Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że chodzimy na grzyby. Oczywiście do lasu. Ale żeby to grzyby chodziły? I to w celach romansowych, po lesie? W przyrodzie wszystko jest możliwe. Oczywiście nie są to do końca grzyby, ale chodzą, bo mają małe nóżki, a w zasadzie nibynóżki (to pewnie i nibychodzą). Mowa o śluzowcach, które kiedyś uważane były za grzyby, a i my chodząc po lesie bierzemy je za dziwne grzyby. Nie wiemy tylko, że się przemieszczają. A poruszają się przez całe życie i to na różne sposoby. A że będzie trochę i o rozmnażaniu śluzowców to wpis jest jak najbardziej walentynkowy. Bo miłość ma różne oblicza. I nachodzić też się trzeba.
Uwagę mojej znajomej, zapalonej grzybiarki, zwrócił „ściekający grzyb” (fotografia obok, fot. Anna Szymajda). Mowa o wykwicie piankowatym (wykwicie zmiennym). Wyglądał jak ściekający grzyb, jakby się ześliznął z omszonej skarpy. A może on szedł pod górę? Do tego pytania jeszcze powrócę.
Niektórzy do dzisiaj piszą jak o grzybie, np. „Wykwit piankowy – Fuligo septica. Grzyb rośnie na obumarłym drewnie (…). Grzyb niejadalny”. Opisy w różnych amatorskich portalach grzybowych traktują śluzowce tak jak grzyby. Podobnie jest z pająkami i pajęczakami, umieszczanymi w atlasach z owadami. Za mało jest gatunków pająków na „samodzielność” (opracowania) więc są przyklejane zwyczajowo do owadów, bo to też stawonogi lądowe i jakoś takie podobne.
Do dzisiaj, gdy zacząłem pogłębiać swoją wiedzę o śluzowcach, myślałem że nie są jadalne. Okazuje się jednak, że śluzowce, w tym nasz bohater czyli wykwit zmienny, są zjadane nie tylko przez owady (zwłaszcza chrząszcze) czy przez jakieś tam grzyby. Ale i człowiek kulinarnie odnosi się do śluzowców. W niektórych krajach spożywa się smażone śluzowce, tworzące duże śluźnie, np. w Meksyku smażona śluźnia Fuligo septica (nasz wykwit zmienny) uważana jest za przysmak. Człowiek zjeść może wszystko. Mój znajomy z Białorusi, który rodzinnie przeżył zesłanie na Syberię w czasach sowieckich, gdy w Polsce wybierał się na grzyby… to przynosił różne „psiuny”. I przygotowywał z nich smaczne potrawy. Nawet z grzybów, uważanych za trujące. A z niektórych lekarstwa, np. ze sromotnika bezwstydnego (czarcie jajo).
Dawno temu ludzie dzieli organizmy jedynie na rośliny i zwierzęta (świat był prosty, ale naukowcy swą dociekliwością wszystko zepsuli…). Wtedy śluzowce, wraz z grzybami, uważane były za rośliny. Postępy w poznawaniu świata ożywionego spowodowały wydzielenie trzeciego królestwa grzybów. I wtedy śluzowce były grzybami. A gdy dostrzegliśmy jednokomórkowe „protisty” to i tam znalazły się nasze śluzowce. Jeszcze w 1978 roku śluzowce wydzielane były w obrębie królestwa Protista w randze typu Myxomycota i umieszczane wraz z lęgniowcami (Oomycota) w umownej grupie „protistów grzybopodobnych” (protisty to pierwotniaki). Im dalej w las tym więcej drzew, a im więcej wiedzy tym i podziałów więcej. I tak w kolejnych latach śluzowce razem z amebami umieszczane były w typie pełzakowców (Amebozoa). Ale gdzie naukowców wielu to i opinii wiele: śluzowce umiejscawiane były w królestwie Protista w różnych jego miejscach. Zgodnie z obecnymi poglądami, we współczesnej systematyce, śluzowce znalazły miejsce w królestwie pierwotniaków (Protozoa), w gromadzie Myxomycota (Mycetozoa), w klasie Myxomycetes. Wyglądałoby więc na to, że są jednokomórkowcami. Jednak ich niezwykła i nieszablonowa biologia powoduje, że niektórzy naukowcy optują za wydzieleniem śluzowców w osobne królestwo. Chciałoby się zakrzyknąć „niepodległość dla śluzowców !”.
Śluzowce są bez wątpienia archaiczną grupą, sięgającą początków powstania życia na Ziemi (przypuszcza się, że powstały co najmniej 1,5 miliarda lat temu) i czasu ewolucyjnego powstawiania wielokomórkowców. Są swoistą żywą skamieniałością, pozwalającą ciągle zastanawiać się nad istotą życia i krętymi ścieżkami ewolucji, w tym powstania wielokomórkowców. Śluzowce odznaczają się dość skomplikowanym cyklem życiowym, w zasadzie są organizmami jednokomórkowymi ale wytwarzają skomplikowane struktury, typowe dla organizmów wielokomórkowych. Fizjologia i biochemia śluzowców zbliżona jest zarówno do grzybów jak i roślin oraz zwierząt. Są kategorią samą w sobie, niezwykłe i niepowtarzalne.
Ale powróćmy do naszego bohatera, uwiecznionego na zdjęciu. Wykwit zmienny Fuligo septica to jeden z najpospolitszych u nas śluzowców. Pojawia się w lasach i parkach przez cały sezon wegetacyjny, na próchniejącym drewnie i korze różnych drzew, na ściółce, mchach porastających kłody itd. Jako, że nie jest jadalny przez człowieka (w europejskim mniemaniu), to grzybiarze nie zwracają zazwyczaj na nie go uwagi. Chyba, że jest to ktoś dociekliwy, tak jak moja znajoma. Gołym okiem dostrzegamy jego żółtawe zrosłozarodnie czyli fazę życia „grupowego”.
Pierwsze pytanie jakie prowokują śluzowce to czy są to wielokomórkowce czy jednokomórkowce. Bo część cyklu życiowego spędzają jako jednokomórkowce, a część w postaci wielokomórkowego „sejmiku” z podziałem ról jak u typowego wielokomórkowca. To kolejny przykład, że w przyrodzie granice bywają nieostre i wiele zależy od kontekstu. My też kiedyś byliśmy zaledwie jedną komórką… ale w skali życia ludzkiego jest to epizod, który całkowicie pomijamy we wszelkich rozważaniach. Inaczej jest u śluzowców. W stadium życia jednokomórkowego spędzają życie samotnicze, zajmują się tylko funkcjami troficznymi (odżywianie, chociaż nie do końca, o czym za chwilę). Ale gdy poczują „wolę Bożą”, to ciągnie je do wspólnoty, „by wespół zespół by żądz móc wzmóc”.
W życiu śluzowca najpierw jest haploidalny zarodnik (dla przypomnienia u człowieka haploidalna jest komórka jajowa i plemnik). Do wykiełkowania (a więc podobieństwo do roślin i kiełkowania nasion) zarodnik potrzebuje wilgoci i ciepła. U części gatunków wydostający się z zarodnika protoplast przyjmuje postać amebopodobnego pełzaka, u innych powstaje opatrzona wicią pływka (można więc powiedzieć, że pływa a nie chodzi), która dopiero po pewnym czasie przekształca się w pełzaka (sporo tych dziwnych terminów biologicznych ale bez tego się nie da opowiedzieć niezwykłego życia śluzowców – podobnie jak w przypadku sysydlaczków). To właśnie faza pełzaka powodowała zaliczanie śluzowców do pierwotniaków, w szczególności do ameb. Pełzaki nie zajmują się tylko jedzeniem, ale im i zapłodnienie „w głowie” (pomijając fakt, że głowy nie mają): łączą się po dwie (ciekawe czy można wyróżnić u nich płcie, skoro komórki są wielkościowo niezróżnicowane?) a ich jądra zlewają się, tworząc diploidalnego pełzaka. Też pełzak ale z podwójną ilością materiału genetycznego. Niby taki sam ale całkiem inny. W stanie odmiennym? Może więc to od tego momentu należałoby rozpoczynać opowieść o cyklu życiowym śluzowców?
Rozpoczyna się nowy etap życia śluzowca – faza śluźni (plasmodium). Początkowo śluźnia niewiele różni się od pełzaka, jest tylko trochę większa (bo jak tu nie być większym kiedy dwie komórki się połączyły?), śluźnia jest bardziej ruchliwa i ma nibynóżki. Za ich pomocą potrafi poruszać się po podłożu. Tu dochodzimy do tytułowego sformułowania o chodzących grzybach. I taka śluźnia „chodzi sobie” i się dalej odżywia (zjada bakterie, glony, pierwotniaki, mikroskopijne grzyby), rośnie, a jądra komórkowe ulegają podziałom. Gdy śluźnie tego samego gatunku spotykają się to zlewają się tworząc coraz większy organizm. Funkcjonalnie jest to cały czas jedna komórka lecz zawierająca wiele jąder komórkowych (biolodzy nazywają to komórczakiem, znane także u niektórych glonów i pierwotniaków). Zarazem jest jednokomórkowcem i wielokomórkowcem jednocześnie. Taki stan nie mieszczący się w schematach.
Śluźnia pełza po podłożu, zostawiając ślady: błyszczącą warstwę śluzu. Tempo chodzenia nie jest może nadzwyczajne – maksymalnie pół centymetra na godzinę. Chodzi tak sobie po lesie, unikając światła i wybierając wilgoć, kilka dni albo kilka tygodni. Jak już tak się „nachodzi”, porozmyśla o sensie życia (mózgu nie ma, ale my chodząc po lesie rozmyślamy, więc niech będzie jakaś analogia), to następuje czas rozmnażania. Czyli śluzowcowe walentynki. W zasadzie chodzi o pomnażanie bo nie ma rekombinacji materiału genetycznego (śp. prof. Bohr trafnie rozróżniał pomnażanie od rozmnażania). Bodźcem do formowania zarodni często jest brak pokarmu w środowisku (jak trwoga to do św. Walentego?). Ale stymulatorem może być także temperatura czy odczyn pH podłoża.
Najczęściej do tworzenia zarodni wymagane jest światło, dotyczy to zwłaszcza śluźni o kolorach żółtych – tak jak u naszego wykwitu zmiennego (ilustracja na fotografii wyżej). Po okresie życia w ciemności lub przynajmniej cienia, dla odmiany szuka sobie światła. Wtedy śluzowce szukają miejsca suchszego i widnego. Wpełzają na różne podwyższenia, pną się do góry. Można jeszcze powiedzieć, że z wyższego miejsca lepiej rozsiewają się zarodniki, ma więc to znaczenie przy dyspersji. Dlatego w odniesieniu do zamieszczonego zdjęcia można się zastanawiać czy ów „grzyb” się ześliznął czy raczej wpełza do góry.
Śluźnia przestaje się wtedy odżywiać (a czy i my w okresie amorów nie zapominamy o jedzeniu?) i rozpoczyna się proces formowania zarodni. A w zarodniach powstają zarodniki i cykl życiowy się zamyka. Dopiero po zarodni można rozpoznać gatunek śluzowca (a my dostrzegamy „grzyba”). Najczęściej zarodnie oddzielone są od podłoża cienką warstwą resztek śluźni i substancji odrzuconych przez organizm, zwaną leżnią.
Wiosną myślimy o Walentynkach i amorach. W najbliższy piątek lokalna TVP3 zaprosiła mnie na program poranny, by opowiedzieć o miłości w przyrodzie. Zawsze tylko jakieś zwierzątka i zwierzątka, czasem kwitnące, wczesnowiosenne rośliny. Może wreszcie uda się z okazji zbliżających się Walentynek opowiedzieć coś o życiu seksualnym śluzowców?
Czytaj więcej: Przedziwny świat śluzowców, śluzowce

Każdy pomalowany słoiczek ma swoją, indywidualną historię. Na przykład część z nich służyła jako pojemnik na próbę z chruściani. Tak jak te widoczne na zdjęciu. Najpierw stały w sklepie, z przecierem pomidorowym (te mniejsze) albo innym produktem spożywczym. Po zjedzeniu nie zostały wyrzucone na śmietnik. W ramach reusingu (powtórnego użycia) zostały wykorzystane do celów naukowych. W tym przypadku (uwiecznione na zdjęciu) chruściki zebrane na Wielkopolsce, zalane alkoholem etylowym, niedawno w paczce przyjechały do Olsztyna. Po oznaczeniu… również nie wędrują do śmietnika. Będą pomalowane.
Nie dlatego dla dorosłych, że będzie o rozmnażaniu (a będzie) ale dlatego, że dorośli są pokrzywdzeni w dostępie do wiedzy w wersji popularnej. Za starzy na szkołę, na drugie studia nie pozwala czas i praca zawodowa a za młodzi na uniwersytet trzeciego wieku. Dlatego kawiarnia naukowa jest w dobrą formą edukacji pozaformalnej i ustawicznej dla dorosłych. Powód się zawsze znajdzie by się w kawiarni spotkać: a to urodziny Mikołaja Kopernika a to Karola Darwina.
Szlaczkoń sylwetnik namalowany na butelce ma w pewnym sensie wymiar symboliczny. Podarowany został w olsztyńskiej kawiarni na dobry początek kawiarni naukowej w Lidzbarku Warmiński, która niebawem najpewniej rozpocznie działalność.
Jak się chce, to zawsze świętować można. Okazję nie trudno znaleźć. Jak nie Dzień Chruścika czy Noc Biologów to na przykład Światowy Dzień Mokradeł. A po mokradłach (ang. wetlands) za chruścikami i włóczę się już ponad 30 lat. Zawodowo, nie wliczając przygód z dzieciństwa. Zacząłem od zimowego (chyba w styczniu lub lutym) wyjazdu do źródeł Łyny. Było to jeszcze w czasach studenckich, chyba w 1983 roku.
Zamieszczony wyżej tekst jest bardzo pouczający. Kilka kwestii jest bardzo ciekawych, społecznych i przyrodniczych. Przyroda mocno łączy się z kulturą. Albo przynajmniej my tak ten świat widzimy, jako przenikający się.
Wyraziłem swoje poparcie dla pokojowych demonstracji i manifestacji, organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji. Czy udział w pokojowej manifestacji, zorganizowanej zgodnie z prawem i porządkiem społecznym oraz głośne wyrażanie swoich poglądów na sprawy w kraju są czymś złym ? Pytam, bo od młodego człowieka dostałem przez facebookowy komunikator wiadomość tak się zaczynająca:
Zapotrzebowanie na wiedzę jest ogromne. Co roku Centrum Nauki Kopernik w Warszawie odwiedza ponad milion osób. Od pięciu la olsztyńska Noc Biologów, tak jak i jesienne Olsztyńskie ni Nauki, przyciąga setki osób. Kolejnym przykładem edukacji pozaszkolnej są całoroczne projekty edukacyjne Lasów Państwowych czy akcja „wypożycz sobie naukowa” Wydziału Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie. To przykłady zmieniającego się podejścia do edukacji, która odbywa się nie tylko w murach szkoły. Zapraszamy nie tylko do udziału w festiwalu Noc Biologów ale także do odbywającej się w tym czasie debaty na temat edukacji pozaformalnej.
Jestem pełen podziwu dla wytrwałości i wysiłku wielu matek. One się nie poddają. Kiedy innym opadają ręce one wciąż są aktywne. Kiedy Pani Sylwia Gruszka-Cott zapytała, czy można tę grafikę i problem udostępnić w mojej przestrzeni internetowej (bo to poza tematem), też miałem wątpliwości. Ale przemyślałem i zauważyłem sens.