Od maści czarownic do biogospodarki czyli o święcie ziół w olsztyneckim skansenie

11884692_1041525129213429_3402708981071869563_oMaść do latania czarownic naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też, ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej poza murami uniwersytetu i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i podnoszenia atrakcyjności turystycznej prowincji, w tym przypadku Warmii i Mazur.

W czasie Święta Ziół, które odbyło się 15 sierpnia 2015 r. w Muzeum Budownictwa Ludowego Parku Etnograficznym w Olsztynku (na co dzień zwane skansenem), miałem okazję i przyjemność wygłosić w warunkach polowych krótką prelekcję pt. „Od maści czarownic do biogospodarki czyli o wykorzystaniu ziół dawniej i dziś”. Co robi naukowiec, biolog i ekolog, badający chruściki (owady wodne), na festynie zielarskim w skansenie, niemalże na wiejski jarmarku? Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to praktyczne poznawanie edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Wspomniana forma edukacji dynamicznie się rozwija. Temu tematowi poświęcona będzie m.in. zbliżająca się konferencja Pokazać-Przekazać, która odbędzie się w Centrum Nauki Kopernik, w dniach 21-22 sierpnia 2015 r. Będę brał w niej czynny udział, w panelu dyskusyjnym na temat budowania współpracy szkół ze światem nauki i biznesu. I chcę włączyć się do dyskusji z własnymi doświadczeniami a nie tylko z tym, co wyczytam u innych. Misją uniwersytetu jest rozpoznawanie nowych trendów, w tym przypadku edukacyjnych, eksperymentowanie, a zdobyte doświadczenia i wiedzę aplikować w środowisku lokalnym. Po drugie powstało Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym na UWM w Olsztynie, powstał kierunek studiów o tej nazwie. Olsztyneckie spotkanie mieści się więc w naszej tematyce badawczej i dydaktycznej. Staramy się także współpracować z lokalnym biznesem i praktycznie tworzyć innowacyjność dla naszej, lokalnej gospodarki. Przykładem jest chociażby maść do latania.

Tyle tytułem wstępu, by wytłumaczyć swoją obecność (aktywną) na olsztyneckim Święcie Ziół. Jakieś wyrwane z kontekstu jedno zdanie w telewizji może być nieczytelne i niezrozumiałe.

Wracamy do ziół, do szerokiego wykorzystywania różnorodności biologicznej, ale nieco inaczej niż dawniej, bo inaczej postrzegamy świat i inną mamy już wiedzę zbiorową, wspólną (inteligencja zbiorowa). Współcześnie używamy takich samych słów czy pojęć tak jak przed wiekami ale inaczej je interpretujemy. Kontekst paradygmatu, ogólnej wiedzy wiele zmienia w rozumieniu. Nie jest łatwo zrozumieć dawną kulturę i dawne zwyczaje. Proste przenoszenie współczesnych wyobrażeń prowadzi do wielu nieporozumień i komicznych błędów.

Obecnie postać czarownicy ukształtowana jest przez wyobrażenia filmowe i popkulturowe: starej lub młodej kobiety, zielarki, latającej na miotle, postaci sympatycznej i wesołej, itd. Jest to sylwetka mocno oswojona i przetworzona, oderwana od dawnych realiów. W przeszłości czarownice inaczej traktowaliśmy – widoczne jest to jeszcze w starych bajkach i baśniach. Nie był to jakiś zawód czy grupa społeczna. Dawniej świat duchowy i materialny mocno ze sobą się łączyły, przenikały, wzajemnie na siebie wpływały. Świat był nieznany, a więc niebezpieczny, pełen demonów, sił nieczystych, czynników zagrażających życiu lub dobrobytowi. Ten świat należało obłaskawić rytuałami, zaklęciami itd. Czarownica, szeptucha, wiedźma to ktoś zły, groźny. Synonim złego i niebezpiecznego. Jeśli kobieta podpaliła dom, wywołując pożar w mieście, z powodu zazdrości i gniewu na niewiernego kochanka – to musiała być opętana jakimiś siłami nieczystymi. Musiała mieć kontakty z diabłem. Przecież normalny człowiek tego nie robi. A psychologia w świadomości ludzi jeszcze nie istniała. Więc skazywano taką podpalaczkę, w pierwszym rzędzie z zemsty za zniszczenie i pożar, ale pojawiało się słowo „czarownica” jako uzasadnienie. Podobnie gdy matka zabiła swoje nowonarodzone dziecko – musiała być opętana przez diabła. Nikt nie znał depresji poporodowej czy innych przyczyn także i społecznych (nie funkcjonowały takie pojęcia w języku i interpretacji zjawisk). Nie skazywano (wypędzano) za czary w takim rozumieniu jak dziś myślimy.

Świat pełen był demonów, które szkodziły lub – jeśli odpowiednio je ujarzmić słowem czy czynnością magiczną – pomagały człowiekowi. Jeśli zasnąć na słońcu w południe to łatwo o udar słoneczny. Tak to widzimy dzisiaj. Dawniej nasi przodkowie powiedzieliby, że to południca (nazwa demona aktywnego w południe) nam zaszkodziła. Nawet krasnoludki – współcześnie w popkulturze opisywane jako sympatyczne i pomagające człowiekowi istoty – bywały dawniej opisywane jako szkodliwe demony (chyba, że je odpowiednio udomowić, udobruchać, przekupić). Jeśli szalała zaraza na Mazurach, to interpretowano jako skutek tego, że jakiś trup zjada się od środka, w grobie. Więc żeby zaradzić epidemii rozkopywano groby na cmentarzu, wyrzucano złwoki na zewnątrz i szukano takich, ze śladami „samozjadania się”. Teraz wystarczyło tylko odciąć głowę takiemu zombi by ludzie przestali chorować i umierać. Przytoczyłem tem przykład, by uświadomić, że wiedza ludowa i „medycyna” ludowa nie była tak świetlanie piękna i „ekologczna” jak dzisiaj w popkulturze ją kreujemy.

Tak więc czarownice kiedyś istniały, jako określenie tego, czego się boimy, co nam szkodzi. Że krowa mleko straciła – to na pewno przez czarownice, zły urok rzucony przez kogoś. Trzeba swoją pomyślność zabezpieczyć, ziołami magicznymi lub wynająć inną szeptuchę, mocniejszą, która urok zdejmie, a krowa do zdrowia powróci.

W Święto Wniebowzięcia Maryi Panny również do kościoła przynosimy zioła. Zewnętrznie rytuał podobny do dawnych wierzeń przedchrześcijańskich, ale z zupełnie inną interpretacją. Zachowały się w tradycji pewne elementy, związane z ziołami, ale są elementem innego paradygmatu. Nadajemy im znaczenie symboliczne (kulturowe), a nie magiczne. Tak jak np. koniczyna w symbolice chrześcijańskiej była uznawana za symbol zbawienia (średniowieczni chrześcijanie wierzyli, że stanowi antidotum na ukąszenie węży i skorpionów, łączonych w chrześcijaństwie z szatanem). „Poziomki, o białych kwiatach i czerwonych owocach, podkreślały jednoczesne dziewictwo i macierzyństwo Bożej Matki. Były też symbolem Raju i wiecznej szczęśliwości w niebie. Kwitnienie i owocowanie poziomek kojarzono z nieśmiertelnością” (czytaj więcej na ten temat). I dzisiaj do kościoła przychodzimy z ziołami czy płodami ziemi, ale nie dlatego by pozyskać instrumenty do magii i czarów. Język symboli nie jest więc językiem magii, choć powierzchownie może wydawać się podobny.

Kto był uważany za czarownicę? Ktoś stojący z boku społeczności, czasem stary i samotny, czasem ułomny. Czasem sam wybierał samotność, czasem był wypędzany ze społeczności na margines. Takich osób się bano (a czyż dzisiaj nie „boimy się” osób starych, brzydkich, schorowanych, ułomnych psychicznie?), ale krzywdy nie wyrządzano. Złe słowo, złe spojrzenie być może było jedyną skuteczną obroną. Czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). Można było opłacić/wynająć taką wiedźmę by odczyniła zły urok lub rzuciła złe czary na sąsiada czy nieprzyjaciela (dzisiaj wysyłamy anonimowe donosy na policję czy urzędu skarbowego). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych.Kiedyś, gdy kogoś nie lubiliśmy, uważaliśmy za wroga, nazywaliśmy czarownicą, wiedźmą. Dzisiaj użylibyśmy słów pisior, leming, ubek itd…W jakimś sensie nie zmieniliśmy się przez wieki (słowem chcemy rzucić „urok” i uzasadnić swoją niechęć), zmieniły się tylko słowa….

Były więc czarownice. A czy była maść czarownic do latania? Tu dochodzimy do ziół czyli dużego bogactwa roślin. Ale nawet na lecznicze właściwości ziół inaczej współcześnie patrzymy. Bo inaczej interpretujemy ich właściwości. Jeśli pomaga czarny bez czy kwiat lipy na przeziębienie, to dlatego że ma w zawartości wiele różnych substancji biologicznie czynnych, różnych alkaloidów, garbników, terpenów, witamin. Znamy skład chemiczny i wiemy jak działa na fizjologię naszego organizmu. Dawniej również obserwowano pozytywne skutki… ale zdrowotne właściwości tłumaczono zupełnie inaczej – działaniami magicznymi, odczynianiem uroków itd. Jeśli dziecko (niemowlę) dużo płakało, to mógł być odmieniec, podrzucony przez rusałkę. Żeby odzyskać swoje dziecko należało domniemanego podrzutka mocno zbić, by głośno płakało, i wynieść za dom, gdzieś na obornik – a wtedy rusałka przyjdzie po swoje płaczące dziecko i odda właściwe… Owa dawna magia nie była tak sympatyczna, jak ją obecnie w telewizyjnych kreskówkach odmalowujemy…

Rośliny nie mają nóg, nie mogą uciekać od swoich konsumentów. Od kiedy pojawiły się na Ziemi, pojawili się i najróżniejsi roślinożercy. I jak tu się bronić, kiedy uciec nie ma jak? Jednym ze sposobów jest broń chemiczna. Rośliny produkują różne typy związków chemicznych, które mogą się okazać trujące lub przynajmniej odstraszające, zniesmaczające (nieprzyjemny smak, np. gorzki). Cała fabryka biotechnologiczna z bogactwem, z którego człowiek korzysta. I z której coraz bardziej chce korzystać współczesna biogospodarka.

Nasi przodkowie nie mieli laboratoriów. Świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, gdzie głód i choroby motywowały do kolejnych prób. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych kulinarnych porażek. Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowo je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask. Jest surowcem lokalnym, a przy okazji egzotycznie niezwykłym dla turystów, unikalnym i miejscowym. Jest przygodą odkrywania.

To co jedli nasi przodkowie czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną (tak jak np. pokrzyk wilcza jagoda). Tak jak każde lekarstwo. Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, w większym stopniu interpretowano świat jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet możemy syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym.

Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin czują się lepiej, są pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takiej jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używana była w przeszłości. Niektóre używane były do praktyk szamańskich, bo jak wspominałem świat postrzegany był jako przesycony demonami i siłami duchowymi, które można umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących, a działających na układ nerwowy. Takie dawne dopalacze. Skutki chyba nie były najlepsze, skoro z nich społeczeństwa zrezygnowały.

Warto wspomnieć chociażby skandynawskich bersekerów – wojowników, którzy przez bitwą wypijali różne zioła (zapewne o właściwościach psychodelicznych). W transie nie odczuwali bóli, strachu, atakowali i walczyli z dużą furią. Doskonała broń. Ale po jakimś czasie takich praktyk następowały duże zmiany osobowości także i w czasie pokoju. Bersekerowie stanowili zagrożenie i byli uciążliwi dla własnych społeczności. Jeśli nie zginęli w walce to byli wypędzani z wioski lub sami odchodzili. Tak narodził się mit wilkołaków. Mamy więc czarownice i mamy maść, zawierającą różne rośliny o właściwościach halucynogennych i psychodelicznych. Był jeszcze tłucz w maści, który był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Mógł to być tłuszcz roślinny. Za doskonały uważano… tłuszcz niemowlęcia. Brzmi to makabrycznie. Nie wiem czy pozyskiwany z martwych płodów czy dopuszczano się zabójstwa. W każdym razie w zmarłym niemowlęciu czy dziecku dostrzegano moc magiczną niezrealizowanego jeszcze życia. Często jako ofiarę zakładzinową pod budowę domu wykorzystywano zmarłe niemowlę lub dziecko (wolę nie myśleć, że mordowano umyślnie, bo życie naszych przodków momentami było bardzo mroczne). Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic. Gęś jako ptak migrujący mogła być symbolem wędrówki i dalekiego lotu.

11222106_1041526245879984_5302849129135110722_o1A miotła, co z miotłą, tak charakterystycznym elementem czarownicy we współczesnej popkulturze? Nie mam pojęcia. Bowiem maść służyła do smarowania własnego ciała, tam, gdzie skóra jest najcieńsza (aby substancje psychodeliczne przedostawały się do krwi) lub spożywano. Pierwsza spisana relacja „latającej” kobiety-czarownicy wspomina o tym, że weszła do dużej kadzi. Miotła najwyraźniej pojawiła się później i głęboko zapadła w kulturze.

Zatem maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Po powrocie przynosiło się wiedzę potrzebą do różnych praktyk (w przypadku szamanizmu) lub było tylko samo odurzaniem się. Przecież i współcześnie narkomania jest problemem. Także i w współcześnie przynosi złe skutki zdrowotne i społeczne. Dawniej nasi przodkowie zapewne powiedzieliby, że zostali opętani przez siły nieczyste na skutek uprawiania czarnej magii itd.

Po przestudiowaniu wielu opracowań, odtworzyliśmy maść… czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Pozostawiliśmy rośliny bezpieczne ale jednocześnie przyprawowe. Na przykład bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywaną także w noc świętojańską. Poprzez maść czarownic do latania chciałbym przywrócić gastronomii te roślinę przyprawową, w otocze etnograficznej i magicznej przygody. Bylica nadaje się znakomicie jako przyprawa do pieczonego mięsa.

Po drugie smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczy nienasyconych. W dobie walki ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą .. gęsi robić za kosiarki do trawy.

Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi, a nie wykaszanej kosiarką). produktu kulinarnego. I jest jeszcze trzeci motyw, wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań. Zatem maść do latania czarownic nie jest jakimś elementem neopogaństwa czy praktyk magicznych. Jest dowcipnym i osadzonym w dawniej kulturze elementem marketingowym dla lokalnego, zdrowego produktu kulinarnego.

Jeśli odwoływać się do stylistyki słownej to żartobliwie można powiedzieć, że współcześnie są czarownice. Ale nie są stare i brzydnie, nie mieszkają w leśnej chatce na kurzej stopce, są młode, wykształcone i pracują w laboratoriach, opracowując różne kosmetyki, lekarstwa lub przyprawy, wzbogacające nasze stoły. W ziołach dostrzegamy nie magię i czary ale ogromny potencjał związków biologicznie czynnych, które możemy wykorzystać w dynamicznie rozwijającej się biogospodarce. Niby to samo: bylica, rumianek, czarny bez, pokrzywa, ale w kontekście innego systemu wiedzy i inaczej tłumacząc działanie dietetyczne, zdrowotne czy kosmetyczne.

 

Zdjęcia: autor – Muzeum Budownictwa Ludowego, źródło – Facebook

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s