Marzą mi się osiedlowe kompostowniki

kompost2

Ostatnio codziennie rano, tuż po szóstej, pani sprzątająca warczy wentylatorem. Bardzo głośnym. Zgarnia liście. A w zasadzie zdmuchuje. Spółdzielnia pomyślała o nowoczesności, ale wątpliwa to nowoczesność. Zatruwa hałasem jak i szkodzi przyrodzie (brak martwej materii organicznej na trawnikach, erozja gleby, zużycie paliw kopalnych, zanieczyszczanie powietrza spalinami itd.). Zdmuchuje dmuchawą liście, a potem grabi na kupki i ktoś kiedyś wywiezie. Spory wysiłek, wydatek energetyczny jak i uciążliwe dla mieszkańców (hałas). A dodatkowo nieprzyjazne dla miejskiej bioróżnorodności.

Miasto jest ekosystemem, jest więc produkcja pierwotna i odpady organiczne. Martwa materia organiczna ma swoich konsumentów, a w wyniku ich działalności materia wraca do biologicznego obiegu. Nie warto tego procesy zakłócać źle pojętą estetyką.

Olsztyn tak jak i wiele innych polskich miast boryka się z nadmiarem śmieci (odpadów). Recykling realizowany jest w małym stopniu, wokół śmietników jest nieustający bałagan. Niezbyt miły widok. O ile jeszcze można liczyć że szkło, papier i plastik w końcu będą recyklingowane (mieszkańcy się nauczą), to co zrobić z biomasą? Przez moment były pojemniki do biomasy, ale szybko zniknęły (chyba źle były wykorzystywane przez mieszkańców).

Drugim problemem jest brak przestrzeni dla aktywności mieszkańców na osiedlach. A można te dwa problemy rozwiązać i połączyć w formie osiedlowych kompostowników. Mała, estetyczna architektura (w wielu miejscach Europy i Polski już widziałem takie). Te kompostowniki mogą być umieszczone w różnych punktach, a w sąsiedztwie ławeczka. Niekoniecznie przy tradycyjnych śmietnikach. Niewielka budowla o funkcjach edukacyjnych. Bo przecież ścianki konstrukcji można wykorzystać jako element edukacyjny: niewielkie plansze z tekstem, zdjęciami (grafikami edukacyjnymi) i QR Kodami, odsyłającymi do znacznie bogatszych treści. Internet mobilny jest powszechny, więc można przyjść, poczytać i wykorzystać swoją komórkę (telefon) by dowiedzieć się więcej. A także usiąść na ławeczce i obserwować przyrodę. A jeśli będą w kompostowniku prześwity, to będzie widać wszystkie procesy zachodzące w glebie, w tym związane z dekompozycja biomasy. Można oczywiście na ściankach umieścić także hotele dla owadów zapylających. Kilka funkcji w jednej konstrukcji.

Cykl produkcji kompostu to od 3 miesięcy do roku lub ciut dłużej. Oczywiście o ile jest prawidłowo prowadzony. Ale przecież służby porządkowe, zamiast tylko warczeć dmuchawą, mogą wykonywać i takie prace: nadzór merytoryczny nad kompostownikiem. Fakt, wymaga to wiedzy. Ale czy brakuje nam ludzi wykształconych? Lub czy nie jesteśmy wstanie szybko przeszkolić dowolnych pracowników? Mamy takie możliwości, potrzeba tylko wyobraźni. Żyjemy w epoce gospodarki opartej na wiedzy i powszechnym, wyższym wykształceniu. Najwyższy czas z tego korzystać.

Co do środka? Na pewno resztki organiczne z domów. Mniej trafi na komunalne wysypisko, więc z punktu widzenia miasta jak najbardziej przydana aktywność. Ponadto trawa ze koszonych trawników. I oczywiście liście grabione jesienią. To także obniżka kosztów utrzymania zieleni (nie trzeba wywozić i płacić za utrzymanie wysypiska, które i tak zbyt szybko się wypełnia). Zatem inwestycja w tę małą architekturę i ewentualne szkolenie kadr zwróci się mniejszymi kosztami utylizacji odpadów.

A co z wytworzoną próchnicą? Można wykorzystać do nawożenia trawników i miejskiej zieleni. Znowu zysk finansowy. I zysk ekologiczny. Bo więcej próchnicy w glebie to większe zatrzymywanie wody.

W ramach działań edukacyjnych (informacje na ścianach kompostownika oraz internet mobilny) można popularyzować karmniki dla dżdżownic (jeszcze mniejsze obiekty), domki dla jeży i estetyczne karmniki dla ptaków (nie będzie chleba na chodniku) oraz wyżej wspomniane hotele dla owadów. Jeśli zadbamy o dżdżownice to będzie pokarm dla wielu ptaków żyjących w mieście. Ptaków, które lubimy oglądać i słuchać. Ułatwi to kontakt z przyrodą i skanalizuje aktywność wielu mieszkańców. Wolontariat miejski i „partyzantka” ogrodnicza w jednym. I tak dochodzimy do elementu integracji osiedlowej. Nie tylko wspólne użytkowanie kompostownika ale okazja do prac społecznych i pielęgnacji zieleni (a w zasadzie bioróżnorodności) osiedlowej).

Marzy mi się osiedlowy kompostownik. To sposób na zwiększenie recyklingu odpadów, poprawę warunków funkcjonowania przyrody w mieście jak i sposób na aktywizacje i integrację społeczności lokalnej (osiedlowej). Owszem, realizacja wymaga logistyki i wiedzy. Wymaga nie tylko zatrudniania zwykłych cieci do grabienia liści ale dobrze przygotowanych kadr. To wszystko mamy. Wystarczyłoby tylko w wieku XXI wykorzystać istniejący potencjał kapitału ludzkiego.

Marzą mi się osiedlowe kompostowniki… Czasem marzenia się spełniają…

Ja też jestem imigrantem

jestem_imigrantemGdy dzieje się niegodziwość (tu i teraz) milczenie byłoby podłością. Przestrzeganie prawa i polskiej konstytucji obowiązuje wszystkich a nie tylko cudzoziemców, imigrantów, ateistów, prawosławnych, muzułmanów czy „gorszy sort”. Mnie, jako Polaka i katolika, słowa pani poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy po prostu obrażają (bo niby w moim imieniu, jako poseł, to mówi). I bardzo niepokoją, bo kojarzą się z niemiłą przeszłością. Wtedy też miłe były bardzo złego początki.

Chcę być solidarnym z tymi, których miałoby się deportować. Więc jestem imigrantem. W swojej drodze do pracy mijam budowę, słyszę ukraińską mowę. Sezonowi pracownicy, imigranci albo po prostu ludzie. Boję się, że narastająca atmosfera nacjonalizmu rozpocznie się podpisywaniem absurdalnych deklaracji, a zakończy się zakładaniem opasek i „deportowaniem” w bydlęcych wagonach.

Jestem imigrantem do szpiku kości. A wszystko zaczęło się jakieś 4 miliardy lat temu. Może troszkę później. Wtedy pojawiło się życie biologiczne na Ziemi. Wcześniej go nie było, więc jest bez wątpienia imigrantem. Przybyszem, czymś nowym. I na dodatek owo życie diametralnie zmieniło planetę w skali globalnej a nie tylko lokalnej. Spytajcie geologów. Ja jestem istotą żywą.

Człowiek ewolucyjnie ukształtował się w Afryce. Tam wyewoluowały hominidy i rozdaj Homo. Najpierw do Europy przybył jako imigrant Homo erectus. Dotarł do Azji i być może jeszcze dalej. Potem w Europie byli Neandertalczycy, może tu powstali może przybyli jako imigranci. Być może dotarli także Denisowianie. W każdym razie po Neandertalczykach mamy jakieś 1,9% genów.

Homo sapiens sapiens dotarł do Europy jako imigrant, chyba 40-50 tys. lat temu. I wyparł Neandertalczyków. Szczegółów nie znamy. Jako Homo sapiens sapiens bez wątpienia jestem imigrantem w Europie. Gdy ustąpił lodowiec z terenów współczesnej Polski, najpierw pojawili się tu łowcy reniferów. Gdy klimat jeszcze bardziej się ocieplił powędrowali za swoimi reniferami na północ. Może niektórzy tu zostali. Ale raczej niewielu. Przywędrowali rolnicy, najpewniej z Azji Mniejszej. Jak zawsze ludzie wędrowali, kultury się mieszały a cywilizacje rozwijały. Dzięki różnorodności i współpracy. Mimo wojen.

Gdzieś w dolinie Dunaju powstali Indoeuropejczycy (ściślej Praindoeuropejczycy). Moi przodkowie. Zasiedlili całą Europę, duże części Azji i dotarli aż do Indii. Po pierwotnych Europejczykach niewiele zostało. Chyba bezpośrednimi potomkami są Baskowie. W epoce brązu na ziemiach polskich mieszkały ludy kultury łużyckiej. Potem przywędrowali tu germańscy Wandalowie, zasiedlając tereny między Odrą a Wisłą. Byli też Goci, którzy wywędrowali aż nad Morze Czarne. Słowianie przyszli jako imigranci gdzieś koło szóstego wieku naszej ery (gdy Wandalowie poszli na zachód i dotarli aż do Afryki – więc może migranci z północnej Afryki to po prostu potomkowie Wandalów, wracający do swojej ojcowizny?). Zapewne imigranci-Słowianie w części zasymilowali pozostałą ludność tu mieszkającą (w tym i Wandalów). Ale w większości byliśmy imigrantami znad Dniestru – miejscowych, jeśli zostali, to zeslawizowaliśmy. Także i na tym etapie moi przodkowie byli imigrantami.

W linii męskiej dobrze w metrykach i księgach mam udokumentowane przebywanie moich bezpośrednich przodków na północnym Mazowszu. W Czachorowie. Od tej wsi wzięło się notabene nazwisko, które umożliwiło śledzenie genealogii w księgach metrykalnych. Zasiedziali imigranci, tak co najmniej od początku XIV wieku. Na Prusy dotarli najpóźniej w XV wieku. Ale moja bezpośrednia linia siedziała cały czas na północnym Mazowszu. Inni rozeszli się po całym świecie, dotarli do obu Ameryk i jeszcze dalej.

Ma Warmię i Mazury przyjechał mój ojciec (z Mazowsza). Za starszym bratem. Ten przyjechał tu nie z własnej woli, bo na roboty w czasie wojny. Był deportowanym imigrantem i człowiekiem gorszego sortu III Rzeszy Niemieckiej. Co prawda urodziłem się w Lidzbarku Warmińskim, ale z pokolenia imigrantów.

W linii żeńskiej płynie we mnie domieszka krwi litewskiej i białoruskiej, możliwe że i tatarskiej. Wszystko w ramach tolerancyjnej i wielokulturowej, wielonarodowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tak jak we współczesnej Unii Europejskiej. Dziadkowie z mamą przyjechali po 1945. Byli tak zwanymi repatriantami. Czyli imigrantami. Przyjechali z własnej woli, w bydlęcych wagonach. Tak jak i inni, zamieszkali w cudzych domach. Mieszkali w jednej wsi Niemcy, Mazurzy (autochtoni, jeden nawet był Szwajcarem), Kresowiacy, ci z Centrali no i Łemkowie oraz Ukraińcy. Ci ostatni zostali tu deportowani. Przymusowi imigranci.

Na studia do Olsztyna przyjechałem z Płocka (w międzyczasie rodzina wróciła na Mazowsze). Zostałem na Warmii, więc jestem imigrantem. Studiowałem z potomkami imigrantów, w tym z Ukraińcami.

Kiedy pani poseł pisze o składaniu deklaracji i grozi deportacjami, to przypominają mi się losy mojej rodziny. Ojciec jako dziecko był w obozie w Działdowie, cudem przeżył. Rodzinę deportowano z ich gospodarstwa. Po wojnie wrócili na swoje. Z kolei rodzina mamy tułała się po gułagach na wschodzie, a dziadek uciekł z więzienia w Połocku (nie chciał się zrzec obywatelstwa polskiego). Część została na zawsze, część wróciła lub przez Iran powędrowała dalej. Rodzina rozsiana po całym świecie. Mówimy różnymi językami, choć wszyscy pochodzimy z jednej wsi na północnym Mazowszu.

Wydawało mi się, że żyję w szczęśliwych, spokojnych czasach. Ale już od roku słyszę ciągle o lepszym i gorszym sorcie, a teraz pani poseł z PiSu apeluje o podpisywanie deklaracji i „obiecuje” deportacje. Jako Polak i praktykujący katolik, gdy słyszę to dzielenie na lepszych i gorszych, mówię głośno: ja też jestem imigrantem! Jeśli ich to i mnie. Deportujcie i mnie. Milczenie byłoby podłością. Moją ojczyzną odziedziczoną w kulturze była Rzeczypospolita Tolerancyjna, Republika Trojga Narodów. Tę ideę współcześnie o wiele bardziej realizuje Unia Europejska niż zaściankowa ksenofobia zagubionych intelektualnie i duchowo ludzi.

Krok w kierunku rozwiązania zagadki ryżych Zygmuntów

kowal_bezskrzydly

Kiedyś, gdy pisałem o kowalu bezskrzydłym (Ryże Zygmunty, środki odmładzające, synantropizacja i długi seks pod lipą) wspomniałem, że jedną z lokalnych nazw tego pluskwiaka jest określenie „ryże Zygmunty”: „na Podlasiu mówią na te owady ryże zygmunty. Ryże – to pewnie od koloru, ale dlaczego Zygmunty? Może od imienia Zygmunt? Może od jakiegoś rudego Zygmunta nazwę wzięły? Ciekawa to byłaby historia.”

Pierwsze skojarzenie było oczywiście z imieniem Zygmunt. Ale w książce, którą właśnie czytam (Joanna Wawrzeniuk, Magia ochronna Słowian we wczesnym średniowieczu na ziemiach polskich), znalazłem inne wyjaśnienie. Niezwykle ciekawe. Bo dotyczy bardzo starych praktyk magicznych i kultu ognia w domostwie. „Ogień niekiedy nazywano ludzkim imieniem Zygmunt (okolice Ropczyc).” Szacunek dla ognia wynikał z dawnych czasów. Ogień był wykorzystywany jako zabieg ochronny, apotropeion (w magii ochronnej). „Traktowano ogień jak kogoś bliskiego, co przejawiało się w formułach witania i żegnania ognia, np. witaj ogieńku święty/gościu/Jezusieńku/skarbiczku boży/Zygmuncie.”

Być może kolor czerwony kojarzył się z ogniem. A ryże było powtórzeniem tylko ognistego koloru. Ryże Zygmunty miały więc jakiś związek z ogniem. Czy tylko kolor czy też może dawniej kryło się coś więcej i te owady wykorzystywane były w jakich zabiegach magii ochronnej? To na razie tylko luźna hipoteza. Być może kiedyś znajdę kolejny ślad etnograficzny, pozwalający rozwikłać te tajemnicę.

Żółw czerwonolicy w Drwęcy czyli do czego jest potrzebna wiedza przyrodnicza

Nawet humaniści i artyści powinni mieć podstawową wiedzę przyrodniczą. Mam na myśli zarówno wiedzę techniczną, informatyczną jaki biologiczną. O negatywnych skutkach takiej ignorancji przyrodniczej pisałem już kilkukrotnie, np. na przykładzie chrząszcza ze Szczebrzeszyna (czytaj: Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście).  Wiedza (nie tylko przyrodnicza) potrzebna jest po to, żeby rozumieć to co się widzi. Wiedzieć skąd się bierze dane zjawisko i z czym się wiąże oraz jakie podejmować działania.

czerwonolicy_drwecaZa przykład niech posłuży załączone zdjęcie, przedstawiające żółwia wodnego. Teoretycznie u nas występują. Każdy słyszał o żółwiu błotnym, naszym rodzimym gatunku i że jest chroniony bo zagrożony wyginięciem. Załączone zdjęcie zrobiono w czasie spływu kajakowego. Autorka miała podstawową wiedzę przyrodniczą dlatego zamiesiła zdjęcie z zapytaniem „Czy to jest żółw błotny? Wygląda nieco inaczej i nie jestem pewna. Zdjęcie zrobiłam jak płynęłam kajakiem na Drwęcy”. Wątpliwość uzasadniona bo to akurat żółw czerwonolicy. Całkiem nie nasz. Skąd się wziął w rzece Drwęcy i co z tej obserwacji wynika?

W Polsce i Europie gatunek ten nie występował w dzikiej przyrodzie. Jego naturalnym obszarem występowania jest Ameryka Północna i Ameryka Środkowa po północny zachód Ameryki Południowej. W Polsce od dawna hodowany jest jako zwierzę akwariowe (domowe). Ale żółwie żyją długo i czasem się znudzą domowemu hodowcy. A ten z litości i w dobrej wierze… wypuszcza do środowiska. Niech sobie żyje.

Luki w wiedzy przyrodniczej skutkują obecnością gatunków inwazyjnych (obcych). Co złego z faktu wypuszczenia gatunku na wolność? Gdyby ktoś wypuścił w Ameryce, nie byłoby problemu. Ale ten żółw czerwonolicy ze względu na zdolności aklimatyzacyjne staje się, gatunkiem inwazyjnym, który może stanowić konkurencję dla rodzimego żółwia błotnego (Emys orbicularis).Niby humanitarne działania przynoszą skutki negatywne dla naszej przyrody. Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane – jeśli towarzyszy temu ignorancja. Bo w skali globalnej może ubyć jednego gatunku. W ekosystemie żółw czerwony będzie pełnił taką sama rolę jak nasz żółw błotny ale w skali globalnej zmniejszy się różnorodność biologiczna.

Innym przykładem może być pijawka lekarska (Hirudo medicinalis). Nasz rodzimy gatunek od stuleci wykorzystywany w medycynie ludowej. Na skutek eksploatacji wyginął w niektórych miejscach a w innych został wprowadzony przez człowieka (stanowiska antropogeniczne). Niemniej nasza pijawka lekarska ze względu na zagrożenie została objęta ochroną (od 1995 roku). W Czerwonej Księdze IUCN została wpisana w kategorii NT. W Polskiej czerwonej księdze zwierząt została zaliczona do kategorii VU (gatunki wysokiego ryzyka, narażone na wyginięcie). Ale moda na hydroterapię wróciła. Gatunek chroniony nie może być wykorzystywany w handlu zatem wykorzystywana przez hirodoterapeutów jest Hirudo orientalis. Teoretycznie hirudoterapeuci powinni wszystkie pijawki po wykorzystaniu zabijać. Chyba się tak nie dzieje bo w warunkach naturalnych w Polsce znajduje się już w przyrodzie Hirudo orientalis. W rezultacie nasza pijawka lekarska też jest zagrożona jeszcze bardziej. Pojawia się konkurent.

Znajomość zasad ekosystemowych w życiu codziennym jest tak samo ważna jak umiejętność obsługi komputera. Brak wiedzy może przynosić szkody nie tylko indywidualne ale i w skali regionalnej czy globalnej.

Fot. Elżbieta Gordon‎ (źródło grupa Przyrodnicy, Facebook)

Deprecjacja przedmiotów przyrodniczych? Pierwszy krok do zacofania

astrologia

Wiek XXI jest wiekiem technologii, czasem trzeciej rewolucji technologicznej. Podstawą nowych technologii i dużego sukcesu cywilizacyjnego są nauki przyrodnicze, od fizyki po chemię i biologię. Postęp, jaki się dokonał, jest olbrzymi. Żeby zrozumieć współczesny świat, nawet ten w zasięgu codziennych czynności, trzeba mieć elementarną wiedzę przyrodniczą. To wydaje się oczywiste.

Od jakiegoś czasu z dużym zaskoczeniem i niesmakiem obserwuję rynek księgarski. Zwłaszcza w salonach Empik brakuje miejsca dla książek popularnonaukowych (ale książek jest całe mnóstwo). Niejednokrotnie brakuje takich działów. Byłem ostatnio w dużym salonie tej sieci, w galerii handlowej. Są tylko nauki humanistyczne (tam można znaleźć pojedyncze książki z ewolucji człowieka…). Zatem sama historia i filozofia, religia i ezoteryka, z fantastyki to chyba tylko fantasy. Był na przykład dział z astrologią (na zdjęciu wyżej). Prawie same książki astronomiczne. Astrologia myli się z astronomią? Ogromna ignorancja, a to tylko przykład jeden z wielu. To wydaje się już standard (więcej fotograficznych przykładów umieściłem na Facebooku). Książki popularnonaukowe czy dotyczące wiedzy przyrodniczej są na marginesie (na szczęście w publicznych bibliotekach są działy takie jak nauka, biologia, fizyka, matematyka, geografia, chemia itd.).

Czy sytuacja w Empiku (i innych księgarniach) świadczy o deprecjonowaniu wiedzy przyrodniczej w życiu społecznym? A przecież bez niej nie tylko nie będzie wykwalifikowanej kadry w szeroko rozumianej gospodarce, ale i nie zrozumie się podstawowych zjawisk, spotykanych w życiu codziennym. Bez rozumienia zjawisk przyrodniczych nie potrafimy poprawnie obsłużyć komputera czy domowych sprzętów AGD. Jeśli się zastanowić, to skalę tej przyrodniczej ignorancji widać przy publicznej dyskusji o GMO, szczepieniach, grabieniu trawników, kornikach w Puszczy Białowieskiej czy energii odnawialnej i zmianach klimatu. O rozumieniu ekonomii i gospodarki nie zapominając.

Ale może ta przyrodnicza ignorancja dotyczy tylko popkultury? Bynajmniej. W nowej propozycji programowej w ramach reformy minister Zalewskiej w szkole podstawowej zredukowana będzie liczba godzić przyrodniczych prawie o jedną trzecią…w porównaniu do szkoły ośmioklasowej, tej dawnej. Z dawnych 29 godzin będzie zaledwie 20, Najwyraźniej fundujemy sobie kolejne wieki „ciemne”… Zaleją nas ignoranci, którzy nie będą rozumieli tego, co się dzieje wokół. Wrócimy do magii i zabobonów?

Brak należycie niewykształconych ludzi w zakresie nauk przyrodniczych to brak kadr dla gospodarki opartej na wiedzy. Staniemy się krajem taniej, niewykwalifikowanej siły roboczej? Krajem ignorantów, krajem zacofanym? Najwyraźniej jesteśmy na tej drodze. Jeśli nie zmienimy tych trendów, przyszłość Polski będzie nieciekawa…

godziny_przedprzyr

Ziewanie – zmiana obyczajów pod wpływem sukcesów stomatologii?

Bostezo_de_mujerOstatnio często widzę młodych ludzi w miejscach publicznych ziewających i nie zasłaniających ust. Na wykładach ze studentami także widuje takie sytuacje. W takich przypadkach czuję się lekko zakłopotany. Jest mi to obce kulturowo. Na wykładzie krępuję się zwrócić uwagę… bo może się przecież student (płci obojga) nudzić i tak ostentacyjnie zwraca mi uwagę? A w pociągu czy innym miejscu publicznym też nie czułbym się zręcznie zwracając uwagę osobie w gruncie rzeczy dorosłej. Multikulti już jest i to bez imigrantów czy zagranicznych gości.

Dlaczego od małego uczono mnie zasłaniania buzi w czasie ziewania, tak że weszło mi to w nawyk (nawet jak jestem sam)? Myślę, że szerokie otwieranie ust i pokazywanie wnętrza jamy ustnej jest nieestetyczne. A kiedyś stan uzębienia był fatalny, różne ubytki i oznaki próchnicy. Teraz sytuacja znacznie się zmieniła. To sukces stomatologów i edukacji prozdrowotnej (jak i efekt zasobniejszych kieszeni Polaków). Teraz zęby młodych ludzi są zdrowe, zaleczone, estetycznie upiększone. Może dlatego zmieniły się obyczaje towarzyskie? Może teraz pokazywanie swojego starannie zachowanego uzębienia nie stanowi estetycznego dysonansu dla otoczenia?

Ziewanie – związane ze zmęczeniem, brakiem pobudzenia lub potrzebą snu, jednak występuje także podczas niedotlenienia oraz przy wybudzaniu się]. Ludzkie ziewanie jest silnym przekazem niewerbalnym, może posiadać różne znaczenia w zależności od sytuacji, w jakiej wystąpi. Przyczyny ziewania nie są dokładnie poznane. (za Wikipedią)

Zdjęcie u góry, auro: Lusb – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=29055252

O wiedźmach i czarownicach, które uciekają z własnego archetypu i ślad w przyrodzie zostawiają

wiedzmy_i_trampNa tym świecie nie ma nic stałego, ani w przyrodzie ani w kulturze. Wszystko się zmienia. I jest to fascynujące z turystycznego punktu widzenia. Dla trampów, powsinogów, badziajników, włóczęgów, włóczykijów odszukiwanie światów nieznanych i zaginionych jest wielką przygodą. Dla naukowców także.

Od czasów jeszcze przedchrześcijańskich wiedźmy i czarownice to archetyp zła. Wiedźmy uznawano jako winne nieszczęść i topiono a potem palono w krajach nie tylko słowiańskich na długo przed chrześcijaństwem. Były archetypem zła, kogoś winnego nieszczęść różnorakich, demona czy półdemona groźnego dla człowieka. Obwiniano je o wszystkie nieszczęścia, śledzono, demaskowano i przykładnie się rozprawiano z nimi.

Wiedźma, czarownica, ciota to synonim kogoś złego i niebezpiecznego. Jeśli kobieta podpaliła dom, wywołując pożar w mieście, z powodu zazdrości i gniewu na niewiernego kochanka – to musiała być opętana jakimiś siłami nieczystymi. Musiała mieć kontakty z diabłem. Była czarownicą. Zło w swym archetypie jest brzydkie, brudne, cuchnące.

Obecnie postać czarownicy ukształtowana jest przez wyobrażenia filmowe i popkulturowe: starej lub młodej kobiety, zielarki, latającej na miotle, postaci sympatycznej i wesołej, itd. Jest to sylwetka mocno oswojona i przetworzona, oderwana od dawnych realiów. Po prostu od jakiegoś pół wieku wiedźmy uciekają ze swojego archetypu (podobnie jak i kilka innych dawnych postaci np. krasnoludki). Może dlatego, że świat się zmienił i nie boimy się, że krowa mleko straci lub że ktoś nas zauroczy. Boimy się innych rzeczy. Nasze strachy nie zginęły tylko przybrały inne formy. W jakiejś części czarownice zastąpił symboliczny Żyd (i inne, nienazwane bliżej tajemne siły, rządzące światem oraz szkodzące zwykłym ludziom). W kraju, takim jak Polska, od dawna nie ma już praktycznie Żydów. A antysemityzm trwa w najlepsze. Najwyraźniej Żyd wypiera wiedźmy z ich archetypu. Wbrew pozorom nie jesteśmy mniej zabobonni niż nasi przodkowie.

Obecnie dawne słowiańskie demony utraciły swoją straszną postać i stają się elementem rozrywki, czego przykładem jest wioska tematyczna z Warmińskimi Straszydłami (Węgój). Lub też sympatyczne i rozrywkowe Wiedźmuchy. W przeszłości czarownice inaczej traktowaliśmy – widoczne jest to jeszcze w starych bajkach i baśniach.

Ale to była tylko dygresja. Bo znacznie ciekawszym turystycznie tematem jest odnajdywanie śladów dawnej przeszłości w nazwach grzybów, roślin i zwierząt, w przyrodzie wokół nas. Wtedy znowu na szlaku turystycznym spotkać możemy rusałki, topielice, świtezianki, czarcie żebra i zmierzchnice. Wiedza o świece pozwala więcej widzieć.

Przyroda i czarownice to temat dla turystów i dla naukowców zarazem. A w imieniu oddziału Warmińsko-Mazurskiego Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego zapraszam na Spotkanie turystów TRAMP, we wtorek dnia 15 listopada o godzinie 18:30, w Galerii Sowa (Olsztyn, ul.Zamkowa 2). Można przyjść wcześniej (otwarte od godz.18:00). Wstęp wolny.

Tematy:

  • Wykład „Wiedźmy i czarownice – w przyrodzie, etnografii i na szlakach turystycznych” – prelegent:  Stanisław Czachorowski
  • Pokaz fotografii: „To już 55 lat Akademickiego Klubu Turystycznego w Olsztynie” – prelegent: Żaneta Kostyk (AKT)
  • Kalendarium imprez turystycznych
  • Około godziny 20:00 – część nieoficjalna: rozmowy w kuluarach, dyskusje…

Współorganizator Warmińsko-Mazurska Regionalna Organizacja Turystyczna i Galeria SOWA. Spotkania dofinansowane z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie. PTTK przypominamy, że w trakcie spotkań TRAMP wszystkie napoje są tańsze -1 zł w Pubie SOWA (ul.Zamkowa 2, Olsztyn).

Sponsorzy i partnerzy:

Sklep Rowerowy GIANT – Olsztyn – giantolsztyn.pl

Pizzeria GasstroSfera, Olsztyn, ul. Kościuszki 45 F – www.gasstrosfera.pl

Blogowe ryślenie czyli łączenie tradycji z nowymi technologiami

blogowe_ryslenieJestem cyfrowym imigrantem. Zjawiam się w świecie nowych technologii jako przybysz z innego, dawnego świata. Wszystko jest nowe i trzeba uczyć się od nowa. To problem całego pokolenia. W przeciwieństwie do cyfrowych tubylców. Ryślenie to neologizm dla myślenia wizualnego, notowania z wykorzystaniem rysunków, to połączanie dwóch słów: rysowania i myślenia. A blog? Tego słowa teoretycznie nie muszę wyjaśniać – to internetowy pamiętnik-dziennik-notatnik. Całkiem nowa (ale już okrzepła społecznie) forma komunikacji.

Moje dzieciństwo i młodość to zeszyty (papierowe), kredki, ołówki, pióro z obsadką i kałamarz z atramentem. Także blok rysunkowy i farby plakatowe lub akwarelowe. Flamastry były późną nowością, nie wspominając o komputerach i cyfrowej rzeczywistości. Uczyłem się pisać stalówką i obsadką. W szkole podstawowej uczyłem się pisma technicznego z wykorzystaniem przyrządów kreślarskich – piórek, tuszu i ołówka. Czasem, sam robiłem pióra do pisania z gęsiego czy bocianiego pióra. Teraz wraca moda na kaligrafię i przydaje się umiejętność samodzielnego wykonania analogowych przyrządów do pisania. Na studiach poznałem kalkę techniczną i rapidografy oraz wzorniki pisma. Ale i to przeszło już do muzeum i leży spakowane w piwnicznym kartonie.

Na studiach uczyłem się pisania na maszynie. Żeby sobie samodzielnie poradzić. Potem przyszła klawiatura komputerowa. Niestety nie nauczyłem się systemu dzisięciopalcowego. Teraz trudno mi się przestawić. Nowinką są tablety z rysikami. Można pisać tak jak kiedyś, a program sam rozpoznaje i zamienia na cyfrowe literki.

Kiedyś zeszyt w kratkę (lub gładki) był całym notatnikiem. Można było pisać i rysować jednocześnie. Taki dziennik i pamiętnik w jednym. „Tubylcom” mogę powiedzieć, że to był taki dawniejszy blog bez komputera i Internetu… Myślenie wizualne oraz angażowanie dłoni było dla mnie czymś naturalnym. Ten świat obecnie wypierany jest przez cyfrową i internetową rzeczywistość. Wiele z tego, co pilnie się w szkole (i na studiach!) nauczyłem, okazuje się obecnie bezużyteczne. Trzeba się uczyć od nowa zupełnie czegoś innego Możliwe, że to, czego uczymy obecnych uczniów i studentów, też nie będzie im przydatne…

W cyfrowej rzeczywistości najbardziej przeszkadzało mi rysowanie. Grafika z szablonami i myszką jest mi obca i wydaje się mi jakaś toporna. Ręka – a w zasadzie także i mózg – przyzwyczajona jest do prowadzenia kreski ołówkiem lub stalówką. Ale wreszcie znalazłem coś, co mi pozwala połączyć dawne nawyki z rzeczywistością cyfrową i możliwościami, jakie daje internet. Tyle, że nawet najwygodniejszej technologii trzeba się nauczyć. I się uczę, jak dziecko – metodą prób i błędów – z ciekawością wciskając różne klawisze, funkcje i programy. Widzę postęp. I zapewne przeżywam te same kłopoty co i inni – na starość trudniej się uczyć niż w dzieciństwie i młodości

Wreszcie będę mógł rysować ilustracje do moich wpisów blogowych. Nie tylko tak jak do tej pory robić zdjęcia… ale i po prostu rysować. Podwójny przekaz: schemat w postaci rysunku (myślografii, mapy myśli, rysnotki) oraz uzupełniający tekst.

Do tej pory robiłem szkice tekstów w formie pisemnej notatki. Zazwyczaj odręcznej. Kłopot tylko taki, że myśl szybko biegnie, a pisząca ręka znacznie wolniej. W rezultacie staram się pisać szybko…. A litery wychodzą kulfoniaste. Potem bardziej zgaduję co napisałem niż odczytuję. Albo nie umiem pisać, albo nie umiem czytać… Zawsze miałem dość brzydki charakter pisma. Jednak długotrwałe korzystanie z klawiatury poczyniło pewien regres w moich umiejętnościach ładnego i czytelnego pisma.

Ponadto nie chciało mi się zazwyczaj pisać całego tekstu. Tylko główne myśli. Tak, żeby potem można było odtworzyć swoją myśl i spisać ją całymi zdaniami. Uzupełnić, rozwinąć, poprawić kompozycję itd. Ale przecież można narysować konspekt tekstu! Notowanie wizualne (graficzne), łączące metodę mind-mappingu z rysowaniem i symbolami też może być dobrym sposobem notowania pomysłów. Zastanawianie się a jednocześnie całość jest widoczna na jednej kartce. Kolorowanie w tablecie to także wydłużenie procesu myślenia. Na koniec można siąść i spisać. A na blogu umieścić obie wersje.

Nareszcie świat trochę znajomy cyfrowemu imigrantowi – możliwość łączenia notowania odręcznego z rysunkami (Bamboo Spark) z wersją cyfrową, łatwą do udostępniania w Internecie.

Nie ma Ojczyzny bez miłości i ochrony przyrody ojczystej

14591640_10209729895157492_4395132419957597248_n

„Nie ma Ojczyzny bez miłości i ochrony przyrody ojczystej, więc ucząc kochać i szanować przyrodę krzewimy miłość Ojczyzny”

prof. Adam Wodziczko, 1932 rok.

A ja mam taką propozycję, przynajmniej na jeden dzień. Zrecykluj swoje śmieci i porządnie wynieś do śmietnika, włóż do odpowiedniego  pojemnika (nie zostawia w torbie przed). Jeśli palisz, to nie wyrzucaj petów przez okno. A jeśli żujesz gumę, to nie rzucaj jej na chodnik. Będzie choć trochę piękniej i estetyczniej. Jeśli masz piec w domu to nie pal śmieciami i nie zanieczyszczaj powietrza. Zostaw trochę liści na trawniki, dla dżdżownic i jeży. Przejdź się choć jednego dnia pieszo, samochód zostaw w garażu. I powietrze będzie czystsze i Ty fizycznie sprawniejszy.

Cóż po wielkich słowach jednego dnia, cóż po ostentacyjnym machaniu flagami… gdy na co dzień będziesz szpecił piękno Twej ojczyzny, zatruwał powietrze i niszczył przyrodę?

Bardziej od capstrzyków i apeli odpowiada mi patriotyzm dnia codziennego, z szacunkiem do przyrody włącznie. 

Nauczeństwo i myślografia czyli edukacja pozafomalna w trzeciej rewolucji technologicznej

lapbook_ze_szczytnaDzielenie się wiedzą ubogaca i to obie strony. Przybywa a nie ubywa. To taka trochę dziwna ekonomia. Podobnie jest z miłością i… nienawiścią. Uważaj więc czym się dzielisz i co upowszechniasz.

Głównym motywem niniejszego wpisu są nowe zjawiska w edukacji. Cały czas zachodzą a my je ledwo co dostrzegamy. W największym stopniu zmiany te związane są z trzecią rewolucją technologiczną i związaną z nią przebudową społeczeństwa w wielu warstwach, także edukacyjnej. To jest właśnie głęboka rewolucja edukacyjna, która ewolucyjnie i szerokim frontem się dokonuje.

Niedawno w referacie na konferencji mówiłem o cechach edukacji w nowej rzeczywistości, m.in. że coraz więcej jest edukacji pozaformalnej oraz edukacji w małych porcjach (edukacja rozproszona i przez całe życie). Z zaskoczeniem dostrzegam, że i mnie to dotyczy. Jakiś czas temu zapisałem się na kurs. W końcu się zdecydowałem. Wiele interesujących szkoleń realizowane było w formie studiów podyplomowych – trochę za długo, bo za każdym razem mam w semestrze inny plan zajęć. Trudno więc zarezerwować sobie czas na półtora roku do przodu. Ale wreszcie się udało. Tyle tylko, że organizator zmienił miejsce i czas… i musiałem zrezygnować. Ale jednocześnie w tym samy czasie cały czas się dokształcam… tyle że w zupełnie innej formie. Tak dostrzegłem, że nauczeństwo i edukacja pozaformalna dotyczą także i mnie, jako słuchacza a nie tylko uczącego. Każdy bywa nauczycielem i każdy bywa uczniem. Jesteśmy nauczniami (do nowych zjawisk potrzebne są nowe słowa, neologizmy).

Myślenie wizualne nie było mi obce. Wiele lat temu ukończyłem kurs szybkiego czytania i mind-mappingu. Potem przez wiele lat prowadziłem (i prowadzę) przedmiot, dotyczący prezentacji publicznych (naukowych). Jakiś czas temu trafiłem w internecie na lapbooki. Wydały mi się ciekawe pod względem komunikatywności. Ale poprzestałem na wrażeniu. Dopiero osobiste spotkanie i udział w krótkich warsztatach (w czasie konferencji, na którem miałem wykład, czyli nauczeństwo czystej wody – być nauczycielem i uczniem jednocześnie) pozwoliło zrozumieć istotę manuśli (manualnego myślenia, jak nazwałem lapbooki). Spróbowałem zrobić. Natychmiastowe wykorzystanie wiedzy w praktyce zawsze przynosi dobre edukacyjnie rezultaty.

Zrobiłem i podzieliłem się wrażeniami na Facebooku ze znajomymi. Dwie nauczycielki podchwyciły temat, doczytały i zastosowały w szkole. Z dnia na dzień. Wtedy uświadomiłem sobie, że funkcjonujemy w różnych grupach edukacji pozaformalnej a jednocześnie w nauczeństwie – razem poznajemy nowe rzeczy, inspirujemy się, dyskutujemy, raz wie więcej jeden, raz drugi. Role ucznia i nauczyciela są przemieszane. Może właśnie taka funkcja uniwersytetu powinna być mocniej rozwijana? Poszukiwanie, eksperymentowanie i szybkie dzielnie się wiedzą w formie nauczeństwa w małych porcjach, w działaniu, przez całe życie.

Edukacja pozaformalna jest powszechniejsza niż nam się wydaje. Na marginesie lapbooków (i myślenia wizualnego, bo uczę się od innych w grupie z wykorzystaniem internetu i webinarium) zrodziła się refleksja o głęboko zachodzących zmianach w edukacji na całym świecie. Najwyraźniej związane jest to z trzecią rewolucją technologiczną (długo by o tym pisać).

Z rosnącym zdziwieniem dostrzegam jak wielu nauczycieli w ten sposób podnosi swoje kompetencje, dzieli się swoim doświadczeniem i swoją wiedzą z innymi. I to poza dotychczasowymi, formalnymi strukturami. Dzielenie się, które wszystkich ubogaca i rozwija. Czy dałoby się coś takiego wymyślić w gospodarce i ekonomii?

Coraz bardziej dostrzegam dylemat: szkoły i programy czy środowisko edukacyjne, w tym także z kształceniem pozaformalnym? Nie, że by całkowicie zastąpić, ale żeby bardziej rozwijać to drugie. Bo de facto ono już jest. Brakuje nam tylko systemu walidacji i certyfikowania (potwierdzania) uzyskanych umiejętności i kompetencji (jak i wiedzy). Czekam, aż środowisko akademickie nie tylko to dostrzeże ale i wdroży.

14958331_1624920707808253_981848547_n

Cudownie być świadkiem i uczestnikiem narodzin czegoś nowego. In statu nascendi. To nowe wyłania się z mgły, jeszcze nie bardzo widać co to i jaki ma kształt, ale widać, że jest i że jest inne. Sukcesywnie dostrzegamy kolejne szczegóły.

A na ilustracjach dwa przykłady zastosowania myślenia wizualnego i lapbooków w szkole. Tu i teraz. Każdy odkrywa je dla siebie. W różnym czasie.

Czytaj więcej:

Nauczeństwo czyli edukacja w formie prosumenckiej

Manuśle czyli myślenie wizualne 3D

Ryślenie czyli myślograficznie i lapbookowo