Czy wyksztalcenie to strata czasu?

W wielu miejscach spotkać się można z opiniami, że studia i kształcenie to ukrywanie bezrobocia i braku wartościowego miejsca w społeczeństwie, że to tylko przechowalnia niepotrzebnych. Uczą się, a więc są jakieś pozory, że to ma sens, że dla rynku pracy, dla siebie, dla społeczeństwa. Ale z dyplomem stają się bezrobotni, a więc zbędni społecznie. Z dyplomami magistrów i doktorów, w sklepie, w przedstawicielstwie handlowym, w szkole, poniżej uzyskanych kwalifikacji. To frustruje, nawet jeśli dotyczy tylko małej (średniej? dużej?) części populacji młodych ludzi.

Doktoranci są potrzebni… do awansu pracowników, jako „mięso armatnie” (takie można odnieść często wrażenie). Traktowani bywają na uczelniach instrumentalnie a nie podmiotowo.

Kształcenie doktorów – w nie tak rzadkich opiniach – jest nietrafione społecznie i gospodarczo. Są bo są. Po co im ta wiedza i te uniwersytety? Na kasie można siedzieć bez dyplomów…

Coś jest nie tak ze społeczeństwem i gospodarką. Coraz więcej jest ludzi społecznie zbędnych. Potrzebni są jako konsumenci do napędzania produkcji i do niczego więcej. Z jednej strony, skoro mamy tak duży postęp technologiczny, to możemy mniej pracować, aby zaspokoić swoje potrzeby materialne. I tak jest. Wszystko zajmuje mniej czasu, stać nas na więcej. Ale mimo to, pracujemy więcej.

Według przeszłości jesteśmy bogaczami, pływającymi w luksusie. A jednak jesteśmy nieszczęśliwi. Bo wynalazki uwalniają nas od pracy…. Ale tylko średnio statystycznie. Bo jedni i tak pracują dużo więcej (i są sfrustrowani, jak koń w kieracie), a inni są bezrobotni i z tego samego powodu też są nieszczęśliwi, poprzez swoje wykluczenie. Postęp, który nie daje szczęścia…. Po co taki postęp? A może tylko nie umiemy z niego poprawnie skorzystać?

Ewidentnie błąd tkwi w strukturze społecznej a nie w postępie. Próbujemy się ratować rosnącą konsumpcją… aby zatrudniać więcej osób. Tyle tylko, że w ten sposób dajemy sens życia kosztem niszczenia planety i w wyniku bezsensownej konsumpcji. A zresztą, co to za sens ulokowany w nadmiernej konsumpcji rzeczy jednorazowego użytku? Tak do tego stylu przywykamy, że i związki międzyludzkie zaczynają być „jednorazowe”.

Studia, które gaszą entuzjazm, powodują wypalenie studentów. Taki czasem widzę efekt. Dawniej chyba tak nie było… albo idealizujemy przeszłość. Na „piątym” roku (np. biotechnologii) im się niewiele chce, są zrezygnowani, chcą dotrwać i nie widzą perspektyw. Za to na licencjacie (trzeci rok, ta sama uczelnia, ten sam kierunek) są pełni energii, kreatywności, działają. Dlaczego tak się dzieje? Czy to studia czy niepewność pracy zawodowej jest przyczyną tego oklapnięcia? Nie chce się im i nie potrafią współpracować (ci pod koniec studiów). I widzę, że się nie uda współpraca (praca zespołowa).

To swoista ewaluacja pięciu lat studiowania. Brak asertywności i zaangażowania, są posłuszni jak niewolnicy (z wewnętrzną niechęcią), kiwają głowami, że tak, ale nie zrobią.

Jak naprawić społeczeństwo? Potrzebni filozofowie, ale czy takich kształcimy na studiach filozoficznych? Czy dziennikarze pracujący w zawodzie są po studiach dziennikarskich?

Po co jest wykształcenie wyższe. Czy jest potrzebne? A jeśli tak to jakie powinno być?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s