
Jak bardzo szybko zmienia się świat wokół nas widać po andrzejkowych wróżbach. Niezależnie od tego czy rozpatrujemy te wróżby jako zabobony i świat mitologiczny czy jako zabawę towarzyską, a więc małe wydarzenie kulturalne, to odbija się w nich obraz świata, który nas otacza. Kiedyś była to przyroda, rośliny, zwierzęta. Na przykład dawniej na Warmii w andrzejkowy wieczór wróżono z chrząszczy: „Poszukiwano w ziemi chrząszczy! Błyszczący oznaczał, że przyszły wybranek będzie wojskowym, biały – młynarzem, a czarny – kominiarzem. Po kształcie odgadywano też, czy będzie zamożny, czy biedny.” (Izabela Treutle, Andrzeju, daj mi męża… )
Dzisiaj owadów (takich z chityny i hemolimfy) obok siebie tak często nie widujemy, bo żyjemy w innym środowisku. Zastanawiam się jakie to chrząszcze mogły być wykorzystywane w andrzejkowych, warmińskich wróżbach, czyli co w pobliżu wiejskiego domu mogło się wróżącym pannom nawinąć pod rękę. Błyszczące to mogły być niektóre gatunki biegaczy (Carabidae) – te rzeczywiście gdzieś na ziemi, w polu, czy ogrodzie można spotkać. Podobnie z czarnymi chrząszczami bo i takie są gatunki wśród biegaczowatych. Błyszczące mogłyby być bogatkowate (Buprestidae), lub inne próchnojady z rodziny żukowatych (Scarabeidae), np. kruszczyca złotawka i inne, podobnie zielonometaliczne. Ale te ostatnie dwie rodziny związane są raczej z drewnem i drzewami. Jakoś z ziemią można je powiązać, przynajmniej leśną. Czarnych owadów w drewnianej, wiejskiej chacie (i obejściu: stodole, oborze, chlewie) możnaby spotkać dużo więcej, zarówno z kózkowatych (Cerambycidae) jak i czarnuchowatych (Tenebrionidae). Przecież nie muszą być żywe (a więc mogły zachować się z okresu letniego czy wczesnowiosennego, leżąc martwe gdzieś w kącie.). Białych chrząszczy – jako dorosłych (stadium imago) – to nie znam. Ale larwy chrząszczy są zazwyczaj białe (przynajmniej te żyjące w glebie czy próchnie), poczynając od pędraków, które w ziemi znaleźć na pewno można. Pozostaje tylko pytanie co dawniej za chrząszcze uważano. Czy larwy też były uważane za chrząszcze? Przecież inaczej wyglądają. I czy tylko chrząszcze? Bo na przykład całkiem współcześnie powstały pomnik chrząszcza w Szczebrzeszynie jest pasikonikiem. Owady były wokół nas na co dzień. Sam pamiętam z babcinej wiejskiej chaty.
I jeszcze jedno pytanie ciśnie mi się na klawiaturę: czy ówczesne panny wiedziały gdzie odpowiednich chrząszczy szukać – bo wiadomo, że szczęściu warto pomóc. Jeśli marzyłby się jakiś młynarz zamożny, to znając przyrodę łatwiej go sobie wywróżyć. I jak poznać czy wróży bogatego czy biednego męża? Bo tłustości i kształtach?
Owady do wróżenia wykorzystywane były nie tylko jesienią, ale i wiosną. Na Polesiu dawniej wierzono, że jak wiosną zobaczy się pierwszego motyla białego (to musiałby być jakiś bielinek, zimujący w stadium imago), to wróży on urodzaj na krowie mleko. Jeśli natomiast żółtego (inny motyl z tej samej rodziny – latolistek cytrynek), to wróży urodzaj na miód pszczeli (Latolistek cytrynek – podwójny śpioch i zwiastun wiosny)
Bielinki wydają się pospolitymi motylami, wszystkie pospolicie nazywamy bielinkami kapustnikami (bo zapewne coś ze szkoły pamiętamy). Tymczasem pospolitsze są inne, np. bielinek rzepnik (Pieris rapae), który jest mniejszy od bielinka kapustnika, rozpiętość skrzydeł waha się w granicach 42-46 mm. Motyl ten należy do rodziny bielinkowatych (Pieridae). Na wierzchołku (krawędzi) przedniego skrzydła znajduje się czarna plamka. Czarnych plamek jest więcej – u samca na skrzydłach występują jeszcze dwie plamki, u samicy – trzy. Spód tylnego skrzydła jest żółtawy z czarnym przyprószeniem a żyłki nie wyróżniają się od tła. Motyle pokolenia wiosennego i letniego nieco się różnią w ubarwieniu – wykształceniem ciemnych plam i stopniem przyprószenia czarnymi łuskami.
Bielinek rzepnik występuję w lasach, zaroślach, sadach, ogrodach, terenach ruderalnych, na polach, miedzach. Jest liczny i powszechny w całej Polsce i Europie. W górach występuje do wysokości 2 000 m n.p.m. Występują 2-3 pokolenia w ciągu roku. Dorosłe motyle pojawiają się już na początku kwietnia i są obecne aż do czerwca. Wiosenne pojawienie się dobrze nadaje się na wróżby, o czym same motyle z pewnością nie wiedzą. A i dzisiaj, rolnik pracujący na polu w klimatyzowanej kabinie swojego wypasionego ciągnika raczej przyrody nie dostrzega. Przynajmniej tych malutkich owadów. Wróćmy do bielinka rzepnika – kolejne pokolenie pojawia się w lipcu. Możemy je obserwować do września, czasem jeszcze w październiku. Zimuje w stadium poczwarki.
Gąsienice – koloru matowo zielonego z jasnymi bokami i jednym jasnym pasem – żerują na roślinach z rodziny krzyżowych (Cruciferae), w szczególności na kapuście, na pieprzycy (Lepidium sp.), gęsiówce (Arabis sp.), czosnaczku, nasturcji oraz na rozedzie (Roseda sp.). Gąsienice mogą wyrządzać szkody na polach kapusty oraz w ogrodach, gdzie zjadają nasturcje. Gąsienice pierwszego pokolenia żerują na roślinach dziko żyjących, natomiast gąsienice drugiego pokolenia chętnie i często żerują na uprawach. Bielinek rzepnik występuje w Europie, północnej Afryce, strefie umiarkowanej w Azji. Gatunek został zawleczony do Ameryki Północnej i Australii.
Współcześnie owady znamy bardziej z ilustracji i telewizji. Nawet jak w ramach towarzyskich spotkań wykonujemy transfer owadów na kamienie (na zdjęciu takie właśnie spotkanie w Dywitach), to często są to ilustracje owadów tropikalnych. Przyrodę bardziej znamy z internetu niż ze swojego sąsiedztwa. Być może w ramach odtwarzania warmińskich tradycji narodzi się zwyczaj wróżenia…. z wykorzystaniem kamieni, na których będą ilustracje chrząszczy. Trzeba tylko teraz stworzyć propozycję atrakcyjnych zawodów potencjalnych i pożądanych mężów. Bo współczesne panny raczej nie marzą o młynarzy czy kominiarzu. W każdym razie pomysł na zabawę towarzyską jest taki: najpierw spotykać się na zajęciach z rękodzieła (malowanie lub transfer owadów na kamieniach) a potem rozmaite wróżby. I jeszcze konieczne jest przypisanie różnym gatunkom owadów (lub tylko chrząszczom) zawodów wymarzonych mężów….. Pomijając fakt, ze współczesne panny tak nie spieszą się z zamążpójściem tak jak dawniej… Może więc i element zamążpójścia trzeba we wróżbach z bioróżnorodnością w tle zmienić?
A czegóż życzyć by sobie chciały współczesne dziewczyny i kobiety?

Kilka dni temu otrzymałem pocztą elektroniczną informację o konferencji z prośbą o upowszechnienie „Jednocześnie uprzejmie prosimy o przekazanie informacji osobom potencjalnie zainteresowanym udziałem w niniejszej konferencji.” Intrygująca była forma – konferencja plakatowa. Sporo ostatnio pojawia się różnych form komunikacji naukowej, od graficznych abstraktów przez mapy myśli po myślenie wizualne i sketchnoting. Zaciekawiło mnie i zacząłem poszukiwania. Tym bardziej, że jeśli mam upowszechniać, to chcę wiedzieć co to jest i czy wato. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem, więc zaciekawiony zagłębiłem się w lekturę i poszukiwania. Konferencję firmuje uniwersytet i jakaś spółka, wyglądało więc poważnie. Czy jest to jakaś formą komunikacji naukowej z wykorzystaniem nowych technologii? Warto sprawdzić.
W tytule pojawił się neologizm, wyglądający na błąd językowy. I jeszcze słowo zbliżone do „moc”, co w zdaniu nawiązuje do Gwiezdnych Wojen. To symboliczne odniesienie do zupełnie nowej rzeczywistości, w której żyjemy. I nie do końca jeszcze sobie to uzmysłowiliśmy. A wpis będzie o nowych technologiach w edukacji czyli dlaczego szkoła musi się zmieniać.
Na tytułowe pytanie trudno mi precyzyjnie odpowiedzieć. Już nie pamiętam. Zakładałem go ponad 10 lat temu. W rzeczywistości cyfrowej i dokonanego postępu to niemalże wieczność. Niniejszy blog był moim pierwszym eksperymentem dydaktycznym. Miał przede wszystkim służyć do kontaktu ze studentami, z którymi miałem zajęcia, z magistrantami i doktorantami (piszę do w opisie, pod tytułem). Z perspektywy dekady moje pierwsze kroki wydają się nieporadne. Dokładnie nie pamiętam dlaczego nadałem taką nazwę. Miała wskazywać chyba na dydaktyczną funkcję. Wcześniej umieszczałem informacje na własnej stronie www, ale było to uciążliwe i niepraktyczne. Chciałem odkryć dla siebie nową rzeczywistość. I sukcesywnie odkrywam. Mimo udzielania się na innych blogach, już bardziej koncepcyjnie i technicznie dopracowanych, ten pozostał, jako swoisty notatnik. Z sentymentu nie porzucam i nie przemeblowuję. Mimo różnorodnych niedoskonałości.

Poczta Polska wydała znaczek z Władysławem Bartoszewskim. Wielce sympatyczne. Ale już środowiska prawackie „prawdziwych Polaków” (boż chyba nie prawicowe?) rozpoczęły internetowy hejt, zarzucając, że nie był profesorem. Jest więc okazja, by wyjaśnić co znaczy słowo profesor.
Jestem dyslektykiem i robię dużo błędów, ale tym razem tytuł jest jak najbardziej poprawny. Refolucja to neologizm utworzony przez Timothy Garton Asha dla opisania sytuacji, która zaistniała Europie Środkowej w 1989 roku. Termin „refolution” (można powiedzieć pokojowa rewolucja lub szybka ewolucja) oznacza rewolucję metodami reformistycznymi (reform + revolution). Zatem refolucja to reforma daleko idąca, wręcz rewolucja (zmieniająca wiele). I taka od jakiegoś czasu dokonuje się w edukacji. Wzrasta rola edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Wynika ze zmiany sytuacji, jaka zaszło w społeczeństwie. Ja używam słowa „nauczeństwo” – wszyscy się musimy uczyć jednocześnie. Wszystkie pokolenia. Bo wszyscy spotykamy się z nowymi technologiami, starsi nie mieli możliwości nauczyć się wcześniej (dawniej) i teraz na bazie swojego doświadczenia uczyć tego młodych. Czasem paradoksalnie to młodsi uczą się szybciej. Mają większy potencjał do edukacji i są odważniejsi w przyswajaniu nowości.
Edukacja i kultura są bardziej złożone niż nam mogłoby się wydawać. Uświadomiłem sobie te prawdę po raz kolejny w czasie konferencji „CITES 40 lat na świecie, 25 lat w Polsce” (czytaj więcej
Sytuację we współczesnej szkole porównać można do marszu z kamieniem w bucie. Uwiera i boli, czujemy dyskomfort, i że coś jest nie tak. Najmądrzej byłoby przystanąć, zdjąć but i wytrzasnąć kamień. Proponowaną likwidację gimnazjów można porównać do … rozwiązania problemu przez wyrzucenie butów. Może i przez chwilę będzie lżej i nic nie będzie uwierało. Ale daleko boso się nie zawędruje – nogi niebawem będą jeszcze bardzie pokaleczone. Likwidacja gimnazjów to jak leczenie edukacji przez wkładanie Rozalki* do pieca na trzy zdrowaśki. Działanie oparte na zabobonach a nie rzetelnej analizie (wyjaśnienie niżej).
Jakiś czas temu, już chyba będzie z dziesięć lat, gdy pierwszy raz koordynowałem Olsztyńskie Dni Nauki, zrobiłem wystawę starego sprzętu badawczego („muzeum nauki”). Od tego czasu różne osoby opowiadały mi o potrzebie zachowania w pamięci starego sprzętu badawczego. Traktowany jako rupiecie, spisywany na „złom” i wyrzucany. Odchodzili także ludzie, którzy wiedzieli do czego służył i jak się nim posługiwać.