Instynkt rozumienia

Cudze słowa są już gotowe, dopracowane. Zamiast na nowo odkrywać Amerykę (dla siebie warto, dla innych niekoniecznie bo może już odkryli), warto wykorzystać już istniejące. Dopracowana forma i jednocześnie odesłanie po więcej. Aforyzm, cytat, to tylko fragment. Bez kontekstu doświadczenia i odwołania się do większej całości może być niezrozumiały. Jeśli nie ma własnego doświadczenia (u czytającego te słowa), to jest wskazanie adresu (książkowego).

"Drzemie w nas potężny (…) instynkt rozumienia. Chcielibyśmy wszystko do końca pojąć, wyjaśnić, udowodnić. Żeby nie było nic, co by nie pozostawało bez racji, i to racji usuwającej wszelki niepokój wątpienia, wszelkie znaki zapytania."

Michał Heller

"Ostateczne wyjaśnienia wszechświata", Universitas, Kraków, 2012.

To teraz czytam. Więc się dzielę.

Dlatego uniwersytety nigdy nie będą puste. Ani nie zabraknie ludzi poszukujących, ani nie zabraknie dyskusji, zmierzających do wyjaśnienia. Wyjaśnienia wszystkiego. Na przykład zrozumienia tego, co dzieje się w Rosji i z Rosją. Zrozumienia biomonitoringu (bo dzisiaj rozpoczynam takie wykłady dla doktorantów). I Wszystkiego innego, od najdrobniejszych rzeczy dnia codziennego bo zrozumienie wszystkiego w całości. 40 dni postu na pustyni dla zrozumienia.

Czy uniwersytet, ten mój jak i każdy inny, jest miejscem pustynnym, sprzyjającym takim rozmyślaniom? Czy jest gdzie i z kim poszukiwać ostatecznego wyjaśnienia?

O cywilizacji technicznej i utracie bliskości

"Heidegger mówił, że technika pokonuje każdą odległość, ale nie wytwarza żadnej bliskości. W dzisiejszej cywilizacji technicznej tracimy właśnie poczucie bliskości. Jej odbudowa to wielkie zadanie dla chrześcijan. Przecież medycyna to nie tylko diagnoza i leczenie, ale też relacja z pacjentem. Albo weźmy ubogich – skupiamy się na skuteczności systemu socjalnego, a zapominamy okazać im szacunek."

ks. Tomas Halik

Gazeta Wyborcza, 15-16 marca 2014.

Arcydzięgiel w życiu codziennym, czyli o przetworach

Koehler1887GardenAngelicaWcześniej było już o uniwersalności praw przyrody i powtarzalności eksperymentów czy obserwacji (zobacz wpis o arcydzięglu litworze i drugi) . Dzisiaj będzie także o arcydzięglu, ale w kontekście bioindykacji i biomonitoringu. By na przykładzie dowolnego szczegółu, konkretnego przypadku, rozważać o rzeczach ogólnych i uniwersalnych. I będzie o obiecanych nalewkach, likierach, likwora i litworze.

Recepta domowego producenta nalewek (czy jakakolwiek inny przepis gastronomiczny) przypomina receptę farmaceuty lub chemika. Dokładnie sprecyzowane proporcje składników i opisany sposób postępowania. Chemik przy takich warunkach otrzyma to samo (w granicach określonego błędu). A biolog? Jak ocenić granicę (skalę) błędu? Fizyk nie dyskutuje o zmienności atomów. To znaczy dyskutuje i wskazuje na różne zawartości izotopów. Jednak przy tych dodatkowych założeniach substancja ma stałe, niezmienne i uniwersalne cechy. Możliwe są powtórzenia eksperymentów niezależnie od laboratorium, obserwatora itd.

Biologia także poszukuje swoich elementarnych „atomów” – jednostek organizacyjnych życia. Są nimi na przykład gatunki. O skali trudności biologów świadczy fakt, iż najbardziej podstawowa jednostka, którą jest gatunek, nie jest taka oczywista, jak to piszą w podręcznikach. W zależności od potrzeb stosowanych jest kilka definicji (modeli) gatunku. Na co dzień posługujemy się typologiczną – gatunek stanowią osobniki tak samo (mniej więcej) wyglądające i mające te same własności (mniej więcej, w zakresie najważniejszych czynników). W badaniach ekologicznych i ewolucyjnych używa się biologicznej koncepcji gatunku (osobniki krzyżujące się i wydające płodne potomstwo).

W przypadku arcydzięgla intuicyjnie stosujemy definicję typologiczną. Bo przecież nie będziemy analizowali wymiany genów (to zrobią zawodowcy). Ale jeśli dokładniej przyglądać się różnym populacjom, to zawsze znajdziemy jakieś różnice. Jedni skłonni są wydzielać nowe gatunki (trudne do rozróżnienia, czasem bez badań genetycznych ani rusz), inni mówić tylko o ekotypach czy różnych populacjach. W przypadku arcydzięgla – jak zaznaczyłem to w poprzednich wpisach ( tu i tu ) – są wątpliwości czy arcydzięgiel litwor i arcydzięgiel przybrzeżny to dwa gatunki czy tylko podgatunki (rozdzielne przestrzennie, więc populacje izolowane). Dzięgiel leśny traktowany jest jako osobny gatunek. Ale i on ma zielarsko oraz nalewkowo-konsumpcyjnie podobne właściwości. Pojawia się więc pytanie o powtarzalne wyniki przy produkcji leków ziołowych i nalewek.

Czy potrafimy rozróżnić gatunki (w czasie zbioru)? Gdy są podobne – ale przecież nie muszą mieć identycznego składu a więc i właściwości (różny ilościowo skład niektórych związków biologicznie czynnych) – arcydzięgiel litwor i arcydzięgiel nadbrzeżny, czy są podgatunkami czy gatunkami to i tak skład mają bardzo zbliżony i podobne właściwości. Ale czy zawartość związków biologicznie czynnych jest taka sama w różnych częściach rośliny? Przecież wiemy, że nie. Zatem różnica czy kłącze, korzeń czy nasiona użyjemy jako surowiec. A ponadto jakie są różnice międzyosobnicze? Lub może sezonowe i siedliskowe. Ważne kiedy zbierane i gdzie.

Pewnym rozwiązaniem jest izolowanie konkretnych związków chemicznych (np. olejki eteryczne) i posługiwanie się takimi czystymi substancjami a nie cała rośliną. Zatem zbieramy to samo (po wyglądzie) ale czy to samo mamy w zakresie składu chemicznego i właściwości? To jest dylemat biologa i… zarazem biomonitoringu. Jak zatem tworzyć narzędzia do oceny stanu środowiska (biomonitoring, bioindykacja), jeśli nie mamy pewności co do powtarzalności „surowca”, „gatunku”?

Jeśli nie samemu zbierać to może kupić w sklepie? Czy pakowane zioła dają efekt powtarzalny? Czy zawsze otrzymamy to samo? W każdym razie warto zapytać o granice błędu – z jaką dokładnością to samo? W przypadku ziół i nalewek dopuszczalny błąd może być duży, stosunkowo duży. A jak jest z bioindykacją i biomonitoringiem? Czy uwzględniamy podobne granice błędu? Czyli jak opracować metodę żeby mimo niedokładności metody wyciągane wnioski były podobne? Z tych metodologicznych powodów swego czasu naukowcy opracowali wzorcowy kurz… i sprzedają do badań. Wiadomo, że zawsze ma te same właściwości. A w badaniach empiryczny to ważne.

Czy arcydzięgiel jako gatunek jest takim „wzorcowym” odniesieniem, i powtarzalnym? A co z dzięglem leśnym – podobny, ale mniej intensywne właściwości. Czyli przynajmniej niektórych składników jest mniej. Podobnie z miodami, niby wszystkie od pszczół, ale przecież zbierane z nieco innych kwiatów (w zależności od regionu, kontynenty czy warunków lokalnych). Bo przecież w błędzie mieści się nie tylko identyczność surowca ale i identyczność metod. Przecież jedni mogą robić z apteczną dokładnością, inni na oko. Czy spirytus będzie taki sam, czy inne składniki takie same i w takich samych proporcjach. Jeśli więc przyrządzamy napary lub nalewki z arcydzięglem to czy zawsze otrzymamy takie same produkty (w granicach określonego błędu i dozwolonej zmienności, normy)? A jeśli się różnią to co jest przyczyną: zmienność surowca czy nieco inne metody (dokładność)? Dla bioindykacji ważne jest więc poznanie zależności gatunek-środowisko (czy zawsze relacje są takie same, a więc z jednego możemy wnioskować o drugim) oraz czy zastosowane przez nas metody są poprawne i dobrze odzwierciedlają stan środowiska (przyrody).

No ale dość tych ogólnych rozważań, pora przejść do konkretów konsumpcyjnych.

Jeść na świeżo – to jest właśnie lokalne dziedzictwo. Korzystanie z surowców sezonowych i lokalnych. Ale lekarstwa potrzebne wtedy, gdy chorujemy, a nie gdy arcydzięgiel rośnie. Zatem pozostaje robić przetwory. Można albo zasuszyć (do nalewek), albo od razu zakonserwować (np. spirytusem lub wódką)

Zbiór i suszenie

Dla celów leczniczych wykopuje się korzenie arcydzięgla jesienią pierwszego roku (bo to roślina dwuletnia, więc trzeba rozpoznać czy to jej pierwszy rok wegetacji, czy drugi – najłatwiej gdy sami uprawiamy w ogródku) lub wiosną drugiego roku życia rośliny. Ścina się najpierw nadziemną część rośliny, a dopiero potem ostrożnie wykopuje się korzenie. Korzeń oczyszcza się z ziemi, odcina wszelkie części zielone i starannie myje. Po osuszeniu przecina się je wzdłuż na kilka mniejszych części należy go suszyć w podwyższonej temperaturze (nie wyższej niż 35°C.), np. w domowych i amatorskich warunkach na stygnącej płycie kuchennej (kto jeszcze ma takie węglowe kuchnie?) lub kaloryferze. Najlepiej suszyć w cieniu i w przewiewnym pomieszczeniu. Liście, łodygi i ogonki liści na wino lub do kandyzowania zbiera się w drugim roku życia rośliny. Jeszcze inaczej zbieramy nasiona tej dwuletniej rośliny – dopiero pod koniec wegetacji, gdy już są. Nasiona są używane do destylacji olejku lub na napary. Olejek ekstrahowany jest w warunkach przemysłowych. W domu poradziłby sobie tylko wykształcony chemik.

Działanie (pisałem w poprzednim wpisie). Dawkowanie: doustnie stosuje się dobowo 4,5 g surowca lub 1,5-3 g wyciągu płynnego lub 1,5 g nalewki. Zewnętrznie 10-20 kropli olejku arcydzięglowego.

Zioła – czyli wykorzystywanie surowca suszonego

Napar czyli tak w uproszczeniu herbatka ziołowa: jedną łyżkę rozdrobnionych korzeni zalać 1 szklanką wrzątku i parzyć pod przykryciem 20 min. Pić po pół szklanki 2-3 razy dziennie przed posiłkiem na pobudzenie apetytu a po posiłku – dla lepszego trawienia i jako środek wiatropędny. Warto o tym wiedzieć, gdyż zamierzamy spędzić czas w towarzystwie. No i pamiętać o własnościach fotouczulających. Zioła najczęściej używamy w mieszankach. Mieszanka – zioła żołądkowe: zmieszać 20 g rozdrobnionego korzenia arcydzięgla, 20 g ziela drapacza lekarskiego, 20 g liści mięty pieprzowej, 20 g liści melisy, 10 g rozdrobnionego korzenia omanu, 10 g ziela glistnika, 10 g ziela szanty. Po wymieszaniu pół łyżki stołowej mieszanki zalać 2,5 szklanki wrzącej wody, przykryć i odstawić do naparzenia. Można do tego celu użyć termosu. Pić po 2/3 szklanki naparu, 2 – 3 razy dziennie przed posiłkiem – działa jako środek pobudzający trawienie, przeciwskurczowo, ogólnie wzmacniająco i przeciwzapalnie.

Arcydzięgiel i wino

Przed epoką destylatów alkoholowych wykorzystywano wino. Do jednego litra białego wina gronowego (wina owocowe nie są winem sensu stricte, ale dlaczego nie poeksperymentować?), dodać 50 g rozdrobnionego korzenia lub 80 g świeżych łodyg i ogonków liściowych, 5 g cynamonu i 15 g liści melisy. Macerować przez dwa tygodnie. Czyli po prostu zostawić w naczyniu a wszystko „zrobi się” samo. Potem przecedzić i wlać do karafki lub ozdobnej butelki. Pić po kieliszku po głównych posiłkach. Czyli dla zdrowotności a nie wesołości duszy.

Drugi przepis. Korzeń arcydzięgla 50 g, korzeń arniki 20 g, białe wino gronowe 1 litr. Różni się od poprzedniego dodatkowymi składnikami, arcydzięgiel pozostaje bez zmian. Wszystkie składniki zalać winem i macerować przez tydzień, zagotować i przecedzić. Zatem szybszy czas przygotowania ale przyspieszenie reakcji wypłukiwania związków chemicznych uzyskujemy przez wyższą temperaturę. Pić po kieliszku przed jedzeniem przy chronicznych zaparciach.

Piwo z arcydzięglem

A co w krajach północnych, gdzie wina się nie produkuje? Od czego jest piwo. Korzeń arcydzięgla z innymi surowcami ziołowymi w krajach anglosaskich i nordyckich używany jest do aromatyzowania piwa. Olsztyński browar Kormoran odtwarza różne przepisy, m.in. z lawendą (piwo Kopernika). Może ktoś odważy się i na zastosowanie arcydzięgla?

Nalewki i likwory

Alkohol etylowy w większym stężeniu jest dobrym rozpuszczalnikiem (abstrahuje z surowca roślinnego różne substancje) oraz jest jednocześnie dobrym konserwantem. Nic dziwnego, że od dawna wykorzystywany jest do różnych eliksirów leczniczych, zdrowotnych i likierów do delektacji. Nalewkę arcydzięgla zmieszać pół na pół z nalewką waleriany: pić po 30 kropli w kieliszku wody 3 razy dziennie przy dychawicy oskrzelowej (astmie).

Jak zrobić nalewkę z arcydzięgla? 50 g suchych (lub 100 g świeżych) korzeni, liści lub łodyg arcydzięgla zalewamy pół litrem spirytusu (70%). Zostawiamy na tydzień w ciemnym słoju lub butelce (szczelnie zamknięte, bo spirytus szybko paruje), codziennie wstrząsając (ułatwia i przyspiesza ekstrakcję). Potem przecedzić i po trzech dniach nadaje się do spożycia. Tak po 10-20 kropli na pół godziny przed posiłkiem (w przypadku braku apetytu). A po posiłku powtarzamy tę samą dawkę. Tym razem w celu dobrego trawienia.

Inna wersja nalewki: 100g korzenia i 100 ml spirytusu (70%). Po 14 dniach nalewka nadaje się do użycia w dawkach 20-30 kropli 2-4 razy dziennie. Zalecana przy zaburzeniach trawienia.

Wyciąg arcydzięglowy na reumatyzm: 125 g ziela arcydzięgla, 250 mln spirytusu. Przez tydzień macerować w ciemnym szkle, często wstrząsając butelką. Gotowym wyciągiem smarować miejsca dotknięte reumatyznem. A więc do użytku zewnętrznego.

Natomiast alkoholowe wyciągi z korzeni i owoców arcydzięgla w połączeniu z innymi surowcami roślinnymi, używane są do wyrobu aromatycznych wódek oraz likierów ziołowych np. sławnej benedyktynki.

W handlu można kupić spirytus arcydzięglowy (spiritus Angelicae), który można stosować do wcierania – łagodzi bóle przy zapaleniu korzonków nerwowych, bólach gośćcowych, nerwobólach. Natomiast olejek arcydzięglowy ma zastosowanie nie tylko w medycynie ale jest także w przemyśle mydlarskim, kosmetycznym i chemii gospodarczej.

Jak pozyskać surowiec do wyczynów leczniczo-kulinarnych? Skorzystać z dzięgla leśnego (u nas rośnie i nie jest chronionym gatunkiem), kupić w sklepie lub uprawiać arcydzięgiel litwor w ogródku. Poza własnościami kulinarno-użytkowymi ładnie wygląda, więc może być ozdobą. Arcydzięgiel litwor rozmnaża się z nasion, wysiewanych na rozsadniku lub wprost do gruntu. Na rozsadnik wysiewa się nasiona pod koniec lipca lub na początku sierpnia. Wprost do gruntu nasiona wysiewa się w sierpniu. Roślinę uprawia się na glebie średnio żyznej, przepuszczalnej. Po przekwitnięciu i dojrzeniu nasion roślinę wycina się przy samej ziemi, gdyż staje się nieładna. Chyba, że ktoś lubi suche badyle, majestatycznie stojące. Zimą na pewno cudne wygląda, gdy przysypany śniegiem. To piękno dla cierpliwych… no i dla ptaków.

I jeszcze jedno – niektórzy nie odróżniają arcydzięgla od barszczu Sosnowskiego. Oba gatunki są duże i okazałe. Radze jednak wcześniej zapoznać się w internecie lub atlasie roślin z tymi gatunkami. Pomyłka może być przykrym doświadczeniem już na etapie zbioru. Wiedza decyduje często o przeżyciu, a na pewno o jakości życia.

Czy wyksztalcenie to strata czasu?

W wielu miejscach spotkać się można z opiniami, że studia i kształcenie to ukrywanie bezrobocia i braku wartościowego miejsca w społeczeństwie, że to tylko przechowalnia niepotrzebnych. Uczą się, a więc są jakieś pozory, że to ma sens, że dla rynku pracy, dla siebie, dla społeczeństwa. Ale z dyplomem stają się bezrobotni, a więc zbędni społecznie. Z dyplomami magistrów i doktorów, w sklepie, w przedstawicielstwie handlowym, w szkole, poniżej uzyskanych kwalifikacji. To frustruje, nawet jeśli dotyczy tylko małej (średniej? dużej?) części populacji młodych ludzi.

Doktoranci są potrzebni… do awansu pracowników, jako „mięso armatnie” (takie można odnieść często wrażenie). Traktowani bywają na uczelniach instrumentalnie a nie podmiotowo.

Kształcenie doktorów – w nie tak rzadkich opiniach – jest nietrafione społecznie i gospodarczo. Są bo są. Po co im ta wiedza i te uniwersytety? Na kasie można siedzieć bez dyplomów…

Coś jest nie tak ze społeczeństwem i gospodarką. Coraz więcej jest ludzi społecznie zbędnych. Potrzebni są jako konsumenci do napędzania produkcji i do niczego więcej. Z jednej strony, skoro mamy tak duży postęp technologiczny, to możemy mniej pracować, aby zaspokoić swoje potrzeby materialne. I tak jest. Wszystko zajmuje mniej czasu, stać nas na więcej. Ale mimo to, pracujemy więcej.

Według przeszłości jesteśmy bogaczami, pływającymi w luksusie. A jednak jesteśmy nieszczęśliwi. Bo wynalazki uwalniają nas od pracy…. Ale tylko średnio statystycznie. Bo jedni i tak pracują dużo więcej (i są sfrustrowani, jak koń w kieracie), a inni są bezrobotni i z tego samego powodu też są nieszczęśliwi, poprzez swoje wykluczenie. Postęp, który nie daje szczęścia…. Po co taki postęp? A może tylko nie umiemy z niego poprawnie skorzystać?

Ewidentnie błąd tkwi w strukturze społecznej a nie w postępie. Próbujemy się ratować rosnącą konsumpcją… aby zatrudniać więcej osób. Tyle tylko, że w ten sposób dajemy sens życia kosztem niszczenia planety i w wyniku bezsensownej konsumpcji. A zresztą, co to za sens ulokowany w nadmiernej konsumpcji rzeczy jednorazowego użytku? Tak do tego stylu przywykamy, że i związki międzyludzkie zaczynają być „jednorazowe”.

Studia, które gaszą entuzjazm, powodują wypalenie studentów. Taki czasem widzę efekt. Dawniej chyba tak nie było… albo idealizujemy przeszłość. Na „piątym” roku (np. biotechnologii) im się niewiele chce, są zrezygnowani, chcą dotrwać i nie widzą perspektyw. Za to na licencjacie (trzeci rok, ta sama uczelnia, ten sam kierunek) są pełni energii, kreatywności, działają. Dlaczego tak się dzieje? Czy to studia czy niepewność pracy zawodowej jest przyczyną tego oklapnięcia? Nie chce się im i nie potrafią współpracować (ci pod koniec studiów). I widzę, że się nie uda współpraca (praca zespołowa).

To swoista ewaluacja pięciu lat studiowania. Brak asertywności i zaangażowania, są posłuszni jak niewolnicy (z wewnętrzną niechęcią), kiwają głowami, że tak, ale nie zrobią.

Jak naprawić społeczeństwo? Potrzebni filozofowie, ale czy takich kształcimy na studiach filozoficznych? Czy dziennikarze pracujący w zawodzie są po studiach dziennikarskich?

Po co jest wykształcenie wyższe. Czy jest potrzebne? A jeśli tak to jakie powinno być?

O powtarzalności wyników czyli Arcydzięgiel litwor – co z niego zrobić można?

litwor3W naukach przyrodniczych ważna jest powtarzalność eksperymentów czy obserwacji. Tak powstają prawa i zasady. Prawa przyrody są uniwersalne, działają wszędzie tak samo, niezależnie od miejsca i czasu. Przyroda powinna być więc przewidywalna.

Ale czy zawsze mamy takie same warunki? Czy zawsze bierzemy te same składniki i przeprowadzamy eksperyment przy takich samych warunkach? Czy zioła zawsze tak samo działają? A jeżeli nie, to dlaczego?

Dlaczego na przykład takie grzyby olszówki (krowiak podwinięty Paxillus involutus) przez lata jedzone nigdy nie zaszkodziły, a w innym miejscu i czasie trują? Czy inny gatunek (choć morfologicznie nierozróżnialny) czy inne warunki, w których szkodliwe związki się wytworzyły? Bo przecież prawa przyrody powinny być uniwersalne.

Tak jak pisałem wcześniej, spotkałem arcydzięgla na Żuławach. Ale mam wątpliwości, który to gatunek: arcydzięgiel litwor (Angelica archangelica L. synonim Archangelica officinalis), arcygdzięgiel nadbrzeżny (Archangelica litoralis, A. archangelica subsp. litoralis), czy dzięgiel leśny (Angelica silvestris). Dwa pierwsze często traktowane jako podgatunki, czyli ten sam gatunek. Rozważania o gatunku to zastanawianie się nad warunkami powtarzalności. Jeśli arcydzięgiel ma właściwości lecznicze to czy dzięgiel leśny także? A jeśli nie potrafimy rozróżnić gatunków to czy w doświadczeniach i eksperymentach, na przykład ziołoleczniczych, zachowujemy takie same warunki i czy możemy wyciągać wnioski ogólne?. Dlaczego jednemu się udaje innemu nie? Bo może nie to samo. Nawet w fabrycznych ziołach często w środku nie jest to, co na etykiecie (może umyślne oszustwo a może niezamierzona pomyłka), więc jak ma pomóc zgodnie z zaleceniami?

Różne gatunki czy podgatunki? A jak się ze sobą krzyżują (hybrydyzują), to czy ma to wpływ na właściwości? Czy zawartość związków chemicznych jest zawsze taka sama? Czy zależy od gatunku, miejsca (siedliska), warunków lokalnych czy także od pory zbioru? Ważne, jeśli chcemy powtarzalności wyników.

Który to arcydzięgiel na zdjęciu? Najbardziej skłaniam się do opcji, że to raczej podgatunek nadmorski.

Według niektórych książek, arcydzięgiel litwor i arcydzięgiel nadbrzeżny mają takie same właściwości. Nie ma więc znaczenia czy uznamy za osobne gatunki, czy jako podgatunki tego samego gatunku czy w ogóle nie będziemy pewni nazwy gatunkowej. Ma takie same właściwości, więc różnice taksonomiczne nie mają znaczenia. Jak i to, że ten sam gatunek może mieć różne nazwy (synonimy) łacińskie. Mimo, że inne nazwy, to jest to samo. I działa tak samo.  Ale już przy charakterystyce dzięgla leśnego (Angelica silvestris) autorzy opracowań botanicznych i zielarskich zaznaczają czasem, że skład chemiczny i działanie farmakologiczne zbliżone ma  do arcydzięgla litwora lecz mniej intensywne. Najwyraźniej podobny skład chemiczny ale jednak różnice ilościowe w przypadku niektórych związków biologicznie czynnych.

Z owoców dzięgla leśnego wyrabia się proszek przeciw owadom. Młode pędy także są wykorzystywane jako warzywo, a korzenie do wyrobu nalewek. Tak więc kupując surowiec zielarski, lub sami zbierając, możemy się pomylić co do gatunku, natomiast działanie będzie podobne. Błąd wydaje się nie być istotnym. Obecnie jest istotny jeszcze skutek prawny– arcydzięgiel litwor jest gatunkiem chroniony więc go zrywać, niszczyć ani pozyskiwać ze stanowisk naturalnych nie wolno. Co innego z dzięglem leśnym. Ten nie jest chroniony.

Nie mamy także pewności jak to było w przeszłości, to znaczy z którymi konkretnie gatunkami nasi antenaci mieli do czynienie. Dzięgiel leśny był użytkowany na naszych ziemiach już w czasach przedhistorycznych (znane są stanowiska z Biskupina) oraz w czasach średniowiecznych (ślady odnalezione w Gnieźnie). W szwajcarskich w osadach, wzniesionych na palach w jeziorze (palafit – budynek lub osada wzniesiona na platformach opartych na palach, wbitych w dno), użytkowano tę roślinę już w neolicie. Podobne osady na palach liczne były i w naszym regionie, nad mazurskimi jeziorami. Czy i u nas wykorzystywano dzięgla leśnego w celach konsumpcyjnych i leczniczych? Przecież to roślina u nas występująca i zasiedlające żyzne łąki wilgotne i tereny nadwodne, wilgotne zarośla i lasy (szczególnie olsy).

Jak można wykorzystywać arcydzięgla litwora czy dzięgla leśnego? Na dalekiej północy, Samowie, przez nas Lapończykami zwani, wytwarzali z łodyg tej rośliny prosty klarnet o nazwie fadno. Stare opisy przedstawiają fadno jako prosty klarnet o tęsknych tonach, sprawny muzycznie jedynie przez czas, gdy łodyga jest żywa. Ulotna muzyka, ulotny instrument.

Arcydzięgiel litwor to roślina dwuletnia, największa z naszych roślin baldaszkowatych (jeśli nie liczyć barszczu Sosnowskiego), przeciętnie dorasta do 1,5 m wysokości, czasem nawet 2-3 metrów. Podgatunek arcydzięgiel nadbrzeżny osiąga do 3 m wysokości. Łodyga jest gruba, naga, bruzdowana, nieowłosiona, rozgałęziona, pusta w środku i w międzywęźlach. Kłącze jest krótkie, grubości ok. 5 cm, pofałdowane i brunatne. Wyrastają z niego cienkie, podłużnie bruzdowane korzenie. Kłącze i korzenie wewnątrz są białe, gąbczaste. Poza wyglądem charakteryzuje tę roślinę silny, charakterystyczny zapach.

litwor4W pierwszym roku arcydzięgiel wytwarza rozetę dużych pierzastych liści. Poszczególne listki są jajowate, brzegiem ząbkowane, od spodu sinozielone, 3-4-krotnie pierzaste, pochwy liściowe są rozdęte. W drugim roku wegetacji, już w maju, rozwijają się duże baldachy złożone z żółtozielonymi kwiatami. Kwiat z pięcioma płatkami, pięcioma pręcikami i jednym słupkiem. Kwitnie od maja (lub czerwca, w zależności od regionu) do lipca. Owoc w postaci rozłupki. Rośnie w miejscach wilgotnych i na żyznej glebie. Podgatunek typowy (arcydzięgiel litwor) rośnie na wilgotnych łąkach na terenach górzystych (w Polsce Sudety i Tatry), także w zaroślach, nad brzegami potoków. Podgatunek nadbrzeżny (arcydzięgiel nadbrzeżny) rośnie w zbiorowiskach ziołorośli nadrzecznych nad wodami.

Podgatunek typowy (czyli arcydzięgiel litwor) jest uprawiany, więc można spotkać poza górami. Arcydzięgiel litwor objęty jest ścisłą ochroną gatunkową od 1983. Zbyt liczne użytkowanie i pozyskiwanie z natury w celach zielarskich przyczyniło się do wzrostu zagrożenia wyginięciem. Ochrona prawna w intencji ma zapobiec wyniszczeniu gatunku. Z zasobów przyrody trzeba umieć korzystać. By używać a nie zużywać. Rozwiązaniem jest upowszechnienie ogródkowej uprawy tej rośliny. Nie zagrozimy dziko rosnącym populacjom a jednocześnie będziemy korzystali z dobrodziejstw w celach gastronomicznych, smakowych i leczniczych.

Arcydzięgiel to już trochę zapomniana przyprawa kuchenna (korzeń i nasiona) oraz roślina lecznicza (korzeń, łodyga, liście, nasiona). Młode pędy i ogonki liściowe zjadane są jako jarzyna. W postaci kandyzowanej wykorzystywane są do dekoracji ciast (np. tortów) oraz do produkcji nalewek. Jest także rośliną ozdobną, uprawiana w ogródkach przydomowych.

Surowiec do produkcji nalewek to korzenie (radix Archangelicae) jak i nasiona (semen Angelicae) lub też sam olejek arcydzięglowy (Archangelicae oleum). W powyższych nazwach zastosowano różne ale synonimiczne nazwy gatunkowe arcydzięgla. Pozornie wiec są to różne zioła. Łacina w nazewnictwie surowca zielarskiego jest pozostałością po dawnych czasach, gdy był to język międzynarodowy i urzędowy. Teraz częściej używamy języka angielskiego. O ile stare nauki, takie jak botanika, zoologia czy medycyna tkwią jeszcze mocno w słownictwie łacińskim o tyle nowe nauki, takie jak biotechnologii, informatyka tkwią w słownictwie angielskim. Język w jakimś stopniu oddaje czas powstania i rozwoju danej nauki.

W korzeniu arcydzięgla zawarte jest do 1-1,5% olejku eterycznego. Korzenie mają przyjemny, charakterystyczny zapach (kto do tej pory nie wąchał, to nic mu to nie powie, bo nie wie jaki to zapach) oraz korzenny smak, początkowo słodkawy, później odczuwa się nieco palącą gorycz. Owoce mają podobne właściwości smakowo-zapachowe, ale w słabszym natężeniu.

Arcydzięgiel wykorzystywane jest do likieru anżelikowego, benedyktynki i likierów korzenno-ziołowych (np. likier unicum czyli likier węgierski, balsam lipski).

Arcydzięgiel zawiera olejki eteryczne (felandren, terpeny, pinen), związki kumarynowe i furanokumarynowe, kwasy organiczne (angelikowy, bursztynowy, malonowy, szczawiowy i cytrynowy), flawonoidy, gorycze, garbniki, żywice, pektyny, taninę, cukry oraz witaminę C i B. Łącznie ponad 100 związków chemicznych, mających właściwości lecznicze.

W średniowiecznych klasztorach arcydzięgiel był uprawiany i wykorzystywany pod nazwą ziela Świętego Ducha. Mnisi żuli kłącza i ziele arcydzięgla, wierząc że jest dobrym środkiem na długowieczność. W tamtych czasach pełnił rolę gumy do żucia oraz skutecznie likwidował zapalenia jamy ustnej i dziąseł. Trzeba było jedynie pamiętać, że arcydzięgiel działa fotouczulająco (podobnie jak dziurawiec) i po spożyciu nie należy wychodzić na otwarte słońce. Trzeba kryć się w cieniu.

Zakonnicy nie tylko zjadali arcydzięgla ale i wytwarzali równe mikstury. Dodawali do wody melisowej karmelickiej, leczącej zaburzenia trawienne i skołatane nerwy. Był tez składnikiem balsamu komandorskiego, działającego dobroczynnie na rany i owrzodzenia. Był też w końcu arcydzięgiel składnikiem średniowiecznego leku, zwanego teriakiem. Był też uniwersalną odtrutką i lekiem przeciw zarazie. Tych ostatnich w dawnych czasach nie brakowało. Skoro chronił przed zarazą to nic dziwnego, że uważano za przyczyniającego się do długowieczności.

Świeżą roślinę nie zawsze można było mieć na każde zawołanie. Więc pojawiły się kandyzowane łodygi i kłącza, a później przenajróżniejsze nalewki alkoholowe czyli eliksiry. Do najbardziej znanych należy benedyktynka. Pamiętajmy jednak, że alkohol był rozpuszczalnikiem oraz środkiem konserwującym a nie głównym składnikiem.

Arcydzięgiel litwor działa uspokajająco podobnie jak waleriana. Pobudza wydzielanie soków, przez co ułatwia i przyspiesza trawienie, reguluje fermentację i usuwa nagromadzone gazy. To wszystko przez oddziaływanie na mikroflorę jelitowa (czyli bakterie i grzyby tam żyjące, w naszym wewnętrznym małym ekosystemie. Litwor wykazuje właściwości bakteriostatyczne (hamuje rozmnażanie bakterii). Przy dolegliwościach reumatycznych i stanach zapalnych korzonków nerwowych stosuje się spirytus arcydzięglowy do wcierania.

Arcydzięgiel pod podstacją korzenia, łodygi czy ziela – ze względu na zwarte tam substancje – pobudza czynności wydzielnicze, działa rozkurczowo, wiatropędnie, antyseptycznie. Zwiększa wydzielanie soków trawiennych (w tym enzymów trawiennych), śliny a także moczu i potu.

Główne właściwości lecznicze arcydzięgla to regulacja pracy przewodu pokarmowego. Olejek eteryczny działa rozgrzewająco (przez drażnienie i przekrwienie skóry) i nieznacznie przeciwbólowo. Jest wykorzystywany do nacierania przy nerwobólach i bólach reumatycznych. Korzeń arcydzięgla stosuje się w stanach skurczowych przewodu pokarmowego, dolegliwościach trawiennych, braku apetytu i wzdęciach oraz jako łagodny środek uspakajający.

Olejek arcydzięglowy ma właściwości bakteriobójcze, niszczy także wiele grzybów, czym przyspiesza gojenie się ran, oparzeń i owrzodzeń. Może być także stosowany w leczeniu bólów korzonkowych, stawowych, mięśniobólów i nerwobólów. Właściwości uczulające na działanie promieniowania nadfioletowego mogą być wykorzystane w leczeniu łuszczycy i bielactwa.

W średniowieczu stosowano także zewnętrznie: „korzeń na szyję zawieszony zmartwienie odpędza i serce czyni wesołym”.

Drugi raz zabrałem się do opisywania tej rośliny, ale nie udało się wszystkiego opowiedzieć. Na trzecią część pozostawię sobie nalewki, napary i inne zastosowania ingrediencje. Czyli to co zmartwienie odpędza i duszę czyni wesołą… ale przez stosowanie doustne i wewnętrzne.

O pochodzeniu litwora i likwora oraz o arcyciekawym dzięglu z alchemikami i mnichami związanym

litwo1W czasie ONZ-etowskiej dekady bioróżnorodności i Roku Oskara Kolberga wypada wypowiedzieć się biologicznie i etnograficznie zarazem. I taka właśnie będzie niniejsza opowieść, łącząca dziedzictwo kulturowe z dziedzictwem przyrodniczym a nawet dziedzictwem niematerialnym.
W czasie ubiegłorocznej wyprawy badawczej w Delcie Wisły (Żuławami pospolicie zwanej) spotkałem przyjemnie pachnącą i niezwykle okazale wyglądającą, dużą roślinę. Sfotografowałem a teraz spróbowałem dociec, co to było. Okazała się rośliną niezwykłą i o bogatej historii, przede wszystkim etnograficznej. Był to dzięgiel, a w zasadzie chyba arcydzięgiel (arcydzięgiel litwor).

Angelica archangelica opisana została przez Linneusza w 1753 roku. Ale wcześniej ta roślina już była znana i używana przez ludzi w wielu miejscach. Dlaczego Linneusz nazwał tak anielsko? Nawet arcyanielsko? To się wyjaśni w dalszej części. Obecnie częściej używana jest nazwa Archangelica officinalis (synonim, czyli oznacza ten sam gatunek biologiczny). Gatunek znany jest także pod inną synonimiczną nazwa, dawniej używaną: Angelica sativa Mill,. wskazującą na roślinę uprawianą. Tajemniczy skrót „Mill.” to nazwisko naukowca, który opisał pod taką nazwą, w pełnej nazwie naukowe podawany jest także rok.

Polskie nazwy są równie ciekawe: dzięgiel (czasem rezerwowane dla dzięgiela leśnego), dzięgil, dzięgielek, Dzyagyl, dzyengyl , cyngiel (ale te nazwy to tylko warianty być może nieudolnego zapisywania nas przez przyrodników-etnografów, podróżujących po różnych zakątkach naszego kraju i spisujących dawniej nazwy roślin), dzięgiel wielki, dzięgielnica, dzięgiel lekarski, arcydzięgiel, angelika, litwor, lubszcza, anielskie ziele, archangielski korzeń, anielski korzeń. Część z nich to wykorzystanie nazw łacińskich, inne są tajemnicze i kuszą, aby poszukać ich pierwotnego znaczenia. Po chorwacku zwana jest trawą świętego ducha, po czesku korzeniem świętego ducha. Związek z duchowością ma na pewno. Ale jaki?

litwor2Arcydzięgiel litwor, bo o nim mowa, należy do rodziny baldaszkowatych (Umbelliferae) lub jako kto teraz woli – rodziny selerowatych (Apiaceae). Występuje w stanie dzikim w górzystych i wilgotnych terenach Europy i na Syberii. W Polsce podgatunek typowy rośnie w Sudetach i Karpatach (na niżu – jak podają niektóre książki – prawdopodobnie jest zdziczały, czyli taki, który „uciekł z upraw” a pierwotnie tam nie występował). Wspomina się, że inny  podgatunek nadbrzeżny występuje w pasie wybrzeża bałtyckiego i w dolinach rzek. Podgatunek czy inny gatunek? Arcydzięgiel litwor często jest mylony z popularnym w całym kraju arcydzięglem leśnym (dzięglem leśnym).

Arcydzięgiel litwor to roślina dwuletnia, na dodatek uprawiana w wielu krajach. Dla ludów dalekiej północy – Lapończyków , mieszkańców Grenlandii i Islandii – arcydzięgiel litwor był w zasadzie jedyną rośliną, którą można było uprawiać w tamtym klimacie. Lapończycy gotowali świeże baldachy (kwiatostany) arcydzięgla w mleku reniferów, aż potrawa uzyskała konsystencję sera. W takiej postaci ją spożywano. Nie wiem jak to smakuje. U nas od dawna łodyga arcydzięgla była używana do zaprawiania wódek i likierów oraz kandyzowana do dekoracji ciast i tortów.
Nie ma reniferów wiec i nie można było przyrządzać wzorem ludów północy.

W Polsce spotkać można inne, podobne gatunki (lub podgatunki?): dzięgiel leśny (Angelica silvestris), rosnący w zaroślach i na podmokłych łąkach na terenie całej Polski oraz arcygdzięgiel nadbrzeżny (Archangelica litoralis), rosnący w wilgotnych lasach, podmokłych łąkach i nad brzegami wód, nad Bałtykiem na Pomorzu, rzadziej w głębi kraju. Mogłem więc na Żuławach spotkać wszystkie trzy te gatunki. Ale znacznie ważniejsze jest pytanie czy niżej opisane informacje o właściwościach arcydzięgla dotyczą trzech opisywanych gatunków? I czy nasi przodkowie je rozróżniali, czy traktowali jako jeden?

litwor3

Z jakim dzięglem (a może dzięgielem?) się spotkałem na Żuławach? Z samego zdjęcia się chyba nie da rozstrzygnąć. Trzeba było zebrać roślinę do zielnika, aby teraz przyjrzeć się cechom systematycznym. Być może wprawne oko rozpozna na zdjęciu cechy istotne i poprawnie rozpozna spotkany przeze mnie gatunek arcydzięgla.

Arcydzięgiel był i jest wykorzystywany nie tylko kulinarnie ale i leczniczo. Surowcem zielarskim są korzenie, łodyga i liście. Działa dobrze na żołądek (na trawienie), rozkurczowo, uspokajająco, moczopędnie, przeciwbólowo, przeciwbakteryjnie. Ale działa także fotouczulająco (odpowiedzialna jest za to furokumaryna) – zatem po spożyciu nie należy wystawiać skóry na bezpośrednie działanie słońca, bo mogą pojawić się stany zapalne. Na północy to nie trudno. Wyizolowano z arcydzięgla ponad 100 różnych związków chemicznych, wykorzystywanych medycznie. Są to olejki eteryczne, związki kumarynowe i furanokumarynowe, garbniki, kwasy organiczne, flawonoidy i sole mineralne. Niektórzy wskazują, że arcydzięgiel zawiera czynnik pobudzający wytwarzanie interferonu (sprzyja obronie organizmu przed wirusami).

Dzięgiel to pewnie dawna nazwa ludowa i słowiańska. Arcydzięgel, zapewne jest nazwą późniejszą, wtórną i powstała od nazwy łacińskiej, odnoszącej się do archanioła (nie wspominając o angelice). A litwor? Cóż litwor znaczy?

litwor4W dawnych słownikach można znaleźć informacje, że litwor to określenie ludowe, konkretnie nawet góralskie (w górach ten arcy dzięgiel rośnie dość pospolicie). Rozmieszczenie borealno-górskie (na północy i w górach) jest typowe dla wielu roślin i zwierząt a wynika ze zmian zasięgu stref klimatycznych w epokach lodowych. I w górach i na północy podobnie zimno. Ale wróćmy do nazwy „litwor”. Możliwe, że słowo to powstało jako zniekształcone „likwor”. Słowa bardzo podobne. I obecnie w wielu miejscach znaleźć można zapis nazwy rośliny jako arcydzięgiel litwor. Ale czy zadowolimy się takim wyjaśnieniem słowa?

W takim razie sprawdźmy co znaczy słowo „likwor”. Od razu kojarzy się z likierem. I słusznie. Likwor to przestarzałe (rzadko już używane) określenie na napój, zazwyczaj alkoholowy, napój babci (bo co dawne i przestarzałe to musi być babci lub dziadka). Wcześniej pojęcie to jeszcze oznaczało wódkę lub nalewkę, likier, wyrabiany dawniej, aromatyczny i słodki napój alkoholowy.

Arcydziędiel wykorzystywany był dawniej do wyrobów nalewek i napojów alkoholowych. Zapewne ze względu na jego aromatyczne właściwości. Natomiast kandyzowane (gotowane w cukrze) łodygi używane były do ciast i wódek. Mamy więc zbieżność daleko idącą, aby uznać, że litwor wziął się od likworu.

Skoro już to jako tako ustaliliśmy (rozwikłaliśmy), to teraz poszukajmy źródeł samego likwotu. Wszystko zaczęło się od Arabów, którzy przejęli wiedzę po starożytnych Grekach i Rzymianach. Mowa o destylacji wina. We wczesnym średniowieczu, przy przejmowaniu wiedzy od Maurów i Europejczycy posiedli tajemnice destylacji alkoholu. Zajmowali się tym alchemicy, poszukując kamienia filozoficznego i wody życia. Potem w klasztorach produkowano różne eliksiry i nalewki na z wykorzystaniem arcydzięgla. Nie dziwią więc nazwy odnoszące się do aniołów, archanioła Gabriela czy Świętego Ducha.

Likwory produkowali mnisi (i ewentualnie alchemicy). Niektóre likwory były przeciw czarom pewną obroną – niczym archanioł. Już sama nazwa Archangelica skłaniała by dodać tego zioła (roślinę) do likworów zabezpieczających przed złymi czarami. Likwor archangelika, likwor dzięgiel, arcydzięgiel likwor. A skoro jest harak (zamiast arak), to czemu prosty lud nie miałby mówić litwor? Łaciny przecież nie znał, choć ją często słyszał w kościele i na pańskim dworze.

We wczesnośredniowiecznych klasztorach mnisi oraz alchemicy z destylowanego alkoholu sporządzali eliksiry lecznicze. Bo palone wino (destylacja to proces podgrzewania w ogniu wina, a więc palenia, stąd gorzałka czy goriełka od dawnego gore, gorzeć – palić, przepalanka. Okowita już od witalnych właściwości tego drogiego, tajemniczego płynu.

A zatem najpierw były eliksiry (z nazwy arabskie). Potem pojawiły się już bardziej łacińskie w słowie likwory (liquori – płyny), będące swoistymi nalewkami. Bo do wydestylowanego alkoholu (destylowane wino, trudno go wtedy było nazwać spirytusem – duchem wina), dodawano olejki aromatyczne lub słodkie wino. A że dodawano olejek różany to nazywano je rosoglio (rosolisy) najdroższe i wykwintne trunki tamtych czasów.

Później dodawano coraz to najróżniejszych ziół i tak powstawały likiery ziołowe – eliksiry życia (zdrowia). Jednym ze starszych i bardziej znanych są benedyktynki. Zapewne i naszego arcydzięgla dodawano to likworów. Nazwa więc mogła przejść i na roślinę – dzięgiel, arcy dzięgiel, co do litworów jest dodawany. Arcydziegiel likwor. I być może nie mają racji ci, którzy teraz w internecie namiętnie udowadniają, że powinno się pisać arcydzięgiel litwor a nie arcydzięgiel likwor. Litwor to chyba góralskie i ludowe określenie. Równie piękne i na dodatek najemnicze. Skłania do poszukiwań
W winie była prawda. Wino starożytni traktowali jako napój życia i dodający zdrowia.

W winie poszukiwano istoty życia i tajemnych mocy. Bo przecież po wypiciu coś dziwnego ciało się z człowiekiem.
O możliwościach destylacji wina i tajemniczym składniku winnym, który ma właściwości palenia się (przecież samo wino się nie pali!), wspomina już Arystoteles. Później Rzymianie wykorzystywali destylację do otrzymywania wonnych olejków z pachnących kwiatów. Pierwszy piśmienny dowód na przypadkową destylację wina odnotował mag z Teheranu – Abu Bakr Muhammad ibn Zakarijja ar-Razi, znany również jako Rhazes, a żyjący w IX wieku naszej ery. Wtedy zwano go magiem, dzisiaj nazwalibyśmy lekarzem. Rhazes był autorem licznych dzieł medycznych, później przetłumaczonych na łacinę, i ta drogą jego wiedza dotarła do Eurpejczyków. Ów Rhazes opisał on sto lat wcześniej żyjącego Geber Sufi, który tę przypadkowa destylację przeprowadził. Tak pojawiło się słowo alkohol, od arabskiego al koh’l – pierwotnie oznaczającego delikatny proszek antymosu, służący do malowania oczu. Jako coś bardzo subtelnego al koh’l – przylgnął do wydestylowanego przez alchemików płynu. Nat narodził się w Europie alkohol. Ale alkoholicy pojawili się znacznie wcześniej, bo winem też można się upijać i od niego uzależnić.

Najpierw destylowane substancje zaczęto produkować w Egipcie. Nazwa destylacji pochodzi od łacińskiego słowa dis stilare czyli „oddzielać”, „spadać” kroplami. I tak w starożytności produkowano różne pachnidła, ale wina raczej nie destylowano i nie produkowano mocnych napojów alkoholowych. Sztukę destylacji na nowo odtworzyli i upowszechnili Arabowie.

W VIII w. arabscy alchemicy destylowali wino czyli „palili” wino. Otrzymywali destylat prawdopodobne o mocy 40% . Nie był to jeszcze więc spirytus jaki znamy obecnie. Dopiero na uniwersytecie w Bolonii, w XIII w., wynaleziono proces kilkukrotnej destylacji i wysokoprocentowy alkohol – eliksir życia. Duch życia czyli spitirus. Nieco inne pochodzenie ma słowo okowita (od łac. aqua vitae) – staropolskie określenie wysokoprocentowego napoju alkoholowego, produkowanego ze zbóż i ziemniaków. Początkowo produkowana wyłącznie w celach leczniczych, z czasem stała się napojem alkoholowym. Wódka od woda, skrócone od wody życia. Pieszczotliwie i w zdrobnieniu – wódka. Bo z czułością i szacunkiem. Ponadto mało tego było. Dziś tą nazwą (okowita) określa się czysty spirytus, a także destylaty produkowane z owoców i ziół.

Dalsze udoskonalenie rektyfikacji nastąpiło w XVIII w. Alchemicy, a w później już chemicy, stwierdzili, że tak otrzymany alkohol (spirytus) jest idealny do zastosowania w medycynie. I stosowano, łącząc z różnymi ziołami i dodatkami. A że było drogie, to pito z umiarem, jak lekarstwo. Dopiero opanowanie taniej metody przemysłowej i destylowanie wszelkich fermentowanych produktów (zboże, ziemniaki itd.), upowszechniło spożycie wysokoprocentowych alkoholi. Dawny eliksir alchemików i woda życia mnichów trafiła pod strzechy. Bo nadmiar podaży wymusił popyt. Tak pan rozpijał pańszczyźnianego chłopa, niczym współczesne koncerny zmuszające nas do nadmiernej konsumpcji wszystkiego).

O botanicznych cechach arcydzięgla litwora, jego właściwościach leczniczych, sposobie przyrządzania oraz różnych nalewkach jeszcze napiszę. Niebawem.

Do niniejszego wpisu blogowego zasięgałem informacji w różnych książkach botanicznych, kucharskich, zielarskich. Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze rozproszyło się po wielu miejscach. Na powrót warto je interdyscyplinarnie scalić.

Akademia Khana, czyli powrót do uniwersyteckich źródeł

12109899_10206854533675252_6850580317527892017_oStary system edukacji preferuje model nauczania: wykład w szkole a zadania w domu. Propozycja Khana odwrotnie:  wykład (prezentację) uczeń ogląda w domu (umożliwia to e-learning) a uczniowie idą do szkoły, aby dyskutować z nauczycielem o tym, co obejrzeli. Zdaje się to rewolucyjna zmianą. Ale przecież tak funkcjonował system uniwersytecki: zadanie do przeczytania, wyuczenia się i dalej praca na uczelni, np. sekcja, eksperymenty, dyskusja – kolokwium jako element sprawdzenia czy student wie, czy się przygotował do zajęć.
To nie jest nowość.

Taki model bazuje na doświadczeniu ucznia, albo z życia, albo z filmiku (internetowej prezentacji). Szkoła porządkuje i uzasadnia to indywidualne doświadczenie. MOOC (Massive Open Online Courses) i internet współcześnie są źródłem indywidulanego, porcjowanego doświadczania.

Propozycja Salmana Khana sprowadza się do tego, że system przestanie sortować uczniów ze względu na wiek (a więc nie będzie już urawniłowki, sztancowania do jednakowej taśmy). A przecież tak już kiedyś było. To tylko ostatnie dziesięciolecia pozbawiły szkołę i uczelnię indywidualizmu i upodobniły do fabrycznej taśmy produkcyjnej. U nas, na studiach, poprzez brak indywidualnego wyboru zajęć, studenci-uczniowie pogrupowaniu są w niezmienne „klasy”, na spotykanie się różnowiekowe (np. studenci biologii różnych lat) czy międzykierunkowo lub międzywydziałowo małe są szanse. Tylko WF, języki, czasem zajęcia ogólnouczelniane. Ewentualnie Kortowiada :).

Akademia Khana to rewolucja, która zdemokratyzuje edukację i na zawsze zmieni uniwersytetu. Mam przynajmniej taka nadzieję. A w zasadzie umożliwi powrót do korzeni, do kameralnego i interaktywnego kontaktu mistrz-uczeń i dyskusji wokół doświadczeń, aby je porządkować i systematyzować. Mniej nauczania a bardziej porządkowanie wiedzy. Ale do tego trzeba tworzyć przede wszystkim warunki do rozwoju osobistego.

Najważniejsze zmiany dzieją się w ramach systemu a nie poza nim (tyle, że Khan Academy wpływa na system!). Model Khana wymaga od nauczyciela autentycznej interakcji nauczyciela z uczniami, aktywności, elastyczności intelektualnej. Albo pozostanie na marginesie edukacji, albo powoli będzie modyfikował edukację państwową i systemową.

Potrzebne jest odchodzenie od szkolnego modelu „odtwórz i zapamiętaj”. W modelu Khana nauczyciel staje się patronem (liderem) kreatywnego działania. Nauczyciel odpowiada za myślenie a nie zwykłe gromadzenie faktów, informacji czy egzekwowania pożądanych odpowiedzi.

Na koniec mała dygresja odnosząca się do systemu edukacyjnego. Dlaczego się nie udaje reforma dydaktyki pod nazwą KRK (Krajowe Ramy Kwalifikacji)? Bo zabrakło należytego przekonywania i objaśniania, zabrakło motywowania. Są – jak zwykle – instrukcje co, jak i kiedy zrobić, ale nie ma dlaczego! Brak przekonywania skutkuje cichym buntem oraz skupieniem się na formie (żeby w papierach władnie wyglądało) a nie na treści (bo treść nie jest zrozumiała, nie znana jest istota i sens wprowadzanych zmian). W rezultacie już od samego początku reforma jest wypaczana. Plany były dobre a wyszło tak jak zwykle…. Bo brakuje nam pracy zespołowej z motywowaniem i wyjaśnieniem „dlaczego” zmiany należy przeprowadzić, brakuje pokazywania celu. Pokazuje się papiery i rozporządzenia.

Na poszczególnych uczelniach wygląda to różnie, lepiej i gorzej, wszystko od przypadku, kto akurat na danej uczelni administracyjnie rządzi.
Ewaluacja odbywa się poprzez dokumenty a nie przez efekty kształcenia, mierzone skutkami na zewnątrz. Reforma (dobre pomyślana) kanalizuje się biurokratycznie a nie zadaniowo.

U góry – ilustracja, zaczerpnięta z Facebooka, ze strony „Przewaga w biznesie”.

Upadek Rzymu czyli czego uczy historia i czy pan Putin jest skuteczny

Podobno historia uczy. To prawda. Bo sięgając wstecz można niejako w przyspieszonym tempie zobaczyć to, co może wydarzyć się jutro. Z procesami społecznymi jest jak z sukcesją w ekosystemie – na efekty trzeba czekać wiele lat. Chyba, że będziemy porównywali różne obiekty w różnym stanie.
Ale jest i druga strona tego medalu – analizując współczesność można zrozumieć także historię. Bo to, co daleko w czasie, jest niewyraźne i wyrywkowe. Współczesność jest jak lupa dla historii – daje zbliżenie na szczegóły. Historia daje natomiast globalny obraz całości. Beż całości nie zrozumiemy szczegółu (współczesności), a bez szczegółu nie poznamy do końca całości.

Wielokrotnie czytając o starożytnym Rzymie i imperium rzymskim, zastawiałem się po co i dlaczego duże mocarstwo opłacało różnych barbarzyńskich kacyków przy swoich granicach. Duży płacił małemu, by ten nie napadał na silniejszego i większego. Wydaje się absurdem. A jednak tak się działo. Pewno taniej wysłać tysiące talentów czy dukatów niż wykładać pieniądze na własne wojsko, uzbrojenie i wysyłać do boju. Ale koniec końców stopniowo to imperium upadało. Gdy zabrakło kasy z Rzymu czy Bizancjum, to barbarzyńscy kacykowie przychodzili „po swoje” i brali w naturze. Przyzwyczajeni do brania (oduczeni własnej pracy). Taki to skutek opłacania lokalnych bandytów i rabusiów.

Czy można inaczej? Można, ale jest mniej widowiskowe.
Być może mentalność przemocy nie pozwala dostrzec innej możliwości. Być może wykorzystywanie instrumentalne watażków – by łupili innych (wedle zasady dziel i rządź) – wydawało się sprytnym i skutecznym narzędziem do podbijania i kontrolowania świata.

Podobnych przykładów z nowożytności mamy sporo, gdy imperia kolonialne z Europy i Ameryki wspierały finansowo i militarnie różnych dyktatorów na różnych kontynentach, wierząc, że tylko oni są w stanie zabezpieczyć interesy imperium, w danym miejscu. Negatywne skutki takich relacji możemy oglądać do dzisiaj. Większość pieniędzy zazwyczaj bywało rozgrabianych i marnotrawionych. Bo czego spodziewać się po różnej maści kryminalistach, awanturnikach, dyktatorach? Tak na prawdę to nie pieniądz rządzi światem. W dłuższej perspektywie pieniądze niczego nie gwarantują. Wygrywają idee, emocje i ludzkie pragnienia.

W tytule wspomniałem obecnego prezydenta Rosji. Pora więc i do tego wątku nawiązać. W wielu aktualnych dyskusjach można spotkać się z opiniami (a wręcz podziwem), że Putin jest politykiem skutecznym i silnym, w przeciwieństwa np. do „mięczaków” z Europy. Ale to są tylko pozory skuteczności.

Trzeci Rzym (Moskwa) ewidentnie upada. A nerwowe ruchy i zemsta wcale nie jest oznaką skuteczności. Bo cóż daje zajęcie siłą Krymu? Duże wydatki i zwiększone kłopoty w przyszłości. Kult siły jest pozorem skuteczności.
Rosja ostatnio wydała ogromne pieniądze na poprawienie swojego wizerunku. Na olimpiadę w Soczi wydano chyba 50 miliardów dolarów. Planowano 10. To są koszty korupcji i kultu siły. Olimpiady i podobne imprezy nie przynoszą gospodarczych sukcesów. Są kosztowną promocją. Dlatego Brazylijczycy nie chcą Mundialu – wolą szkoły i szpitale. Soczi będzie miało ogromne kłopoty z utrzymaniem wybudowanej infrastruktury. Ale z punktu widzenia Rosji może warto było wydać duże pieniądze na promocję. Chodziło o promocje „marki” i budowanie prestiżu (a więc i dumy narodowej).

No i teraz jednym rozkazem wysłania wojsk na Krym Putin zniszczył kilkuletnie starania i wielomiliardowe nakłady. Zniszczył w ciągu kilku dni wysiłki w poprawienie wizerunku. Straty gospodarcze już są widoczne a będą większe. Czy to jest stateczność polityka i mądrość wielkiego stratega? W żadnym razie. Co więcej, w dalszej perspektywie oznacza uratę wpływów i wizerunku potęgi, imperium, a więc i dobrego samopoczucia (dumy) wielu Rosjan.
A kiedy Rosjanie poczują frustrację, wtedy wywiozą Putina na taczkach. Ulotna i krótkotrwała wielkość i sława…

Dlaczego Rosja popełnia te same błędy co starożytny Rzym ? Dla utrzymania swoich wpływów wysyła wojska a potem utrzymuje lokalnych kacyków, przeznaczając na to ogromne pieniądze. Mała Czeczenia zrujnowana i utrzymywany jest lokalny watażka. Podobnie w Abchazji czy Naddniestrzu. Większość pieniędzy, przeznaczonych na inwestycje w tych krajach (aby zbudować dobre relacje z Rosją), jest korupcyjnie rozkradana. To tak, jakby jechać samochodem z dziurawym bakiem – ciągle trzeba dolewać benzyny a i tak mało trafia do silnika. ZSRR upadł po inwazji w Afganistanie…
Zniszczył Afganistan ale sam się wykrwawił i wewnętrznie zdemoralizował.

Rosji od dawna zależało na utrzymaniu Ukrainy w swoich wpływach. To mówiąc sloganowo, bratnie narody. Utrzymanie dobrych relacji wydawało się łatwe i oczywiste. Ale putinowska Rosja inwestuje w jakiegoś kryminalistę Janukowycza, dotuje, obniża cenę gazu… a i tak nic się nie udaje. Stąd frustracja. Długie wspieranie kliki Janokowycza wcale nie jest skutecznym działaniem Putina. Kosztowne, a na dodatek skutek odwrotny od zamierzonego. Swoimi działaniami antymajdanowymi, a teraz zajęciem Krymu, Putin na długie lata zniechęca Ukraińców do Rosji i wręcz wpycha w orbitę Unii Europejskiej. Przecież Rosji nie zależy na Janukowyczu ale na Ukrainie i Ukraińcach!

Europejczycy nie byli i nie są chętni do dużych inwestycji także i na Ukrainie. Ale przez ostatnie działania Putin w przyspieszonym trybie toruje drogę Ukrainie do Unii Europejskiej. W gwałtowny sposób przyspiesza integrację Ukrainy z Unią i zrywa więzy z Rosją. To nie jest w ogóle żadna skuteczność. Chyba, że destrukcyjna.

Podobnie z Krymem. Nastroje prorosyjskie w tej części Ukrainy były od dawna silne. Obawy i stereotypy w myśleniu o Kijowie i Zachodniej Ukrainie („banderowcach”) w naturalny sposób skłaniały dużą część ludności ku Rosji. Istniało duże prawdopodobieństwo, że na drodze pokojowej i demokratycznej Krym oderwałby się od Ukrainy i przyłączyłby się do Rosji (lub jako samodzielne państwo pozostały w kręgu wpływów Moskwy). Bez jednego wystrzału, bez jednego żołnierza i bez utraty wizerunku. Ale wymagałoby to żmudnej pracy. Budowania relacji społecznych i gospodarczych a nie wysyłania bojówek z karabinami.  Ale czy korupcyjny macho może myśleć o świecie inaczej niż sam go postrzega?

Inwestycja w olimpiadę w Soczi miała być wykorzystana także w czasie paraolimpiady i szczytu G8. Teraz i to stracone.

Jeszcze jeden przykład, a w zasadzie porównanie. Czy narzeczony po niesnaskach z narzeczoną może ją skłonić do ślubu przez gwałt? Siłą zniewoli do stosunku… a co dalej? Chwilowa satysfakcja nie rokuje na przyszłość, bo pozostają złe wspomnienia, przesłaniające dawniejsza miłość. I teraz Ukraińcy przechodzą przyspieszona kurację antyrosyjską (mimo, że nie chcą). Czy jest to sukces skutecznego polityka? To są tylko pozory siły, to jest tylko bezradność maskowana brutalnością. Albo jak z dzieckiem, gdy nie chcemy tłumaczyć i wyjaśniać, tylko korzystając z przewagi stosujemy siłę i kary cielesne. Szybko… ale wcale nie jest to skuteczne w dłuższej perspektywie.

W tym roku obchodzimy setną rocznicę wybuchu I wojny światowej i 75. drugiej wojny. A przecież żyjemy więcej w pokoju niż w czasie wojny. Wojny są "lepsze" dla historyków, bo mają oni o czym pisać. Tak jak łatwiej napisać o wycięciu lasu (w tydzień widać znaczącą różnicę) niż o tym, że las wolno rośnie przez 100 lat. Z roku na rok różnice są trudno dostrzegalne. W wojnie można pisać o kolejnych bitwach… a w czasie pokoju to o czym? Że ktoś chleb upiekł, ktoś inny się zakochał a jeszcze inny nauczył się chodzić?

Po wojnach zostają mogiły, zniszczenia, rany na duszy i… pomniki (zdjęcie wyżej to z hiszpańskiej Kartageny). A i tak trzeba wrócić do negocjacji z sąsiadami i „wrogami”, ale do starych problemów dołączają mogiły, złe wspomnienia i jeszcze większy żal. Na pewno jest trudniej. Wojna jest dla słabych i dla krótkowidzów umysłowych. Silnych stać na pokój i codzienną, wytrwałą pracę. Bo widzą dalekosiężne skutki i perspektywę.

Są sytuacje bez wyjścia. Trzeba coś zrobić i to szybko. Ale martwi mnie pogorszenie stosunków Rosji z Unią Europejską. Bo za jakiś czas trzeba będzie zacząć budowanie dobrych relacji polsko-rosyjskich od nowa…

Wczesnowiosenne grzyby małe jest piękne czyli patrz pod nogi na spacerze

W zapracowanych dniach, siedzę w budynku, przy biurku i wiosenną przyrodę podglądam oczami innych. Na przykład przez grupę Kochamy Polską Przyrodę (na Facebooku). Można więc wiosnę zobaczyć. A to żurawie przyleciały, a to przylaszczki zakwitły, a to ktoś już skowronka słyszał na polu.

Wiosenna przyroda jest niesamowicie różnorodna i niebanalna. Bo na przykład taki mały workowiec (grzyb) oranżówka wrzecionowatozarodnikowa (Byssonectria fusispora) – na fotografii wyżej, autorstwa Adama Szpakowskiego a udostęniony przez panią Agnieszkę Zach. Całkiem wiosenny. Nazwa wzięła się od koloru oraz od kształtu zarodników. To drugie widoczne jest dopiero pod mikroskopem.

Oranżówka należy do klasy kustrzebniaków (Pezizomycetes), rzędu kustrzebkowców (Pezizales) i rodziny pogorzeliskowatych (Pyronemataceae). Już same nazwy są piękne.

Owocniki (fotografia wyżej, autor Jason Hollinger, Wikimedia Commons) tego pomarańczowego grzybka są niewielkie (do 3 mm), początkowo kuliste. Dopiero w miarę dojrzewania owocniki przybierają kształt miniaturowych pucharków, miseczek czy talerzyków.  Owocniki oranżówki są skupione i mocno przylegają do siebie. Widać je dlatego, że jest ich dużo. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to jakies śluzowce.

Dlaczego taki odblaskowy i jaskrawy kolor żółtopomarańczowej lub pomarańczowy zwany także oranżowym (jak oranżada czy oranżeria czyli pomarańczarnia)? Czy te grzybki chcą być widoczne (wabią roznosicieli zarodników)? A może ostrzegają potencjalnych konsumentów, że są niejadalne?

Te miseczki są w konsystencji woskowato-galaretowate. Barwy pomarańczowej. Bez smaku i zapachu. Przynajmniej dla człowieka. Nie są grzybami jadalnymi. Bo za małe?

Zarodniki (fot. Waldemar Czerniawski) oranżówki są w kształcie wrzecionowatym. Stąd nazwa gatunkowa. Ale na spacerze tego nie zobaczymy, trzeba oglądać pod mikroskopem. Są na prawdę małe: od 8 do 10 µm szerokości i 20-30 µm długości. Zarodniki – jak przystało na grzyby workowce – znajdują się w workach, po osiem w jednym.

Gdzie można spotkać tego wiosennego, pomarańczowego grzybka? W lasach liściastych i iglastych, na nagiej ziemi oraz na resztkach organicznych (roślinnych). Tak jak na grzyba-destruenta przystało, na resztkach drewna, roślin zielnych, na opadłych gałązkach, igłach, szyszkach.

Niektórzy piszę że jest dość często spotykany, inni że jest to gatunek rzadki. Rośnie od wiosny do jesieni w skupiskach zajmujących powierzchnię kilku cm kwadratowych. Podobne do niego są inne małe grzybki z rodzaju Octospora.
więc nie wszystko co małe i pomarańczowe go oranżówka.

Ośmiornica w lesie. Czy obcy przybłęda może być u nas gatunkiem chronionym?

okratek

Na stronach Ministerstwa Środowiska znalazłem informację o okratku (taki grzyb, na fotografii wyżej, autor Zdeněk Kubeš, Wikimedia Commons), i że jest chroniony. Zdziwiło mnie. Ale może dlatego napisali tak, że wyjątkowy?

„w lesie, w parku lub na łące można czasami spotkać dziwnego grzyba, okratka australijskiego, który przypomina malutką czerwoną ośmiornicę. Pamiętaj, okratek jest pod ochroną!” (zobacz całość)

Sprawdziłem w wiarygodnych i specjalistycznych źródłach – nie jest chroniony. Może taka ogólna uwaga, aby nie niszczyć grzybów z tej grupy? Ale po co dzieci wprowadzać w błąd (bo akurat strona przeznaczona była dla najmłodszych). Chronione z rodziny sromotnikowatych (Phallaceae) to są dwa inne gatunki: mądziak psi (Mutinus caninus) i sromotnik fiołkowy (Phallus hadriani). To również osobliwe grzyby, w wyglądzie i zapachu.

Okratek australijski (Clathrus archeri) jak sama nazwa wskazuje pochodzi z Australii. Czasami nazywany jest kwiatowcem australijski – ze względu na niecodzienny wygląd i barwę. Jednym kojarzy się z kwiatem, innym przypomina małą ośmiornicę. U nas jest gatunkiem obcym. Ale zdarza się, że i gatunki obce są u nas chronione, tak jak na przykład salwinia pływająca (taka mała paproć wodna).

Na razie jednak okratek nie jest u nas gatunkiem chronionym. I jak inne grzyby z rodziny sromotnikowatych brzydko pachnie. To znaczy nam brzydko pachnie, bo muchom najwyraźniej ten zapach się podoba. I kojarzy z czymś przyjemnych i smacznym.

okratek_austr_24_sierpnia_2010Okratek australijski, którego ojczyzną jest Australia i Tasmania, do Europy przywędrował w czasie pierwszej wojny światowej . W 1914 r. znalazł się w rejonie Wogezów, gdzie niechcący zawleczony został przez żołnierzy australijskich. Zarodniki przypadkiem przyniesione pozwoliły temu gatunkowi zadomowić się w nowym miejscu. Teraz można go spotkać w wielu miejscach Europy, w tym także w Polsce. Znaleziono go także na wybrzeżu Bałtyku. W regionie Warmii i Mazur nie był chyba jeszcze widziany. Ale jest tak niezwykły i charakterystyczny, że jak się pojawi, na pewno ktoś go zauważy.

Owocnik tego niezwykłego w kształcie i zapachu grzyba, wyrasta z podłoża. W młodej fazie, tak jak i inne sromotnikowate, ma kształt kulisty, niczym jajo zagrzebane w ziemi. Nasze sromotnikowate, np. sromotnik bezwstydny, nazywane są w tej fazie czarcim jajem. Pod błoniastą skórką czarciego, a raczej okratkowego, jaja znajduje się żelatynowata warstwa śluzu, otaczająca czerwono-amarantowe zwinięte ramiona właściwego owocnika. W miarę dojrzewania jajo pęka i uwalnia się 4-8 ramion, niczym ośmiornica wychodząca z kryjówki (w zwolnionym tempie). Początkowo ramiona są zrośnięte, ale później rozdzielają się, przypominając maleńka ośmiornicę. Albo kwiat. Jak kto woli. Owocnik okratka australijskiego dorasta do wielkości 5-10.

Zarodniki są roznoszone przez owady, wabione niezbyt przyjemnym aromatem tego grzyba. Słodkawy zapach przypomina padlinę lub specyficzne ekskrementy. Nic dziwnego, że jest to zapach miły muchom. Zarodniki przyklejają się do owadów, a te roznoszą je w różne miejsca. Tam zarodniki kiełkują. I pojawiają się nowe owocniki. Muchy i żołnierze roznoszą takie zarodniki na duże odległości.

Okratka w Europie spotkać można pojedynczo lub grupach w okresie od lipca do października w lasach liściastych i iglastych. Wyrasta na butwiejącym drewnie. Podobno spotkać można go także na łąkach i pastwiskach. Okratek nie jest jadalnym grzybem. Zresztą, kto chciałby zjadać tak osobliwie pachnące grzyby. Chyba, że jakieś ślimaki lub muchy.

Dzisiaj mamy dzień dzikiej przyrody w trakcie trwającej dekady bioróżnorodności. Ta dzika przyroda i różnorodność biologiczna nie jedno mają imię. I zapach.