Pisanie bloga? Dlaczego warto? Dlaczego to robię?

kalamarz2

Dlaczego piszę, tu na blogu? Bo jest to sposób na wyrażanie myśli, co po głowie się kłębią, kiełkują niczym wiosenne kwiaty. Tak jak wiele innych osób mam problem z wyrażaniem myśli. Z precyzyjnym formułowaniem, trafnym dobieraniem argumentów.

Coraz mniej okazji do publicznych dyskusji na uniwersytecie – pozostają tylko te oficjalne, uroczyste a przez to rzadkie. Coraz bardziej brakuje codziennej, spokojne dyskusji. Bo być może brakuje odpowiedniej przestrzeni publicznej oraz zbyt bardzo stajemy się korporacją z wyścigiem szczurów. Dyskutować? A po co, czy będą z tego jakieś punkty?

Punkty żadne ale jest przecież zaspakajanie własnej ciekawości i społeczne obcowanie z innymi…
Wiele osób w trakcie dyskusji wie, co chciałoby powiedzieć… tylko jak to ubrać w słowa? Myśl nie znajduje słownej konkretyzacji. Ponadto dochodzi strach, że może niechcący popełni się jakiś błąd językowy i inni będą głośno lub w duchu się śmiać? Przecież tak bardzo lubimy zaocznie obgadywać i wyszydzać innych. Więc milczymy z obawy. Ja także. Wielokrotnie.

Prowadzenie bloga (a w dawnych czasach dziennika-pamiętnika) to praktyka, która czyni mistrza. Ćwiczyć trzeba często a nie tylko na olimpiadzie raz na cztery lata. Takie pisanie wydaje się jałowe – przecież punktów z tego nie ma, żadnych imact factor, żadnego akademickiego uznania i nagród. Być może wzrastają tylko (aż!) umiejętności w formułowaniu myśli, argumentowaniu.

Blogowanie-pisanie zmusza do czytania, poszukiwania, dokształcania się. Efekty w postaci umiejętności formułowania swoich wypowiedzi przydadzą się każdemu. Mnie na pewno.
Jakże często dziwię się, gdy ludzie z tytułami, wykształceni mają ogromne trudności z napisaniem krótkiego tekstu, prostej informacji. Lub mają kłopoty ze składną i jasną wypowiedzią ustną, publiczną. Przecież nie dlatego, że mają pustkę w głowie, że nie mają wiedzy i ciekawych przemyśleń. Chyba dlatego, że nie ćwiczą. Piszą tylko w hermetycznym stylu publikacje naukowe. One są niewątpliwie potrzebne. Ale zamykają świat naukowy w specyficznym getcie.

Umiejętność wypowiedzi i składnego formułowania myśli przydaje się każdemu, nawet najbardziej utytułowanemu naukowcowi (a może przede wszystkim właśnie im!), czy to w życiu zawodowym czy też w porozumiewaniu się w rodziną. Bez prawidłowego (jasnego, precyzyjnego, interesującego) wyrażania myśli trudno o dobrą komunikację, zarówno w świecie naukowym czy w komunikacji ze studentami. Bez tej umiejętności rośnie ilość konfliktów, nieporozumień i w konsekwencji stresu.

Dlatego piszę sobie, tu na blogu, choć wydaje się to bezcelowe i bezproduktywne (zabiera czas, który można byłoby przeznaczyć na robienie zawodowej kariery). Piszę by ćwiczyć się. Piszę, bo uważam, że świat nie jest jedną wielką korporacją.

Pisanie niezawodowe, nie przekładające się na wymierny efekt finansowy czy karierę tym bardziej dostarcza satysfakcji. Piszę dla siebie i dla ludzi, nie oczekując gratyfikacji czy poklasku. Piszę by tworzyć i utrzymywać wieź.

Wszystko ma swoją porę, nawet pokrzywa

Lubię widzieć sens, nawet w najprostszych czynnościach. Lubię wiedzieć dlaczego coś robi się tak a nie inaczej. Czy można inaczej? Może drzemie we mnie duch buntownika? A może wszyscy ludzie lepiej pracują, gdy rozumieją sens wykonywanych działań i wiedzą dlaczego coś należy wykonywać tak a nie inaczej. Pytania o to, czy można inaczej są źródłem postępu i innowacji.

Wszystko ma swoją porę, nawet zbiór i konsumowanie pokrzywy. Wynika to z fenologii, rozwoju poszczególnej rośliny i zmian anatomicznych czy fizjologicznych. Warto to następstwo czasowe i właściwą porę zrozumieć. Aby lekarstwo nie było trucizną. I aby wiedza nie mieszała się z zabobonem.

Wiele informacji, receptur, sposobów postępowania przejmujemy od innych. Jako bezpośrednią tradycję lub wyczytaną z książek. I przyjmujemy na wiarę. Bo przecież na czymś się trzeba opierać i ufać ludziom. Wszystkiego nie da się ciągle kontestować. Tradycja rodzi się z obserwacji i przekazywaniu spostrzeżeń. Warto korzystać z tradycji ustnej i spisanej w książkach, bo życie jest zbyt krótkie by odkrywać wszystko na nowo. Ale warto również stawiać pytanie dlaczego tak a nie inaczej postępować. Bez takich pytań tradycja przeradza się w pusty rytuał. Trzeba weryfikować, eksperymentować, sprawdzać.

Pokrzywę zaleca się jadać ale tylko wiosną, gdy jest młoda. Dlaczego? Czy ze względu na właściwości czy z faktu, że zjadano ją na przednówku. Później były inne rośliny, smaczniejsze i lepsze. Zatem jak traktować książkowe zalecenie, by na zupę i sałatki zbierać pokrzywę tylko do końca maja?
Dlaczego tylko młodą pokrzywę mielibyśmy jeść? Bo delikatniejsza i mniej w niej celulozy, zdrewniałych i włóknistych fragmentów, trudnych w przeżuwaniu? To może później warto zrywać tylko wierzchołki pokrzywy, przecież one także są „młode”.

Pokrzywa kwitnie od czerwca do późnej jesieni. Więc może kwitnienie jest znakiem, że staje się mniej smaczna lub mniej wartościowa?
Zaleca się korzystać z pokrzywy do okresu kwitnięcia. Potem użytkowana jest ze względu na włókno. Z sezonu na zupę pokrzywową wchodzimy w sezon na produkcję włókna na prześcieradła, sznurki i bieliznę.
W cyklu życiowych zawartość włókna zwiększa się w miarę wzrostu rośliny. Jest wyższa (dorasta pokrzywa do 2 a nawet czasem 3 metrów wysokości) – a więc i musi być mechanicznie bardziej wytrzymała, aby utrzymać się w pionie. Zrozumiała jest więc zbiór po okresie wegetacji, nie dość że więcej celulozy i włókna, to jeszcze łatwiej zbierać (bo mniej parzy). No i wyższa jest, dorodna.

Ale jest jeszcze coś. Najpierw roślina się rozwija, gromadzi różne substancje by mieć surowce i energię do kosztownego kwitnięcia i wydania nasion. Zrozumiałe są więc różnice w składzie ilościowym różnorodnych substancji.
Wiosenne spożywanie pokrzywy nie wynika tylko więc z przednówka i biedy. Ale skoro tak, to można przecież – tak jak i inne sezonowe rośliny – ścinamy, by odrastała, I ciągle korzystać z młodych liści i pędów? Nie dopuszczając do zakwitnięcia. W takim przypadku dobra byłaby pokrzyw zbierana później. Warto więc wiedzieć dlaczego.

Ale jest jeszcze coś. W tkankach pokrzywy zwyczajnej znajdują się również cystolity (fitolity) zbudowane z krzemionki o wielościennym, kanciastym kształcie. Fitolity to krzemionkowe twory, powstające w komórkach roślinnych, we wnętrzu komórek, w ścianach komórkowych lub w przestrzeni międzykomórkowej. W fitolitach mogą (poza krzemionką) odkładać się także metale. Przypuszcza się, że niektóre fitolity mogą mieć właściwości rakotwórcze. Na pewno mają działanie drażniące dla nerek. Być może są małe i przedostają się do krwiobiegu a dalej do nerek. To oczywiście moje przypuszczenie, które trzeba byłoby sprawdzić w literaturze fachowej.

Według niektórych źródeł spożywanie surowych, świeżych pokrzyw może też spowodować uszkodzenie wątroby. Zupa jest więc jak najbardziej wskazana. W wielu przepisać pokrzywę skarmianą zwierzętom również się w jakiś sposób obrabia i nie podaje w zbyt dużych ilościach. Ale czy wszystko przez owe fitolity? Czy może ze względu także na inne substancje? W każdym razie pojawianie się fitolitów związane jest z cyklem życiowym i fenologią (sezonowością). Fitolity być może są jakąś formą pozbywania się zbędnych elementów przemiany materii czy usuwania szkodliwych substancji (podobnie jak z różnymi substancjami, odkładanymi w wakuolach).

Jak to więc jest, że taka zdrowa pokrzywa może mieć szkodliwe dla zdrowia fitolity? Pojawiają się one dopiero później. Starsze liście na szczycie są punktowane z powodu zawartych w komórkach kulistych cystolitów.

Odkładane krzemionkowe fitolity przydają się do czegoś zupełnie innego. Ze względu na dużą zawartość krzemionki i wapnia pokrzywy wykorzystywane były do czyszczenia kotłów i naczyń. Zatem dalej pokrzywa jest przydatna w lecie i jesienią, ale już nie do jedzenia tylko do szorowania garnków. Nie pusty rytuał a zrozumienie przyczyn i głębsze uzasadnienie ludowych tradycji.

Na ziołach (i przyrodzie) trzeba się znać. Nie wszystko złoto co się świeci i nie wszystko dobre co pokrzywa.
W medycynie ludowej zawarta jest dawna tradycja, często wymieszana z wierzeniami i dawnymi paradygmatami. Medycyna ludowa jest przetworzoną, dawna tradycja medyczną. To co nowe po jakimś czasie trafia do codziennej praktyki i odtwarzane jest w domowej tradycji. Bez weryfikowania może być tylko zabobonem i pustym rytuałem. Czasem nawet groźnym dla zdrowia zabobonem. Tradycja ludowa, czerpiąca doświadczenie z obserwacji i powtarzanych praktyk wymaga czasem głębszego poznania i pełniejszego uzasadnianie. By odróżnić efekt placebo od rzeczywistego działania fizjologicznego. I by wiedzieć dlaczego jednemu pomaga na chorobę, a innemu nawet szkodzi. Tak jak z pokrzywą – wiedzieć kiedy i dlaczego stosować i do czego. Czy zjeść, czy garnki wyszorować, czy do buta włożyć czy też przędzę zrobić.

Pokrzywą po grzbiecie i z pokrzywą na grzbiecie – za każdym razem całkiem fajnie

pokrzywa3

Z pokrzywą spotykamy się już w młodości, a są to spotkania bolesne. Przynajmniej bywało tak dawniej, gdy dzieciństwo wiązało się przede wszystkim z podwórkiem a nie komputerem. A cofając się jeszcze bardziej w czasie, to kontakt z przyrodą był znacznie głębszy i pełniejszy niż obecnie. Udomawianie roślin i zwierząt trwało przez wieki. Zaczynało się właśnie od spotykania w sąsiedztwie, zabawy, eksperymentowania. Gdy coś się udało odkryć jako przydatne, z czasem mogło być w drodze hodowli udoskonalane. Przez swoistą symbiozę z człowiekiem rośliny i zwierzęta zatracały część ze swych cech (niekorzystnych dla człowieka), a zyskiwały inne. Wzajemne uzależnienie powoduje, że gatunki udomowione nie bardzo mogą poradzić sobie w dzikiej przyrodzie. Podobnie jest z symbiontami.

Bolesne spotkania z pokrzywą uczą rozpoznawać ją spośród innych roślin. Aby unikać i omijać. Ale podobno owe parzenie (nie temperaturą a kłującymi włoskami i drażniącą cieczą) przez pokrzywę wychodzi człowiekowi na dobre – chroni przed reumatyzmem. Kiedyś mieliśmy to za darmo – przy pieleniu ogródka, chodząc przez zarośla i przy płocie. Teraz, żyjąc w sterylnych przyrodniczo warunkach miejskich, na kurację pokrzywową trzeba jechać do SPA. Pokrzywa w majtkach wydaje się torturą ale niektórzy jeszcze za to płacą. Ludzie są dziwni, zwłaszcza ci bogaci (a było już tak w starożytności, o czym niżej).

Z dzieciństwa (tego podwórkowego) pamiętam smaganie się pokrzywą. Ot takie końskie zaloty. Albo straszenie się „głuchą pokrzywą”, czyli jasnotą. Liście o takim samym pokroju co pokrzywa, ale bez włosków parzących. Niewprawne oko łatwo zmylić. I na tym polegała zabawa a jednocześnie wzajemna edukacja przyrodnicza.

Siłą ludzkości jest pamięć zbiorowa, także ta zapisana i odczytywana w dowolnym momencie (czy to z książkowej kartki czy monitora komputerowego). To dużo więcej niż można nauczyć się na podwórku w czasach dzieciństwa. Z zaskoczeniem wyczytałem, że przez Rzymian pokrzywa traktowana była jako afrodyzjak. Być może chłostanie się pokrzywą tu i ówdzie wywoływało efekty podobne do viagry (a więc jednak pokrzywa w majtkach)? W każdym razie w mitologii rzymskiej pokrzywa była poświęcona bogini Wenus. Afrodyzjakiem były sproszkowane nasiona, wymieszane z miodem i popijane winem (a czyż i arcydzięgiel nie był łączony z winem?). Starożytni Rzymianie pisali, że chłosta pokrzywami przywraca bogatym mężczyznom ochotę do życia. Niewątpliwie, swędzenie i pieczenie musiało rozbudzić i zmusić do ruchu każdego malkontenta i bogatego, gnuśnego dekadenta znudzonego dostatkiem.

Kobiet chyba nie chłostano pokrzywami. Ale w Prusach wiązkę pokrzyw rzucano w oknach dziewcząt, których obyczaje nie były chwalebne. I zapewne chodziło o obyczaje będące w domenie starożytnej bogini Wenus. Pokrzywę rzucano w okna dziewcząt w maju. Ale w tym samym czasie dziewczynom lubianym i szanowanym dawano konwalie (widać się prowadziły dobrze). Dla jednych pachnące, subtelne kwiaty, dla innych parzące zielsko. Może także i po to, żeby uprzędły z pokrzywy odzienie.

Tak, tak, pokrzywa od wieków wykorzystywana była jako roślina dostarczająca włókien na sznury, powrozy, przędzę tkacką. Pokrzywa w uprawie i wykorzystaniu jest trudna. Dlatego wyparta została przez len i bawełnę. Odeszła w niepamięć tak jak konopie. I ponownie obecnie wraca do łask. Mała dygresja z aluzją do konopi – suszone ziele pokrzywy, zmieszane z tytoniem wchodzi w skład papierosów przeciwastmatycznych.

Na początku zapewne wykorzystywano pokrzywę z dzikich stanowisk. A jest to roślina żyznej ziemi, spotkania w dolinach rzek. Na naszych terenach rolnictwo najpierw rozwijało się właśnie w żyznych dolinach rzecznych. Więc już od samego początku mieliśmy z nią kontakt, dosłowny i w przenośni. Traktowaliśmy jako kłopotliwy (bo parzący) chwast. Ale że nic się zmarnować nie może, to pewnie jeszcze przed neolitem wykorzystywana była przez łowców-zbieraczy do wytwarzania sznurów. Że jest parząca? Wystarczy zbierać ją późną jesienią lub wczesną wiosną, gdy jest „uschnięta”. Nie dość że nie parzy to jeszcze znacznie łatwiej z takiego surowca wydobyć włókno. Włókna pokrzyw są gładkie, mocne, miękkie i sprężyste, o barwie szarobiałej (w domowej produkcji odraza się wybielanie płynem Ace). Włókna otrzymywane są z łodyg z wydajnością od 8 do 12%, ale u o odmian uprawnych wydajność jest już wyższa: od 13 do 16%.

Udomawianie (domestykacja) polega właśnie na uwydatnianiu cech korzystnych dla człowieka. A pokrzywa bywała okazjonalnie rośliną hodowlaną, na włókno oraz dla zielonego barwnika (chlorofil).

Włókno może i dobre (o czym będzie jeszcze niżej), ale kłopotliwe jest to parzące zielsko (w małej ilości służy zdrowiu ale w większej swędzi paskudnie). Jednak jeśli człowiek dostrzeże jakąś dobrą cechę, to jak pies myśliwski będzie tropił lepszych rozwiązań. W taki sposób do Polski trafiła pokrzywa konopiolistna (Urtica canabina). Jest bardzo podobna do pokrzywy zwyczajnej (Urtica dioica), w naszym kraju jest efemerofitem (gatunkiem obcym, który się pojawił ale jeszcze nie zadomowił z sukcesem). Pochodzi z umiarkowanych stref Azji: od Uralu do Iranu, w Polsce jest zdziczała („uciekła” z upraw”) i bardzo rzadka, Pokrzywa konopiolistna jest uprawiana dla włókien (roślina włóknodajna). I ma cechę bardzo korzystną: włoski parzące występuję tylko na kwiatostanach. Włókna jak u pokrzywy a nie parzy dokuczliwie tak jak nasza. Nic dziwnego, że wzbudzała zainteresowanie udomowieniem.

Pokrzywa zwyczajna jako wymagająca żyznej gleby oraz kłopotliwa w zbiorze, w większej, przemysłowej produkcji wyparta została przez len, a potem przez tańszą bawełnę. Na stanowiskach archeologicznych znajdowane są pozostałości po tkaninach i sznurach z przędzy pokrzywowej już w epoce brązu. Ale z całą pewnością była wykorzystywana do tych celów już wcześniej. W XII wieku pojawiają się zapiski w książkach o wykorzystywaniu pokrzywy jako rośliny włóknodajnej. Pokrzywy traktowane były jako rośliny włókniste mniejszej wartości, przy czym jednak wzrost ich zastosowania następował do XVII wieku, po czym wyparte zostały przez jedwab i bawełnę (szybko, łatwo, dużo i taniej). Pokrzywa jako bieda-roślina traktowana była nie tylko pod względem kulinarnym. Według niektórych źródeł tkaniny z pokrzyw były cenione, a wyparte zostały przez tańsze materiały bawełniane. Powszechnie wykorzystywano włókna pokrzyw do produkcji szpagatu, lin i tkanin zarówno grubych żaglowych jak i bieliźnianych. I tak oto doszliśmy powtórnie do pokrzywy na grzbiecie. Ale już bez chłostania i parzenia skóry.

Pokrzywy w uprawach przemysłowych jako surowiec włókienniczy kosi się w sierpniu i wrześniu – gdy pędy zaczynają więdnąć. Dla niewielkich domowych potrzeb pierwotnych łowców-myśliwych czy rolników wystarczyły niewielkie ilości zebrane zimą lub wczesną wiosną (w części łodygi już przygotowane i było mniej pracy z pozyskaniem włókna). Ale w warunkach dużej uprawy zbiór musi być późno-letni lub wczesnowiosenny. Po kilkudniowym suszeniu z pokrzyw opadają zbędne liście, łodygi wiąże się w pęczki a następnie moczy, uważając by nie dopuścić do gnicia. Potem trzeba oddzielić „paździerz” przez tłuczenie i pocieranie pędów. W ten sposób wyczesuje się surową przędzę. Obecnie poza metodami mechanicznymi stosuje się także metody enzymatyczne i mikrobiologiczne.

Z pokrzywy szyto nie tylko prześcieradła i bieliznę. Armia napoleońska wędrowała przez Europę w mundurach uszytych z pokrzywy. Cenioną cechą było to, że włókna pokrzyw nie nasiąkają i nie gniją w wodzie – używane były do wyrobu sieci rybackich. A jeszcze XIX wieku wyrabiano z pokrzyw tkaniny oraz sita do cedzenia miodu i przesiewania mąki.

Pokrzywa była przez wieki blisko nas w różnorodnej formie. Gdy pojawiało się coś tańszego i łatwiejszego w pozyskiwaniu – pokrzywa odchodziła w cień (symbolicznie pod płot). Ale gdy pojawiał się kryzys, to pokrzywa wracała do łask. Na przykład w czasie I wojny światowej w państwach centralnych z powodu braku dostępu do importowanej „zamorskiej” bawełny, z włókien pokrzywy wyrabiano ubrania. Działało nawet Berlińskie Towarzystwo Uprawy Pokrzywy, wypłacające premie pieniężne za uprawę pokrzywy (ta zachęta była potrzebna, zważywszy na kłopotliwy zbiór i uprawę). Tekstylny przemysł pokrzywowy w tym czasie rozkwitł. Tym razem pokrzywowe mundury miała armia niemiecka. Znowu mężczyźni mieli pokrzywę na plecach… Już po wojnie dużych ilościach tkaniny pokrzywowe eksportowane były z Niemiec do Wielkiej Brytanii. W czasie II wojny światowej o pokrzywie znowu sobie przypomniano. W drugiej połowie XX w. uprawę pokrzywy kontynuowano w Związku Radzieckim i produkowano z niej powrozy i tkaniny opatrunkowe. Ale ZSRR upadł wcale nie przez pokrzywę. Teraz, na rosyjskim Dalekim Wschodzie kreowana jest moda na dzianiny z pokrzywy. Zapowiedź biedy czy efekt edukacji ekologicznej?

Zainteresowanie włóknem pokrzywowym nie zmalało. W instytutach badawczych z Niemiec, Austrii, Finlandii i Włoch wciąż trwają prace nad odmianami pokrzywy (klony, rozmnażane wegetatywnie, a jak pisałem poprzednio taki polikormon może żyć nawet 50 lat) o podwyższonej zawartości włókna. Być może trwają też prace nad pozbyciem się parzących włosków, ale wobec mechanicznego zbioru nie ma to większego znaczenia. Tym bardziej, że ”ubocznym” (dodatkowym) produktem uprawy pokrzywy na włókna mogą być liście, wykorzystywane dla celów kosmetycznych, leczniczych i dla pozyskania barwnika (o tym będzie następnym razem).

Moda na eko (czyli przyjazne dla środowisk) nie tylko nie mija ale i się rozwija. Co więcej, konsumenci europejscy ze względów ochrony środowiska (w tym przeciwdziałania efektowi cieplarnianemu) coraz bardziej preferują produkcję lokalną. Już nie z biedy ani wojennej blokady, ale ekologicznego rozsądku pokrzywa ponownie wróci nam na grzbiet…. W formie tkanin i bielizny.

Tkaniny utkane z pokrzyw mają nieco połyskującą fakturę, są delikatniejsze od tkanin lnianych i mocniejsze niż bawełniane.

A i jeszcze jedno, z włókien pokrzywy można wytwarzać również papier. Nic się nie zmarnuje a drzewa w lesie ocaleją.

c.d.n. (bo o pokrzywie, jak i o każdym elemencie naszego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego można długo opowiadać)

p.s. Jak właśnie doczytałem, jednak dziewczyny smagano pokrzywami – na Kresach Wschodnich na polach zasianych zbożem smagano pokrzywami dziewczęta, by zapewnić urodzaj. Może zachował się jakiś elementem starożytnych wierzeń magicznych – tych z Rzymu, związanych z płodnością i afrodyzjakami.

Czy pokrzywa jest gender?

pokrzywa2Nawet nie przypuszczałem, że zwykła pokrzywa kryje tyle tajemnic i bogatej historii. Jak wyczytałem w różnych źródłach pokrzywa była wykorzystywana nie tylko jak karma dla zwierząt czy potrawa na zupę i sałatki na przednówku. Wykorzystuje się ją jako roślinę leczniczą ale dawniej była wykorzystywana a nawet uprawiana jako roślina dostarczająca włókien, z których szyto koszule, prześcieradła i inne asortymenty garderobiane czy nawet bandaże. Była też rośliną barwierską oraz wykorzystywaną do konserwowania żywności. Prowadzono nad nią liczne badania i doskonalono metody upraw oraz wyhodowano specjalne odmiany o większej zawartości włókien i innych pożądanych cechach. Teraz jest jakby zapomniana.

Rośnie pod płotem i skrywa bogatą przeszłość.
Ale moją uwagę ostatnio wzbudzała jej płciowość. Stąd gender w tytule. Słowo umyślnie użyte przeze mnie jako ozdobnik. To „zemsta” za nadużywanie słowa „ekologia”. Słowo nadużywane i to w kontekstach daleko odbiegających od pierwotnego znaczenia. A skoro gender ostatnio jest modne, to dlaczego nie rozważać pokrzywy w kontekście gender?

Moje zainteresowanie wzbudziło stwierdzenie, znalezione w książce „Pokrzywa zwyczajna (…) gatunek dwupienny, rzadko jednopienny.” Dwupienność u roślin występuje wtedy, gdy część osobników wytwarza wyłącznie kwiaty żeńskie, a część wyłącznie kwiaty męskie (obie płcie na dwóch pniach, każda na swoim). Czyli jedne są żeńskie inne męskie. Tak normalnie jak u zwierząt dwie płcie. Natomiast jednopienność występuje wtedy, gdy na jednym osobniku (jednym pniu) występują zarówno kwiaty żeńskie jak i męskie. Czy to taki obojnak (gdyby porównywać do zwierząt, tak jak u ślimaka winniczka). 

Jak to jest z pokrzywą, że głównie jest dwupienna (rozdzielnopłciowa) a czasem jednopienna? Zmienia sobie płeć jak chce? Co determinuje płeć (dwupienność i jednopienność) u pokrzywy?
Na Wikipedii doczytałem, że pokrzywa zwyczajna (Urtica dioica L.) należy do rodziny pokrzywowatych (Urticaceae), jest przeważnie dwupienna ale u podgatunków północnoamerykańskich jest jednopienna. A więc jednopienność nie jest tak dowolna jak można byłoby sądzić.

Pokrzywa zwyczajna rośnie w warunkach naturalnych w Europie, w strefie umiarkowanej terenów Azji i północnej Afryki. W USA jest gatunkiem inwazyjnym. Podobno zawleczona została także na inne kontynenty. A więc zamiana dwupienności na jednopienność nastąpiła w procesie kolonizacji. Najpewniej jest to cecha korzystna do kolonizacji, podobnie jak partenogeneza u wodożytki nowozelandzkiej (w kraju pochodzenia rozmnaża się płciowo i czasem partenogenetycznie ale w krajach skolonizowanych, gdzie jest gatunkiem obcym rozmnaża się wyłącznie przez partenogenezę). Bo tak jak w przypadku ślimaka winniczka i obojnaków – każdy osobnik, którego spotka nadaje się do „rozrodu” i wymiany materiału genetycznego. 100 % trafień. Co w przypadku kolonizacji przez zazwyczaj niewielką liczbę osobników ma ogromne znaczenie.

pokrzywaAle to nie koniec moich poszukiwać z gender w tle. Pokrzywa zwyczajna jest byliną rozłogową czyli rośliną wieloletnią – co roku odrasta z kłączy i korzeni. Dwupienna pokrzywa rozmnaża się także wegetatywnie – przez rozłogi. Taki wielosobniczy klon (dokładniej polikormon – jeden organizm ale wiele „osobników”) zajmuje duży obszar. Bo pojedyncze rośliny (łodygi), wyrastające z gleby są pod spodem połączone kłączami i stanowią jeden organizm. Oczywiście, każdy pojedynczy kormon może żyć samodzielnie. Każdy jednocześnie jest klonem (taki sam materiał genetyczny) organizmu rodzicielskiego. Jak szacunkowo obliczono to taki polikormon pokrzywy może żyć nawet 50 lat. I kto by pomyślał, że taka „jednoroczna pokrzywa” może być taka długowieczna. A wszystko dzięki pomnażaniu (lepszy termin na biologiczne pojęcie rozmnażania bezpłciowego).

Jak doczytałem, na północnym krańcu swojego zasięgu występowania pokrzywa rozmnaża się prawie wyłącznie (a przynajmniej głównie) przez rozłogi, bo brakuje warunków na wydanie kwiatów, zapylenie i dojrzenie nasion. To także sposób na kolonizowanie nowych terenów i „czekanie” z rozmnażaniem płciowym na klimatycznie dogodne warunku (raz na jakiś czas).

Pokrzywa jest wiatropylna. Jak wiatr poniesie, tak pyłek trafi albo nie trafi na kwiaty żeńskie. Dwupienność bywa kłopotliwa, bo muszą się znaleźć obie płcie w „zasięgu wiatru”. Nic dziwnego, że ewolucyjnym wynalazkiem były kwiaty zapylane przez owady (daniną jest nektar).

Ale wróćmy do pokrzywy. Jest jeszcze w naszym kraju pokrzywa żegawka (Urtica urens L.). Jest mniejsza od pokrzywy zwyczajnej ale za to dotkliwiej parzy. Żegawka jest rośliną jednoroczną (co roku wyrasta z nasion) i nie tworzy rozłogów. Ale jest jednopienna, czyli na jednym osobniku są kwiaty żeńskie i męskie (taki obojnak w biologicznym sensie). A popkulturowo rasowy gender – może się czuć samcem lub samicą (jeśli roślina w ogóle może czegokolwiek chcieć i mieć wolę) w zależności od widzimisię. Dzisiaj tak a jutro inaczej.

Żegawka pochodzi z obszaru śródziemnomorskiego ale rozprzestrzeniona w Eurazji i Ameryce Północnej. Czyli chyba także zawleczona do USA. Pokrzywa zwyczajna – jak wyczytałem – może krzyżować się z pokrzywą żegawką. Co w sumie nie jest dziwne jak na rośliny wiatropylne (wiatr niekumaty, nie rozpoznaje i zapyla jak leci). Krzyżówki międzygatunkowe nie są tak rzadkie jakbyśmy sądzili, zwłaszcza u roślin. To dobra strategia ekologiczna i ewolucyjna dla kolonistów.
Tak więc, po nieco dokładniejszych dociekaniu, okazało się, że pokrzywa nie jest taka gender (w popkulturowym i gazetowym znaczeniu) jakby się na początku wydawało. Bo w sumie chodzi o dwa gatunki i podgatunki na innych kontynentach.

Pokrzywa zwyczajna jest rośliną dwupienną w Eurazji a jedynie w Ameryce Północnej jest jednopienna, co można być może interpretować jako efekt kolonizacji i być może krzyżówek z pokrzywą żegawką. To ostatnie trzeba byłoby sprawdzić genetycznie. Być może już do ktoś sprawdził, trzeba tylko poszukać w przebogatej literaturze naukowej.

c.d.n. (rozważań gastronomiczno-pokrzywowych)

pokrzywą po grzebiecie i na grzbiecie

Ani kaktus na dłoni ani gruszki na wierzbie

Przyroda w swej różnorodności i niezwykłym bogactwie niejednokrotnie zadziwia. Kaktus na dłoni nie wyrośnie ani gruszki na wierzbie, ale za to róże na wierzbie to jak najbardziej.

Róże na wierzbach widoczne są już od późnej jesieni, gdy liście opadną. One tkwią. Cóż to jest? Są to wyrośla, skrócone pędy wierzby, kształtem przypominające kwiat róży. W środku żeruje larwa muchówki z rodziny pryszczarkowatych (Cecidomyidae). Mieszkaniec owej róży nazywa się wierzbinowiec rozetek lub wierzbinowiec różyczkowiec (Rhabdophaga rosaria).

Wyrośl przypomina kwiat róży. Na skróconym pędzie liście ciasno upakowane (od 30 do 60), latem są zielone i niezwykle trudne do wypatrzenia, od jesieni szaro-brązowe tak jak uschnięte liście. Teraz wiosną, w stanie bezlistnym, są bardzo łatwe do zauważenia.

Dorosła muchówka podobna jest do komara, a żyje zaledwie kilka dni. Larwy jej są beznogie jak to u muchówek. Larwy pojawiają się na przełomie czerwca i lipca. Jesienią liście usychają ale nie odpadają od gałązki. Daje do dobre schronienie dla larwy a później poczwarki .

O historii, co lubi się powtarzać, kulcie siły i skuteczności w polityce

Podobno poprzez historię można zrozumieć teraźniejszość. Ale ja myślę, że poprzez teraźniejszość można zrozumieć i przeszłość. Kiedy słucham i patrzę na poczynania prezydenta Putina i entuzjazm wielu Rosjan w związku z aneksją Krymu, to przypomina mi się Hitler i faszystowskie Niemcy. Nie tylko ja mam takie skojarzenia…

Długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego Hitler uzyskał tak duże poparcie, nawet na Warmii czy szerzej w Prusach Wschodnich. Przeszłość jest daleka, docierają tylko fragmentaryczne i syntetycznie opracowane relacje. Teraz mamy powtórkę z historii. Frustracja z rozpadu mocarstwa (ZSRR) i chęć rewanżu. Kult siły i przemocy. I ten ogromny entuzjazm w Rosji (choć i wielu jest przeciw agresji). Może tak wyglądały faszystowskie Niemcy u progu wojny światowej? Aneksje i "odzyskiwanie" dawnych ziem w obronie niby własnych rodaków. Wtedy byli to etniczni Niemcy, dziś etniczni Rosjanie… Od kilkunastu już lat budza się nacjonalizmy w Europie.

Najdziwniejszy jest podziw i uznanie dla Putina z różnych kręgów nacjonalistyczno-prawicowych, także w Polsce. Kult siły i przemocy, że niby taka skuteczna – przy nieudolności ponoć Europy jako takiej.

Zacznijmy od historii. Jaki jest bilans sukcesów Hitlera i poparcia go przez masy Niemców? Ten "sukces" to ponad 10 milionów zabitych Niemców, utrata dużych części kraju, wygnanie, zniszczenie i wstyd przez kilka dziesięcioleci. Dopiero niedawno Niemcy wracają świata w pełni akceptowani. Przez lata nawet w kulturze synonimem zbrodniarza i wroga byli właśnie Niemcy.

Czy taki sukces Rosji przyniesie Putin? Europa była rozdrobniona i w dużym stopniu zdemilitaryzowana. Państwa europejskie samodzielnie, bez USA, nie byłyby w stanie samodzielnie działać militarnie. Rosja w ostatnich latach systematycznie zbliżała się do Europy, ze względów gospodarczych. Teoretycznie mogłaby być liderem w Europie. Ma surowce i liczna armię. W niedługim czasie mogłaby przejąć rolę USA i rej wodzić w Europie. Zamiast jednak zbliżenia Putin zaoferował mglistą konkurencję gospodarczą w postaci jakiejś tak unii celnej. Interwencja na Krymie to wyraz porządki. Ładował Putin miliardy dolarów w korupcyjnego Janukowycza… a w Kijowie, na Majdanie "ukradli" mu Ukrainę! Chyba stad wściekłość i aneksja Krymy… przy gromkim aplauzie zmanipulowanych propagandą Rosjan.

Cóż osiągnął? Po pierwsze wrogość samych Ukraińców. Zyskał Krym, stracił Ukrainę. Putin zyskał także strach dawnych krajów ZSRR, którzy teraz niechętnie będą się integrować. A po cichu będą marginalizować Rosjan u nich mieszkających. Bo to nagle okazała się być "piata kolumna". Cóż zyskali Rosjanie mieszkający poza Rosją? Strach i cicha dyskryminację.

Cóż jeszcze osiągnął Putin? Mocne zjednoczenie Unii Europejskiej, wzmocnienie NATO i rolę głównego wroga. Zaczyna się od dużych strat ekonomicznych liczonych w miliardach dolarów. Europa przyspiesza uniezależnianie się od gazu rosyjskiego – w przyszłości będzie dla Rosji dużo mniej pieniędzy. Czy to są sukcesy?

Na ile Putinowi starczy propagandowego paliwa, by utrzymać poparcie swoich obywateli? Czy zamknie ich jak Kimowie w północnokoreańskim obozie? A może jak w dawnych czasach ZSRR? Sukcesem Putina jest drugi mur berliński, tyle że dużo dalej na wschodzie.

Myślę, że Rosja i Rosjanie Już dużo stracili i jeszcze więcej stracą. Dziś obnoszą portrety Putina. Ale czyż nie było tak samo z Hitlerem? Albo ze Stalinem? Brutalny osiłek tylko chwilowo odnosi sukcesy. Potem zostają ruiny, mogiły i pomniki na cmentarzach…

Nosiłem w sobie dużo sympatii do Rosji i Rosjan. Teraz pojawia się strach.

Europa jest znacznie lepszym pomysłem na życie. W Unii Europejskiej znosimy granice i nie musimy zbrojnie przesuwać granic. Poczucie, że moje jest Wilno nie przeszkadza Litwinom uważać również za swoje. Podobnie z Olsztynem, Gdańskiem czy Wrocławiem. Pokojowa integracja jest znacznie efektywniejsza i mniej kosztowna niż siłowe wymuszanie "szacunku" i zbrojne przesuwanie granic…żeby przyjechać bez paszportu.

Poezja to przeżytek

Poezja to przeżytek. Oczywiście myślę o formie. Kiedyś, w wieku młodzieńczym, gdy jak wielu pisałem wierze, zastanawiałem się dlaczego jedne wiersze wzbudzają zainteresowanie i wywołują oddźwięk, inne nie. Przecież rym był i piękne słowa, a jednak wiersz nie wzbudzał zainteresowania. Dopiero później odkryłem, że nie tylko estetyka języka ale przede wszystkim treść jest ważna.
Ważkość problemu. Forma jest przeżytkiem, pochodzi z zupełnie innej epoki, a zachwyt nad poezją jest reminiscencją dawnej sławy i dawnej cywilizacji.

Poezja do wytwór kultury mówionej, gdy nie znano jeszcze pisma, nie mówiąc o internecie. Kultura mówiona, z poezją i pieśnią, trwała co najmniej kilkadziesiąt tysięcy lat. Z tej perspektywy literatura (coś zapisanego literami, ręcznie czy wydrukowane) to tylko maleńki fragment, swoista nowinka. Przez dziesiątki tysięcy lat społeczeństwa ludzkie komunikowały się mową i… pamięcią. Przy ognisku, przy piecu, przy stole biesiadnym, w domowej izbie rozmawialiśmy, opowiadaliśmy, przekazywaliśmy istotne treści. I dalej kultura mówiona jest częścią naszej kultury. Ale już nie tak ważnym jak kiedyś. Kiedyś kultura mówiona była jedyna formą (nie licząc tańca, dramy czy pieśni).

Jak zapamiętać wiele treści, wiele opowieści, złożoną fabułę lub ważne obserwacje, mądre myśli, gdy nie można tego zapisać, zanotować czy nagrać na dyktafon? Można tylko zapamiętać. A ludzka pamięć była jedynym zapisywalnym nośnikiem kultury przez dziesiątki (a raczej setki) tysięcy lat historii Homo sapiens. Powtarzanie służy zapamiętywaniu. Historie opowiadane były więc po wielokroć, zanim zapady w umysłach słuchaczy i zanim przez nich były opowieścią przekazywane. Po drugie zapamiętywaniu służy rym i rytm (to drugie także w pieśni).

Poezja w swej formie jest wytworem mnemotechniki kultury oralnej (ustnej). Tej kultury już nie ma, więc i poezja jest przeżytkiem. Funkcjonuje dalej ale zepchnięta na ubocze, jako coś uzupełniającego a nie głównego we współczesnej kulturze. Teraz może nas dziwić to, że Iliada i inne obszerne dzieła były najpierw stworzone w kulturze oralnej, zapamiętane, a dopiero później spisane. Jak zapamiętać tyle słów i ich fabułę? Temu służyła poezja w swym rytmie i rymie oraz pięknie języka. Zapamiętywać warto tylko rzeczy mądre i piękne. Pospolitości nie warto w głowie magazynować. Ale internet wszystko przyjmie. Papier także.

Kiedyś ludzie dysponowali tylko tym, co mieli w głowie. Co zapamiętali. Poezja była znakomitym i używanym elementem kultury. Była żywa na co dzień. Tak jak pieśń i taniec. Dzisiaj poezja jest niszowa, akademicka i muzealna, ewentualnie bardzo osobista i indywidualna (zachwyt że potrafię, coś na kształt archeologii eksperymentalnej). Bo na co dzień nie jest nam tak potrzebna, jak przed wiekami. Mamy teraz komputery i esemesy czy tweety.

Kiedy powstało pismo i zaczęła się rodzić literatura, to kalkowała ona kulturę mówioną. Dalej była to kultura mnemotechniki kultury oralnej, tyle tylko, że zapisana. Wiesze, poematy i dłuższe dzieła zapisywano. W miarę jak literatura odkrywała sama siebie i możliwości, wynikające z pisma, poezja powoli umierała. Stawała się zbyteczna. Jeśli można myśli zapisać a potem odczytać, to rytm i rym przestają być potrzebne. Zaczynają nawet przeszkadzać, uwierać. Najpierw zniknęły z długich utworów. Mało dzisiaj kto pamięta, że nawet utwory naukowe dawniej zapisywano metodą wierszowaną. Publikacje naukowe mają dzisiaj już zupełnie inny rytuał.

Literatura (słowo zapisywane) zaczęło tworzyć swoje własne standardy i swoje piękno. Dalej mogły być niedopowiedzenia, porównania, piękne i inspirujące zestawienie słów. Nawet z poezji zaczął znikać rym i rytm. Autorzy zwracali uwagę na estetyczną i przestrzenną wizualizację utworu zapisanego (jak wyglądał po wydrukowaniu). Powoli poezja stawała się elementem literatury: do zapisania i samodzielnego odczytywania, a nie jak kiedyś do deklamowania między ludźmi. Literatura dociera bardziej przez wzrok niż słuch.

A teraz jeszcze bardziej pozmieniało się w kulturze i komunikacji międzyludzkiej. Pojawiła się telewizja, radio, internet mobilny i powszechny dostęp do ogólnoświatowego repozytorium kultury. Nie trzeba zapamiętywać wszystkiego – trzeba umieć szybko odszukiwać potrzebne treści. Żeby zachwycić dziewczynę na randce czy towarzystwo przy stole biesiadnym nie trzeba wydobywać z pamięci ciekawej historii, ujętej poetycko. Dzisiaj bardziej zapisujemy-notujemy niż zapamiętujemy. Owszem, zapamiętujemy, ale znacznie mniej niż kiedyś. Czytelniku, czy potrafisz wymienić swoich przodków (z imienia i nazwiska) do 16. pokolenia w tył? Kiedyś to było normą. Dzisiaj sięgniesz do genealogii i też odtworzyć… ale nie z pamięci własnych neuronów.

Poezja coraz bardziej staje się przeżytkiem. Dzisiaj te same treści wyrażamy w zupełnie innych formach, bardziej adekwatnych do sposobu naszego funkcjonowania w świecie. Dlatego ośmielam się pisać, że poezja to przeżytek.

W poezji piękne są niedopowiedzenia – bo słowa układane są w estetyczną kompozycję a nie głównie logikę i precyzję wypowiedzi. Umożliwia to wielotorowość interpretacji, daje możliwość wielorakich skojarzeń. W świecie naukowej precyzji to coś zupełnie odmiennego.

W poezji najważniejsza jest/była treść. Kiedyś ta treść – ze względów na nośnik kultury i zdolność zapamiętywania – była ujęta w formę poetycką. Teraz ta treść inaczej jest ujęta. Najbardziej uniwersalna wydaje się poezja miłosna. Po prostu każdy człowiek kiedyś się zakochuje. Powstania, wojny, bohaterskie czyny przemijają (lub za każdym razem są inne), miłość jest elementem naszego życia. Są tematy uniwersalne i ogólnoludzkie. O nich dalej konwersujemy… na współczesne sposoby.

Tyle tylko, że ważne dla nas treści opowiadamy, komunikujemy sobie zupełnie inaczej. Poezja jest marginesem. Jako forma jest przeżytkiem natomiast ważne treści są wiecznie żywe. Bez względu w jaka formę ujęte: poezję, taniec, teatr, malowidła, powieści, aforyzmy, traktaty etc.

Ważna jest treść nie forma. Forma przemija, treść zostaje.

Światowy Dzień Wody 2014

Bodajże to Ryszard Kapuściński pierwszy wypowiedział słowa "jeśli będzie trzecia wojna światowa to wybuchnie o wodę". Nie o ropę, nie o ziemię ale o wodę. Wody zaczyna brakować nie tylko w Afryce. Oczywiście mówimy o wodzie czystej i zdatnej do picia oraz wodzie dla celów rolniczych.

Walka o wodę to nie tylko zbrojny spór o Wzgórza Golan (spór o dostęp do wody zasilającej Jordan… i rolnictwo Izraela). Nawet najnowsza aneksja Krymu przez Rosję ma wodę w tle. Już na drugi dzień po referendum samozwańcze władze Krymy głośno i oficjalnie skierowały groźbę Ukrainie, że jeżeli tylko odetną dopływ wody na Krym, to uderzą zbrojnie. Przy okazji przewrotnie zaznaczając, że woda potrzebna jest głównie Ukraińcom i Tatarom Krymskim. Pomyślał by kto, że w trosce o Tatarów, których w tym samym czasie poinformowali, że będą musieli ich przesiedlić, bo akurat ziemia jest potrzebna dla ważnych celów społecznych… Ale większość wody, potrzebnej rolnictwu krymskiemu pochodzi z Ukrainy a dostarczana jest kanałem.

Zmiany klimatu zwiększą tylko globalne i lokalne kłopoty z wodą. W jednych regionach będzie jej za dużo, w innych za mało. Polska też będzie miała rosnące kłopoty. I bardziej groźna jest susza niż powodzie. Bo skutki są długotrwałe i trudne do wyeliminowanie. Już teraz należałoby myśleć o sposobach gromadzenie wody deszczowej, by zbyt szybko nie odpływała do morza.

Światowy Dzień Wody przypada na 23 marca 2014 r. To nie jest jakieś malowane i sztuczne święto. Przypomina o poważnym i globalnym problemie. Wojnom można zapobiegać, tylko trzeba myśleć z dużym wyprzedzeniem.

Narysować referat czyli o wyzwaniach współczesnego naukowca

Pojawiające się wynalazki bezpowrotnie zmieniają świat, w którym żyjemy. W konsekwencji nic nie jest już takie jak dawniej. A my ciągle jesteśmy zmuszeni do uczenia się nowości i ciągłego przystosowywania się do nowych warunków. Parafrazując tezę ewolucjonizmu, że nie ma gatunków dobrze przystosowany, są tylko gatunki ciągle przystosowujące się, można powiedzieć, że nie ma stanu wiedzy i umiejętności kompletnej i ciągle trzeba uczy się (douczać).

Wiedza naukowa powstaje w wyniku dyskusji i wymiany informacji między badaczami. Na przestrzeni wieków nic nie uległo zmianie. Zmieniają się tylko formy naukowej dyskusji i wykorzystywanych nośników. Globalizacja i nowoczesne techniki komputerowe wiele zmieniły. Nic nie jest już takie jak dawniej. A wszystko zaczęło się już w starożytności przy biesiadnym stole. Sympozjum to syn – wspólny, posis – picie. Oczywiście to ostatnie jest tylko dodatkiem, tak jak przerwa na kawę w czasie konferencji. Z wrogiem nie siada się do wspólnego stołu. Jedzenie zbliża, stwarza sytuację do spokojnej rozmowy. Stół więc łączy, zmniejsza bariery i ośmiela do wymiany poglądów.

Istotą poznawania naukowego jest m.in. poszukiwanie piękna logicznej prawdy. Ale piękno treści naukowej teorii połączone jest z pięknem formy. Nic więc dziwnego, że naukowcy ciągle poszukują form ukazywania pięknej treści z piękną formą. Najpierw była to „tylko” retoryka (piękno języka i kompozycja wypowiedzi). Poszukiwano sposobu wyrazu myśli, aby dotrzeć i przekonać odbiorców, także aby urzec pięknem formy swojej wypowiedzi. Teraz, dzięki nowoczesnej technologii „globalnej wioski”, zmuszeni jesteśmy uczyć się wykorzystywania prezentacji multimedialnej oraz malowania… plakatów.

Naukowiec malujący na co dzień plakaty? Oczywiście bardziej w programie komputerowym niż pędzlem i farbami.

W świecie współczesnym naukowcy są liczni i pospolici. Przeciętny odbiorca spotyka się z dużym „nadmiarem” wyników badań i w konsekwencji zapoznać się może tylko z nielicznymi. Zupełnie jak w dobrze zaopatrzonym supermarkecie – z obwicie zastawionych półek do koszyka trafiają tylko nieliczne produkty. Nic więc dziwnego, że współczesny naukowiec staje przed koniecznością poszukiwania metod „jak być widocznym”. Poza wartościową treścią ważne jest także atrakcyjne i widoczne „opakowanie”.

Być widocznym w nadmiarze pospolitości i wielości to nie tylko nauczyć się produkować „towar”, ale jeszcze nauczyć się tworzyć efektywne „opakowania”. Jednym z elementów upowszechniania wiedzy jest także tak zwana popularyzacji nauki. A jej celem jest dotarcie z treściami naukowymi do szerokiego grona odbiorców, w tym nie-specjalistów. Wymusza to poszukiwanie przystępnych form nie tylko wykładu, nie tylko pokazu w czasie Dni Nauki, Nocy Biologów, ale i w formie tekstów pisanych oraz treści…. ilustrowanych. Nie myślę tylko o zdjęciach czy filmach ale także o plakatach naukowych i infografice.

Od kilkunastu lat coraz popularniejszą formą prezentowania prac naukowych w czasie konferencji są plakaty naukowe (postery). Poster to połączenie afisza informacyjnego, plakatu artystycznego, publikacji naukowej oraz – uwzględniając sesję posterową – także sztuki dyskutowania.

Tak więc współczesny naukowiec nie tylko pisze publikacje ale i „maluje” plakaty.

Nowoczesna technologia znacząco obniżyła koszty wydrukowani jednoegzemplarzowego plakatu naukowego oraz znacząco skróciła czas przygotowania. Dzięki współczesnej technologii postery upowszechniły się i trafiły „pod strzechy” nawet prowincjonalnego świata naukowego. Nie ma innego wyjścia – trzeba się tego nauczyć. Nie tylko kompozycji plastycznej (żeby było ładnie i estetyczne w formie) ale i technologii formy ostatecznej.

Możliwości programów komputerowych do składania różnorodnej grafiki w połączeniu z tekstem oraz możliwości wydruku wielkoformatowego dosłownie na wszystkim są wręcz oszałamiające. To już nie tylko wydruk na papierze ale także na sztywnej piance czy tkaninie. To ostatnie szczególnie przydatne jest dla naukowców podróżujących samolotem. Nie trzeba brać tuby (problemy na lotnisku) jako opakowania dla rulonu z plakatem. Wydrukowany na cienkiej tkaninie poster po prostu można złożyć i schować w walizce.

Odkrywanie nowych technologii jest jak radość małego dziecka, które zamiast kredkami zaczyna malować po domowych ścianach farbami w sprayu. Radość tworzenia i odkrywania. Spotkanie nauki i przemysłu jest owocne i twórcze dla obu stron. Plakat nie musi być tylko wielkoformatową publikacja konferencyjną, bogato ilustrowaną zdjęciami, wykresami, schematami. A może niebawem na posterze pojawi się… film. Monitor stojący przy plakacie dostępny jest już teraz. Ale ciężki i drogi, aby go wozić. Na razie, tylko w czasie sesji posterowej autor może stanąć obok z tabletem, i w czasie dyskusji pokazać coś więcej, na swoim mobilnym urządzeniu z wykorzystaniem mobilnego internetu. Ale jeśli pojawia się taki e-papier, to przecież zamiast wkleić fotkę na posterze, można będzie wkleić adekwatny filmik. Oglądanie takiego plakatu będzie jeszcze bardziej interaktywne.

Teraz szukam kontaktu z odpowiednią firmą, do której mógłbym udać się na staż, aby nauczyć się formy (w tym przypadku poster), by przyswoić dla nauki nowe technologie (potem przekazać doświadczenie swoim studentom i doktorantom). Bo „profesor” sam powinien najpierw rozpoznać zjawisko (jak generał pole bitwy), zanim wyśle swoich „żołnierzy”.

Możliwe, że rozwinięciem posterowej formy w komunikacji naukowej będzie infografika. Infografika zamieszczana nie tylko w tekstach publikacyjnych czy na posterach ale i w różnych formach internetowych. Tego też chciałbym się w najbliższym czasie nauczyć.

Poznać las i czy są w nim grzyby (ile, jakie), zanim wyśle się swoich uczniów na grzybobranie. Tylko wtedy można należycie ocenić ich efektywność zbierania. Do profesora należy wytyczanie kierunków poszukiwań. Od jego wiedzy zależy czy młodzi trafią do Eldorado czy na jałowa pustynię (marnując i czas i pieniądze).

Poster czy publikacja to tylko forma. Forma bez treści jest jedynie pustym balonem. Ale nawet dobra treść podana w brzydkiej formie nie dociera do odbiorcy. W plakacie także trzeba uczyć się kompozycji plastycznej. Najbardziej nas zachwyca i uwodzi piękno logicznej prawdy, piękno naukowej teorii połączone z pięknem wyrazu formy. Czy to referatu ustnego, czy publikacji czy plakatu naukowego.

Tak jak malarz musi nauczyć się technologii: wykonania farb, mieszania, stosowania werniksów itd., tak współczesny naukowiec zmuszony jest uczyć się technologii pisania publikacji, wygłaszania referatów na konferencja i sympozjach i w końcu przygotowanie posteru naukowego. Musi uczyć się technologii: jak wykonać wszystko na komputerze (małe wydawnictwo na biurku), jak wydrukować i w jakiej formie pokazać. Współczesny naukowiec w zakresie upowszechniania wiedzy (nauki) musi umieć dużo więcej iż jego dawni koledzy z przeszłości.

c.d.n