliskach, starych kamieniołomach, cegielniach itd. Jako chwast segetalny (czyli chwat polny) niedrenowanych pól o glebach gliniastych i wilgotnym podłożu.

Podbiał wykorzystywany w medycynie i medycynie ludowej a także w homeopatii. W Europie Zachodniej liście używane są na zupy wiosenne (coś na przednówku trzeba jeść) i jako warzywo. Dużo rzadziej używane były jako surogat tytoniu. Nie wiem czy rzeczywiście jako surogat tytoniu czy raczej jako pozostałość po praktykach leczniczych. Być może palenie wysuszonych liści traktowano jako metodę leczenia a nie zastępowania brakującego tytoniu. Stąd być może nazwy ludowe, odnoszące się do morowego powietrza? Być może więc wykorzystywano palone korzenie
Natomiast zakiszone liście nadają się na pasze dla zwierząt.

Kłobuk czyli po łacinie Tussilago. Ustalanie nazwy z dawnych dzieł bywa trudne i kłopotliwe, bowiem opisy nie zawsze są precyzyjne. Praca biologia bywa momentami podobna do pracy historyka czy etnografa. Także łacińska nazwa Tussilago czasem odnosiła się do Caltha palustris czyli czermieni błotnej (roślina trująca). Warto także odnotować inne rośliny nawiązujące do kłobuka: kłobuczka – Torylis, Torylis anthriscus, kłobuczki – Campanula rapunculus, Sereuella, kłobucznik – Petasites, Petasites vulgaris, Tussilago, kłobuczyca – Ourax, kłobuszka pospolita – Torilis anthriscus. Jest więc w czym wybierać.

Zatem nasz warmiński Kłobuk niejedną intrygującą tajemnicę skrywać może. Niemniej już wiosną można będzie wybrać się na poszukiwanie kłobuka lub Kłobuka. Do przyrodniczego elementu związanego z dziuplami (który od dłuższego czasu „lansuję”) dodać możemy i element roślinny z ziołolecznictwem i być może magią ludową. Czyli w sam raz na rok Kolberga. Mazury jako cud natury a Warmia jako rebelia kultury nie jedno mogą mieć imię. Do odkrycia i opowiedzenia w przydrożnej dziupli.

podbialnowy1A co z biogospodarką? Pora i na nią oraz wskazanie jakie związki biologicznie czynne w tej roślinie występują. Wykorzystywana jest od dawna jako roślina lecznicza. Surowcem leczniczym są liście, w mniejszym stopniu kwiaty. Zatem może być to biogospodarka indywidualna, w połączeniu z turystyką, jak też i na większą skalę, z wykorzystaniem licznego w naszym regionie surowca. Ale i w tym przypadku ręcznie trzeba zbierać i to w odpowiednim okresie fenologicznym jak i pogodowym. Rękodzieło i biogospodarka. Tylko to zapewni należytą jakość surowca.

Liście (w mniejszym stopniu kwiaty) zawierają związki śluzowe, garbniki (do 17%), kwas galusowy, olejek eteryczny, flawonoidy, kwasy polifenolowe, substancje gorzkie (tusilagina – nazwa od nazwy gatunkowej, łacińskiej, podbiału), inulina, karetonoid, sole mineralne (związki cynku). W kwiatach jest większa zawartość olejku eterycznego i flawonoidów i ów ale za to mnie związków śluzowych i substancji gorzkich. W kwiatach występuje ksantofil.

Zbieranie: kwiaty zbiera się zaraz po zakwitnięciu. Wykorzystuje się same koszyczki kwiatowe. Liście zbierane są później, bez ogonków, w czasie pogodnych dni. Gdy pojawi się rdza – liści do celów leczniczych już się nie zbiera.

Ziele podbiału ma działanie wykrztuśne i rozkurczowe. Właściwości te znane są od dawna. Lecznicze właściwości wspominają już starożytni Grecy. Ale na pewno znane były i wcześniej. Liście podbiału są lekiem stosowanym przy przeziębieniach, anginie, zapaleniu błon śluzowych jamy ustnej, zapaleniu krtani. Substancje zawarte w liściach osłaniają błony śluzowe, zmniejszając ich podrażnienie w czasie przeziębienia i łagodzą uporczywy kaszel. Dodatkowo powodują zwiększone wydzielani śluzu w drogach oddechowych i pobudzają ruchy rzęsek nabłonka oddechowego. Ponadto związki czynne, zawarte w podbiale działają rozkurczowo na mięśnie gładkie oskrzeli i ułatwiają w ten sposób oddychanie. Kwiaty podbiału – dzięki zawartym w nich związkach – mają silniejsze działanie rozkurczowe na oskrzela niż liście podbiału.

Stosowanie
Stosuje się odwar (herbatkę) z liści suszonych (lub świeżych) oraz odwar z kwiatów. Korzystne jest stosowanie podbiału w połączeniu z innymi ziołami o właściwościach wykrztuśnych: dziewanną, macierzanką i sosną. Sok ze świeżych liści i kwiatów można uzyskać z wykorzystaniem sokowirówki. Tak pozyskany sok można wykorzystać od razu lub zakonserwować w alkoholu (w proporcji pół na pół) i wykorzystywać później. Sok z liści można podawać zasypany cukrem lub miodem (osłodzi gorycz lekarstwa).

W leczeniu wykorzystuje się także kąpiele w liściach lub proszku z liści. Wykorzystywano podbiał także do leczenia schorzeń skórnych: ran, wrzodów, ropni, odcisków, oparzeń, pękających brodawek u kobiet karmiących oraz przy uporczywych bólach głowy.

Kłobukowa biogospodarka (etnograficznym mrugnięciem oka ku zielarkom, szeptuchom i czarownicom).  W zielarskich preparatach przemysłowych (np. pektosan, neopektosan) znajdziemy także i podbiał. Nowoczesna medycyna nie zapomniała o podbiale. W syropach „na kaszel” też znajdziemy podbiał jako składnik.  Nie jest to wiec skansen i zacofanie. To po prostu surowiec dla biogospodarki z dobrymi laboratoriami i swojskim klimatem ludycznej prowincji.

Skoro podbiał jest roślina sezonowa, to jest także dobra oferta na turystykę… w porze nie sezonowej. Bo wczesną wiosna nie jest tradycyjnym okresem turystyczno-wakacyjnym. Przyjechać na Warmię i Mazury w celach leczniczych, tak jak kiedyś „do wód”, by korzystać ze świeżo zebranego i fachowo przygotowanego surowca leczniczego. A także by spróbować potraw z podbiałem. Nie tylko zupa z pokrzywy ale i sałata z podbiału, kłobukiem dawniej zwanym. Zatem przyjechać na Warmię… by zjeść kłobuka… i odzyskać siły witalne.

Być może jest okazja na opracowanie kosmetyków na bazie podbiału. Nazwa sama się ciśnie – maść kłobukowa. A także na uruchomienie małych przedsiębiorstw biotechnologicznych. Wreszcie może pojawiłyby się miejsca pracy dla wielu absolwentów UWM.

Źródła (informacje dotyczące podbiału):

  • Krześniak, L. M., 1988. Apteczka ziołowa. Wyd. Sort i Turystyka, Warszawa, ISBN 83-217-2738-7
  • Kuźniewski E., Augustyn-Puziewicz J., 1984. Przewodnik ziołolecznictwa ludowego. PWN
  • Majewski E, 1894. Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich, zawierający ludowe oraz naukowe nazwy i synonimy, używane dla zwierząt i roślin od XV-go wieku aż do chwili obecnej, źródłowo zestawione z synonimami naukowemi łacińskiemi.
  • Nowiński M., 1983. Dzieje upraw i roślin leczniczych. PWRiL, Warszawa.
  • Podbielkowski Z., 1985. Słownik roślin użytkowych. Wyd. V. PWRiL, Warszawa
  • Kłobuk, nowe ustalenia

O hotelach dla pszczół, oleicy i samcach, które trudno spotkać

oleicasamiecGłośno się ostatnio zrobiło o hotelach dla pszczół. Może i dobrze, bo uwaga zostanie skierowana na ochronę siedlisk i miejsc gniazdowania wielu gatunków zapylaczy.

Tak na prawdę nie wiele da tych kilka, medialnie nagłośnionych „budek” z miejscami do zakładania gniazd dla samotnych pszczół. Potrzebna jest ochrona siedlisk. Liczę, że ta akcja zwróci uwagę na miedze, nieużytki, gliniane domy i inne „mało ważne” siedliska ważne dla owadów.

Dobrym bioindykatorem obecności dzikich pszczół są chrząszcze z rodziny majkowatych – oleice. Para tych chrząszczy widoczna na załączonym zdjęciu – fotografię wykonała Alicja Tomaszewska na łące nad Wadągiem. Na dole widać samca z charakterystycznymi, zagiętymi czułkami. Samce są mniejsze i… trudniej jest je spotkać.

Oleica to ciekawy chrząszcz z rodziny majkowatych – pasożytuje na dziko żyjących pszczołach, przechodzi skomplikowany rozwój z hipermetamorfozą. Jako pasożyt do swojego rozwoju potrzebuje samotnych pszczół – jest oleica, to muszą być i pszczoły. Dlatego można uznać ją za dobry indykator stanu środowiska i tak zwanego zdrowia ekosystemu.

Dawniej interesowano się oleicami z zupełnie innego powodu. Ze względu na obecną w tych chrząszczach kantarydynę, wykorzystywano je w medycynie (próbowano nawet leczyć wściekliznę), wykorzystywano w afrodyzjakach i truciznach.

Oleica to najbardziej charakterystyczny i stosunkowo powszechnie (do niedawna) występujący owad z rodziny majkowatych. Najczęściej spotykamy oleicę krówkę oraz nieco rzadziej oleicę fioletową. Dzięki charakterystycznemu kształtowi, nieco baryłkowatemu i skróconym pokrywom skrzydłowym, oraz lekko fioletowym, metalicznym ubarwieniu, jest chrząszczem łatwym do rozpoznania. Zaniepokojony owad wydala oleistą żółtą ciecz, zawierającą silnie trującą kantarydynę. Nazwa owada wzięła się właśnie od tej oleistej cieczy. Czasami nazywana jest „hiszpańską muchą” (jakkolwiek poprawnie nazwa ta odnosi się do majki lekarskiej – gatunku częściej i liczniej występującego).

W Polsce występuje 12 gatunków oleic (w Europie 15 gatunków), z których najczęściej spotkać można oleicę krówkę i oleicę fioletową.

Oleica krówka (Meloe proscarabaeus L.). Jest to owad o długości 11-35 mm, postacie imaginalne spotykane są od kwietnia do czerwca. Owady dorosłe mają skrócone pokrywy skrzydłowe i duży, rozdęty odwłok. Poruszą się ociężale i powoli. Ubarwione są na niebiesko-czarno lub ciemnofioletowo, aż do czarnego. Na głowie, przedpleczu i pokrywach skrzydłowych widoczne są liczne małe dołki. U samca czułki są „złamane” – dzięki czemu łatwo odróżnić obie płcie. Samice są większe od samców.

Oleica krówka jest gatunkiem rzadkim, więc nie tak łatwo spotkać ją w przyrodzie. Występuje głównie na terenach piaszczystych i otwartych. Ukwiecone łąki i polany, miedze, ugory i suche zbocza są bowiem dobrym siedliskiem dla pszczół, w gniazdach których rozwijają się larwy oleicy. Larwy oleicy krówki pasożytują na pszczołach z rodzaju pszczolinka (Andrena) i porobnica (Anthophora).

Samica oleicy składa kilka tysięcy jaj (nawet do 10 000). Tak duża płodność typowa jest dla pasożytów o złożonym cyklu rozwojowym – niełatwo jest bowiem znaleźć swojego żywiciela. Wylegające się larwy nazywane są trójpozurkowcami (triungulinus). Gromadzą się one na kwiatach i przyczepiają się do odwiedzających te kwiaty pszczół. Wiele larw pomyłkowo przyczepia się do odnóży innych owadów, przez co nie znajdują dogodnych warunków do rozwoju i giną. Larwy przyczepione do odnóży pszczół, dostają się do ich gniazd. Tam zjadają pszczele jaja, potem linieją i przekształcają się w pędrakowate larwy drugiego stadium. Z kolei te larwy odżywiają się pyłkiem i nektarem, który gromadzą w swoich gniazdach pszczołowate. Po powtórnym linieniu powstaje niby-poczwarka (pseudochrysalis), z której wykształca się dopiero poczwarka właściwa, a następnie chrząszcz dorosły (imago). Ten złożony cykl rozwojowy z dwoma, różnymi typami larw oraz dwoma „poczwarkami” nazywany jest hipermetamorfozą (nadprzeobrażenie).

Oleica fioletowa (Meloe violaceus Marsh.) Nieco mniejsza od oleicy krówki – ciało długości 10-32 mm, wyraźniej fioletowo ubarwione. Jest to gatunek rzadszy od oleicy krówki, występuje w nasłonecznionych, suchych miejscach. Tak jak u innych majkowatych występuje nadprzeobrażenie (hipermetamorfoza). Larwy pierwszego stadium i drugiego stadium wyraźnie się od siebie różnią zarówno morfologią jak i biologią. Larwy pierwszego stadium są ruchliwe, morfologicznie typy kampodealnego, zjadają jaja pszczół. Larwy drugiego stadium są pędrakowate, z silnie skróconymi odnóżami, żywią się miodem. Rosną intensywnie i trzykrotnie linieją. Po ostatnim linieniu zakopują się w ziemi, gdzie przeobrażają się w poczwarki rzekome. Po przezimowaniu z poczwarek rzekomych wylęgają się larwy ostatniego stadium. Morfologicznie podobne są do drugiego typu larw – pędraków, ale nie pobierają pokarmu i przekształcają się w poczwarki właściwe.

Dorosłe owady najczęściej spotkać można na łąkach różnego typu, gdzie dorosłe odżywiają się liśćmi roślin zielnych i gdzie do gleby składają jaja (wylegające się z jaj larwy mają blisko do kwitnących roślin, gdzie w kwiatach czekają na przylatujące po nektar i pyłek owady).

Zobacz też:

Oleica czyli z koszyka Baby Jagi

Oleica (chrząszcz z rodziny majkowatych)

Deklaracja prowincjonalnego encyklopedysty

DSC_0058

Deklaracja prowincjonalnego encyklopedysty czyli o tworzeniu wolnej wiedzy i nowej ekonomii dzielenia się (nie tylko wiedzą). Prawo autorskie nie nadąża za zmianami społecznymi. Edukacja (czyli to, czego uczymy w szkołach) nie nadąża za technologią oraz zmianami społecznymi. Niech prawo autorskie tworzą ludzie a nie koncerny (nie dajmy się wyprzedzić). Nie dajmy sobie zawłaszczyć wiedzy i przesadnie skomercjalizować ogólnoludzkich wartości. Niech prawo autorskie tworzą ludzie dla ludzi.

Wikipedia jest jednym ze sposobów dzielenia się wiedzą (zobacz deklarację Czachorka ze stycznia 2007 roku) ale nie jest jedynym. Każdy dla siebie coś znajdzie, jakąś przestrzeń i pole do aktywności. Ale tu chodzi także o wolną licencję i dzielenie się wiedzą. Bez zawłaszczania, ponad niezbędne minimum.

Chodzi o dzielenie się światem, chodzi o używanie przyrody i surowców a nie zużywanie zasobów przyrody czy zasobów kapitału ludzkiego. Jedna literka… a tak wiele zmienia w znaczeniu. Używać a nie zużywać.

Prowincja – to brzmi dumnie, to slow city (cittaslow) i wysoka jakość życia. Prowincjonalność traktuję jako komplement. Prowincję traktuję jako otwarcie na człowieka i jego potrzeby, w opozycji do korporacyjnego i „wielkoświatowego” wyścigu szczurów i eliminacyjnego kopania się po kostkach (do sukcesu po trupach). Wiem, że to nie jedyny sposób rozumienia prowincji. Inni z prowincją utożsamiają zacofanie, koterie, marazm, zaściankowość intelektualną – ale tak rozumiana prowincja to stan umysłu a nie miejsce zamieszkania.

Dla mnie prowincja jest pogłębionym i spokojnym życiem z zakorzenieniem w regionalnym dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym. Dla tych co chcą pisać encyklopedie trzy sentencje.

motto 1.: Kilka zdań, nawet wątpliwej wartości literackiej, które spowodowały, że wciągnąłeś się do pisania szeroko rozumianej encyklopedii i zapaliłeś do dalszej pracy, mają większą wartość niż jedno pięknie wycyzelowane zdanie, po którym jesteś zupełnie wyczerpany.

motto 2.: W Wikipedii i każdej innej encyklopedii pociąga mnie romantyzm anonimowości średniowiecznego kronikarza i szlachetny zapał oświeceniowego encyklopedysty. Bo liczy się treść a nie sława autora. Encyklopedie z definicji i praktyki są wieloautorskie. Potrzeba nam pracy zespołowej.

motto 3.: Dużą radość i satysfakcję daje mi możliwość współuczestniczenia w niezwykłym projekcie edukacji na odległość (e-learning), w upowszechnianiu wiedzy autentycznie trafiającej „pod strzechy” w międzynarodowej globalnej wiosce społeczeństwa informatycznego XXI wieku.

Wikipedia (i podobne otwarte projekty) jest ważna i wartościowa przede wszystkim dla tych, którzy w niej piszą, poprawiają, uzupełniają, w różnym zakresie współtworzą, a w mniejszym stopniu dla tych, którzy czytają. A tworzyć może każdy. To jest twórczość i wiedza trafiająca pod strzechy społeczeństwa informatycznego w globalnej wiosce XXI wieku. Ludzie „zwykli” (bo tak naprawdę wszyscy są niezwykli bez względu na posiadane doktoraty, fakultety czy dyplomy) mają możliwość pisać o tym, na czym się znają: o serialach, ulubionych postaciach literackich (Kubuś Puchatek, Wiedźmin, Kmicic itd.), lokalnym życiu parafialnym, samolotach, genach, galaktykach, kapliczkach przydrożnych, motyla, ziołach.

Co jest encyklopedyczne? Nie tylko to, co dla naukowców jest ważne (czy dla innych zarozumialców , którzy niczym pliszki każda swój ogonek chwali a jednocześnie odmawia innym „encyklopedyzmu” i wartości), ale i to co dla dzieciaków, dziadków, gospodyń domowych, wędkarzy i grających w szachy. To też jest prawdziwe, to też jest wiedza o ludzkim świecie. Wiedza przez jednych poszukiwana i odkrywana, przydatna będzie także i innym.
Ty też jesteś ważny i możesz współtworzyć. I Twoje obserwacje, notatki, pamięć i poszukiwania są ważne. Bez względu ile masz lat i jakie masz zainteresowania.

Twórzmy więc encyklopedię naszego regionu. Zarówno tę przyrodniczą jak i kulturową.

Encyklopedyczne i ważne są:

  • Moja wieś i jej okolice: jeziorka, rzeczki, kapliczki przydrożne – a więc unikalne piękno niedostrzegalne dla zagubionego mieszczucha ze „stolicy”.
  • Moja ulica w dużym mieście, jej historia, budynki, ludzie, którzy tu mieszkali, sklepy, kawiarnie, instytucje, zabytki.
  • Moja genealogia – historia lokalna i prowincjonalna, dziejąca się w tle wydarzeń wielkiego świata.
  • Moje pasje: wędkarstwo, gry planszowe i komputerowe, literatura, owady, samoloty, saga postaci z powieści Musierowicz, galaktyki, fizyka kwantowa.
  • To, co widziałem, co poznałem, odkryłem dla siebie samego, a przez to dla całego świata.
  • Przyroda całej planety, jak i mojego „podwórka”. A przecież o moim podwórku najmniej wiadomo.

„Ważność” wynika z ciekawego sposobu opowiedzenia o tym, przekonania innych o unikalności, niezwykłości tegoż miejsca, historii, o wpływie, jaki wywarła postać, miejsce czy zdarzenie, ze zilustrowania grafikami i zdjęciami, ze źródeł pisanych wskazujących, że było „ważne” i dla innych. To po prostu ciekawa i dobrze napisana „opowieść” w konwencji hasła encyklopedycznego. Ale konwencje mogą być różne.

I ty możesz zostać kronikarzem i naukowcem na swoją miarę. Jeśli nie możesz odkrywać kodu genetycznego lub śledzić galaktyk, to możesz poznawać świat wokół siebie. Także dla Ciebie jest romantyzm anonimowego, średniowiecznego skryby oraz bezinteresowny zapał oświeceniowego encyklopedysty Judyma i encyklopedystki Siłaczki. Nie chcę unaukowiać przesadnie ani Wikipedii ani Encyklopedii Przyrody na portalu PTTTK, ani Encyklopedii Przyrody Warmii i Mazur Gazety Olsztyńskiej. To jest wolna encyklopedia, a nie ekskluzywny salon wtajemniczonych wybrańców.

Czy piszą w Wikipedii i innych tego typu projektach naukowcy? Tak, ale jest ich mało. Głównie piszą ludzie z pobudek dobrego serca, ciekawości świata i radości opowiadania o nim. Niech więc „uczone” głowy nie zabraniają dostępu tym „maluczkim prostaczkom” (bo przecież nikt nie jest maluczki w swej, jakże różnorodnej, wiedzy). I Ty możesz zostać naukowcem: poznawać, odkrywać, analizować, porównywać i opisywać swoje wyniki, dyskutować je na otwartej arenie międzynarodowej, publikować w formie artykułów, pojedynczych zdań, grafiki itd. To jest ten sam proces naukowego poznawania rzeczywistości i ten sam proces ćwiczenia rozumu.
Jestem naukowcem. Ale nie przeszkadzają mi pokemony, studenckie gazetki, przydrożne kapliczki, opisy Pacanowa obok modeli sukcesji, definicji ekosystemu, charakterystyk owadów z rzędu Trichoptera. To nie tylko, że nie umniejsza naukowości, ale ją ubogaca. To jest pełna wiedza o człowieku.

Wolna i nieskrępowana wiedza. Wolna od zabobonów „naukowości” zarozumiałych prymusów, zawłaszczających prawo do wypowiadania się.
A zatem… Weź notes, aparat fotograficzny i swoją ciekawość świata. Wybierz się na wycieczkę po swojej ulicy czy okolicy bliższej lub dalszej. Zobacz, co tam jest, zapisz w notesie, wypytaj „miejscowych”, zrób dokumentację fotograficzną. Po powrocie zajrzyj na Wikipedię czy portal natura.wm.plportale PTTK, i sprawdź, co o danej ulicy, wsi, przydrożnej kapliczce, jeziorze, rzeczce, zabytkowym budynku już jest, a czego jeszcze brakuje. Zilustruj istniejące hasła swoimi zdjęciami, uzupełnij bieżącymi danymi. Wybierz się do biblioteki, antykwariatu i poszukaj „przeszłości” tego miejsca. Uzupełnij, nie zapominając o źródłach. Sumując nawet drobny, ale rzetelny wkład, powstaje bogato ilustrowana encyklopedia, taki lokalny, wirtualny bank wiedzy. Z czasem rzeczy zwykłe nabierają niepowtarzalnej wartości. Nie ma rzeczy mniej ważnych. Są tylko nieciekawe o nich opowieści.

Że czasem napotykamy na trudy i niezbyt przyjemne sytuacje? No cóż, taki jest świat wokół nas. Nawet w pięknym lesie leżą śmieci, szpecące widok. Ale czy to powód by zrezygnować z wycieczek do lasu, by rezygnować z przyjemności delektowania się pięknem przyrody i pięknem uczestnictwa w czymś wartościowym?

Gdzie pisać?
Pisanie wiąże się z samotnością, ale tylko czasową. Wiąże się z komunikacją i relacjami społecznymi. Pisanie wymaga skupienia się – w tym sensie jest samotnością wyizolowania się z otoczenia. Czytając czynimy podobnie.
Pisać można w przestrzeni publicznej, w kawiarni ale najlepiej w bibliotece, szkole, domu kultury. Przy okazji odzyskiwana jest przestrzeń publiczna. Hot spoty z bezpłatnym wi-fi (wsparcie osób prywatnych ale i samorządów), półki bookcosiingowe to miejsca dodatkowe.

Z wielu naszych wsi i miasteczek zniknęły takie miejsca publiczne jak szkoły, świetlice, biblioteki. Pozamykano bo ponoć za mało ekonomiczne. Pora je przywrócić życiu i przestrzeni publicznej.
Żeby pisać, trzeba czytać. Po to są zasoby biblioteczne i biblioteczki regionalne. Kiedyś działało w naszym regionie Towarzystwo Czytelni Ludowych. Wtedy społeczeństwo było znacznie biedniejsze. A mimo to małych szkół i takich czytelni było dużo więcej na prowincji. A teraz? Szkoły na wsiach polikwidowane. Bo niby za mało dzieciaków. Szkoda pieniędzy na edukację? Dzieciaki zamiast bawić się na podwórku spędzają czas na siedzeniach gimbusów lub na tylnych siedzeniach samochodów.

Gdzie publikować?

Biblioteka otwartej wiedzy czy repozytorium ściąg?

Namnożyło się w internecie miejsc, gdzie oferowane są gotowe prace magisterskie, inżynierskie, licencjackie, prace zaliczeniowe, prezentacje (nawet maturalne). Ogłoszenia są czasem zakamuflowane, wspominają o konsultacjach ale jednoznacznie wskazują, że za pieniądze można dostać napisaną pracę licencjacką, magisterską, doktorską itd. Dla upodobnienia do samodzielnego pisania proponuje się oddawanie pracy w częściach i… uwzględnianie uwag promotora. Jednym słowem płatne korepetycje i doradztwo… Ale czyż ściągi nie istniały od wieków w szkołach? 

Jeśli się głębiej zastanowić to nie jest to zjawisko nowe. Nasilanie się wynika z… presji na karierę, uczenia się dla ocen i korporatyzacji. Ale po co kupować gotową pracę, kiedy można napisać samemu? Kiedy można nauczyć się pisać… przecież usługa ta wliczona jest w cenę. Za to już opłata do państwowej uczelni poszła (z kieszeni podatnika). Coś najwyraźniej szwankuje.

Jeśli można napisać samemu… a kupujemy, to co to znaczy? Czy wysyłamy kogoś w zastępstwie na randkę z ukochaną? Nie! A czy wysyłamy kogoś w zastępstwie do mało ważnych dla nas rzeczy i na dodatek męczących i zbędnych? Jeśli czegoś potrzebujemy – to się uczymy, nawet gdy to bardzo trudne. A jeśli trzeba odbębnić, zaliczyć, tak jak pańszczyznę? Nie chce bynajmniej aprobować ściągania i kupowania prac. Ale próbuję postawić pytanie o rzeczywiste przyczyny tego zjawiska i realne rozwiązanie a nie pozorne i żeby "w papierach wszystko było dobrze". Może po prostu brakuje autentyzmu na naszych uczelniach? Może zbyt dużo łatwizny na ilość i pogoń za wskaźnikami?

Wymyślając temat pracy dyplomowej trzeba sprawdzić czy już problem nie jest rozwiązany. I to nie tylko lokalnie ale znacznie szerzej, z uwzględnieniem innych uczelni, bo internet globalizuje. Zmusza do zlecania nowych, oryginalnych problemów. Ale, żeby to zrobić, samemu trzeba być „na bieżąco”, być oczytanym i uczestniczącym w światowej nauce. A przynajmniej ogólnopolskiej.
Kiedyś można było „tłuc” to samo przez lata, nawet stare i dawno rozwiązane tematy. Teraz wobec łatwego i globalnego dostępu do wiedzy i dzięki sprawnej komunikacji, jest to niemożliwe przez łatwe „ściąganie”. Duży wysyp ofert gotowych prac… ujawnia chorobę i niedomagania systemu edukacji. Tak jak czarny rynek obnażał niedomogi gospodarki socjalistycznej w pamiętnych czasach.

Wobec internetowej globalizacji jest nawet kłopot z tematem na zaliczenie (sprawdzam, czy nie przepisane) i widzę sporo niedozwolonych zapożyczeń z innych prac. To pretekst do tego, aby uczyć jak należycie korzystać ze źródeł. Bo ze źródeł trzeba korzystać! Zatem teraz wiem, że muszę wcześniej sprawdzić czy proponowanym przeze mnie temat na zaliczeniową pracę już nie jest zrealizowany. Nie chcę, żeby kusiło do skorzystania z cudzej pracy, chcę samodzielnych poszukiwań i samodzielnego korzystania ze źródeł.
Samodzielność wymaga wysiłku od studenta… i od wykładowcy. Jeśli stawiać studentom oryginalne i ambitne zadania, to znacznie chętniej się w ich realizacje angażują. Ich ewentualna bierność nie wynika tylko z ich takiej a nie innej wiedzy, chęci do pracy czy wydolności intelektualnej. Wynika także z autentyczności proponowanych zadań. Fałsz i fasadowość nawet dzieciaki szybko wyczuwają, nie mówiąc o dorosłych. Ale jeśli przyszli po dyplom (bo wszyscy mają, więc obciach nie mieć), to po co sobie utrudniać? Na plantacjach z niewolnikami innowacyjności chyba nie było zbyt wiele…

Ściąganie i gotowe prace magisterskie ujawniają mizerię niektórych uczelni i niektórych wykładowców. Są wskaźnikiem choroby. A chorobę należy leczyć nie tylko objawowo ale i likwidować przyczynę tejże choroby.
Jeśli plagiatują to dlaczego? Albo pilnować (uściślać kontrolę) albo tworzyć rzeczywisty kontakt mistrz-uczeń i proponować ambitne, aktualne problemy. Ja się opowiadam przede wszystkim za tym drugim.

Wiem, że to wymaga wysiłku. Ale nic do dobre nie powstaje bez wysiłku.

Co to za kwiat panie profesorze, czyli piknik na trawie i jajka, z których wyrastają liście

piknikkolozamku

Dostaję różne listy, papierowe czy elektroniczne (ostatnio tylko takie). Najczęściej jest to prośba o rozpoznanie owada. Wszak jestem entomologiem. Ale zdarzają się i inne, np.:
„(…) widzieliśmy się niedawno na Nocy Biologów rozmawiałam z Panem na temat śniadań na trawie w Kieźlinach nad Wadągiem [to w odniesieniu do wcześnie organizowanych ze studentami seminariów na trawie – S. Cz.]. Tam zrobiłam to zdjęcie [załączone zdjęcie storczyka – S.Cz.] ale mamy tam jeszcze inne ciekawe okazy, ważki, jaszczurki, robaczki. Czytał Pan w Warniji art. pt. „Moje miejsce”, tam jest zdjęcie jaszczurki a robaczki Panu prześlę, (…). Miejsce łąka Odjazdowych Imprez [Dywity mad rzeką Wadąg – fascynujące ile takich nietuzinkowych miejsc turystyczno-edukacyjnych jest w naszym regionie S.Cz.] Pozdrawiam i dziękuję bo nikt nie wiedział co to za kwiat. Ala Tomaszewska

Botanikiem nie jestem. Tylko ogólne wykształcenie biologiczne (i praktyka terenowa w badaniach ekologicznych). Nie trudno było więc rozpoznać storczyka. Gatunek chroniony, rzadki i niezwykły. A tu okazuje się, że rośnie niemalże „pod nosem”. Gorzej niestety było z rozpoznaniem gatunku. Po samym zdjęciu ja nie potrafię. Może to być kukułka szerokolistna, kukułka plamista czy nawet kukułka Fuchsa. Oraz mogą to być mieszańce międzygatunkowe.

Storczyki to niezwykłe rośliny. Sama nazwa jest już tajemnicza. Bo dlaczego mówi się na nie kukułka? Lub kukawka? Jaki to ma związek z ptakiem kukułką? Może tajemnice nieco rozświetli inna nazwa tych roślin – jajka, liście jajka, jajka stojaczek (stojaczek to także inna nazwa storczyka), koziełki lisie jajka, lisie jajka, podkolan. Skoro jajka, to już jest jakiś związek z kukułką – ptakiem co podrzuca swoje jajka innym do wysiadywania. Ale dlaczego roślina miałaby nazywać się jajkiem lub liśćmi jajka (niezwykłe to jajka, bo z nich wyrastają liście)? Może ze względu na bulwy, w jakimś stopniu przypominającym jajko. A że to byliny, to tak jak z jajka wiosną wyrasta nowe życie.

Storczyki – widać sterczą. Wskazuje na to także inna nazwa – stojaczek. Sterczą, stoją, czasem mają plamki. Niezwykle interesujące są nazwy dla storczyka szerokolistnego i storczyka plamistego (są podobne więc nic dziwnego, że tak samo bywają nazywane): Boża rączka, dłoń Boża, dłoń Chrystusowa, storczyk Dłońki, Świętego Jana rączka, storczyk Dłońkrystowa. Być może te nazwy biorą się od palczastej bulwy. To samo dotyczyć może „jajka”. Inne nazwy dla storczyka plamistego i szerokolistnego: kukułki (bo może podrzucone jajka?), naparstek, uraźnik, zahartuszka (te dwie nazwy mają jakąś konotację dotyczącą zdrowia), zieziulka (zazula czyli kulkułka). Nazwa krstoruka (i podobne) pojawia się u południowych Słowian, więc tradycja jest stara a nie tylko lokalna u nas.

Ale wróćmy do naszego uwiecznionego storczyka znad wadąskiej łąki. Storczyk zwany kukułką lub stoplamkiem (od wyraźnych plam na liściu) należy do bylin (czyli roślin zielnych ale żyjącej dłużej niż jeden sezon). Storczykowate (Orchidaceae) to rośliny, które bardzo łatwo krzyżują się między sobą, dając płodne mieszańce. Nie bardzo mieści się to w biologicznej koncepcji gatunku, która twierdzi, że gatunki nie krzyżują się, a jeśli już to nie wydają płodnych mieszańców. No cóż, storczyki widać nie uczone, nie wiedzą… i dlatego się krzyżują.

W Europie jest około 30 gatunków storczyków, w Polsce występuje 10 gatunków a wszystkie są objęte ochroną prawną. Nie musimy więc poprawie rozpoznać gatunku, by wiedzieć, że to roślina chroniona i nie wolno jej zrywać.

Tak jak napisałem, wydaje mi się, że na zdjęciu jest kukułka szerokolistna (Dactylorhiza majalis syn. Orchis majalis ) czyli stoplamek szerokolistny vel storczyk szerokolistny. Gatunek ten występuje w Europie i Azji na obszarach o klimacie suboceanicznym, głównie na nizinach. Jakkolwiek w wielu książkach pisze się, że w Polsce jest to roślina pospolita, jednak w ostatnich latach jest coraz rzadsza. Rośnie na wilgotnych glebach torfowych, głównie na wilgotnych łąkach.
Tworzy mieszańce z innymi gatunkami storczyków, w tym z: , kukułką Fuchsa (Dactylorhiza fuchsii) oraz kukułką plamistą (Dactylorhiza maculata).  Ot i zagadka dla biologa. Ale biolodzy wiedzą, że mieszańce międzygatunkowe są powszechne i to nie tylko u roślin. Po prostu teoria nie nadąża za rzeczywistością.

Być może jest to kukułka plamista (Dactylorhiza maculata syn. Orchis maculata). Storczyk ten występuje tylko w Europie, od Wysp Brytyjskich po europejską część Rosji. Nie zasiedlił Norwegii oraz w południowo-wschodniej części Europy. W Polsce występuje dość często na terenie całego kraju. Też jest gatunkiem chronionym. Bulwy są palczaste (stąd może ludowa nazwa odnosząca się do dłoni. Ale dlaczego Chrystusa czy św. Jana? Czy sam kształt – tak jak u żeńszenia już wywołuje magiczne skojarzenia? A może storczyk był dawniej wykorzystywany w medycynie ludowej lub zabiegach magicznych? Teraz jest rośliną chronioną więc wszelkie konotacje lecznicze się raczej przemilcza, by nie zwiększać presji człowieka na ten zagrożony i coraz rzadszy gatunek.

Wspomniany storczyk kwitnie od maja do lipca, na łąkach. Storczyk plamisty jest gatunkiem bardzo zmiennym. W zależności od regionu i miejsca występowania tworzy wiele odmian, które czasami są uznawane za podgatunki, a nawet gatunki -jednoznaczne ich rozróżnienie jest niemożliwe. Te odmiany wynikać mogą nie tylko z siedliska i ekotypu ale właśnie z krzyżowania się z innymi gatunkami storczyków.

Teraz jest w pełni jasne, dlaczego nie mam odwagi autorytatywnie, jako nie-botanik, podać nazwy gatunkowej, dysponując tylko zdjęciem. Bo może to być także kukułka Fuchsa czyli stoplamek Fuchsa (Dactylorhiza fuchsii), który często uważany jest za podgatunek kukułki plamistej (Dactylorhiza maculata fuchsii).

Było sporo o storczykach. Ale na przesłanych zdjęciach pani Alicji Tomaszewskiej znalazłem ciekawsze obiekty. I nie myślę tu o jaszczurce, ale o niezwykłym chrząszczu oleicy. Gatunek wykorzystywany był kiedyś w medycynie. O nim napiszę kiedy indziej.

Na moment wrócę tylko do seminariów na trawie. Odbyły się kilka lat temu, ale jak widać pamięć o tych happeningach ciągle jest żywa. A skoro było zaproszenie nad Wadąg, to może w tym roku będzie seminarium na trawie… ale nad Wadągiem i w nawiązaniu do biogospodarki oraz dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu.

Więcej o seminariach na trawie i wykorzystywaniu przestrzeni publicznej

Hortiterapia i biogospodarka czyli o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym krainy cittaslow

12034446_10206726611357274_5682890842181102937_o

Badania wykazały, że po wygranej w grach losowych czy podwyżce pensji jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi, ale najdłużej pół roku. Inaczej jest, gdy przeprowadzimy się w okolice parku lub zielonych ogrodów – poczucie szczęścia można zachować na wiele lat. Czy zatem mieszkając na Warmii i Mazurach, w krainie miasteczek cittaslow i pięknej przyrody jesteśmy długo szczęśliwi?

Obecnie coraz więcej uwagi zwracamy na naturalne laboratorium, jakie nas otacza. Już nie w formie medycyny ludowej, powiązania z magią czy czarami ale z głębokim biologicznym i terapeutycznym uzasadnieniem. Po prostu więcej wiemy już o związkach chemicznych, znajdujących się w organizmach żywych i ich roli w metabolizmie człowieka. Powracamy więc do różnych form bioterapii, ale już z zupełnie innym podejściem. Można nawet mówić, że coraz intensywniej rozwija się biogospodarka – czyli zaawansowany przemysł, opierający się na wszechstronnym wykorzystaniu różnorodnych związków, znajdujących się w roślinach czy zwierzętach.

Hortiperapia i inne formy wykorzystania przyrodniczych właściwości otaczającego nas świata w skali lokalnej, w interdyscyplinarny sposób nawiązuje także do tradycji kulturowych. W wieku XXI dziedzictwo kulturowe dobrze integruje się z dziedzictwem przyrodniczym. Mamy obecnie nie tylko Dekadę Bioróżnorodności, proklamowana przez ONZ, ale i rok Oskara Kolberga. A w Olsztynie uruchamiany jest unikalny kierunek kształcenia: dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze.

Rośliny to nie tylko pretekst do opowieści o dawnych mniej lub bardziej mitycznych leśnych znachorkach, szeptuchach i czarownicach. Jeśli się zastanowić, to współcześnie na Warmii i Mazurach również można spotkać „czarownice”. Na przykład biotechnolodzy wyszukują w roślinach związki biologicznie czynne i znajdują fizjologiczne uzasadnienie dla procesów, które kiedyś łączono z magią i czarami. Inny język i sposób postrzegania świata.

Przykładem może być ostrożeń warzywny (Cirsium oleraceum), zwany także czarcim żebrem (wcześniej już o nim pisałem). Kąpiele w wywarze z ostrożenia warzywnego pomagają w niektórych chorobach. W XXI wielu możemy mówić o bakteriobójczych czy grzybobójczym działaniu różnych związków, takich jak flawonoidy, sterole, fitosterole, alkaloidy, itd. Dla przeciętnego człowieka nazwy tych związków są tak tajemnicze jak zaklęcia Baby Jagi. Kiedyś uważano, że poszczególne rośliny odczyniają złe uroki. W dawnym paradygmacie choroba brała się z rzucenia złego uroku czy złych duchów, dzisiaj mówimy o poprawie metabolizmu, wpływie na fizjologię, wolnych rodnikach i właściwościach antyseptycznych. Inny język, inne teorie. Ale tak właśnie łączy się dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze regionu. I turystyczna okazja na nieco inne zwiedzanie świata, poprzez poznawanie przyrody, historii i dawnych zwyczajów. Gdy matka myje chore dziecko w ziołowej kąpieli z ostrożenia warzywnego (czarciego żebra), to służy to zdrowiu. Raz interpretujemy to jako odczynianie złego uroku, raz jako zwalczanie mikroorganizmów chorobotwórczych lub poprawę metabolizmu. Inna interpretacja a skutek ten sam.