O chrząszczach, motylach i wróżbach andrzejkowych

kamienie_i_owady

Jak bardzo szybko zmienia się świat wokół nas widać po andrzejkowych wróżbach. Niezależnie od tego czy rozpatrujemy te wróżby jako zabobony i świat mitologiczny czy jako zabawę towarzyską, a więc małe wydarzenie kulturalne, to odbija się w nich obraz świata, który nas otacza. Kiedyś była to przyroda, rośliny, zwierzęta. Na przykład dawniej na Warmii w andrzejkowy wieczór wróżono z chrząszczy: „Poszukiwano w ziemi chrząszczy! Błyszczący oznaczał, że przyszły wybranek będzie wojskowym, biały – młynarzem, a czarny – kominiarzem. Po kształcie odgadywano też, czy będzie zamożny, czy biedny.” (Izabela Treutle, Andrzeju, daj mi męża… )

Dzisiaj owadów (takich z chityny i hemolimfy) obok siebie tak często nie widujemy, bo żyjemy w innym środowisku. Zastanawiam się jakie to chrząszcze mogły być wykorzystywane w andrzejkowych, warmińskich wróżbach, czyli co w pobliżu wiejskiego domu mogło się wróżącym pannom nawinąć pod rękę. Błyszczące to mogły być niektóre gatunki biegaczy (Carabidae) – te rzeczywiście gdzieś na ziemi, w polu, czy ogrodzie można spotkać. Podobnie z czarnymi chrząszczami bo i takie są gatunki wśród biegaczowatych. Błyszczące mogłyby być bogatkowate (Buprestidae), lub inne próchnojady z rodziny żukowatych (Scarabeidae), np. kruszczyca złotawka i inne, podobnie zielonometaliczne. Ale te ostatnie dwie rodziny związane są raczej z drewnem i drzewami. Jakoś z ziemią można je powiązać, przynajmniej leśną. Czarnych owadów w drewnianej, wiejskiej chacie (i obejściu: stodole, oborze, chlewie) możnaby spotkać dużo więcej, zarówno z kózkowatych (Cerambycidae) jak i czarnuchowatych (Tenebrionidae). Przecież nie muszą być żywe (a więc mogły zachować się z okresu letniego czy wczesnowiosennego, leżąc martwe gdzieś w kącie.). Białych chrząszczy – jako dorosłych (stadium imago) – to nie znam. Ale larwy chrząszczy są zazwyczaj białe (przynajmniej te żyjące w glebie czy próchnie), poczynając od pędraków, które w ziemi znaleźć na pewno można. Pozostaje tylko pytanie co dawniej za chrząszcze uważano. Czy larwy też były uważane za chrząszcze? Przecież inaczej wyglądają. I czy tylko chrząszcze? Bo na przykład całkiem współcześnie powstały pomnik chrząszcza w Szczebrzeszynie jest pasikonikiem. Owady były wokół nas na co dzień. Sam pamiętam z babcinej wiejskiej chaty.

I jeszcze jedno pytanie ciśnie mi się na klawiaturę: czy ówczesne panny wiedziały gdzie odpowiednich chrząszczy szukać – bo wiadomo, że szczęściu warto pomóc. Jeśli marzyłby się jakiś młynarz zamożny, to znając przyrodę łatwiej go sobie wywróżyć. I jak poznać czy wróży bogatego czy biednego męża? Bo tłustości i kształtach?

Owady do wróżenia wykorzystywane były nie tylko jesienią, ale i wiosną. Na Polesiu dawniej wierzono, że jak wiosną zobaczy się pierwszego motyla białego (to musiałby być jakiś bielinek, zimujący w stadium imago), to wróży on urodzaj na krowie mleko. Jeśli natomiast żółtego (inny motyl z tej samej rodziny – latolistek cytrynek), to wróży urodzaj na miód pszczeli (Latolistek cytrynek – podwójny śpioch i zwiastun wiosny)

Bielinki wydają się pospolitymi motylami, wszystkie pospolicie nazywamy bielinkami kapustnikami (bo zapewne coś ze szkoły pamiętamy). Tymczasem pospolitsze są inne, np. bielinek rzepnik (Pieris rapae), który jest mniejszy od bielinka kapustnika, rozpiętość skrzydeł waha się w granicach 42-46 mm. Motyl ten należy do rodziny bielinkowatych (Pieridae). Na wierzchołku (krawędzi) przedniego skrzydła znajduje się czarna plamka. Czarnych plamek jest więcej – u samca na skrzydłach występują jeszcze dwie plamki, u samicy – trzy. Spód tylnego skrzydła jest żółtawy z czarnym przyprószeniem a żyłki nie wyróżniają się od tła. Motyle pokolenia wiosennego i letniego nieco się różnią w ubarwieniu – wykształceniem ciemnych plam i stopniem przyprószenia czarnymi łuskami.

Bielinek rzepnik występuję w lasach, zaroślach, sadach, ogrodach, terenach ruderalnych, na polach, miedzach. Jest liczny i powszechny w całej Polsce i Europie. W górach występuje do wysokości 2 000 m n.p.m. Występują 2-3 pokolenia w ciągu roku. Dorosłe motyle pojawiają się już na początku kwietnia i są obecne aż do czerwca. Wiosenne pojawienie się dobrze nadaje się na wróżby, o czym same motyle z pewnością nie wiedzą. A i dzisiaj, rolnik pracujący na polu w klimatyzowanej kabinie swojego wypasionego ciągnika raczej przyrody nie dostrzega. Przynajmniej tych malutkich owadów. Wróćmy do bielinka rzepnika – kolejne pokolenie pojawia się w lipcu. Możemy je obserwować do września, czasem jeszcze w październiku. Zimuje w stadium poczwarki.

Gąsienice – koloru matowo zielonego z jasnymi bokami i jednym jasnym pasem – żerują na roślinach z rodziny krzyżowych (Cruciferae), w szczególności na kapuście, na pieprzycy (Lepidium sp.), gęsiówce (Arabis sp.), czosnaczku, nasturcji oraz na rozedzie (Roseda sp.). Gąsienice mogą wyrządzać szkody na polach kapusty oraz w ogrodach, gdzie zjadają nasturcje. Gąsienice pierwszego pokolenia żerują na roślinach dziko żyjących, natomiast gąsienice drugiego pokolenia chętnie i często żerują na uprawach. Bielinek rzepnik występuje w Europie, północnej Afryce, strefie umiarkowanej w Azji. Gatunek został zawleczony do Ameryki Północnej i Australii.

Współcześnie owady znamy bardziej z ilustracji i telewizji. Nawet jak w ramach towarzyskich spotkań wykonujemy transfer owadów na kamienie (na zdjęciu takie właśnie spotkanie w Dywitach), to często są to ilustracje owadów tropikalnych. Przyrodę bardziej znamy z internetu niż ze swojego sąsiedztwa. Być może w ramach odtwarzania warmińskich tradycji narodzi się zwyczaj wróżenia…. z wykorzystaniem kamieni, na których będą ilustracje chrząszczy. Trzeba tylko teraz stworzyć propozycję atrakcyjnych zawodów potencjalnych i pożądanych mężów. Bo współczesne panny raczej nie marzą o młynarzy czy kominiarzu. W każdym razie pomysł na zabawę towarzyską jest taki: najpierw spotykać się na zajęciach z rękodzieła (malowanie lub transfer owadów na kamieniach) a potem rozmaite wróżby. I jeszcze konieczne jest przypisanie różnym gatunkom owadów (lub tylko chrząszczom) zawodów wymarzonych mężów….. Pomijając fakt, ze współczesne panny tak nie spieszą się z zamążpójściem tak jak dawniej… Może więc i element zamążpójścia trzeba we wróżbach z bioróżnorodnością w tle zmienić?

A czegóż życzyć by sobie chciały współczesne dziewczyny i kobiety?

Konferencja plakatowa – innowacja czy nabijanie naukowców w butelkę

konferencja_plakatowaKilka dni temu otrzymałem pocztą elektroniczną informację o konferencji z prośbą o upowszechnienie „Jednocześnie uprzejmie prosimy o przekazanie informacji osobom potencjalnie zainteresowanym udziałem w niniejszej konferencji.” Intrygująca była forma – konferencja plakatowa. Sporo ostatnio pojawia się różnych form komunikacji naukowej, od graficznych abstraktów przez mapy myśli po myślenie wizualne i sketchnoting. Zaciekawiło mnie i zacząłem poszukiwania. Tym bardziej, że jeśli mam upowszechniać, to chcę wiedzieć co to jest i czy wato. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem, więc zaciekawiony zagłębiłem się w lekturę i poszukiwania. Konferencję firmuje uniwersytet i jakaś spółka, wyglądało więc poważnie. Czy jest to jakaś formą komunikacji naukowej z wykorzystaniem nowych technologii? Warto sprawdzić.

Sam plakat naukowy nie jest czymś nowym, upowszechnił się w naukach przyrodniczych jakieś 20-30 lat temu, zupełnie niedawno zaczął upowszechniać się w naukach humanistycznych. Sesja plakatowa znana jest od dawna w naukach przyrodniczych, jako jedna z form konferencji, ale zawsze jest to tylko część spotkania: obok referatów, komunikatów, spotkań kuluarowych itd. O genezie powstania plakatowej formy przedstawiania wyników badań w czasie dużych konferencji pisałem już dawniej (z myślą o studentach): Plakat naukowy (poster) http://www.uwm.edu.pl/czachor/dyda/poster.htm

Plakaty naukowe (dla rozróżnienia od afiszy i plakatów, używanych w kulturze i rozrywce nazywane są czasem posterem – językowo znaczy dokładnie to samo, ale przypisywany jest inny desygnat) narodziły się w czasach, gdy nie było jeszcze multimedialnych prezentacji a na konferencje przyjeżdżało dużo ludzi. Aby umożliwić wszystkim zaprezentowanie komunikatów naukowych, wymyślono właśnie formę graficzną w formie plakatu: z wykresami, schematami, krótkimi tekstami. Integralną częścią posteru jest sesja posterowa, gdy autor czuwa przy swoim dziele i odpowiada na pytania. Plakat jest niejako zachęta do dyskusji i jednocześnie pomocą dydaktyczną. Czasem naśladownictwo sprowadza się do formy a nie istoty i treści – widziałem już różne karykatury sesji posterowych. Ale to margines komunikacji naukowej.

Konferencji posterowej nie znałem do tej pory. Poszukałem w internecie innych „konferencji plakatowych”. Owszem, jest coś takiego (takie sformułowanie) ale oznacza sesję plakatową. Pod pojęciem „konferencja plakatowa” w naukach nieprzyrodniczych (nauki ekonomiczne i o zarządzaniu) rozumie się normalną konferencję (z referatami plakatowymi) z udziałem sesji plakatowej. A więc to samo co w naukach przyrodniczych tylko nazwa inna. Być może dla podkreślenia dominacji tej formy prezentacji wyników.

Wróćmy do intrygującej informacji z maila: Mamy zaszczyt i przyjemność zaprosić Państwa do udziału w I Interdyscyplinarnej Konferencji Plakatowej – „Cywilizacja zdrowia”. Zakres tematyczny bardzo pojemy co przy interdyscyplinarności powinno zapewnić bardzo liczny udział. Ale po zapoznaniu się ze szczegółami zauważyłem, że całość sprowadza się do wysłania graficznego plakatu naukowego lub prezentacji. Na żadną konferencję się nie jedzie. Jakieś wirtualne spotkanie? Jaki tego sens? I czym to się różni od normalnej komunikacji w necie: portali, stron, blogów naukowych? Tym, że nazywa się konferencją?

Marketingowo wskazuje, że naukowiec zdobędzie punkty (liczy się w sprawozdawczości i karierze) tak jak za udział w normalnej konferencji. Jasno jest więc określony cel. Opłata za punkty za niby udział w konferencji. Wymiana myśli i dyskusja? Ale jak? W zasadzie to płatny dostęp do materiałów innych naukowców – wąski, zamknięty krąg odbiorców. Ale przecież autorowi zależy na czytaniu i cytowaniu, żeby treść do kogoś dotarła, do innych specjalistów lub odbiorców. Konferencja naukowa nastawiana jest na komunikację a nie sztukę dla sztuki.

Koszty w sumie niewielkie:- 125 zł za samo uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna ) oraz 200 zł za uczestnictwo (plakat lub prezentacja multimedialna) plus artykuł w publikacji pokonferencyjnej w formie książki elektronicznej). Jak na konferencję to tanio, bo opłaty bywają wyższe. Tyle tylko, że w typowej konferencji naukowej takie opłaty (wpisowe) obejmują materiały konferencyjne: wydrukowaną książeczkę z abstraktami referatów, doniesień, posterów, czasem z referatami plenarnymi w obszerniejsze formie, do tego różne gadżety, notesy, koszulki i kawa z przekąską w czasie konferencji. Uczestnik musi jeszcze zapłacić za noclegi, wyżywienie i dojazd. Czyli udział w konferencji naukowej sporo kosztuje. A tu oferta bardzo tania. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że wszystko jest wirtualne to jednak bardzo drogo. Ile kosztuje umieszczenie na serwerze plików graficznych z plakatami i prezentacjami do obejrzenia?

Wszystko z obietnicą punktów. I sprawa wydaje się jasna, do kogo adresowana jest ta dziwaczna innowacja. Dla tych, co zbierają punkty. Skoro trzeba się wykazać aktywnością i punktami, to jest okazja. Wysłać kilka prac, to i punktów będzie więcej. Innowacyjna forma konferencji? Jak najbardziej, ale nie dotyczy form komunikacji a jedynie kreatywnego zdobywania punktów. Ile kosztuje punkt w nauce? Za cztery ministerialne po 125 zł, czyli wychodzi ze 30 zł (3 dychy). Taniocha. Papier w sprawozdaniach wszytko przyjmie. Wydaje mi się, że jest to jeden z objawów punktozy (w szkole jest to uczenie się dla stopni). I innowacyjna oferta dla zbieraczy punktów dla samych punktów. Ale może się mylę, to pierwsza taka konferencja (pierwsza o zdrowiu czy pierwsza w takiej formie), więc może strona koncepcyjna i komunikacyjna zostanie dopracowana i usprawniona.

Na stronie konferecyjnej znalazłem kilka informacji o plakacie, czym jest i jak go przygotować: „Celem plakatu naukowego ma być inspirowanie do wymiany poglądów pomiędzy autorem plakatu a jego odbiorcami. Dlatego też powinien być on przygotowany zgodnie z obowiązującymi standardami.” Ale jak ta wymiana poglądów ma wyglądać? Może pod plakatami są możliwości do komentowania tekstowego, tak jak na portalach internetowych? Może poprzez zebranie w jednym miejscu wielu prac ułatwiana jest dyskusja? Może ja starej daty człowiek jestem, ale mnie to nie przekonuje. Chyba, że takie plakaty będą przygotowane jako infografiki czy mapy myśli (ale nie ma tam takich sugestii). Na normalnej konferencji nawet nieśmiała osoba będzie włączona do dyskusji: łatwiej rozmawiać niż pisać, zwłaszcza że sesja posterowa to kameralne warunki i dyskusja w wąskim gronie kilku osób a nie publicznie na pełnej sali kilkudziesięciu-kilkuset osób. Można samemu zapytać lub ktoś inny zapyta. Poster to przecież jakaś forma niedokończona, niepełna, która łatwo dopowiedzieć i w rozmowie uzupełnić. Już lepiej żeby były to pełne prace, bo tam jest wszystko. Ale to już jest. Są różne specjalistyczne fora dyskusyjne, portale społecznościowe. Konferencja plakatowa niczego tu nowego nie wnosi a jest dodatkowo formą ułomną (przynajmniej w tak prezentowanej postaci). Na stronie konferencyjnej nie ma nic, co by wskazywało na wygodnej formy komunikacji elektronicznej. Nawet nie wiadomo czy coś takiego będzie. Ale dla zbieraczy punktów nie ma to znaczenia, bo przecież nie poszukują wymiany myśli.

Na konferencji plakatowej jest przecież i forma z prezentacją multimedialną (dlaczego więc w nazwie akcentuje się plakat?). Normalnie prezentacja jest tylko elementem ilustrującym wypowiedź ustną – referat czy wykład. A samodzielna prezentacja pozbawiona jest wielu ważnych elementów komunikacji naukowej. Na stronie z komentowaną konferencja plakatową takie jest wyjaśnienie: „Celem prezentacji multimedialnej stosowanej podczas e-konferencji jest wprowadzenie odbiorcę w poruszaną tematykę oraz zachęcenie go do zapoznania się ze stanowiącym pokłosie konferencji artykułem.” W sumie sprowadza się do zapowiedzi publikacji. Swoisty zwiastun. I za to trzeba zapłacić. W sumie jakiś ciekawy pomysł. Tyle tylko, że sam zwiastun (prezentacja) dostępny będzie dla tych, co wniosą opłaty. A zatem bardzo wąski krąg odbiorców. Takie pisanie do szuflady.

Forma i oferowane „funkcjonalności” przesłanej mi konferencji plakatowej nie zachęciła mnie do udziału i do upowszechniania (na stronie organizatora znalazłem jeszcze inna propozycję, konferencji międzynarodowej, ze znacznie wyższymi opłatami od 80 do 400 zł oraz dodatkową możliwością przesłania pliku dźwiękowego). Wydaje mi się pozorem komunikacji. Ale z poszukiwaniem nowych form z wykorzystaniem internetu bywa różnie. Trzeba próbować różnych rozwiązań, by sprawdzić które są sensowne a które ślepymi i nierokującymi sukcesu poszukiwaniami. Być może jednak, jeśli taka konferencja plakatowa powiązana będzie z wideoczatami, webinarium czyli poprzez rozszerzenie kontaktu, to być może się przyjmie i będzie rzeczywistą komunikacją w nauce. Czas pokaże. Może sama konferencja plakatowa to dobre rozwiązanie a tu jedynie zawiodła informacja i część marketingowa?

W każdym razie wskazuje na nowe kompetencje, potrzebne naukowcowi: inna forma plakatu naukowego, łączącego formy infografiki i myślenia wizualnego a w prezentacji zawarcia treści w sposób umożliwiający obejrzenie samodzielne. Może trzeba nauczyć się kręcenia filmików naukowych, jako samodzielnych wypowiedzi w dyskusji naukowej?

Pewnie więcej bym zrozumiał, gdybym w pełni w takiej konferencji plakatowej zauczestniczył i doświadczył na sobie. Jednak tematyka konferencji odbiega od moich zainteresować. Sama ciekawość formy nie jest jeszcze dla mnie wystarczająca. Może kiedyś.

ps. Wyżej zrzut ekranu ze strony internetowej, niżej plik reklamowy, załączony do maila

KonferencjaPlakatowa1

Nauczeństwo czyli niech MOOC będzie z wami

Czachorowski_Gliwice_2015W tytule pojawił się neologizm, wyglądający na błąd językowy. I jeszcze słowo zbliżone do „moc”, co w zdaniu nawiązuje do Gwiezdnych Wojen. To symboliczne odniesienie do zupełnie nowej rzeczywistości, w której żyjemy. I nie do końca jeszcze sobie to uzmysłowiliśmy. A wpis będzie o nowych technologiach w edukacji czyli dlaczego szkoła musi się zmieniać.

Niezadowolenie z edukacji na każdym poziomie jest uzasadnione. Nie wynika ono z faktu, że mamy leniwych nauczycieli, głupich uczniów/studentów czy złe podręczniki. Świat się tak szybko zmienia, że stare wzorce szybko się dezaktualizują. Zmuszeni jesteśmy ciągle poszukiwać, ciągle dostosowywać i ciągle eksperymentować. Dlaczego eksperymentować? Bo nowe jest nowe i nikt jeszcze nie wie jak najlepiej dostosować system edukacji do nowej rzeczywistości. Trzecia rewolucja technologiczna odmienia nie tylko technologie ale i całe społeczeństwa.

Nie osiągniemy sukcesu (i zadowolenia z edukacji), gdy cofniemy się i przywrócimy stare wzorce (bo kiedyś było dobrze) dlatego, że nowe rozwiązania nie do końca nas satysfakcjonują. Eksperyment z gimnazjami (czyli wydłużeniem kształcenia ogólnego) częściowo się powiódł, częściowo nie. Prosta, automatyczna likwidacja gimnazjów niczego nie rozwiąże, a nawet zaszkodzi chaosem wynikającym z nagłych i nieprzemyślanych zmian. Trzeba zastanowić się i przedyskutować czego od edukacji oczekujemy i które elementy poprawić. I jak poprawić. Wydaje się, że sensownym jest zwiększenie efektywności kształcenia w zakresie nauk przyrodniczych i kreatywnych kompetencji. Czyli więcej eksperymentów i poszukiwań w szkole, na każdym poziomie. Przykład jeden z wielu.

Dawniej, gdy świat zmieniał się wolno lub bardzo wolno, kilka pokoleń żyło w takich samych warunkach, w takim samym świecie. Kolejne pokolenie przejmowało wzorce pokolenia rodziców i dziadków. W edukacji można było przygotować nauczyciela, który przekaże wiedzę całego pokolenia. Czyli nauczyciel sam długo się uczy, a potem idzie do szkoły i tę wiedzę przekazuje. Lepiej lub gorzej ale przekazuje. Teraz na oczach jednego pokolenia świat zmienia się kilkakrotnie. Trzecia rewolucja technologiczna dużo odmieniła. Owszem, jest jeszcze dużo wiedzy i kompetencji, które się nie dezaktualizują (są uniwersalne i ponadczasowe) i mogą być przekazywane dawną metodą. Ale postęp technologiczny jest tak szybki, że zmiany następują w ciągu jednego pokolenia. Wiele starych umiejętności staje się zupełnie zbędnych a do nowych nauczyciele się nie przygotowali. Muszą uczyć się razem z uczniami. Być jednocześnie uczniem i nauczycielem, czyli nauczniem. (zobacz np. Nauczeństwo czyli edukacja w formie prosumenckiej)

Jak uczyć posługiwania się nowymi technologiami gdy są one nowe i dla ucznia i dla nauczyciela? I nie chodzi tylko o drobne gadżety, zmienia się cały system edukacyjny od przedszkola do seniora. Kiedyś uczyliśmy się pisać stalówką i atramentem, potrzebowaliśmy bibuły, ołówka i temperówki. Teraz… musimy uczyć programowania z wykorzystaniem tabletów i smartfonów. 20 lat temu nie wiedzieliśmy co to są tablety czy telefony komórkowe. Dzisiejsze dzieci nie wiedzą co to jest bibuła, stalówka i obsadka.

Eksperymentują wszyscy. Dzisiaj jadę do Barczewa na drugie spotkanie kawiarni naukowej. W planach mam także uruchomienie podobnej inicjatywy w Olsztynku (wstępne rozmowy już się toczą). A niebawem zrealizuję przygotowane szkolenie dla przedsiębiorców w zakresie wykorzystania nowych technologii w biznesie i zarządzaniu rozproszonym. Uczę sam się ucząc i eksperymentując. By rozumieć rzeczywistość i by na bazie doświadczeń proponować zmiany (ulepszenia) w systemie edukacji. Rolą uniwersytetu jest tworzenie innowacyjności i transfer do społeczności lokalnej. Tak uważam.

Kolejny przykład, tym razem dotyczący MOOCy, czyli masowych otwartych kursów online. Zaczęło się w USA, gdy Uniwersytet Harvarda oraz Instytut Technologiczny w Massachusetts (czy muszę przypominać, że należą do najlepszych uczelni na świecie?), uruchomiły wspólną platformę z wykładami on-line. Uczelnie amerykańskie zainwestowały w projekt ponad 60 mln dolarów. Na razie wykłady są… są za darmo. W przyszłości może to być inwestycja dochodowa. Ale nie wiadomo, bo na razie trwa eksperyment. Większość studentów tych kursów on-line mieszka… poza USA. Czyli Amerykanie wydają pieniądze na edukację nie swoich obywateli. Czy ma to sens? Wielu studentów pochodzi z Ameryki Południowej i Azji Południowo-Wschodniej. Są i studenci z Polski. Może inni w ten sposób wybierają sobie imigrantów … najmądrzejszych?

Dzisiaj odkryłem, że podobne rozwiązanie pojawiło się i w Polsce (na razie w wersji beta). Copernicus College   „to miejsce, gdzie każdy może studiować za darmo, online, po polsku, u najlepszych polskich uczonych oraz młodych ambitnych naukowców. Copernicus College jest pierwszą polską platformą MOOC (masowych otwartych kursów online), czyli darmowym serwisem umożliwiającym studiowanie przez Internet.” Poza nagranymi wykładami w oferowanych kursach odszukać można artykuły naukowe, e-podręczniki, fragmenty książek, literaturę uzupełniającą czy zestawy ćwiczeń i testów (jako materiały uzupełniające). Czyli wszystko to, co pozwala samodzielnie zdobywać wiedzę… bez wychodzenia z domu. Na razie zakres tematyczny oferowanych kursów jest ograniczony. Ale należy spodziewać się, że będzie ich coraz więcej. Jednym słowem edukacja rozproszona i z wykorzystaniem nowej technologii rozwija się i do nas dociera. Copernicus College jest projektem non-profit, wszystkie materiały dostępne są za darmo dla wszystkich zarejestrowanych użytkowników.

To nie tylko początek rewolucji w nauczaniu, to jej rozwój i upowszechnianie. W pewnym sensie jest to demokratyzacja dostępu do nauki (i wiedzy) na skalę, jakiej w historii jeszcze nie doświadczyliśmy. O edukacji on-line słyszeliśmy od dawna. Teraz nabiera ona znaczącego przyspieszenia i nowych kształtów. A czy jesteśmy organizacyjnie na nią gotowi? Edukacja trafia pod strzechy, daleko na prowincję i daleko do krajów biednych czy zaniedbanych, na każdym kontynencie. Dlaczego amerykańskie uczelnie wyłożyły tak dużo pieniędzy w kształcenie on-line? Najlepszym studentom z całego świata oferują kontynuację nauki u siebie, już całkowicie w realu. Odkrywają talenty i… proponuję zrobienie u siebie doktoratu. Odkrywają.. tak jak kiedyś złoża ropy naftowej, węgla czy złota.

Trzecia rewolucja technologiczna bazuje nie na surowcach czy konwencjonalnych źródłach energii, ale na kapitale ludzkim. Odnawialne źródła energii mogą być rozproszone, dostępne dla każdego. Nie trzeba więc koncentrować produkcji w jednym miejscu, blisko surowców i elektrowni. Podobnie decentralizuje społeczeństwo internet (współpraca możliwa niezależnie od miejsca przebywania). Teraz ten efekt decentralizacji i rozproszenia dociera do edukacji. Nic dziwnego, że szkoła musi się zmieniać.

Także i na Harvardzie czy MIT panuje przekonanie, że edukacja to nie tylko chodzenie na wykłady, ale też fizyczna obecność w zróżnicowanej grupie studentów, w tradycyjnym środowisku edukacyjnym uniwersytetu. Bo w kampusie uniwersyteckim ważna jest nie tylko biblioteka, wykłady, ale i kontakty międzyludzkie, dyskusje, inicjatywy i wszystko to co możemy nazwać transferem horyzontalnym wiedzy. Studenci uczą się bo są razem i uczą się w obecności wykładowców. Uniwersytet i szkoła to nie tylko miejsce i budynki lecz środowisko edukacyjne. Tak jak w ogrodzie stworzyć dobre warunki, nawozić, podlewać a rośliny same pięknie wyrosną.

Bezpośrednie kontakt studenta z innymi studentami i z nauczycielem akademickim (oraz biznesowym otoczeniem uniwersytetu) zawsze był ceniony i stanowił o wartości uniwersytetu. Bezpośredniego kontaktu nie zastąpi internet i wykłady on-line. Czemu więc amerykańskie, wiodące uczelnie, a teraz i w Polsce Copernicus College, decydują się na takie eksperymenty? Twórcy tych projektów zapewniają, że nauka na miejscu przetrwa niezależnie od rozwoju wykładów internetowych. A zatem to nie zamiast ale w uzupełnieniu. Taki swoisty „abgrejt” (upgrade).

Uniwersytet jako miejsce spotkań pozostanie, nauka odbywa cię przecież w sieci społecznej (konektywizm). Ale te spotkania mogą mieć zupełnie inny charakter, także z wyjazdami do małych miejscowości i z wykładami kierowanymi do zupełnie innego studenta, kształcącego się przez całe życie małymi porcjami (edukacja ustawiczna przez całe życie).

MOOC to eksperyment, nikt jeszcze nie, co z tego wyjdzie za kilka-kilkanaście lat. Ale jeśli chce się być w czołówce to trzeba eksperymentować i poszukiwać. W przeciwnym razie zrobią to inni i wyprzedzą we współczesnej gospodarce opartej na wiedzy. Osobiście nie czekam na to, co zrobi mój uniwersytet i jakie przyjdą rozporządzenia z ministerstwa. Eksperymentuję, uczę się. A na razie jadę z wykładem do kawiarni naukowej w małym miasteczku cittaslow.

Może eksperyment się nie przyjmie a ja zmarnuję czas (i opóźnię swoją karierę zawodową, stracę finansowo itd.). Raczej te formy nie zastąpią tradycyjnej nauki. Ale nie chcę być biernym widzem zmian, jakie dokonują się w świecie. Żeby być profesjonalistą nie wystarczy czytać książki. Trzeba samemu doświadczać. Wtedy te wyczytywane z książek treści rozumie się pełnij. To tak jak czytać książkę kucharską – jeśli niewiele się dań spróbowało, to trudno zrozumieć, o czym napisano w tej książce kucharskiej.

Dlaczego ten blog nazywa się profesorskie gadanie

dachowki_kogutNa tytułowe pytanie trudno mi precyzyjnie odpowiedzieć. Już nie pamiętam. Zakładałem go ponad 10 lat temu. W rzeczywistości cyfrowej i dokonanego postępu to niemalże wieczność. Niniejszy blog był moim pierwszym eksperymentem dydaktycznym. Miał przede wszystkim służyć do kontaktu ze studentami, z którymi miałem zajęcia, z magistrantami i doktorantami (piszę do w opisie, pod tytułem). Z perspektywy dekady moje pierwsze kroki wydają się nieporadne. Dokładnie nie pamiętam dlaczego nadałem taką nazwę. Miała wskazywać chyba na dydaktyczną funkcję. Wcześniej umieszczałem informacje na własnej stronie www, ale było to uciążliwe i niepraktyczne. Chciałem odkryć dla siebie nową rzeczywistość. I sukcesywnie odkrywam. Mimo udzielania się na innych blogach, już bardziej koncepcyjnie i technicznie dopracowanych, ten pozostał, jako swoisty notatnik. Z sentymentu nie porzucam i nie przemeblowuję. Mimo różnorodnych niedoskonałości.

Założyłem konto z loginem sczachor. Od skrótu imienia i nazwiska. Wtedy wydawało mi się, że na blogu potrzebna anonimowość (że tak się robi). Z czasem, w miarę nabierania doświadczenia i pod wpływem własnych przemyśleń, zmieniłem zdanie. „Sczachor’ jest nieczytelne i pod każdym wpisem należałoby podpisywać się imieniem i nazwiskiem by nie było anonimowości. Dlatego pod tytułem bloga umieściłem po jakimś czasie dopisek z własnym imieniem i nazwiskiem. W sformułowaniu „prowincjonalnego profesora” (teraz zmieniłem na naukowca, żeby przy złej woli nie odczytywać niewłaściwie) zaznaczyłem dystans do siebie jak i ciepły stosunek do prowincji (lokalności). Żeby nie było wątpliwości o jakiego „profesora” chodzi, przy nazwisku dodałem pełen i jednoznacznie brzmiące określenie: dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM. Przy takiej jednoznaczności nie przypisuję sobie przecież tytułu naukowego. Wszystko jasne, ale jak ktoś chce psa uderzyć, to kij zawsze sobie znajdzie, albo wymyśli.

Poprzez pisanie ułatwiam sobie proces myślenia (dojrzewania myśli). Tematyka na tym blogu jest różna, nie zawsze dotyczy tylko biologii, hydrobiologi, entomologii, ekologii czy problemów nauki i życia akademickiego. Naukowiec nie  żyje w próżni. Kontekst społeczny wiele zmienia (i  wpływa na nasza pracę). Pojawiają się więc wątki czasem różnorodne. Bo to jest pełnia życia a nie tylko wybrany, wyselekcjonowany i uładzony aspekt.

Z „profesorskiego gadania” nie zrezygnuję. A po poprawkach i uzupełnieniach z analogowego zeszyty będę chciał wydać w całości. Fragment historii i odczytać można klimat epoki. Epoki, która niebawem będzie już tylko historią.

ps. Fotografia z Mrągowa (projekt z gadającymi dachówkami), chyba autorstwa Zofii Wojciechowskiej, ale nie mam pewności. Zdjęcie wygrzebane gdzieś z folderu, a wcześniej było na Facebooku.

Edukacja przez zabawę i odkrywanie – w kierunku świata Cyberiady

12274618_10207039605901942_3743322466106817560_n

Kiedy w czasach licealnych zaczytywałem się w science-fiction (a ulubioną była Cyberiada Stanisław Lema), nie przepuszczałem, że fantazja może się ziścić za mojego życia. W tamtych czasach nie było komputerów (w moim zasięgu). Teraz telefon komórkowy w mojej kieszeni ma większą moc obliczeniową niż komputery, które pozwoliły ludziom wylądować na Księżycu. Nowy świat zupełnie niepostrzeżenie zmienił naszą rzeczywistość. Zarówno ja jak i edukacja szkolna są jakieś takie niekompatybilne. Nie tylko biologia nie nadąża za nowym środowiskiem, ale i kultura. Przyspieszenie niemalże kosmiczne.

Na początku grudnia wybieram się na II edycję Ogólnopolskiej Konferencji i Targów „Edu IT. Nowe technologie w edukacji.” w Gliwicach (http://www.ssm.silesia.pl/konferencja). Przygotowuję wykład inauguracyjny, pt. „Edukacja przez zabawę i odkrywanie: od fasolek i gier planszowych do programowania” oraz do dyskusji panelowej pt. „Co nam daje doświadczenie?”. I czuje dużą tremę. Dlaczego trema? Bo czuję się mocno niekompatybilny w stosunku do otaczającej mnie rzeczywistości. Powiem wprost: zacofany. Nie nadążam z uzupełnianiem wiedzy i uczeniem się.

Udział w konferencji, nawet w roli „mentora”, jest okazją do uczenia się. Bo przygotowanie referatu czy wykładu to konieczność przemyślenia i uporządkowania swojej wiedzy i doświadczenia. W trakcie przygotowań, gdy myśli są porządkowane i werbalizowane, można coś przy okazji odkryć. Konferencje i wykłady do ćwiczenie dla umysłu. Część to bezużyteczne (?) błądzenie myślami po manowcach, ale czasem coś się odkryje. I wydzielają się endorfiny. Kreatywność jest bez wątpienia przyjemna. Inaczej tylu ludzi nie zajmowałoby się odkrywaniem, rozwiązywaniem zagadek itd. Skoro uczenie się sprawia przyjemność, to czemu szkoła wydaje się nam nudna i nieprzyjemna (czasem)? Może za mało tam odkrywania a za dużo konieczności zapamiętywania gotowych treści?

Wiele lat temu, po przestudiowaniu iluś tam książek, w czasie przygotowywania ćwiczeń z ekologii dla studentów biologii, zaprojektowałem prostą grę, dotyczącą sukcesji ekologicznej. Wcześniej naczytałem się o modelowaniu w ekologii jako ważnym elemencie badań. Bo w grze są reguły – tak jak prawa w przyrodzie. Ale jest i losowość (nieprzewidywalność). Można to nazwać chaosem deterministycznym. W sumie to on daje nam radość z udziału w różnego rodzaju grach. Kiedyś to były tylko gry planszowe.

I w nawiązaniu do modelowania przygotowałem prostą grę z kostkami do kry i fasolkami (groch i inne nasiona – bo były dostępne, teraz pewnie łatwiej o plastikowe koraliki). Przygotowałem plansze i inne pomoce, z wykorzystaniem kredek, papieru i kleju (prace ręczne – analogowe projektowanie i programowanie). I ze studentami graliśmy. By na podstawie osiągniętych wyników (rezultatów gry) wyciągać wnioski ogólne, dotyczące sukcesji ekologicznej, strategii życiowych gatunków itd. Pierwotna inspiracją były badania nad chruścikami w zbiornikach okresowych. Chciałem najnowsze ustalenia naukowe przenieść do dydaktyki. By wspólnie odkrywać.

Pomysł z grą dopracowałem i opublikowałem w czasopiśmie dla nauczycieli (Czachorowski S., 1994. Sukcesja ekologiczna. Biologia w Szkole, 2 (238): 79-85). Ale przez jedne zajęcia można zrealizować niewiele. Rzuty kostką, obliczenia, wpisywanie wyników –  sporo trwa. I tak znacząco krócej niż badanie sukcesji w przyrodzie (kilka, kilkadziesiąt lub nawet kilkaset lat), ale mało danych do pogłębionej dyskusji w czasie jednych zajęć. W tamtym czasie uczyłem się programowania w języku BASIC. Napisałem więc program do sukcesji. Ponieważ w tamtym czasie dostęp do komputerów był niewielki (ja korzystałem z ogólnouczelnianej Mery, mieszczącej się w czterech dużych szafach), studentom udostępniałem wcześniej przygotowane wydruki. Ciągi cyferek. Aby mogli analizować więcej różnych sytuacji. Program komputerowy znacząco przyspieszał uzyskiwanie wyników i znacząco rozszerzał możliwości modelowania (więcej i szybciej).

Model symulacyjny jest pewnym uproszczeniem rzeczywistości. Ale pozwana przetestować różne sytuacje znacznie szybciej niż badania terenowe (zwłaszcza te, dotyczące sukcesji ekologicznej). Mnie w tym czasie interesowała heterogenność środowiska i sukcesja w niejednorodnym środowisku. Algorytm programu jest jak prawa w przyrodzie: stały i niezmienny. Ale jest i losowość oraz indywidualne przypadki, które można projektować i analizować (tak jak doświadczenia w laboratorium). Na bazie tego modelu powstały dwie publikacje: Czachorowski S., 1997. Związek cykli życiowych z heterogennością środowiska i krajobrazu. W: T. Puszkar i L. Puszkar (red.) Współczesne kierunki ekologii – ekologia behawioralna, Wyd. UMCS, Lublin, str.: 389-398, Czachorowski S., 1997. Wpływ nieciągłości krajobrazu na liczbę i liczebność gatunków – model symulacyjny. W: T. Puszkar i L. Puszkar (red.) Współczesne kierunki ekologii – ekologia behawioralna, Wyd. UMCS, Lublin, str.: 399-412. A jeszcze później mój doktorant napisał program i wykorzystał model oraz obliczenia w swojej pracy doktorskiej: dr Tomasz Majewski, 2006: Wpływ nieciągłości środowiska na kształtowanie się zgrupowań Trichoptera, Wydział Biologii UWM w Olsztynie. Edukacja przeplata się z odkrywaniem. I być może tego potrzeba współczesnej szkole! Tyle tylko, ze nauczyciele potrzebują dobrego wsparcia instytucjonalnego, albo ze strony uczelni wyższych albo w postaci wyspecjalizowanych instytucji, takich jak centra nauki. W obu przypadkach to zespoły naukowców współpracują z nauczycielami. Właśnie taka rewolucyjna zmiana zachodzi na naszych oczach w systemie edukacyjnym, zupełnie niezauważana w hałasie związanym z likwidacją gimnazjów.

Czasy z BASICiem minęły. Nie nadążyłem za zmianami i poszedłem za radą, że nie warto wymyślać samemu, skoro mogą zrobić to specjaliści. Początkowo uczyłem się także programowania by tworzyć strony www. Ale i tego zaniechałem. Teraz korzystam z gotowych szablonów i profesjonalnych serwisów. Używam, ale nie wiem jak to działa i nie mogę samodzielnie modyfikować. Czuje się więc zapóźniony i ubezwłasnowolniony na własne życzenie. Przestałem rozumieć programowanie i samodzielnie nie potrafię tworzyć. A że mam zainteresowanie niszowe to nie doczekałem się potrzebnych mi programów statystycznych czy programów edukacyjnych.

Jadę więc na konferencję by szukać partnerów do współpracy i wspólnie przygotować nowoczesne narzędzie dla nauczycieli. By wspólnie z uczniami odkrywali. A ja uczę się nowych możliwości i wykorzystywania dostępnych programów na tablety w codziennej pracy dydaktycznej. Na konferencji w Gliwicach podzielę się nie tylko swoimi przemyśleniami ale i doświadczeniami, m.in. z wykorzystania grywalizacji w dydaktyce akademickiej. Niżej zamieszczony schemat „planszy do gry” w opracowanej przeze mnie grywalizacji. Jak zwykle, narysowałem kredkami…. Ale jest już w internecie w wersji cyfrowej. Jakoś łatwiej mi rysować kredkami niż projektować cyfrowo. Taka skaza mojego pokolenia.

11021245_10205188795232832_4504045194198666691_n

Czy Profesor Bartoszewski był profesorem

bartoszewskiPoczta Polska wydała znaczek z Władysławem Bartoszewskim. Wielce sympatyczne. Ale już środowiska prawackie „prawdziwych Polaków” (boż chyba nie prawicowe?) rozpoczęły internetowy hejt, zarzucając, że nie był profesorem. Jest więc okazja, by wyjaśnić co znaczy słowo profesor.

Słowa są jak gatunki w ekosystemie, z upływem czasu zmieniają swoje znaczenie. Taka „sukcesja ekologiczna” w języku. Zaskakujące jest to, że swego czasu magister był bardziej nobilitujący niż profesor.

Ale zacznę od lat pacholęcych i filatelistyki. Zbieranie znaczków pocztowych w czasach mojego dzieciństwa było bardzo popularne. Co tam jeszcze zbieraliśmy? Opakowania po czekoladach, pudełka po papierosach, mosy (guziki wojskowe), niektórzy etykiety zapałczane czy etykiety po alkoholach (wtedy butelki się myło i oddawało do skupu). Ale filatelistyka była najpopularniejsza. Mam więc duży sentyment do znaczków pocztowych (i starą kolekcję, do której dawno nie zaglądałem). Kilkanaście lat temu Poczta Polska wydała pierwszy na świecie znaczek z chruścikiem. Kupiłem dużo, i systematycznie naklejałem na listy, zwłaszcza te wysyłane za granicę do innych trichopterologów. Teraz też kupię sobie sporo „Bartoszewskich”, bo na znaczku widnienie zacne motto: „Warto być przyzwoitym”.

No a co z tym profesorem? Otóż słowo pochodzi z języka łacińskiego i oznacza nauczyciela. Jak podaje „Słownik wyrazów obcych”, (PIW, Warszawa) z 1958 roku profesor to „2. Tytuł używany w stosunku do nauczycieli i wykładowców, zwłaszcza szkół średnich”. Dlatego w szkołach jeszcze do niedawna mówiło się na nauczycieli „profesor”. W moich czasach tak było w liceum. Mówiliśmy między sobą także w formie uproszczonej, psor, sor (psorze). W tamtych czasach magister to był ktoś, czasem był jeden lub dwóch w miasteczku (np. aptekarz). Teraz już prawdopodobnie w szkołach średnich nie używa się określenia profesor, funkcjonuje chyba tak jak w szkołach podstawowych – pan, pani (jeśli się mylę, to mnie poprawcie i sprostujcie). No cóż, czasy się zmieniają. Ale w XX wieku nauczyciel w liceum był profesorem, czy to magister czy nauczyciel po studium nauczycielskim.

W miarę wzrostu znaczenia uczelni wyższych i krystalizowania się nomenklatury (terminologii) słowo profesor zaczęło oznaczać głównie nauczyciela akademickiego o pełnych prawach akademickim. A więc profesor to tytuł samodzielnego pracownika akademickiego, przyznawany po docenturze (teraz docenta już nie ma), i po habilitacji. W różnych okresach, tuż po wojnie, profesorami zostawali doktorzy. Można było więc być magistrem profesorem czy częściej doktorem profesorem (w zapisie prof. dr Jan Kowalski). Bo w nauce precyzyjność zapisu jest ważna.

Szkół wyższych przybyło, kadry ze stopniami i tytułami także. Tytuły i stopnie naukowe ujęte zostały precyzyjnie w ustawie. A więc jest tytuł naukowy profesora (po habilitacji), przyznawany przez prezydenta, na wniosek odpowiedniej rady naukowej, zwany pospolicie profesorem belwederskim lub zwyczajnym. Ale jest i stanowisko profesora czyli profesor nadzwyczajny (niższy w hierarchii niż zwyczajny – co niektórych może dziwić, bo nadzwyczajność wydaje się rzadsza i bardziej ekskluzywna). Pospolicie taki profesor nazywany jest uczelnianym (bo to stanowisko na konkretnej uczelni), złośliwie zwany podwórkowy lub zadnim (bo prof. pojawia się za nazwiskiem a nie przed). Tytuł naukowy od stanowiska wyraźnie odróżnia się sposobem zapisu: prof. dr hab. Jan Kowalski (tytuł naukowy) to co innego niż dr. hab. Jan Iksiński, prof. UWM (stanowisko, profesor nadzwyczajny, uczelniany). A tym bardziej prof. mgr Antoni Ygrekowski.

Zatem współcześnie słowo profesor ma kilka znaczeń (za Wikisłownikiem): 1.1) tytuł naukowy nadawany samodzielnym pracownikom naukowym; także osoba której nadano tak tytuł (1.2) nazwa stanowiska pracy na uczelniach wyższych i w instytucjach naukowych; także osoba pracująca na takim stanowisku (1.3) potocznie nauczyciel szkoły średniej, zwłaszcza liceum ogólnokształcącego (1.4) tytuł honorowy zasłużonych nauczycieli szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego oraz ponadgimnazjalnego; (profesor oświaty).

Profesor oznaczać może więc: tytuł naukowy, stanowisko naukowe, tytuł zwyczajowy, tytuł honorowy w oświacie. Czy zatem można poprawnie mówić o Profesorze Władysławie Bartoszewski per pan profesor? Można, mimo różnych perturbacji. Przede wszystkim liczy się wiedza. Ona zawsze jest najważniejsza. I szacunek środowiska akademickiego. Na ten ostatni trzeba sobie mocno zapracować.

Władysław Bartoszewski, po maturze studiował polonistykę na tajnym Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego (1941-1944). „W grudniu 1948 został przyjęty na trzeci rok polonistyki na Wydziale Humanistycznym UW. Studia zostały przerwane aresztowaniem w grudniu 1949 i pięcioletnim pobytem w więzieniu. W listopadzie 1958 został przyjęty na studia polonistyczne na Wydziale Filologicznym UW w trybie eksternistycznym. Złożył na ręce profesora Juliana Krzyżanowskiego pracę magisterską, jednak decyzją rektora UW Stanisława Turskiego został w październiku 1962 skreślony z listy studentów” (za Wikipedią). Czasy były trudne i za swą patriotyczną działalność cierpiał różne prześladowania. Napisał pracę magisterską, ale w wyniku politycznych represji został skreślony z listy studentów. Można więc zarzucać, że nawet nie jest magistrem…

Ale podobnie można powiedzieć o naszym najwybitniejszym matematyku, Stefanie Banachu. Jest najczęściej cytowanym matematykiem, zaraz po Euklidesie. Bez magistra przed wojną obronił doktorat. A i to w wyniku starań i „podstępu” przyjaciół z Lwowskiej uczelni. Banach nawet nie był świadomy, że jest na swojej obronie – myślał, że tłumaczy zagadnienia matematyczne przybyłym z Warszawy panom. Niesamowity talent naukowy i wielka sława matematyczna. Możemy być dumni ze szkoły lwowskiej i Stefana Banacha.

Wróćmy jednak do Władysława Bartoszewskiego, którego wiedzę uznały środowiska akademickie (nie zważając na braki stopni, wynikłe z politycznych prześladowań). „W latach 1973–1982 i 1984–1985 prowadził, jako starszy wykładowca, wykłady historii najnowszej (ze szczególnym uwzględnieniem wojny i okupacji) w Katedrze Historii Nowożytnej Polski na Wydziale Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego [za Wikipedią]. W latach 1983–1984 i 1986–1988 był profesorem wizytującym [a więc zatrudnionym na stanowisku profesora – S.Cz.] w Instytucie Nauk Politycznych Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Ludwiga-Maksymiliana w Monachium (na tej uczelni także w Instytucie Nauki o Mediach w latach 1989–1990). Między 1984 a 1986 gościnnie wykładał na Katolickim Uniwersytecie Eichstätt-Ingolstadt. W 1993 był recenzentem pracy doktorskiej Jana Tkaczyńskiego na tej uczelni [recenzje prac doktorskich powierza się pracownikom samodzielnym: doktorom habilitowanym i profesorom – S.Cz.]. W roku akademickim 1985–1986 wykładał na Wydziale Historii i Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Eichstätt w RFN. Od 1988 do 1989 wykładał w Katedrze Nauk Politycznych na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Augsburgu.”

Jednoznacznie wynika, że pan Władysław Bartoszewski był profesorem. Tytuł naukowy profesora (profesor belwederski) jest przyznawany dożywotnio. Stanowisko profesora jest czasowe, w trakcie zatrudnienia. Zatem profesorem nadzwyczajnym (uczelnianym) jest się tylko w momencie zatrudnienia na tym stanowisku. Po odejściu (np. na emeryturę) lub do innej pracy określenia „profesor” się już nie używa. Ale – tak jak w odniesieniu do byłych premierów, prezydentów i innych tytułów – używa się grzecznościowo. W przypadku Profesora Bartoszewskiego to wyraz szacunku i uznania dla wiedzy i postawy życiowej. Dorobek naukowy i pisarski ma ogromny i wartościowy.

Jak wykazałam, w pełni poprawnie jest nazywanie Profesora Bartoszewskiego profesorem.

Kiedy niedawno pewna prawacka gadzinówka (bo do słowa prawicowy mam sentyment i szacunek), różnymi inwektywami próbowała mnie dyskredytować, pojawił się anonimowy (a jakże, bo anonimowy hejt jest znakiem firmowym środowisk prawackich) wpis, odmawiający prawa używania określenia „profesor” w stosunku do mojej osoby. Ogromnie zabawnie wyglądały wyjaśnienia „Redakcji” (też anonimowej).

„Jednego nie rozumiem – dlaczego tytułujecie tego pana „Profesorem” (wzgl. dlaczego on sam to robi). Ten pan nie ma takiego stopnia naukowego. To żaden profesor tylko zwykły doktor habilitowany, co najwyżej zatrudniony na stanowisku profesora uczelnianego. Odkąd uczelnie wymyśliły sobie etaty o nazwie „profesor uczelniany” nikt już nie odróżnia ich od prawdziwych profesorów.” A tu wyjaśnienie „redakcji”: „Na swoim blogu „Profesorskie gadanie” pan Czachorowski przedstawia się tak: „Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.” Zarówno tytuł bloga, jak i ten wpis wskazują, że pan Czachorowski określa się mianem „profesor” i tego oczekuje od innych. Natomiast to, co wypisuje na swojej stronie fb, a co przytoczyliśmy tylko we fragmencie, dyskwalifikuje go jako inteligenta i autorytet moralny, bez względu na to, jaki jest jego faktyczny tytuł naukowy. Redakcja”

Czyż nie jest to zabawne? Ignorancja, która z napuszeniem rozprawia o profesorach. Mylone są pojęcia takie jak tytuł, stanowisko itd. Gwoli ścisłości to – jak sama zaznaczyła w swej nieświadomości Redakcja – nie przedstawiam się jako profesor w sensie tytułu naukowego. Ale to już chyba zazwyczaj tak bywa, że hejt idzie w parze z ignorancją.

Refolucja w edukacji

Czachorowski_Gliwice_2015Jestem dyslektykiem i robię dużo błędów, ale tym razem tytuł jest jak najbardziej poprawny. Refolucja to neologizm utworzony przez Timothy Garton Asha dla opisania sytuacji, która zaistniała Europie Środkowej w 1989 roku. Termin „refolution” (można powiedzieć pokojowa rewolucja lub szybka ewolucja) oznacza rewolucję metodami reformistycznymi (reform + revolution). Zatem refolucja to reforma daleko idąca, wręcz rewolucja (zmieniająca wiele). I taka od jakiegoś czasu dokonuje się w edukacji. Wzrasta rola edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Wynika ze zmiany sytuacji, jaka zaszło w społeczeństwie. Ja używam słowa „nauczeństwo” – wszyscy się musimy uczyć jednocześnie. Wszystkie pokolenia. Bo wszyscy spotykamy się z nowymi technologiami, starsi nie mieli możliwości nauczyć się wcześniej (dawniej) i teraz na bazie swojego doświadczenia uczyć tego młodych. Czasem paradoksalnie to młodsi uczą się szybciej. Mają większy potencjał do edukacji i są odważniejsi w przyswajaniu nowości.

Zamierzam aktywnie poznawać tę nową sytuację dydaktyczną, przez eksperymentowanie (na sobie). Niebawem spróbuję zrealizować krótki kurs (w roli edukatora) z dorosłymi w zakresie wykorzystania nowych mediów. A na początku grudnia najpierw pojadę do Warszawy w roli jurora E(x)plory (konkurs młodych naukowców), a potem na ogólnopolską konferencję do Gliwic (Konferencja i Targi „Edu IT. Nowe technologie w edukacji.”). W styczniu kolejna edycja Nocy Biologów – ponownie okazja do poznawania nowej rzeczywistości edukacyjnej. Refolucja zachodzi na naszych oczach.

I jeszcze najnowsze wieści z Centrum Nauki, które staje się jednocześnie placówka naukowa:

„Badania, które będą prowadzone w Koperniku należą do obszaru „learning sciences”, czyli po polsku „nauk o uczeniu”. To interdyscyplinarny obszar badań, do którego należą badania poznawczo-psychologiczne, socjo-psychologiczne i kulturowo-psychologiczne podstawy uczenia się ludzi. „Nie chcemy być tylko miejscem badania, ale też jego uczestnikiem. Mamy już własny zespół, który sam prowadzi badania. Jednak przede wszystkim chcielibyśmy je prowadzić w partnerstwie z instytucjami badawczymi. Mamy podpisane dwa porozumienia: z Akademią Pedagogiki Specjalnej w Warszawie i Uniwersytetem SWPS. Myślę, że włączą się też Uniwersytet Warszawski oraz instytucje zagraniczne. Jesteśmy w dialogu z King’s College w Londynie i Uniwersytetem Stanforda. Chcemy, aby wyniki tych badań były publikowane” – mówi dyrektor CNK. „Nie ma centrum nauki, które tak działa. Domknęła nam się instytucja o podwójnym statusie: instytucji kulturalnej i naukowej, do której ludzie przychodzą, aby uczestniczyć w aktywnościach kulturalnych, ale jednocześnie uczestniczyć w procesie badawczym” – podkreśla Firmhofer.” (czytaj całość)

CITES, lektury i „Tomek w krainie kangurów”

tomek_w_krainie_kangrwEdukacja i kultura są bardziej złożone niż nam mogłoby się wydawać. Uświadomiłem sobie te prawdę po raz kolejny w czasie konferencji „CITES 40 lat na świecie, 25 lat w Polsce” (czytaj więcej o tej konferencji). CITES, zwana także Konwencją Waszyngtońską, to porozumienie o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem, podpisane w Waszyngtonie w 1973 roku. Celem Konwencji jest ochrona dziko występujących populacji zwierząt i roślin gatunków zagrożonych wyginięciem poprzez kontrolę i ograniczanie międzynarodowego handlu tymi zwierzętami i roślinami, ich częściami i produktami pochodnymi. Polska ratyfikowała przystąpienie do Konwencji w 1989 roku. Skuteczne realizowanie konwencji wymaga współpracy wielu różnych środowisk i służb: celników, policji, naukowców, organizacji pozarządowych, administracji państwowej itd.

W czasie konferencji w Warszawie miałem okazję zapoznać się z różnymi problemami i sposobami przemytu dzikich zwierząt czy roślin (niektóre pokazywane zdjęcia przerażały). Ogromny wysiłek pracy celników, policjantów, naukowców i społeczników. A nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie zapotrzebowanie konsumentów, czyli nas, społeczeństwo. Tu potrzebna jest edukacja i zmiana sposobu patrzenia na przyrodę oraz na skutki naszego działania. Bo chcemy mieć unikalne rośliny lub egzotyczne zwierzęta, bo lubujemy się w nietypowych pamiątkach turystycznych. A czy myślimy o kosztach przyrodniczych i skutkach?

Gdzieś w głębi drzemie w nas archaiczny model przygody z polowaniami czy traktowaniem dzikich zwierząt jako trofeum. Pozostałości dawnej cywilizacji łowców-zbieraczy i myśliwych. Świat się jednak od tego czasu diametralnie zmienił. Potrzebne są nowe mody i nowe wzorce obcowania z przyrodą oraz tworzenia… azyli dla zwierząt oraz indywidualnych adopcji. Bo gatunków obcy nie można wypuszczać do naszego środowiska. Alternatywą dla eutanazji zwierząt… jest więc adopcja. Wszystkich tych uratowanych zwierząt i roślin nie są wstanie przyjąć ogrody zoologiczne i botaniczne.

W zapowiedziach nowego rządu pojawiły się sformułowania o lekturach szkolnych i kanonie lektur. Niby oczywiste i proste. Ale to tylko pozornie. Co mają wspólnego lektury szkolne z konwencja CITES i ochroną dzikich zwierząt? Gdzie potrzeba patriotyzmu i lektur a ochrona bioróżnorodności i praca celników czy policjantów? Cierpliwości. Niżej wyjaśnię.

Z dzieciństwa i nastoletniości pamiętam serię książek Alfreda Szklarskiego z przygodami Tomka Wilamowskiego („Tomek w krainie kangurów” itd.). Za mojej młodości była to lektura szkolna. Wtedy przeczytałem jedną czy dwie książki, ale bez większego entuzjazmu. Gdy mój syn był mały, kupiliśmy mu całą serię tych książek, motywowani dawnym sentymentem i wspomnieniem dawnej młodości (czy pamięcią o lekturach). I kilka miesięcy temu, gdy syn już podrósł i opuścił gniazdo rodzinne, sięgnąłem do książek Alfreda Szklarskiego i przeczytałem całą serię. Od deski do deski, jedną książkę po drugiej. Przeczytałem z dużą przyjemnością. Było tam sporo patriotyzmu, popularyzacji wiedzy geograficznej i historii. Nic tylko polecać książki ponownie jako lekturę szkolną? Kontekst współczesności zmienia jednak wiele.

Kolega, który ma młodsze dzieci i chciał obecnie im czytać przyrodnicze książki z Tomkiem w tle, zwrócił mi uwagę, że dla współczesnej młodzieży te książki się nie nadają. Po zastanowieniu (i przeczytaniu) przyznałem mu rację. Dlaczego? Bo jest tam archaiczny, XIX-wieczny sposób patrzenia na przyrodę (oraz społeczeństwo): przygoda i poznawanie poprzez polowanie i zabijanie. Przecież kiedyś nawet badania ornitologiczne polegały na strzelaniu do ptaków i ich odławianiu. Od wielu lat jednak ornitolodzy chodzą z lornetkami i obrączkują ptaki. Nawet we współczesnej entomologii stosuje się w coraz większym stopniu badania przyżyciowe, czego przykładem są motyle i ważki. Tak samo wartościowe badania jednak bez zbędnej eksploatacji przyrody. Przyroda jest bardziej zagrożona, dawniej pospolite gatunki obecnie stały się rzadkie lub bliskie wymarcia. A i nasza wrażliwość etyczna względem przyrody znacząco się zmieniła.

Córka kolegi jako pierwsza zaprotestowała i się oburzyła w czasie wspólnej, rodzinnej lektury „Tomków”. Ten obraz świata nie przystaje już do rzeczywistości. Tomek podróżuje po świecie by odławiać zwierzęta do ogrodów zoologicznych. Takiego świata również już nie ma a funkcje ogrodów znacząco się zmieniły. Teraz zwierzęta trafiają z ewidencjonowanych hodowli. Nikt już nie urządza wypraw, celem odłowów dla ogrodów zoologicznych dzikich zwierząt. Gdzieś tam jeszcze w książkach Szklarskiego pobrzmiewa archaiczny rasizm kolonialny. Ale autor urodził się w 1912 roku! I to, co kiedyś było codziennością dzisiaj jest już historią. Książki – jako lektury – wymagałyby starannego komentowania przez nauczycieli. Czy więc nadają się jako współczesne lektury szkolne? Mimo wielu zalet, w wieku XXI i wobec współczesnych problemów już się nie nadają. A przecież w naszej pamięci, pamięci starszego pokolenia, mogą się wydawać jako wspaniałe, patriotyczne, popularyzatorskie i edukacyjne. Alfred Szklarski był zacnym człowiekiem o niewątpliwych zasługach dla Polski, popularyzacji dokonań Polaków w świecie. I nie napisał niczego niestosownego. Tyle, że czasy się zmieniły, w zakresie jednego komponentu..

A pamiętacie elementarz do pierwszej klasy Falskiego? Mam reprint w domu. Przeglądam z wielkim sentymentem. Książka znakomita dydaktycznie. Ale również współcześnie nieprzydatna. Ilustracje dotyczą świata, którego już nie ma. Niektóre słowa także są archaizmami. Znakomity materiał etnograficzny… ale nie podręcznik szkolny.

Ale wróćmy do CITES. Aby celnicy i policjanci mieli mniej pracy z udaremnianiem przemytu roślin i zwierząt ginących i zagrożonych wygięciem, inaczej musimy edukować młodzież (i siebie samych). Inaczej niż 100 czy 50 lat temu. Bo bioróżnorodność zagrożona jest nie tylko przez Azjatów, kupującym rogi nosorożca jako afrodyzjaki. My również w domach chcemy mieć egzotyczne rośliny i zwierzęta. A jak się znudzą, to wypuszczamy do okolicznego lasu czy jeziora. Chcemy mieć kontakt z przyrodą – i to nie jest nic złego. Ale musimy popularyzować adekwatne do współczesnej rzeczywistości modele obcowania z przyrodą.

A co do lektur szkolnych, to potrzeba więcej zaufania do nauczycieli. Zza rządowego biurka niewiele widać realnego świata (częściej wyobrażenia i miniona przeszłości). W codziennej praktyce i indywidualnych sytuacjach nauczyciele sami dostosują lektury do potrzeb i odpowiednio ukierunkują uwagę. Komentując i wyjaśniając kontekst. Na przykład moja żona już od dawna obserwuje, że nawet w najmłodszych klasach dzieci wolą „starsze” lektury (o klasę lub dwie wyżej). Po prosty szybciej intelektualnie dojrzewają. Dawny kanon lektur jest nieco mniej przystający do rzeczywistości. Ale wystarczy zostawić swobodę działania nauczycielom.

Problemy współczesnego świata, takie jak wymieranie gatunków roślin i zwierząt w wyniku nieodpowiedniej eksploatacji a także przeciwdziałania prawne i działania policji czy celników, mają swoje przyczyny także i w kulturze. Mądrze wpływając edukacyjnie na kulturę naprawiać możemy świat wokół nas. Albo prowadzić niespójne i chaotyczne działania.

Likwidacja gimnazjów to pomysł archaiczny i szkodliwy dla edukacji

lawka_szkolnaSytuację we współczesnej szkole porównać można do marszu z kamieniem w bucie. Uwiera i boli, czujemy dyskomfort, i że coś jest nie tak. Najmądrzej byłoby przystanąć, zdjąć but i wytrzasnąć kamień. Proponowaną likwidację gimnazjów można porównać do … rozwiązania problemu przez wyrzucenie butów. Może i przez chwilę będzie lżej i nic nie będzie uwierało. Ale daleko boso się nie zawędruje – nogi niebawem będą jeszcze bardzie pokaleczone. Likwidacja gimnazjów to jak leczenie edukacji przez wkładanie Rozalki* do pieca na trzy zdrowaśki. Działanie oparte na zabobonach a nie rzetelnej analizie (wyjaśnienie niżej).

Edukacja jest niezwykle ważna dla kultury (tożsamości) i dla gospodarki. W gospodarce opartej na wiedzy to wykształcenie i wiedza decydują o sukcesie całych społeczeństw. Wystarczy przypomnieć jakie fortuny wyrosły niemalże „z niczego”, np. Microsoft, Facebook czy na olsztyńskim podwórku sukces firmy produkującej drukarki 3 D. Nie bez przyczyny mówimy coraz częściej o dziejącej się na naszych oczach trzeciej rewolucji technologicznej, najbardziej widocznej w technologiach informatycznych i rozproszonej energii ze źródeł odnawialnych. Ale przebudowie podlega całe społeczeństwo.

Pierwsza rewolucja technologiczna zaszła w neolicie, wraz z powstaniem i rozwojem rolnictwa. Jednym z efektów było powstanie społeczeństw feudalnych z uniwersytetami i przykościelnymi szkołami (w Europie). Rewolucja przemysłowa stworzyła szkoły XIX i XX wieku takie, jakie znamy (system kasowo-lekcyjny, jednakowy program dla wszystkich, dzwonki, papierowe podręczniki itd.). Ich „filozofia” (struktura i funkcjonowanie) dobrze pasowała do państw narodowych i dużych fabryk. Obecnie jesteśmy w trakcie III rewolucji technologicznej i wiele się zmienia. Trzeba zrozumieć ten proces i dostosować szkołę do zmieniających się potrzeb i możliwości XXI wieku. Powoli się to właśnie dzieje. Szkoły się zmieniają. Jednym z przykładów jest chociażby nowa szkoła w USA,: „Takie pojęcia jak klasa lekcyjna całkiem tracą na znaczeniu. W nowej szkole (…) dominują otwarte przestrzenie. Podzielona jest na sześć oddzielonych od siebie części, które łączą się z centralną Community Commons. To duży open-space, który jest czymś pomiędzy kawiarnią, amfiteatrem, a przestrzenią socjalną. Klasyczne ściany zostały wyeliminowane, zastąpiły je szklane przepierzenia, a meble są łatwe do rekonfiguracji.” Dla wielu brzmi niezrozumiale i dziwnie.

Także i w Polsce dostrzegamy zmiany, jakie wniosły w edukacji technologie informacyjno-komunikacyjne. W nawiązaniu do zmian technologicznych postuluje się szereg możliwych już dziś rozwiązań „Zwiększenie mobilności i dostępności technologii ułatwia także dostęp do treści edukacyjnych i narzędzi komunikacji i współpracy w czasie rzeczywistym. Projektując nową przestrzeń fizyczną szkoły lub modernizując tą istniejącą powinniśmy spodziewać się, że będzie w niej równocześnie dochodziło do spektakularnych przedsięwzięć i prac osób uczących się także w wymiarze wirtualnym”. (czytaj cały tekst)

Wobec nowych technologii, wszyscy jesteśmy bezradni jak dzieci i wszyscy musimy się uczyć. Nie tak jak kiedyś, gdzie starsi (nauczyciele) wszystko wiedzieli i uczyli młodszych (dzieci). Teraz wszystkie pokolenia uczą się jednocześnie (czytaj więcej o nauczeństwe). A często to młodsi, owo pokolenie cyfrowych tubylców, może uczyć starszych korzystania z nowych technologii. Bo ucząc się szybciej i są odważniejsi.

Kilka lat temu, jadąc w pociągu myślałem, że fajnie byłoby połączyć laptop z telefonem komórkowym, by korzystać z Internetu w podróży. Teraz mobilny Internet jest już codziennością. Moja żona marzyła, żeby rozmawiając przez telefon widzieć rozmówcę tak, jak w telewizorze. I to też jest już codziennością. Do tych wszystkich zmian edukacja musi się dostosować. I gdzieś „na uboczu” trwają różnorodne eksperymenty pedagogiczne. Likwidacja gimnazjów to dyskusja zupełnie archaiczna i nie rozwiązująca żadnych problemów edukacyjnych. Jest jak przestawianie wazoników w starej szafie – absorbuje lecz niczego nie zmienia.

To zachodzące procesy cywilizacyjne wymuszają na nas potrzebę wymyślania nowych rozwiązań w edukacji (przestrzeni edukacyjnej). Jeśli chcemy, jako kraj i naród utrzymać się w czołówce cywilizacyjnej, to musimy wprowadzać zmiany w całym systemie edukacyjnym, którego szkoła jest elementem. Nie zmiany dla zmian (aby coś było inaczej), ale zmiany dostosowane do potrzeb i wyzwań XXI wieku są nam potrzebne.

W tle dyskusji o likwidacji/pozostawieniu gimnazjów zachodzą ważne zmiany w systemie edukacji. Procesy zachodzą od wielu lat, ale nie do końca są dostrzeżone i włączone do poważnej debaty. Przykładem jest chociażby edukacja nieformalna i pozaformalna (wspierające także edukację szkolną!), realizowana na różnego tylu piknikach naukowych czy w centrach nauki. Centrum Nauki Kopernik w Warszawie nawet rozpoczęło badania procesu dydaktycznego, w którym uczestniczą (dydaktyka edukacji pozafromalnej). Nowe formy są podane uporządkowanej refleksji naukowej. Wszystko da się zmierzyć, policzyć, zweryfikować. Nawet efektywność edukacji pozaformalnej.

W dyskusjach na temat likwidacji gimnazjów, które przeglądam i w których uczestniczę, znamienny jest jeden fakt: brak jakiegokolwiek obiektywnego uzasadnienia, żadnych badań, dotyczących „szkodliwości” gimnazjów czy pozytywnych efektów wprowadzenia ośmioletnich szkół podstawowych. Być może jakieś badania istnieją, ale nikt z moich adwersarzy na nie się nie powołuje. Jedynie osobiste wrażenie i jednostkowe obserwacje a przede wszystkim emocje. Po drugiej stronie, za utrzymaniem gimnazjów, mamy testy PISA, wskazujące na wzrost kompetencji i wiedzy 15-latków na tle innych nastolatków z całego świata. Czyli tak ważna i gruntowna decyzja opierać ma się na emocjach? Niczym edukacyjny zabobon, „bo szwagier widział”. Gimnazja jawią się jako kozioł ofiarny niezadowolenia z edukacji ( czytaj więcej . Uwiera nas kamyk w bucie i jako remedium proponuje się wyrzucić buty…

Likwidacja gimnazjów to temat zastępczy i szkodliwy, powstały na fali politycznego i wyborczego populizmu. Jest bez żadnego planu i pomysłu: zlikwidować a potem się coś wymyśli i dorobi jakąś teorię lub uzasadnienie. Na naszych oczach dokonywać się będzie swoisty rozbiór: na fali populizmu część nauczycieli z liceów popiera likwidację gimnazjów bo liczy, że będzie o jedną klasę więcej, co w dobie niżu demokratycznego może zwiększyć poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia. Podobnie myślą niektórzy nauczyciele z podstawówek: zdobędą nowych uczniów. Partykularne interesy zamiast poważnej debaty o systemie edukacji.

Wygaszanie gimnazjów to marnowanie sił i środków, męczenie nauczycieli nieustannymi reformami i zmianami programów. Gdy trzeba tych sił i zapału do głębokich, ewolucyjnych zmian w przestrzeni edukacyjnej. Zmarnowane będzie 16 lat inwestycji w infrastrukturę, budowania i poprawiania (udoskonalania) programów oraz podręczników nie tylko w gimnazjach ale i szkołach podstawowych i ponadgimnazjalnych. Likwidacja gimnazjów to konieczność opracowania nowych podstaw programowych dla szkół podstawowych i liceów a także szkół zawodowych. Bo edukacja jest całościowym systemem, powiązanych ze sobą elementów.Tych programów jeszcze nie ma i nie ma wizji jakie miałyby być. A wygaszanie gimnazjów ma się rozpocząć od przyszłego roku szkolnego, czyli za kilka miesięcy…

Nauczyciele przez wiele lat dokształcali się, nierzadko za własne pieniądze kończyli studia uzupełniające i podyplomowe. Teraz ten czas i pieniądze będą zmarnowane. Po 16 latach (co prawna nie najlepiej i nie najsprawniej wdrażanej reformy gimnazjalnej, ale z obiektywnie mierzalnymi sukcesami – PISA) jest potrzebnych jeszcze wiele poprawek, korekt, uzupełnień. Zamiast doskonalenia proponuje się zburzenie całego systemu i budowanie od nowa. I to bez jakichkolwiek obiektywnych badań, przygotowań i pedagogicznych argumentów dobrze uzasadnionych. Jedynie opierając się na indywidualnym wrażeniu i intuicji oraz wyborczy populizm.

Szkoły są permanentnie niedofinansowane. To widać w większości szkół: bieda przykryta rysunkami dzieci i dyplomami w kolorowych ramkach. Gdy to wszystko zdjąć, to na gołych ścianach uwidacznia się mizeria wyposażenia i stanu technicznego budynków. Wiele lokali wyborczych mieściło się w szkołach – mogliśmy to oglądać. Wystarczy zajrzeć do szkolnych pracowni, jak są wyposażone (a raczej nie są) pracownie biologiczne, geograficzne, chemiczne, fizyczne. Same komputery nie zastąpią wszystkiego. Przypudrowany brak sensownych i koniecznych inwestycji (nieliczne wyjątki potwierdzają regułę). A to wszystko w kontraście do „wypasionych”: urzędów z marmurami i złotymi klamkami. W edukacji oszczędzamy na nauczycielach i wyposażeniu szkół. Pod pozorem oszczędności gminy likwidują małe szkoły (chyba, że przejmą je stowarzyszenia), które są w edukacji najbardziej efektywne, także wychowawczo (bo nie ma anonimowości jak w dużych molochach). Szkolne budynki, ze względu na bardzo dużą liczbę dzieci, zużywają się znacznie szybciej niż urzędy wojewódzkie, urzędy miasta czy sądy. Dlatego często muszą być remontowane.

Teraz ze środków UE ma ruszyć program doposażenia szkół wszystkich szczebli w sprzęt laboratoryjny i wykorzystywany do przyrodniczych eksperymentów. Pospieszne likwidowanie gimnazjów spowoduje niewykorzystanie wielu środków. A same samorządy jakoś nie kwapią się do solidnych inwestycji w podległe im szkoły… Teraz zmarnujemy pieniądze z programów Unii Europejskiej. Lata oszczędzania i likwidowania małych szkół, zwłaszcza wiejskich, pod pretekstem oszczędności finansowej (w tym likwidowanie etatów), gdy dzieciaki uczą się w licznych klasach, to prymat finansowej efektywności nad wydajnością edukacyjną. Teraz zamiast niezbędnych inwestycji (jeżeli w gimnazjach mamy nastolatków w trudnym wieku to przecież lepiej byłoby zatrudnić więcej pedagogów i psychologów) proponuje się likwidowanie gimnazjów, niczym rytualne odczynianie uroków. Widowisko będzie, ale pozytywnych efektów edukacyjnych już nie.

Nauczyciele prywatnie wspierają szkoły od lat. Wielu przynosi różne materiały, wykorzystywane w codziennej pracy, wielu za własne pieniądze dokarmia zaniedbane dzieci, funduje bilety do kina czy szkolne wycieczki (żeby dzieci przez nonszalancję rodziców nie były wykluczone). Po przyjściu do domu dalej pracują „poza etatem”, wykorzystując internet (uzupełnianie dzienników elektronicznych, korespondencja z rodzicami itd.), ponoszą prywatnie koszty, drukują na własnym sprzęcie i na własnych materiałach pomoce lekcyjne itp. Teraz wysiłek wielu nauczycieli pójdzie w błoto. Trzeba będzie wdrażać nowe programy, dostosowywać dydaktykę do nowych podręczników. Skończy się na zmęczeniu, frustracji i buncie. Stracą dzieci i całe społeczeństwo. I bardziej szkoda ludzkiego zapału niż pieniędzy. Bo pieniądze łatwo znaleźć w budżecie, natomiast zmarnowanego zapału nie da się tak łatwo odzyskać…

Jest wiele problemów w polskiej edukacji, zarówno w szkołach jak i edukacji pozaszkolnej (pozaformalnej). Lepiej byłoby dofinansować szkoły niż marnować siły i środki na wygaszanie gimnazjów.

Czytaj także: Gimnazja – czy warto je likwidować?

* Pamięć zawodzi w sprawie lektur szkolny, pomyliłem imię dziewczynki z noweli Bolesława Brusa. Oczywiście, miała na imię Rozalia. Dziękuję za zwrócenie uwagi

Sumator hydrobiologiczny czyli muzeum nauki

12240376_10207001842877890_6570218165855422318_oJakiś czas temu, już chyba będzie z dziesięć lat, gdy pierwszy raz koordynowałem Olsztyńskie Dni Nauki, zrobiłem wystawę starego sprzętu badawczego („muzeum nauki”). Od tego czasu różne osoby opowiadały mi o potrzebie zachowania w pamięci starego sprzętu badawczego. Traktowany jako rupiecie, spisywany na „złom” i wyrzucany. Odchodzili także ludzie, którzy wiedzieli do czego służył i jak się nim posługiwać.

A mi po głowie ciągle chodzi pomysł zorganizowania stałej wystawy pt. Muzeum Nauki, by za pomocą różnych, starych przyrządów badawczych opowiedzieć o rozwoju myśli, o odkryciach. Postęp w nauce jest oszałamiający, Widać to chociażby po sprzęcie badawczym. I można to ciekawie opowiedzieć. Także w nawiązaniu do przyrządów, pozostawionych przez Mikołaja Kopernika, a które można oglądać na wystawie w Muzeum Warmii i Mazur.

Trochę „dziwnych” pamiątek naukowych oddałem już do Muzeum Warmii i Mazur na olsztyńskim zamku. Jakiś czas temu dostałem od odchodzącej na emeryturę dr Lucyny Koprowskiej swoistą zliczarkę do bentosu (na zdjęciu). Jako przyrząd hydrobiologiczny używała jeszcze profesor Sikorowa. Oryginalnie przyrząd służył do czegoś innego. Zwykłym plastrem, z napisami odnoszącymi się do różnych grup zoobentosu, zmodyfikowany został jako hydrobiologiczny przyrząd badawczy. Po prostu kreatywność. Rzeczywiście, wygodny do liczenia bentosu w próbie, z rozbiciem na poszczególne grupy i od razu z sumą. Swoisty prototyp kalkulatora. Napisy wykonane cyrylicą oraz informacja na blaszce (made in USSR) wskazywały na Związek Radziecki jako kraj pochodzenia. Znaczek medycyny wskazywał, że używano go w służbie zdrowia.

W końcu zrobiłem zdjęcia i zaniosłem do Archiwum UWM, by przekazać do przechowania. Pomyślałem, że zdjęcia przyrządu umieszczę na blogu i może ktoś mi pomoże rozszyfrować pierwotne przeznaczenie przyrządu. Zanim wróciłem do domu już dostałem maila od pani Anny Wójcickiej z Archiwum, że jest to sumator hematologiczny. Zagadka rozwiązana szybciej niż myślałem. Po prostu potrzebna współpraca i oddanie sprawy w profesjonalne ręce.

Archiwum i muzeum nie ma za bardzo miejsca na ekspozycję. Jedno znajduje się w Bibliotece Głównej, drugie w samym Archiwum. Mało kto wie o jego istnieniu. Myślę, że warto ocalić od zapomnienia trochę techniki, wykorzystywanej dawniej w badaniach. A jeszcze lepiej byłoby zorganizować czasowe wystawy, prezentujące zarówno sprzęt laboratoryjny jak i opowieści o badaniach, wykonywanych na nim. Ocalić od zapomnienia. Myśli w głowie naukowca nie widać. Ale zostają różnorodne ślady: sprzęt badawczy, publikacje, notatki, drobne gadżety konferencyjne.