Trojszyk gryzący czyli o pożytkach płynących ze szkodników

Czy szkodnik może być pożyteczny? Ależ owszem, bo wszytko zależy od kontekstu. Ekologia jest nauką uczącą kontekstowego myślenia. Filozofia uprawiana na łące ma swoją specyfikę. To współczesna filozofia przyrody. Na łące panuje spokój, z dala od ulicznego zgiełku czy cywilizacyjnego i korporacyjnego wyścigu szczurów. A do filozoficznej refleksji cisza i spokój są niezbędne.

Za to w samej trawie życie kipi. Zwłaszcza wiosną. Powszechność zachowań rozrodczych widoczna jest w każdym wymiarze. Jest więc co bezkarnie podglądać.

Są różne sposoby na poznanie i zrozumienie świata wokół nas. Próbujemy wszystkiego: rozmyślań nad książką w bibliotece, kontemplacji w kościele i na wieczornej Drodze Krzyżowej (wczoraj w Olsztynie), eksperymentów w laboratorium i obserwacji terenowych. Ciekawość nas zżera – bo człowiek jest istotą, która potrzebuje sensu, potrzebuje rozumieć i „ogarnąć” wszystko. Miotamy się między wyciszoną refleksją na pustelni a intensywnym zbieraniem obserwacji czy wykonywaniem licznych eksperymentów. By potem znowu je przemyślać na pustkowiu wszelakim. Na przykład na łące.

Na zdjęciu wyżej uwiecznione są kwitnące latem kosaćce żółte w Delcie Wisły, a na nich uwijają się jakieś chrząszcze z rodziny ryjkowcowatych (Curculionidae). Obserwacja przyrody w naturze jest przyjemna, ale dłuższe eksperymenty lepiej wykonywać w laboratorium (deszcz za kołnierz nie leci, komary nie gryzą, pokrzywa nie parzy po nogach). Do tego celu dobrze nadają się szkodniki magazynowe, bo łatwo je hodować. Tak więc nawet szkodnik może spełnić pożyteczną rolę.

Różne doświadczenia i sposoby rozmyślań komplementarnie budują naszą wiedzę o świecie i nas samych. Nie ma rzeczy niepotrzebnych, nie ma ludzi zbędnych i mniej wartościowych. Może tylko nasza wyobraźnia nie pozwala nad dostrzec tej ukrytej wartości.

Bohaterem opowieści dzisiejszej jest trojszyk gryzący (Tribolium castaneum), mały chrząszcz o barwie czerwono-brązowej. Ostatnio pojawia się w prasie pod nazwą „czerwony chrząszcz mączny” , co jest prostym tłumaczeniem nazwy angielskiej. Jak widać częściej czytamy prasę naukową w języku angielskim a nie polskie, starsze opracowania. Ale po co wymyślać nowe nazwy, kiedy stare dobrze się mają?

Trojszyk gryzący należy do rodziny czarnuchowatych (Tenebrionidae), jest wielkości 2,3-3,5 mm długości. Żyje zazwyczaj 335-450 dni, samica składa do 450 jaj. Larwy najlepiej rozwijają się w temperaturze około 35 stopniu Celsjusza. W dobrych warunkach larwa rozwija się w ciągu 20 dni (nowe pokolenie po niespełna miesiącu – jeśli więc zadbać o warunki to w ciągu roku można mieć kilka pokoleń a cały eksperyment zamknąć w czasie trwania grantu badawczego, czyli 2-3 lat maksymalnie). W trudniejszych warunkach larwy rozwijają się przez ponad 100 dni. Dobre warunki do rozwoju trojszyki gryzące znajdują w klimacie tropikalny oraz w magazynach. W tych ostatnich traktowane są jako szkodniki. Gatunki z rodzaju Tribolium występują w strefie tropikalnej i subtropikalnej. Trojszyk gryzący należy do najczęściej spotykanych szkodników magazynowych. U nas żyje tylko w magazynach i pomieszczeniach zamkniętych. No i w laboratoriach. A tam do woli naukowcy mogą je podglądach w komfortowych (dla siebie) warunkach. Popijając kawę i plotkując na Fecebooku….

Podglądając przyrodę tak na prawdę chyba chcemy zrozumieć samych siebie. W tym sensie przyrodnicy są rasowymi humanistami.

Czy można zrozumieć własną seksualność obserwując zachowania rozrodcze chrząszczy? Naukowcy z Wielkiej Brytanii opublikowali prace, z których mogłoby wynikać, że trojszyki gryzące mają korzyści z rozwiązłości seksualnej. Ekolodzy i biolodzy ewolucyjni przypominają, że u wielu gatunków samice odnoszą korzyści z kopulacji z wieloma samcami. Takie zjawisko obserwuje się w małych populacjach.

„Rozwiązłość seksualna” jest antropomorfizmem, próbą przykładania ludzkiego świata do całej przyrody. Ale porównywanie się z innymi gatunkami jest jakąś próbą samousprawiedliwienia. Albo samozrozumienia. W przyrodzie dostrzegamy to, co sami chcemy widzieć. Jedni chętniej powołują się na monogamię i wierność aż po grób u niektórych ptaków, inni poszukują rozgrzeszenia u rozwiązłych chrząszczy. A naukowiec poszukuje uogólnień i praw natury. Mitycznego kamienia filozoficznego… Naukowiec z racji umiłowania wiedzy (nie mylić z umiłowaniem kariery i korporacyjnych umizgów dworskich) jest chyba filozofem.

Ale wróćmy do zachowań rozrodczych chrząszczy. Dlaczego niektóre gatunki decydują się na liczne kontakty seksualne (rozwiązłość płciowa w przenośni), skoro wiążę się to z ryzykiem? Jakaś korzyść musi być. Bo w przyrodzie wszystko ma jakiś sens. Trzeba go tylko poszukać. A szukać można na wiele sposobów, wzajemnie się uzupełniających.
Teoria egoistycznego genu (swego czasu bardzo popularna) sugeruje, że liczne kontakty samców dają im szansę na liczne potomstwo a więc rozprzestrzenienie swoich genów. A co z samicami? Przecież zniosą tyle samo jaj (bo mam na myśli owady) bez względu na liczbę partnerów? Po co więc im ta „rozwiązłość”? Liczne kontakty to większe ryzyko i osłabienie organizmu. W tym czasie nie można się odżywiać, traci się energię, czasem kopulacja trwa długo i bywa brutalna (nawet ze skutkiem śmiertelnym) i w końcu jest się bardziej bezbronnym wobec drapieżników. Nie mówiąc o roznoszeniu chorób. Tak, tak, owady też maja choroby weneryczne (o tym napiszę niebawem).

Same biologiczne straty. Więc po co?

Nic więc dziwnego, że wiele gatunków wypracowało w toku ewolucji sprytne metody unikania przez samice seksualnego molestowania przez samce. Na przykład u niektórych ważek samice przyjmują ubarwienie… samców. Nie dlatego, że są jakieś homo czy gender. Samcom trudniej dostrzec w nich samiczkę. I mają trochę więcej „świętego spokoju”. Mogą żyć swoim zżyciem i swoimi sprawami bez molestowania…

Gdyby się tak zastanowić, to i w modzie ludzkiej oraz innych zachowaniach moglibyśmy dostrzec sporo analogii – czasem kobiety wysyłają jasne sygnały uwodzicielskie, czasem „znikają” nam z oczu.
Są obok, ale nie traktujemy je jako obiekty seksualne…

Brytyjskim naukowcom na przykładzie trojszyka udało się wykazać, że w małych populacjach seks z wieloma partnerami pozwala samicom wyrównać straty z rozmnażania się ze spokrewnionymi genetycznie partnerami (genetycznymi krewniakami). Bo w małych populacjach, gdy krzyżują się osobniki blisko spokrewnione, dochodzi często do licznych wad genetycznych (chów wsobny, ujawnianie się genów recesywnych, odpowiedzialnych za różne schorzenia). Przykłady możemy spotkać także wśród ludzi, np. w liniach dynastycznych, gdzie żeniono się (lub wychodzono za mąż)  w obrębie rodziny, by zachować majątek i nie doprowadzać do podziału władzy. Pazerność na władzę i kasę na zdrowie nie wychodzi…

Naukowcy przebadali zachowanie samic trojszyka w małych populacjach (z chowem wsobnym, wielopokoleniowe krzyżowanie się krewniaków w warunkach laboratoryjnych) i w dużych populacjach (bez chowu wsobnego). Okazało się, że samice z małych populacji były dużo bardziej agresywne pod względem zachowań seksualnych niż te z populacji normalnych. Wskazuje to, że chów wsobny może wpłynąć na zachowanie samic. Ale jak one rozpoznają, że są z małych czy dużych populacji? Jak rozpoznają bliskie pokrewieństwo genetyczne?

Antropolodzy u ludzi zaobserwowali analogiczne zjawiska: w małych populacja częściej partnera poszukuje się na zasadzie odmienności (im bardziej odmienny tym atrakcyjniejszy, np. Murzyn w Europie czy „białas” w Afryce czy na wyspach Polinezji), natomiast w dużych wybiera się raczej podobnego. Ale również w tym przypadku można zadać pytanie o mechanizm, który wyzwala zachowania „małopopulacyjne” czy „wielkopopulacyjne”? Przecież nawet ludzie nie robią analiz pod kątem heterozygotyczności, nie mówiąc o małych chrząszczach. Więc skąd wiedza? Lub inaczej – jak to działa?

Oczywiście nie o wiedzę w sensie ludzkim tu chodzi. Bardziej o molekularne mechanizmy zachodzących procesów. I znacznie ciekawsze wydają się aspekty leczenia niepłodności u ludzi. Bo gdybyśmy poznali to zjawisko u chrząszczy, to można potem szukać analogicznych mechanizmów u ludzi. I próbować skutecznie działać, by przeciwdziałać wadom genetycznym u dzieci.

Ale wróćmy to trojszyków i badań naukowych. W populacjach, gdzie nie ma chowu wsobnego, sukces reprodukcyjny był podobny, bez względu na to, czy samica kopulowała z jednym, czy z pięcioma samcami (taki był eksperyment). Jednak w populacjach z chowem wsobnym w przypadku samic kopulujących z tylko jednym samcem liczba przeżywającego potomstwa spadała o 50%. Ujawniały się po prostu defekty genetyczne. Natomiast samice współżyjące z pięcioma partnerami miały wskaźnik przeżywalności potomstwa taki jak w dużych populacjach (bez efektu chowu wsobnego).

Duża agresywność seksualna samic trojszyka (domagających się kopulacji z wieloma samcami), jak wynika z badań brytyjskich i amerykańskich entomologów, zależała więc od genetycznego niedopasowania między samicami i samcami (powszechne w populacji z narastającym chowem wsobnym).

Badania wskazują, że samice dysponują jakimś mechanizmem odfiltrowania najbardziej odpowiedniej spermy, by uzyskać bardziej żywotne potomstwo. Jak to się dzieje? Jak one to robią?

W każdym razie wykazano, że chów wsobny może wpłynąć na zachowanie samic. Czy ma to coś wspólnego z epigenetyką?

Czy czegoś dowiedzieliśmy się o sobie (o ludziach) i współczesnych zwyczajach? Czy  wątlejsze życie społeczne i częstsze życie w samotności (z laptopem lub przed telewizorem) wpływa na obyczajowość zachowań ludzkich? Bo we współczesnym świecie, żyjąc w wielkich miastach, potencjalnych dużych skupiskach ludzkich i tak jesteśmy bardziej samotni niż kiedyś na wsi. Nasze relacje społeczne są uboższe. Mamy znacznie mniej czasu na życie towarzyskie i relacje międzyludzkie niż kiedyś. Zamiast relacji rzeczywistych więcej relacji wirtualnych. W tej facebookowej i smartfonowej komunikacji nie wszystkie kanały informacji są wykorzystywane. Na przykład nie docierają do nas w pełni wszystkie sygnały języka ciała. Czy ta zmieniona forma kontaktów wpływa na nasze zachowania? Może to jest sygnałem, jaki odbiera organizm i „wie”, że jest w małej lub dużej populacji? Może wzmożona seksualność jest reakcją na osamotnienie w tłumie i spłycenie relacji społecznych? Przecież częstość kontaktów nie przekłada się na rozrodczość.

Zapewne i tym się kiedyś jacyś naukowcy zajmą. Obserwując  nie tylko chrząszcze czy inne owady.

Kto się pokrzywy boi?

pokrzywa2Pokrzywa parzy, więc w bezpośrednich kontaktach cielesnych nie jest przyjemna. Kto się z nią zetknął, to raczej kolejnego kontaktu unika. No chyba, że w celach leczniczych (przeciwreumatycznych).
Ja wielokrotnie z pokrzywami się spotykam i stykam, w czasie badań terenowych.

Z racji specjalizacji naukowej (chruściki i owady wodne) często przedzieram się do zbiorników wodnych. A i pokrzywa lubi siedliska żyzne i wilgotne. Niejednokrotnie więc staje mi na drodze. Przedzierając się przez wysokie łany pokrzywy czuję ten kontakt i przez spodnie i przez koszulę. Skóra trochę potem swędzi. Dzień po jest najtrudniejszy. I nie o kaca chodzi tylko skórę swędzącą od pokrzywy, zadrapań i ukłuć komarów czy ugryzień baków (krwiopijne muchówki z rodziny Tabanidae). Takie są dole i niedole biologa środowiskowego.

Pokrzywa przy płocie stanowi dodatkowe zabezpieczenie. Podobno pszczelarze sadzili pokrzywę wokół pasiek, by w ten sposób utrzymać żaby z dala od uli. Nie wiem czy żaba pokrzywy unika i czy pszczołom zaszkodzić może. Prędzej ropucha. Ale przypuszczam, że pokrzywa wokół pasieki raczej ludzi odstrasza niż płazy. Taka defensywna broń biologiczna.

Czasem z drwiną odnosimy się do zabobonów w dawnych czasach. Z wyższością myślimy o naszych przodkach – jacy głupi byli. Ale sporo guseł i zabobonów mamy w XXI wieku (te unikania witanie się przez prób itd.). Trwa właśnie rok Oskara Kolberga, warto więc przypomnieć jego etno-kolekcjonerski dorobek. W końcu XIX wieku Oskar Kolberg spisywał różne dawne wiejskie zwyczaje (gusłami zwane). Pisał więc, że w polskiej tradycji ludowej chroniono domostwa podczas burzy poprzez okadzanie ich święconymi wianeczkami z pokrzyw. Natomiast dla ochrony domów przed demonami zawieszano wiązki pokrzyw zebranych w noc świętojańską. Wiele ziół miało związek z nocą świętojańską, np. bylica. A pokrzywa wykorzystywana była przez ludzi od wieków. Więc i ona przyrosła do nocy świętojańskiej.

Pisałem już o włóknie na tkaniny i powrozy, pożywieniu dla zwierząt domowych oraz dla ludzi na przednówku czy o ziołach na różne dolegliwości. Dlaczegóż by więc nie miała pokrzywa odstrasza demonów, skoro odstrasza ludzi?

Na wsi w XIX wieku okadzano krowy pokrzywami, by ustrzec je przed wiedźmami i innym złem czy urokami. Pokrzywa miała także zapewnić narodziny męskiego potomka, o ile mąż w tajemnicy przed żoną umieścił pod łożem wiązkę pokrzyw, zerwaną w pełnym słońcu. Nie wiem dlaczego akurat w pełnym słońcu, ale z zabiegami magicznymi jest tak, że im dziwniej tym skuteczniej. Prawie jak placebo.

Wierzono poza tym, że liść pokrzywy włożony pod podeszwę do buta chroni przed „zmordowaniem w tańcu i chodzeniu dalekim”. To była chyba praktyczna obserwacja. W różnych poradnikach turystyczny także znajdowałem (w wieku XX) informację, że warto włożyć do buta liść pokrzywy, aby niwelować zmęczenie w czasie wędrówki dalekiej.

Od sympatycznych pań z Mrągowa dowiedziałem się o jeszcze innym zastosowaniu pokrzywy. Też chodzi o dzień po, ale tym razem o tradycyjnego kaca. Otóż kulka, zwinięta z liści pokrzywy, noszona pod kobiecą piersią (nie wiem tylko jak długo), połknięta znosi lub przynajmniej łagodzi dolegliwość kacową. Być może ze względu na zawartość w pokrzywie mikrolelementów i soli mineralnych. Ale dlaczego ma być noszona pod kobiecą piersią?

W średniowieczu wierzono, że wiązka pokrzyw położona pod łóżkiem chorego miała zapewnić mu uzdrowienie, a noszona chroniła przed złym spojrzeniem. Może z tego czasu wzięła się dziecięca gra w zielone. Pamiętam to te szkoły wiejskiej w Karwosiekach jak i w szkole w Płocku. Z dawnych wierzeń i zabobonów fragmentarycznie przetrwała w dziecięcych zabawach. To tylko moje przypuszczenie i gdybanie.

W każdym razie pokrzywa wykorzystywana była i jest jako zioło lecznicze.
Dawną praktyką było również wykorzystywanie pokrzyw w ochronie produktów spożywczych. Świeże pokrzywy odstraszają muchy. Taki naturalny środek konserwujący a raczej zapobiegający zepsuciu (złożeniu jak przez muchy i rozwoju larw w mięsie czy tylko zabrudzeniu pokarmu).

Parzące włoski pokrzywy mają ją chronić przed roślinożercami. Ale są gatunki wyspecjalizowane w konsumowaniu pokrzyw. I nie chodzi o człowieka. Mam na myśli motyle, a w zasadzie gąsienice motyli. Na pokrzywie rozwijają się rusałki pokrzywnik oraz rusałka pawie oczko (na zdjęciu niżej).

Parząca pokrzywa odstrasza, ale jak widać nie wszystkich. Tak to jest w przyrodzie, zawsze są jakieś wyjątki,

Rozszerzona rzeczywistość i papier ekologiczny

Rzeczywistość rozszerzona to coś co pojawia się za sprawą małego sprzętu elektronicznego i mobilnego internetu (wystarczy smartfon a nie okulary googla). Prawie jak dodatkowy, ukryty wymiar. Taki hipertekst z linkami głębiej, dalej, obok.

Formy mieszane coraz bardziej przenikają do prasy codziennej i na uliczne plakaty. Nie trzeba wszystkiego pisać (w jednym miejscu). Mamy w kieszeni odpowiednie czytniki do rzeczywistości rozszerzonej: smartfony i tablety. Czasem wystarczy najechać kamerką z telefonu komórkowego na budynek, który widzimy…. By za chwilę przeczytać co to jest, poznać historię itd. Tak, jak kliknąć na publikowane słowo w tekście (hiperlink).

Gazety także się zmieniają. Papier, który jest jednocześnie…. filmem I to bez chodzenia do kila, włączania telewizora czy komputera? A dla czego nie. Coraz czescie widzmy tajemnicze kwadraciki (QR Code), dzięki którymi łatwo możemy przenieść się w rozszerzoną rzeczywistość: przeczytać więcej, zobaczyć zdjęcia, filmiki itd.

Gazeta Olsztyńska też zamieszcza (kiedyś częściej) specjalnie oznakowane zdjęcie (z niebieska literką A). Jeśli na nie najechać smartfonem – zdjęcie ożywa i zmienia się w filmik. Oczywiście tylko na naszym czytniku. Od dawna kusiło mnie aby to wypróbować. Niestety kupiłem sobie tablet, a jak się okazało program Aurasma (wykorzystywany w Gazecie) na tabletach źle działa (podobno dobrze na smartfoach).

Ale kilka dni temu wyszedł nowy (w zmienionej szacie i formie) numer Tygodnika Powszechnego. Zainstalowałem wykorzystywany przez Tygodnik program Actable… i zadziałało. Wow! Papier przemówił. I ja wreszcie zobaczyłem rzeczywistość rozszerzoną.

Ale to nie tylko ciekawość i frajda z gadżetu. Teraz wiem jak będzie wyglądał plakat uliczny i plakat naukowy z rozszerzoną rzeczywistością. Chcę nie tylko oglądać ale i wykorzystywać. I zdobytą wiedzę szybko przekazać studentom. Niech będą liderami a nie cywilizacyjnymi maruderami.

A Tygodnik Powszechny zaskoczył mnie nie tylko rzeczywistością rozszerzoną. Pozytywnie zaskoczył mnie także papierem, na którym jest drukowany. Bo to papier przyjazny środowisku. Opiniotwórczy tygodnik kształtuje także postawy konsumenckie.

„Decyzję by nowy format drukować na papierze gazetowym podjęliśmy świadomie, także z myślą o środowisku naturalnym. Drukujemy Tygodnik Powszechny (wnętrze) na papierze gazetowym, o gramaturze 45. Jest to papier ekologiczny [w sensie przyjazny dla środowisk s.Cz.]. Tylko papiery gazetowe o gramaturze 40-65 gram podlegają w całości recyklingowi. Jest to papier niepowlekany lakierem ani komponentem zapachowym, w całości podlegający oczyszczeniu. Papiernie skupują go, czyszczą z farby uzyskując pulpę, mieszają ją z wodą i związkami chemicznymi, które powodują odłączenie się farby drukarskiej od włókien celulozy. Po kolejnym oczyszczeniu, przez napowietrzanie, pulpa uzupełniana jest nową mieszaniną włókien celulozy oraz substancjami wzmacniającymi. By papier mógł spełniać kryteria ekologiczne wzbogacenie nie może przekroczyć progu 30% dodania nowej celulozy do masy oczyszczonej, pozyskanej ze starego papieru, pulpy. Drukując na papierze gazetowym chronimy lasy, to oczywiste. Ponadto zmycie farby z papieru gazetowego jest niepomiernie tańsze niż z papierów powlekanych i zapachowych; kosztuje mniej energii i wymaga mniej chemikaliów."

Europejskie regulacje dotyczące papieru gazetowego (makulaturowego):
http://eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:L:2012:202:0026:0037:PL:PDF

Kiedyś gazety czytaliśmy z ołówkiem lub palcem, przesuwanym po tekście, by wątku nie zgubić, ewentualnie z lupą – by widzieć litery. Teraz coraz częściej czytamy z tabletem i smartfonem. Dwa w jednym. Może taka rzeczywistość rozszerzona będzie lepsza w odbiorze niż czytania wszystkiego  na ekranie laptopa? Świat się zmienia. A może on po prostu ewoluuje. Bo przecież ewolucja nie dotyczy tylko materii biologicznej ale i kulturowej?

O poszukiwaniu zupy z pokrzywy w Bartoszycach

boorozinauduracjaNa zaproszenie bartoszyckiego liceum wybrałem się z wykładem pt. „ile kosztuje bioróżnorodność” do tego małego, urokliwego i przygranicznego miasteczka. Na samym początku wykładu zapytałem się kto jadł zupę z pokrzywy. Ręce podniosły dwie panie nauczycielki. Ale nie jadły tej zupy w restauracji (tak jak ja w Zamościu i w Olsztynie), ale same sobie ugotowały. Najwyraźniej wiedziały jak. Na pytanie kto chciałby zjeść zupę z pokrzywy ręce podniosło co najmniej 20-30 licealistów. Jest więc potencjał do zagospodarowania i interes do zrobienia na lokalnym, tradycyjnym jedzeniu. Po pierogach pora na coś z dawnego dziedzictwa, bardziej oryginalnego i unikalnego.

W internecie znalazłem wiele przepisów na zupę z pokrzywy z różnymi lokalnymi wariantami (od Litwy po Bułgarię). Niematerialne dziedzictwo kulinarne ma bardzo różny… smak.
Owo parzące zielsko pod płotem okazuje się od dawna być obecnym w naszym jadłospisie, zarówno w Polsce jak i wielu krajach Europy. Trochę zapomniane, bo było jedzeniem ubogich na przednówki. Teraz systematycznie wraca do łask. Już nie z biedy ale z rozsądku i tęsknoty za oryginalnym, lokalnym jedzeniem.

Młode pokrzywy (stare są włókniste i zawierają szkodliwe dla nerek cystolity – nadają się do zjedzenia jedynie górne, wierzchołkowe części) stanowią cenny składnik pokarmowy ze względu na dużą zawartość soli mineralnych, witamin i białek. Dawniej spożywano pokrzywę jako warzywo, sporządzano z nich zupy lub okrasę do ziemniaków albo placki. Teraz już nie z biedy i głodu ale dla zdrowia i z turystycznej ciekawości chcemy zjeść pokrzywę.

Dzięki dokładniejszym badaniom wiemy co w pokrzywie jest. Substancjami biologicznie czynnymi, które zawierają liście pokrzywy są: kwasy organiczne (m.in. glikolowy, glicerowy, kawowy, mrówkowy, krzemowy i pantotenowy ), prowitamina A, witaminy (B1 , B2, B5 ,C, E, F, K,), karotenoidy, flawonoidy, garbniki, fitosterole, aminy (histamina, acetylocholina, serotonina), sole mineralne (w ilości 10%-20%), pierwiastki śladowe: wapń, żelazo, miedź, cynk, mangan, krzem, a także olejek eteryczny, który występuje w niewielkich ilościach. We włoskach parzących znajduje się związek bliski kwasom żywicznym, acetylocholina, histamina, serotonina i śladowe ilości kwasu mrówkowego. W liściach obecne są znaczne ilości chlorofilu (chlorofil a i b), wykorzystywanego przemysłowo jako barwnik spożywczy. Być może więc jemy pokrzywę. nawet nie wiedzą o tym. No może tylko elementy z pokrzywy.

Suszone pędy pokrzyw zawierają 20,8% białek (w sianie białka strawne stanowią 10,8% masy), 2,5% tłuszczów, 18% celulozy i kilkanaście procent soli mineralnych. Nic dziwnego, że pokrzywa jest dobrym dodatkiem paszowym, zarówno na świeżo jak i po wysuszeniu.

Pokrzywy mój dziadek na wsi dawał świniom do koryta, poszatkowane i wymieszane z parowanymi ziemniakami lub ze śrutą zbożową. Ale żebym ja miał jeść zupę z pokrzyw? Wtedy nie przychodziło mi to do głowy.

Po bliższym zapoznaniu się z historią pokrzywy i jej związkach z człowiekiem okazuje się, że była i jest wykorzystywana jako herbatka ziołowa, jako warzywo do sałatek i na zupę, do odzienia (pozyskiwane włókno), do chłostania na reumatyzm także, jako lek. A to nie wszystkie jeszcze zastosowania.
Turyście przyjeżdżają na prowincję by zbierać zioła – czyli dla miejscowych „zielsko spod płota”. Bo w sklepie tego nie kupią. Nie wierzysz? To zaparz sobie miętę, tę sklepową z saszetki i tę samodzielnie zasuszoną. Powąchaj i porównaj kolor. Różnica jest znaczna. Podobne jest z pokrzywą. Bo jeśli suszyć oddzielnie same listki to inaczej się zasuszy. Inaczej, gdy częściowo sfermentuje. Tak samo jak zielona i czarna herbata. Jest różnica w smaku i kolorze? Jest. Na dodatek w kupowanych preparatach ziołowych nie do końca wiadomo co jest w środku. Biolodzy sprawdzili, badając DNA surowca. I okazało się, że nie zawsze jest to, co na etykiecie napisano.

Do niedawna pokrzywę kojarzyłem tylko ze świńskim korytem. Ale ostatnio nabrałem do niej szacunku. I nie tylko dlatego, że na niej żyją i się nią żywią gąsienice motyli takich jak rusałka pokrzywnik, rusałka admirał czy rusałka pawie oczko. Poprzez wyjazd turystyczny odkryłem jej przeszłość czyli tak zwane dziedzictwo kulinarne.

Zupę z pokrzyw jadłem w Zamościu w ubiegłym roku. Jadłem z dużą frajdą i ze smakiem oraz niedowierzaniem. Tak smaczną zupę można zrobić z pokrzyw? Była wyśmienita. Nie taka, jak kiedyś robiona przeze mnie na obozie harcerskim – bo nie wystarczy tylko surowiec, ważne są także umiejętności. Wszystko wymaga sztuki i tradycji. Nie wszystko można wyczytać z książek ani naoglądać się w telewizji. Trzeba przyjechać i doświadczyć swoimi zmysłami ocalonego od zapomnienia dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego.

zupapokrzywowaW tym roku jadłem zupę z pokrzywy w Olsztynie, w Cudnych Manowcach. Inny przepis, inny smak.

Korzeni pokrzywy nie jemy, ale wykorzystujemy w ziołolecznictwie. W korzeniach pokrzywy obecne są kwasy organiczne, śluzy, woski, fitosterole, fenylopropany, chlorofile A i B (do 5%), sole mineralne (m.in. rozpuszczalna krzemionka), kwasy tłuszczowe oraz znikome ilości monoterpenów, triterpenów, fenoli, tanin, kumaryn. Wykryto także stygmasterol, będący związkiem zapobiegającym łagodnym nowotworom prostaty. Stwierdzona została także lektyna, która pobudza odporność organizmu. W wyciągach z korzenia pokrzywy zwyczajnej stwierdzono także m.in. występowanie w postaci wolnej oraz glikozydowej 3-β-sitosterolu, który w pod obiema postaciami hamuje działanie enzymu reduktazy dihydrotestosteronu oraz zauważono obecność białka hamującego aromatazę, co powoduje tym samym, że roślina ta może być stosowana jako roślinny środek leczniczy w początkowym etapie przerostu prostaty. Swoje lata mam. Profilaktycznie więc może powinienem zainteresować się nie tylko zupą z liści ale i czymś z korzenia. Herbatka? Ale może w przepastnych zasobach bogatego dziedzictwa kulinarnego uda się odszukać coś smakowitszego?

Dlaczego pisać bloga lub dziennik w kajecie?

kalamarz2

Dlaczego warto pisać? Bo jest to rozmowa za sobą (prywatny dziennik pisany w zeszycie) lub rozmowa z innymi (publiczny blog). Warto zapisywać ulotne pomysły. I tak nie zdążę spisać wszystkich pomysłów. Część zostaje tylko na blogu, część jest rozbudowana i wykorzystana.

Ileż razy w czasie spaceru (dlatego lubię chodzić pieszo) przyszedł do głowy jakiś fajny pomysł i potem zagubił się w natłoku myśli i nadmiaru zadań. Życie w pośpiechu nie sprzyja dojrzewaniu pomysłów. Zapisane na blogu nie przepadnie. Może ktoś inny jeszcze skorzysta?

Oczywiście, nie wszystkie pomysły czy myśli warto wpisywać na blog. Bo to przecież miejsce publiczne. W piżamie nie wychodzimy „na miasto”.  Ale dużą część myśli warto zapisywać. Wtedy blog staje się notatnikiem. To nic, że zbytnio nie uporządkowanym. Można retrospektywnie sięgnąć i poczytać, zmodyfikować czy w końcu wykorzystać stary pomysł.

Dlatego zapisuję myśli na blogu. Przydałby się jeszcze dyktafon. Doskonale myśli się w czasie spacerów. Potem już nie chce się spisywać tego, co przemyślane w drodze. Leży w głębi umysłu. A ja później już nie pamiętam czy spisałem czy tylko mi się wydawało, że zapisałem i uładziłem myśli.

Dzięki prowadzeniu dziennika (np. papierowego sztambucha), mamy szansę stworzyć sobie miejsce na pomysły. Zeszyt jest bardziej intymny, na więcej można sobie pozwolić. Ale trzeba być w tym samym miejscu co ów zeszyt. Z blogiem jest inaczej. Dostęp jest wszędzie, gdzie jest internet. Można zapisywać „w chmurze”.

Pomysły mają to do siebie, że nagle się pojawiają i równie nagle wylatują z głowy (zwłaszcza w zaganianym świecie nadmiaru bodźców i zaśmiecenia nadmiarem informacji). Zapisane nie zginą. Chyba, że nie będziemy mieli czasu na ich realizację. Ja tam mam. Moja kreatywność przerasta wykonalność. A sił coraz mniej…

Pisanie jest zamykaniem czasu w zeszycie… lub na wirtualnym dysku. Papier jest trwalszy – da się odczytać po 50, 100 a nawet 150 latach. Z komputerami to nigdy nie wiadomo. Ciągle zmieniają się programy. Ale zapisane „w chmurze” jest bezpieczniejsze – ktoś ciągle dba, żeby było odczytywalne na coraz to nowszym sprzęcie i coraz nowszym oprogramowaniu.

Pisanie bloga czy pamiętnika pozwala po 10, 20, 30 latach spojrzeć na siebie. Powspominać, głębiej zrozumieć. Niedługo mój blog będzie miał 10 lat. Można będzie więc zacząć czytać dawne wpisy :).

Część  naszych przemyśleń warto uwolnić i „oddać” innym. Przecież z myśli i dorobku innych także korzystamy. Dzielmy się więc wiedzą.
I pamięcią o miejscach czy ludziach.

Kij w mrowisko czyli po co nauki przyrodnicze w kulturze?

variartokladak

Nauka jest elementem kultury. Nauki przyrodnicze zostały zepchnięte na margines kultury popularnej a nawet kultury oficjalnej i tak zwanej wysokiej. Nauki ścisłe zostały niejako wypchnięte z życia publicznego i zamknięte w swoim specjalistycznym getcie. Nie rzadko humanista z samozadowoleniem podkreśla, że nie zna się na fizyce, matematyce czy biotechnologii. Nieznajomość podstawowych praw naukowych podkreślana bywa z dumą – przecież jestem humanistą, nie jest mi to potrzebne. Czyżby?

Czy można zrozumieć świat wokół nas i samą kulturę bez nawet elementarnej wiedzy przyrodniczej? Znacznie rzadziej można usłyszeć głos scjentysty, że nie chodzi do teatru, filharmonii czy nie czyta literatury pięknej. Nawet jak nie czyta i nie ogląda, to raczej uznaje to za rzecz wstydliwą i się z tym nie obnosi.

(całość w najnowszym numerze czasopisma VariArt, artykuł pt. Kij w mrowisko – po co naukowiec kulturze?).

Skrajna specjalizacja i dyscyplinowe szufladkowanie doprowadziły do wzajemnego wyizolowania nauk przyrodniczych i humanistycznych. Spotykam wielu biotechnologów… o zacięciu humanistycznym. Długo się wahali co studiować i co wybrać. Studiować dwa kierunki? Od razu lepiej dwa w jednym.

Nowootwierany kierunek dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze jest próbą ponownego, interdyscyplinarnego łączenia nauk przyrodniczych i humanistycznych. Wreszcie nie trzeba będzie wybierać. Trzymajcie kciuki, aby nasz eksperyment się powiódł.

rollup_6_prewka

Korporacyjna kula u nogi uniwersytetu

Korporacyjna gospodarka nie rozwiąże najważniejszych problemów ludzkości (np. ocieplenie klimatu, rozwarstwieni ekonomiczne).
Ludzie są coraz bardziej intelektualnie niezależni. Dlatego potrzebują inspiracji a nie korporacyjnej rywalizacji.

Kultura korporacyjna jest hamulcem dla wielu firm. Ale dla uniwersytetów także. Tak więc uniwersytet powinien kształcić absolwentów ku przedsięwciom o wymiarze społecznym. Przestać traktować pracowników jako podwładnych ale jako współprzedsiębiorców – współodpowiedzialnych i współdecydujących. Tego wyraźnie na uniwersytecie, przynajmniej moim, brakuje. A nie jest on wyjątkiem. To choroba powszechna i daleko pozauniwersytecka. Uniwersytet jest tylko częścią społeczeństwa. Ale to właśnie z uniwersytetów mogłoby przyjść uzdrowienie. I z prowincji, gloryfikującej powolne życie.

Ludzi sami najlepiej potrafią o siebie zadbać, więc jeśli chcesz komuś pomóc, nie uszczęśliwiaj go po swojemu.
Są wolni i niezależni intelektualnie. Nie rozkazuj lecz inspiruj.

Do inspirowania potrzebna jest przestrzeń, zarówno ta publiczna jak i intelektualna, gdzie ludzie mogą się spotykać. Bezpiecznie spotykać. I z szacunkiem dla siebie samych.

Korporacjonizm to w konsekwencji wezwanie do konsumpcji i bogacenia się (rywalizowanie statusem materialnym), co zaskutkowało rozwarstwieniem społecznym, widocznym na każdym już kontynencie i degradacją środowiska przyrodniczego, a w konsekwencji świat stał się mniej szczęśliwy.
Aksamitne rewolucja, majdany, czy krwawe zamieszki są już elementem każdego miejsca na Ziemi. Coraz więcej ludzi nie szuje się szczęśliwymi. I wcale nie o bogactwo materiale tu chodzi.

W uniwersytetach mógłby teoretycznie wylęgnąć się pomysł na lepszą przyszłość. Ale do tego potrzeba wolności i intelektualnego fermentu oraz niezależności w myśleniu. Potrzeba swobody. Ale być może jesteśmy już zbyt skorporacjonizowani, zapędzeni i nie mamy czasu… naostrzyć narzędzi. Nie mamy czasu by zatrzymać się i naostrzyć swoje duchowe i intelektualne narzędzia. Wiec w korporacyjnym wyścigu szczurów męczymy się tępymi narzędziami w nieefektywnej pracy….

O oglądalności bloga

cytryneklatolistek

Statystyki bywają mylące i zwodnicze. Co przesądza o czytaniu i wywieraniu wpływu? Liczba kliknięć na facebookowego lajka? Liczba komentarzy? A może liczba odwiedzin. Wszystko zależy od interpretacji. Liczba komentarzy nie jest duża (i całe szczęście, nie mam problemów z moderowaniem), ani lajków.

Przeciętnie mój blog odwiedzany jest 250-300 razy dziennie. Ktoś kliknął, ale czy przeczytał? A jak przeczytał, to czy zrozumiał? Czasem klikalność wyraźnie wzrasta do liczb czterocyfrowych. To zazwyczaj wtedy, gdy poszczególne wpisy są gdzieś „przedrukowane”. A im bardziej powszechny portal, tym więcej wejść. Czasem przedrukują na portalu Wyborczej, czasem w Wykopie, czasem w Olsztyńskiej. Lub zupełnie innych, egzotycznych dla mnie miejscach.

Statystyki i inne reakcje bywają zwodnicze. Bo cóż znaczy liczba kliknięć? Albo komentarzy. Te ostatnie bywają czasem uciążliwe, bo dla niektórych blog jest swoistą ścianą płaczu, gdzie wyrzucają swoje frustracje bez związku z tematem. Ale pocieszam się, że w ten sposób ktoś u tego hejtera w domu ma ciut spokoju lub sprzedawczyni w sklepie ma mniej upierdliwych klientów.

No cóż, tak jak każdy blog – jednym służy do czytania i inspiracji, inni mają gdzie pluć. Współczuję.

Statystyki bywają zwodnicze także i dlatego, że kuszą do pisania tak, aby było więcej kliknięć. Na tę chorobę cierpią media. Stąd tak dużo skandali, wypadków i sterowanej agresji. Klikalność wzrasta, ale sensu to nie ma. Może z tego powodu w olsztyńskich portalach tak mało popularyzacji wiedzy. Z kolejnego tytułu zniknął dział „akademicki”. A nawet jak jest gdzieś nauka, to wypełniają szpalty zazwyczaj informacje, że coś się wydarzyło na uczelni, np. jakiś mecz piłkarski. O nauce i przyrodzie nie ma komu pisać… bo to tematyka niszowa.

Pozostanę przy minimalizmie – mniej znaczy lepiej :). Ktoś musi pisać o uniwersytecie bez wazeliniarskiego lukru i odświętnych laurek oraz o życiu motyli w pokrzywie.

pocztowkapokrzywa

Celebrystyka – nowy kierunek studiów !

Od najbliższego roku akademickiego Uniwersytet Śląski wykształci
dyplomowanych Celebrytów!

Więcej szczegółów o tym jak będą wyglądały studia, a także o tym kto będzie
wykładał na tych studiach znajdziecie Państwo w materiale Telewizji
Internetowej UŚ TV (https://www.youtube.com/watch?v=JVjz7MoKKaU

http://telewizja.us.edu.pl/material/2014/03/celebrystyka-na-us )

Uniwersytet Śląski otwiera nowy kierunek studiów! Celebrystyka – bo tak będzie nazywał się ten kierunek – proponuje studentom naukę wszystkich aspektów bycia celebrytom taki jak: występowanie przed kamerą, nauka wizażu, chodzenie na szpilkach w ekstremalnych sytuacjach i wiele innych. Zapraszamy!
(wiadomośc z portalu naukowi.pl)
*******
Pisane wieczorem. To oczywiście primaaprilisowy żart, przygotowany przez Uniwersytet Śląski, w którym z premedytacją wziąłem udział. Jak można sądzić po komentarzach, niektórzy dali się nabrać. A jeszcze inni zupełnie zrozumieli na opak.

Czy studenci głupio się buntują?

kortowiadamaorElektroniczne i prasowe lokalne media obiegła wiadomość, że studenci domagają się swobodnego picia alkoholu nad Jeziorem Kortowskim, na plaży w miasteczku akademickim. Tak opisany protest z góry skazany jest na porażkę a o studentach można byłoby pomyśleć, że głupio się buntują, że są rozwydrzeni i chlać wolą niż się uczyć (takie też były często internetowe komentarze).

Może źle odbieram, może mam tylko fragment informacji, ale dla mnie jest to silny głos w sprawie przestrzeni publicznej i chęci samodzielnego decydowania. Warto pokusić się o poznanie problemu, aby zrozumieć sens, dotrzeć do głębi i zrozumieć prawdziwą przyczynę. Z wieloletniego doświadczenia wiem, że studenci nie są tacy głupi, jak o nic w gazetach piszą i jak o nich się dyskutuje w maglu…

Z relacji prasowych obraz wyłania się komiczny i jednoznaczny. Studenci chcą publicznie pić piwo na plaży. To nierealne. Prawo na to nie zezwala i władze uczelni nie przyklasną takiemu pomysłowi. Ale czy studenci są tak bezgranicznie głupi i awanturniczy, że domagają się bezprawia i niemożliwego, że domagają się gruszek na wierzbie?

Przypadkowo rozmawiałem z biologami (studentami biologii). Mieli się zastanowić nad małym projektem prośrodowiskowym (realizowanym w ramach zajęć z „ochrony środowiska”). Zaproponowali sprzątanie plaży (właśnie w okolicach „spornej” plaży kortowskiej). W sumie i tak ktoś tam służbowo i odpłatnie sprząta (po co więc dublować?). Więc dlaczego? I powiedzieli coś, co mnie trochę zaskoczyło: bo chcą pokazać, że potrafią być odpowiedzialni za siebie i przestrzeń wokół siebie. Chcą poczuć się pełnoprawnymi gospodarzami Kortowa (sami śmiecą, sami sprzątają).

A więc akcja „Kortowo dla studentów nie dla władz” to nie jest jakiś płytki protest, żeby policja nie przychodziła i nie wlepiała im mandatów za picie alkoholu w miejscu publicznym. Tu chodzi o coś znacznie ważniejszego, trzeba tylko pytać i próbować zrozumieć. Podobnie jak z oburzeniem na „skandaliczne” koszulki kortowiadowe (czytaj tekst o kontrowersyjnej koszulce biologów).

Jak wyczytałem na studenckiej stronie facebookowej:
„(…) chodzi tu o poczucie suwerenności studenckiej w Kortowie, nie o ćpanie, nie o picie na umór, ale zwykły grill czy spotkanie ze znajomymi bez poczucia, że za chwilę zza twoich pleców wyłoni się policja i wręczy ci mandat. Studia to też czas wolny, zwłaszcza jak jest ciepło.”


Kortowo dla studentów nie dla władz
…. Czuć jakiś daleki klimat aksamitnej rewolucji i maleńkiego, społecznego majdanu, czuć klimat społecznej kontestacji. Nie chodzi o pozwolenie na picie piwa publicznie.

Może po prostu ich nie doceniamy? Może im przede wszystkim chodzi o przestrzeń publiczną, w której mogą poczuć klimat rozdyskutowanego uniwersytetu i wspólnoty w poszukiwaniu sensu i prawdy?

A co w zamian piwa na plaży? Czy w Kortowie są kawiarnie i wygodna przestrzeń publiczna? Czy są pokoje socjalne w budynkach uniwersyteckich? Jest tego na prawdę niewiele, studenci siedzą na schodach i nie mają się gdzie spotykać między zajęciami, zwłaszcza międzywydziałowo i interdyscyplinarnie? Prawie monopol, drogo i jednorazowo. Czy są kosze do recyklingu na terenie budynków UWM oraz obok plaży? Może zostawiają puszki i butelki (śmiecą!), bo wiedzą, że tuptusie pozbierają (dają komuś zarobek), więc jest to ich sposób na recykling (skoro nie można inaczej) i nie chcą pchać wszystkich śmieci do jednego kubła?

Grillowanie i siedzenie na plaży jest sposobem na bycie razem. Obok gier sportowych (tu przestrzeń jest dobrze przygotowana) i spotkań w budynkach. Jestem przekonany, że studentom bardziej zależy na miejscu do spotkań niż na piciu piwa. Może się mylę i źle oceniam, ale tak to właśnie czuję…

Jeśli chcemy wychowywać w trzeźwości (bezalkoholowo), to warto stworzyć do tego warunki. Aby siedzieć na trawie najprościej jest coś kupić w sklepie (czy są kawiarenki i herbaciarnie przy plaży, nie mówiąc o zdrowej i lokalnej żywności?). A grill wymaga czasu, więc jest dobrym pretekstem do dłuższego siedzenia i rozmawiania.

To z telewizyjnej popkultury wypływa model, że jak się ludzie spotykają to pić muszą.
Może jestem w błędzie, ale wydaje mi się, że studenci chcą więcej decydować o sobie, że chcą być podmiotem a nie przedmiotem i uczniami w klasie lub rekrutami w koszarach. Ileż to pięknych tarasów mamy w nowych budynkach (biblioteka, Humana). I są one  pozamykane na cztery spusty. Są bo są. Po co je projektowano i budowano?

Twórzmy przestrzeń do tanich, niekomercyjnych spotkań. I bądźmy tam ze studentami. Choćby na trawniku. Bo przecież Uniwersytet to wspólnota uczących i nauczanych.  Ani wzmożone kontrole policji ani przymykanie oka nie jest tu dobrym rozwiązaniem. Studenci są mądrzejsi niż myślimy. To nie są rozkapryszone dzieci, które trzeba pasem postraszyć lub przekupić lizakiem.
Jak problem narośnie, to się zrobi z tego mały majdan. Albo jeszcze gorzej, przestaną się buntować i zostaną posłusznymi, bezideowymi robotami… ewentualnie wyjadą i będą się kreatywnie buntować w Londynie lub Berlinie….