Punktoza

Kto lepiej pisze sprawozdania i kreatywnie wyczarowuje punkty, ten lepiej jest oceniany. W polskiej, coraz bardziej skorporatyzowanej nauce, stało się to już zbyt powszechne a przez to obrzydliwe. Praca idzie coraz bardziej w gwizdek: zbieramy papiery i podkładki dokumentujące nawet najdrobniejsze dyrdymały (bo potrzebne do rocznych rozliczeń i wszelakiej sprawozdawczości). Skala staje się coraz bardziej absurdalna a sprzeciwy jakby nieśmiałe. W owczym pędzie, niczym na dworze, biegniemy w tym zwariowanym wyścigu szczurów. Energia zamiast na rzeczywiste działania idzie na pozorowanie i papierologię. Bez wątpienia winne temu zarzadzanie. Coś z nim nie tak. Motywowanie kijem jest mało skuteczne. Zamiast efektu jest udawanie i "kreatywne księgowanie". Na przykład wrasta średnia liczba współautorów. I nie wynika to bynajmniej z większej skali współpracy… Jednocześnie prawdziwe życie naukowe zamiera, nie ma spotkań dyskusyjnych (bo punktów z tego nie ma), zebrań naukowych, nieplanowanych i spontanicznych dyskusji. W pośpiesznych rozmowach nie ma słów o tym, co się odkryło, co inspiruje i fascynuje, ale za ile punktów i czy indeks Hirsza wzrósł.

Retrospektywnie patrząc na moje naukowe osiągnięcia (te rzeczywiste a nie punktowane), to najlepsze prace i badania wykonałem wtedy, gdy nie miałem grantów…. Spokojna praca napędzana ciekawością. Publikacje pisane były z wewnętrznej potrzeby dzielenia się odkryciami i szukaniem konfrontacji, swoistego "sprawdzania się". Czasopismo wybierałem pod katem specjalistów i czytelników, teraz pod kątem punktów… Wtedy zazdrościłem tym, co mają granty, bo wydawało mi się to jakieś nobilitujące.

Rośnie mi sterta wyników niepublikowanych (z braku czasu i spokoju). Mógłbym spokojnie zająć się porządkowaniem, wymyślaniem, analizowaniem syntetyzowaniem (napisaniem dawno planowanej monografii o chruścikach Polski – jedna praca przez kilka lat to stanowczo za mało punktów!). Ale potrzebne są granty. To na co teraz dają? Na co jest okazja, na co jest szansa? I do kiedy trzeba się "rozliczyć"?

Może to kwestia wieku i zmęczenia. A może kwestia czasów, punktozy i nadmiernego wyścigu szczurów. Wewnętrzna motywacja przytłumiana jest punktozą, pisaniem sprawozdań i dokumentowania dupereli. Czy starczy siły i odwagi by się zbuntować? Coraz bardziej jak chłop pańszczyźniany lub niewolnik na plantacji bawełny.

Podobnie z dydaktyką. Innowacje rodzą się na bieżąco. Nie da ich się wpisać w sylabus z rocznym lub nawet dwuletnim wyprzedzeniem. Więc sylabus sobie a rzeczywiste nauczanie sobie. Osobiście jeszcze sadze, że ważniejsze jest sumienie i poczucie zawodowej solidności niż sztywne trzymanie się biurokratycznego zapisu w sylabusie, odpowiednio potabelkowanego z kategoryzacją (numerycznych symboli) efektów wszelakiego poziomu. Zamiast prostego i komunikatywnego opisu są hermetyczne symbole. Chcesz wiedzieć co znaczy? Trzeba poszukać i dotrzeć przez wielopoziomowy hipertekst do standaryzowanego, suchego sedna. Ale czy ktoś to sprawdza? Byle się w kolumnach zgadzało. Sensu nikt nie sprawdza :).

Mieć siłę na bunt. Na bierny i mądry opór. Nie bać się zaryzykować… bo ryzyko jest duże. Ten kto zwalnia może być zadeptany przez pędzące stado… I w rezultacie wielu biegnie, mimo, że chciałoby się zatrzymać…

Zupa z pokrzywy i czosnku niedźwiedziego czyli jedz lokalnie i sezonowo

zupa_pokrzywowa_z_czosnkiem_niedzwiedzimKupuj i jedz lokalnie – to hasło coraz mocniej zadomawia się w konsumenckich głowach. Dawniej lokalność wynikała z konieczności, teraz wynika w rozsądku i głębokich przemyśleń, a także globalnej i społecznej odpowiedzialności.

Zupę z pokrzywy można zjeść tylko w sezonie wiosennym (bo wtedy jest najsmaczniejsza, lokalna i sezonowa). A w szczególności zupę z pokrzywy i czosnku niedźwiedziego (na fotografii wyżej).

Zaczęło się w Europie Zachodniej i Ameryce ale teraz i w Polsce coraz większą grupę osób obchodzi nie tylko cena i wygląd, ale także lokalne pochodzenie produktów. Czyli jakość w szerokim słowa tego rozumieniu. Poszukujemy czegoś unikalnego, oryginalnego, niepowtarzalnego. Kupując u producentów lokalnych jesteśmy przekonani, że produkty są świeże i że nie dojrzewały w samochodzie, jadącym setki kilometrów. Że nie leżały tygodniami w chłodni, nie płynęły miesiącami z odległych kontynentów.

Dbałość o środowisko naturalne powoduje, że chcemy zredukować do niezbędnego minimum transport surowców i produktów. Dotyczy to zwłaszcza żywności. Ale i nie tylko. Dlatego w ślad za gustami konsumentów zakłady przemysłowe wracają z Azji do Europy. Bo liczy się nie tylko cena ale i społeczna odpowiedzialność.

zupapokrzywowaZ lokalnością łączy się sezonowość. Konsumujemy owoce i warzywa nie tylko lokalnie ale i wtedy, gdy naturalnie dojrzewają. Gdy pojawiają się w przyrodzie, w lesie, na łące czy w ogródku. Bo wtedy są na prawdę świeże a koszty produkcji niższe. Bez sztucznego „pędzenia” w szklarniach, konserwowania, aby zniosły daleką i długą podróż, bez zbędnego przetwarzania, zamrażania itd. Lokalność i sezonowość po prostu czuć kubkami smakowymi.

Lokalność (prowincjonalność w dobrym słowa tego znaczeniu) jest delikatna i niepowtarzalna. Bo czyż można kupić w supermarkecie jabłka papierówki? Są zbyt delikatne do dalekiego transportu i długiego przechowywania. Skosztować można je tylko lokalnie. Ta unikalność warta jest swojej ceny.

Dlaczego żywność lokalna lepsza od produktów importowanych i przywożonych z daleka? Po pierwsze mniejsze są koszty przechowywania i konserwowania. Niepotrzebne są dodatkowe opakowania, przetwarzanie, konserwowanie i chłodzenie. Ponadto mniejsze jest zużycie energii i paliwa. Daleki transport to dodatkowa emisja gazów cieplarnianych. Lokalna konsumpcja ma mniejszy wpływ na globalne ocieplenie (i negatywne skutki z tego wynikające).

Krótki dystans daje szanse konsumentowi poznać producenta swojej żywności i wesprzeć konkretnego człowieka, zamiast anonimowych, międzynarodowych korporacji.
Lokalne jedzenie ma szanse odżywiać a nie tylko karmić. Jest lepsze dla zdrowia, społeczeństwa i planety. Na dodatek jest unikalne i niepowtarzalne. To taka ekskluzywna seria limitowana.

W swoich podróżach pokrzywowo-kulinarnych zawędrowałem do olsztyńskiej restauracji Malta Cafe. W poprzednich latach w tamtejszym menu była zupa pokrzywowa z przepiórczym jajem (dolne zdjęcie)… oraz zupa pokrzywowa z czosnkiem niedźwiedzim i przepiórczym jajem (zdjęcie wyżej). Obie rośliny są wiosenne i sezonowe (pokrzywa i czosnek niedźwiedzi). Przepis wydaje się niepowtarzalny. Niebawem się wybiorę, by własnopodniebiennie sprawdzić (zdjęcia z archiwum Restauracji Malta Cafe, umieszczone za zezwoleniem).

Co region, to inny przepis, bo i inna tradycja oparta na lokalnych warunkach. W pokrzywie przegląda się lokalne dziedzictwo kulinarne, a więc i dziedzictwo kulturowe oraz przyrodnicze regionu. Pisałem wcześniej o zupie pokrzywowej z Zamościa, Mrągowa, Bartoszyc, Olsztyna (Cudne Manowce). W oczekiwaniu na gastronomiczną wycieczkę co Malta Cafe zamieszczam przepis na zupę z pokrzywy według Słowian z Bałkanów. Zaczerpnąłem go z „Książki kucharskiej. Przepisy kulinarne narodów Jugosławii”. Pozycja wydana była w 1990 roku. Jugosławii już nie ma, a przepis jak najbardziej trwa. Dziedzictwo niematerialne wbrew pozorom jest trwalsze niż historia państw i granic administracyjnych.

Na zupę potrzeba 1 kg młodych pokrzyw, 2 łyżki smalcu, 1 pęczek cebulki dymki, 2 łyżki mąki kukurydzianej, 2 jajka i sól do smaku. Pokrzywy ugotować i drobno pokroić (po ugotowaniu nie parzy, więc nie trzeba kroić w rękawiczkach). Na smalcu podsmażyć posiekaną cebulę i pokrojone pokrzywy, zalać wodą w której się gotowały. Dodawać stopniowo mąkę kukurydzianą (ostrożnie, aby nie porobiły się grudki). Następnie posolić i gotować 10 minut aż mąka się ugotuje. Przyprawić roztrzepanym jajkiem.

Niebawem długi majowy weekend, cudna pogoda i zieleniny z pokrzywą w bród. W czasie spaceru wystarczy sięgnąć i … konsumować lokalnie. Albo poszukać restauracji z lokalnym i sezonowym jedzeniem.

A wy jak gotujecie zupę z pokrzywy (jeśli gotujecie)?

zupazjajkiem

Zapachowa i dźwiękowa pokrzywowa pocztówka z… Mrągowa, z dygresjami o biogospodarce i SPA

pocztowkapokrzywa

Podobno listy i papierowe pocztówki odchodzą w zapomnienie. A ja otrzymałem kilka pokrzywowych pocztówek z Mrągowa. Od pań florystek. Pocztówki przywiezione zostały przez specjalnego kuriera. Owe pocztówki urzekły mnie nie tylko unikalnym pięknem niepowtarzalnego rękodzieła. Urzekł mnie zapach. Autentyczny zapach suszonej pokrzywy. Aromat wydobył od razy z głębokiej pamięci wspomnienia z dzieciństwa, wspomnienia wsi, wspomnienia koszonej pokrzywy jako pasza dla zwierząt.

Niezwykłe to pocztówki…
Powstawały w niezwykły sposób. Pracującym florystom odczytywane były moje blogowe felietony pokrzywowe. W jakimś sensie te pocztówki są laurkami i jednocześnie pocztówkami dźwiękowymi i zapachowymi. Takie rzeczy powstać mogą tylko na prowincji.

Floryści z Mrągowa znaleźli zupełnie nowe zastosowanie pokrzywy – w celach dekoracyjnych i artystycznych.

Dawniej z pokrzywy, a w zasadzie nasion tłoczono olej, podobno miał przyjemny smak a stosowany był także do celów oświetleniowych. Nawet nie przypuszczałem, że w taki sposób można wykorzystać nasiona pokrzywy. Być może w naszym regionie ekskluzywne restauracje wprowadzą ten lokalny i archaiczny specjał w swoim menu. Może dzięki takiej pokrzywowej modzie odżyją dawne, maleńkie warmińskie czy mazurskie olejarnie?

Może chociaż w skansenie lub jako elementy unikalnych parków rozrywki z elementami etnograficznymi, kulturowymi i przyrodniczymi. Nie jakieś popkulturowe parki dinozaurów ale unikalne parki dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu.

Jak widać pokrzywowe wytwory pokazywać można na wiele sposobów, jako danie (zupy, sałatki, soki), jako herbatki lecznicze, jako antyreumatyczne masaże (aż się prosi o jakieś pokrzywowe SPA), jako karma dla zwierząt, produkcja powrozów, sznurków i bielizny itd. Do robienia sznurków nadają się przede wszystkim stare i suche egzemplarze pokrzywy zwyczajnej, zebrane pod koniec okresu wegetacyjnego, kiedy zaczynają brązowieć, czyli wczesną jesienią. Są wtedy wygodniejsze są do zbioru, łodygi są długie i już częściowo pozbawione zbędnych elementów.

Pokrzywa może służyć do zaprawiania piwa (przynajmniej bywało tak dawniej). Do tego celu wykorzystuje się tylko młode pędy (wiosenne).

Liście pokrzyw wykorzystywane były również do konserwowania żywności – owinięte nimi mięso, ryby czy owoce dłużej zachowywały świeżość. Było to w czasach bezlodówkowych. Ale i teraz da się zastosować w warunkach terenowych i surviwalowych (kolejny element do turystycznego wykorzystania).

Wyczytałem także, ze sok ze świeżych liści bywa używany jako roślinny zamiennik podpuszczki przy wyrobie serów podpuszczkowych. Współcześnie to propozycja dla wegan, pozwalająca na wyrób nabiału wegetariańskiego.

Pokrzywa wykorzystywana jest do pielęgnowania urody. Z liści pokrzywy otrzymuje się chlorofil a i b, który stosuje się współcześnie w produkcji kremów, maseczek i toników. Najczęściej więc nie wiemy, że stosujemy elementy pokrzywy w codziennych kosmetykach. Kosmetyki z pokrzywy wykorzystywane są one do pielęgnacji skóry i włosów skłonnych do przetłuszczania się. Pokrzywa pozwala też zwalczyć łupież (dawniej z tego korzystano). Te dwa ostatnie zastosowania to zewnętrzne stosowanie pokrzywy. Z dzieciństwa i PRL pamiętam jeszcze pokrzywowy szampon do włosów.

Aż się prosi w naszym regionie o lokalny wyrób pokrzywowych kosmetyków i specjalna ofertę w tutejszych SPA.

Co jeszcze z pokrzywy można zrobić? Chlorofil pozyskiwany z pokrzyw wykorzystywany jest jako zielony barwnik spożywczy oznaczany kodem E140. Zapewne pokrzywę konsumujemy w tej postaci częściej niż myślimy. Być może zajadając lody w kolorze zielonym nawet nie wiemy, jaki mają związek z pokrzywą rosnącą pod płotem.

Ale chlorofil pozyskiwany z pokrzyw jest wykorzystywany również jako zielony barwnik, wykorzystywany w farmaceutyce i barwieniu tkanin. W domowych i terenowych warunkach liście i korzenie mogą służyć także do barwienia białych jajek odpowiednio na zielono i żółto. Czyli coś na wielkanocny stół.

Pokrzywa ma także zastosowanie w ogrodnictwie i rolnictwie biodynamicznym. Wyciąg wodny (na zimno) z pokrzyw (ze względu na zapach potocznie zwany „gnojówką z pokrzyw”) działa biostymulująco na inne rośliny, głównie ze względu na zawartość azotu. Pokrzywa jest więc chwastem, który można wykorzystać z dużym pożytkiem. Rosnąca pod płotem nie jest taka niepotrzebna…
„Gnojówka z pokrzyw” zwiększa odporność roślin na atak owadów i grzybów chorobotwórczych (nie wiem na jakiej zasadzie, trzeba będzie to dokładniej sprawdzić), przyśpiesza wzrost roślin (to ze względu na azot i sole mineralne), a także przyspiesza rozkład kompostu (zapewne ze względu na mikroorganizmy obecne w „gnojówce”) i odstrasza niektóre owady (mszyce, zwójkowate), a także roztocza.

Wywar z korzeni i kłączy pokrzyw (a więc przygotowany na gorąco, potem ostudzony) ma działanie antygrzybowe, podobno skuteczne w przypadku mączniaka jabłoni i szarej pleśni malin. Jak wyczytałem na ogrodniczych stronach internetowych wspomniany wywar działa także wobec grzybowych patogenów takich jak Alternaria alternate (wywołuje alergie u ludzi) i Rizoctonia solani.

Nie tylko zjeść ale można się pokrzywą leczniczo poparzyć. Kiedyś działo się to przy okazji, teraz musimy specjalnie udać się „w pokrzywy”… z myślą o zapobieganiu chorobom reumatycznym.

W czasie florystycznych prac nad pokrzywowymi pocztówkami, ktoś powiedział, że nazwa pokrzywa wzięła się od właściwości antyreumatycznych – bo działa „na pokrzywienie” (wykrzywienia wywołane raumatyzme). Ewentualnie „pokrzywa”, bo pokrzywa gdy nas poparzy.

Pokrzywa kiedyś zwana także koprzywą, koprywą, zagawką, żegawką. Trzeba sobie przypomnieć i odzyskać to dziedzictwo przyrodnicze wymieszane z dziedzictwem kulturowym. By już zupełnie w nowoczesnej formie i atrakcyjnym opakowaniu stało się kołem zamachowym rozwoju gospodarczego regionu, dla szeroko rozumianej biogospodarki. Pokrzywa jest tylko przykładem potencjalnego wykorzystania dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego w rozwoju regionu.

Pokrzywowe SPA na prowincji i wszechstronne konsumowanie

zupa_z_pokrzyw_i_masc_DankowA ja znowu o pokrzywie? Bo o pokrzywie można pisać dużo. A tak na prawdę to chodzi o to, by na szczegółowym przykładzie opowiedzieć o całości, o czymś szerszym i głębszym. Dla mnie świat jest całościowym systemem we wszystkich wymiarach, z pokrzywy… wywnioskować można funkcjonowanie świata i poszukiwać głębszego sensu. Bo dobra gospodyni to i zupę na gwoździu ugotuje. Podobnie jest zapewne z pokrzywą, nie tylko surowiec się liczy (bioróżnorodność, przyroda) ale i wiedza kucharki/kucharza (dziedzictwo kulturowe, niematerialne).

Przeglądając książkę „Nalewki lecznicze – tradycyjne i sprawdzone przepisy”, wydane przez Wydawnictwo Dragon w ramach serii „Dobra Kuchnia”, znalazłem przepis na nalewkę z pokrzywy. Autor tekstu, Łukasz Fiedoruk, schowany gdzieś na ostatnią stronę, razem z autorami zdjęć (w tym z Wikimedia Commons), redaktorami i korektorami, projektantami graficznymi itd.). Skromność autora? Czy może jednocześnie wyraźne wskazanie na wspólnotowość wiedzy ludzkiej i wieloautorskość dziedzictwa niematerialnego. Prawdziwych autorów wielu potraw po prostu nie znamy. To wspólne dziedzictwo, ciągle uzupełniane, modyfikowane i przetwarzane. Rzecz ważniejsza niż autor. Niejednokrotnie autorem jest ten, co zebrał i spisał a nie wymyślił. Miło odnaleźć nie zawłaszczanie wiedzy ogólnoludzkiej, na wolnej licencji. Dzieło pozostaje dziełem, a dziedzictwo niematerialne, na podstawie którego to dzieło autorskie powstało, dalej pozostaje dobrem ogólnoludzkim. Warto sobie tę prawdę ciągle przypominać w czasach korporacyjnego zawłaszczania dobra wspólnego i patentowania nawet kodów genetycznych żyjących gatunków.

No ale wróćmy do nalewki. Aby ją przygotować potrzeba 50 g suszonych liści pokrzywy (może być ziele, czyli liście z łodygami), które zalewamy 250 ml 45 % alkoholu etylowego (czyli dobrą wódką). Pozostawić na 10 dni, potem przefiltrować. W innych poradnikach nalewkowych czasem podkreśla się, aby taki nastój co jakiś czas wstrząsnąć, aby ułatwić i przyspieszyć ekstrakcję przez alkohol dobroczynnych substancji z ziela. No to teraz o stosowaniu. Pić 3-4 razy dziennie po… 5 ml (czyli odrobinka, boż to lecznicza nalewka!). „Nalewki lecznicze” sugerują, że nalewkę pokrzywową można łączyć w równych proporcjach miodem. Jak mniemam jest wtedy smaczniejsza a i zapewne o lecznicze właściwości miodu chodzi.

A na co taka nalewka pomaga? Czyli jest to pytanie o lecznicze właściwości pokrzywy. Ale o tym napiszę innym razem.

Kiedyś naśmiewaliśmy się ze swoistej scholastyki – opieraniu się w dyskusjach tylko na dawnych autorach, bez weryfikacji. Taką scholastykę uprawiamy i dzisiaj: wyszukiwanie w źródłach (słuchanie tego, co inni wiedzą lub usłyszeli). Czerpanie z bogatego dziedzictwa… ale przecież błędy w przekazie się zdarzają oraz możliwe jest powtarzanie błędów i mitów. Autorytet autorów? Tak, ale przy przepisywaniu pojawiają się uproszczenia, zmienia się kontekst, o niektórych zdawałoby się oczywistych aspektach zapominamy i na koniec inaczej interpretujemy i zmieniamy sens. Po tym zmianach coś co kiedyś było proste, wydaje się nam absurdem. Potrzebne więc nie tylko sięganie do ksiąg i internetowych źródeł, ale i umiejętne wybranie bardziej wiarygodnych (ciągłe ocenianie, tak jak ocenianie emocjonalne rozmówcy) źródeł od tych mniej wiarygodnych (błędnych lub celowo kłamiących).

Potrzebne także samodzielne sprawdzanie, eksperymentowanie. Na tym bazuje współczesna nauka, zrodzona w oświeceniu. Nie tylko autorytet autorów ale i sprawdzanie empiryczne. Sam eksperyment nie wystarczy – bo ciągle byśmy dreptali w miejscu i odkrywani po sto razy dawno odkryte rzeczy. Ale i sam autorytet dawnych autorów nie wystarczy. Wiedzę musimy aktualizować do aktualnych paradygmatów.

Zatem należałoby teraz sprawdzić te przepisy. Nie tylko wyczytać, przekazać, ale wyczytać, poćwiczyć, sprawdzić i dopiero sprawdzony przepis (informację przekazać). Ale przecież wszystkiego nie możemy ciągle empirycznie sprawdzać. Stalibyśmy w miejscu. Zatem potrzebna równowaga, między zaufaniem i sprawdzaniem. Licząc, że inni też różne rzeczy sprawdzą, czyli powszechne empiryczne testowanie całego dziedzictwa kulturowego (niematerialnego).

Z przepisem kulinarnym jest łatwiej. Każdy może w domu sam sprawdzić. Najpierw rozpoznać pokrzywę, potem nalewkę czy zupę zrobić, ocenić rezultaty i w ten sposób zweryfikować. A co z właściwościami leczniczymi? Samodzielnie i jednostkowo trudno to sprawdzić. Ważne są liczne powtórzenia i duża próba (gromadzenie różnych przypadków). Tu potrzeba instytucji i instytucjonalnego sprawdzania. Temu służy nauka jako zorganizowana działalność w uniwersytetach, laboratoriach i instytutach badawczych. I tu do nich musimy mieć zaufanie… licząc, że wiarygodność jednego zespołu sprawdzi inny zespół, z innego laboratorium czy uniwersytetu. Ale przydatne jest zbieranie obserwacji także w internecie. Tworzenie swoistego repozytorium wiedzy i informacji.

W „Kresowym tyglu kulinarnym – kuchni białoruskiej” Andrzeja Fiedoruka (ciekawe czy rodzina z tym wyżej wymienionym), wydanym przez Wydawnictwo Zysk i S-ka. Znalazłem przepis na zupę ze szczawiu i pokrzywy. A robi się ja tak. Ugotować na mięsnym bulionie drobno pokrojoną pokrzywę i szczaw, z tym że pokrzywy powinno być dwukrotnie więcej (jest to więc zupa pokrzywowa z dodatkiem szczawiu a nie odwrotnie). Można dodać pokrojoną i podsmażoną wędzoną kiełbasę lub boczek. Przed podaniem zupę zalać śmietaną. Autor dodaje, że wegetariańska wersja tej zupy może być ugotowana na wywarze warzywnym i z dodatkiem gotowanych jajek. Jeden przepis a jakoby trzy były. Takie jest bogactwo nieortodoksyjnego traktowania dziedzictwa kulinarnego. Zapewne co gospodyni (i lokalne warunki oraz tradycja) to inna zupa pokrzywowa. Różnorodność tak jak kiedyś chleba. Z nie jednego garnka zupę pokrzywowa jadłem…. Tak kiedyś zapewne powiem.

W internecie znalazłem przepis na surówkę z pokrzywy. Robi się ja tak: „40 dkg świeżych, młodych liści pokrzyw, 1-2 jabłka, 1/2 gęstej śmietany (12%), sok z cytryny, szczypta cukru i soli do smaku. Opłukane w zimnej wodzie pokrzywy osączyć, drobno pokroić i skropić sokiem z cytryny. Umyte jabłka utrzeć na tarce jarzynowej, wymieszać z pokrzywami oraz śmietaną, doprawić do smaku.” Nie próbowałem, więc nie wiem jak smakuje. Czy jest to od dawna praktykowane czy tylko nowy pomysł? Raczej spotykałem się z potrawami i termiczną obróbką pokrzywy. Trzeba byłoby ten watek dokładniej sprawdzić i przeszukać dokładniej zasoby naszego dziedzictwa kulinarnego.

Nowoczesność i nowe narzędzia kuchenne (lub techniki) także wprowadzają sporo nowego do dziedzictwa kulinarnego. W latach 70. I 80. XX pojawiły się przepisy na sok z młodych pokrzyw, przygotowywany z sokowirówce lub młynko-mikserze. Tak pozyskany sok (bez ekstrakcji wodą jak w przypadku naparów i odwarów czy ekstrakcji alkoholem etylowym w przypadku nalewek) zaleca się pić od 1-2 łyżki do pół szklanki dziennie przez dwa tygodnie. Nie piłem i nie wiem jak smakuje. Ale chyba nie jest zbyt smaczne, skoro w niektórych książkach sugerują picie takiego soku z miodem. Mikstura soku pokrzywowego z miodem, pita wiosną przez dwa tygodnie, ponoć działa wzmacniająco i zapobiega infekcjom.

Chyba jestem tradycjonalista bo wolę spróbować nalewki… Jednak alkohol może dezaktywować enzymy, znajdujące się w miodzie… Czyli nie pod każdą postacią zioła i mikstury będą działały tak samo.

Jak dowiedziałem się ze źródeł internetowych (samodzielne sprawdzane czy tylko powtarzanie wyczytanych gdzie indziej informacji?) pokrzywy mogą być spożywane analogicznie jak szpinak. W celach spożywczych zbiera się młode rośliny o wysokości 15–20 cm w okresie od przedwiośnia do maja (później ewentualnie tylko młode liście z wierzchołków pędów, ze względów na fitolity, o których wcześniej pisałem), które spożywa się po obróbce cieplnej lub wysuszeniu.

Suszone liście używane są do sporządzania zimą rozgrzewających naparów. A czy lecznicze właściwości pokrzywy są takie same w nalewce jak i w zupie, szpinakowej potrawce, świeżym soku z sokowirówki czy herbatce pokrzywowej? Pokrzywa to pokrzywa…. ale przecież chodzi o substancje w niej zawarte a nie o nazwę rośliny. Co się w z nimi w czasie obróbki dzieje i jak wpływają na nasz metabolizm? O tym w kolejnym blogowym gadaniu.

Teraz tylko napiszę, że nie jesteśmy jedynymi amatorami pokrzywy. Roślina to zajadają się motyle: rusałka pokrzywnik oraz rusałka pawik (pawie oczko). No i… inna roślina. Roślina podjadająca roślinę? Różnorodność biologiczna jest wielka, więc dlaczego nie.

Cuscuta_europaea_on_Urtica_dioicaCzasami na pokrzywie spotkać można kaniankę, dokładniej kaniankę pospolitą (zwaną też europejską) (Cuscuta europaea). W dzieciństwie wielokrotnie widywałem ją na pokrzywach, ale nigdy nie zwracałem na nią uwagi. Ot jakiś tak powój się po pokrzywie wspina się i tyle. Ale to nie jest zwykły powój, to powój pokrzywożerny (w dalekiej przenośni). Jak wygląda kanianka zobaczyć można na ilustracji wyżej (fot. Hans Hillewaert, Creative Commons, CC BY-SA 3.0).

Kanianka jest rośliną jednoroczną z rodziny powojowatych (Convolvulaceae). Jest gatunkiem kosmopolitycznym, występuje w Europie, w północnej Afryce oraz Azji w strefie klimatu umiarkowanego. Jest to pnącze i roślina pasożytnicza. Rośnie zwłaszcza na pokrzywie, chmielu i wierzbie. Spotkać ją można także w uprawach na ziemniaku i koniczynie. Wtedy uważana jest za szkodliwy chwast.

Nie tylko my jesteśmy amatorami pokrzywy na różne sposoby. I jeśli zatrzymać się przy jednej roślinie na dłużej i spróbować dostrzec jej relacje ze światem, to zobaczyć można bardzo wiele, niemalże cały ekosystem i ogromne bogactwo zależności. Żeby zobaczyć dużo – można szybko biegać by dotrzeć do wielu miejsc. Ale równie dobrze można się zatrzymać i obserwować. Slow science. Nie szybciej i więcej ale głębiej, dokładniej i przez to więcej.

ps. jeszcze o nalewce bez cholesterolu i błonnika

encyklopedia_gotowaniaPisałem wyżej o nieustannym przetwarzaniu i aktualizowaniu wiedzy (na przykładzie dziedzictwa kulinarnego) oraz dostosowywania do aktualnego paradygmatu. Przykładem jest przepis z książki, której okładkę wyżej zamieszczam.

Jest to przepis na nalewkę z pokrzywy. Na samym początku jakże współczesne informacje: 5270 kcal (bardzo dokładnie wyliczona wartość kaloryczna), 2,1 g białka, 0,1 g tłuszczu, 0 cholesterolu, 0 błonnika. Od razu widać, na co zwracamy uwagę. Cholesterolu w roślinie nie należałoby się spodziewać, więc dlaczego podkreślenie, że go nie ma? W nalewce błonnika też nie będzie. Niby oczywiste informacje, ale oddające powierzchowność wiedzy potencjalnych czytelników. Wszystko im trzeba napisać. Albo wypełnić miejsce.

No ale wróćmy do przepisu na nalewkę. Robi się ją ze 150 g suszonych lub świeżych liści pokrzywy (tu dodam, że 150 g suszonych liści to jednak inna zawartość wody i substancji czynnych niż 150 świeżych roślin – przy takiej niedokładności dziwi aptekarska informacja o kaloriach, białku i tłuszczu, raczej myląca), 100 g miodu akacjowego lub cukru trzcinowego (jeśli nie ma różnicy między miodem a cukrem to co za różnica jakiego miodu użyjemy?), do tego 1 litr spirytusu i pół litra wody. Jeśli proporcje w sumie dowolne (150 g suszu lub świeżych roślin, miód lub cukier trzcinowy), to po co taka aptekarska (i w sumie złudna) dokładność z kaloriami, białkiem, tłuszczami i cholesterolem? Pokazuje jedynie co jest dla czytelnika teraz ważne, na co zwraca uwagę. Ten cukier trzcinowy to taki chyba bardziej „ekologiczny”, naturalny.

Pora na przepis. Ziele pokrywy zagotować z wodą i miodem (lub cukrem), odstawić i poczekać a zioła naciągną (metoda łączy ekstrakcję wodą czyli napar i wywar, z ekstrakcją alkoholem). Po ostygnięciu dolać spirytus i przelać do słoja, zakręcić (zapewne by spirytus nie parował) i odstawić na dwa tygodnie. Po tym czasie przecedzić, zlać do butelek i zakorkować. I znowu odczekać 3 tygodnie. W przepisie nie ma informacji o dawkowaniu. Czyli nie wiadomo czy jest to nalewka lecznicza czy likier smakowy. Autorzy zalecają jedynie, aby pokrzywę zbierać „jak najdalej od tras uczęszczanych przez samochody”. Chodzi zapewne o zanieczyszczenia. Ale co to znaczy „jak najdalej”? Chyba tylko zaakcentowana jest „naturalność i ekologiczność”. Taki znak czasu.

Dlaczego pokrzywa parzy?

pokrzywa

Są to w zasadzie dwa pytania: jak to się dzieje, że nas parzy i dlaczego pojawił się taki mechanizm u tej rośliny. Przecież są inne rośliny, nie parzą a żyją.

Zacznijmy od pierwszego pytania. Na powierzchni liści i na łodydze znajdują się widoczne gołym okiem włoski parzące. Mają one długość do 2 mm (a więc jesteśmy w stanie je zobaczyć, a nie tylko poczuć). Włosek jest swoistą strzykawką jednorazową. Komórka włoska w dolnej części jest rozszerzona, w górnej zwężona i nieco zgięta, a na szczycie umieszczona jest mała główka-pęcherzyk. Ściany komórki tegoż włoska przesycone są krzemionką i węglanem wapnia i tuż pod główką są bardzo cienkie. Kruche i łatwo się łamiące (wysycenie krzemionką i kształt). Na szczycie pokrzywowego włoska umieszczone są malutkie pęcherzyki, które przy byle dotknięciu pękają (a w zasadzie ułamują się) a z włoska wydostaje się ciecz. Ta ciecz ma właściwości drażniące. Na dodatek włosek ułamuje się jak szklana ampułka (lub butelka). Dzięki ostrym brzegom, takie nadłamane włoski łatwo wbijają się w naszą skórę a drażniąca ciecz dostaje się do naszych tkanek (przenika przez ochronną barierę naskórka). W drażniącej cieczy znajduje się m.in. kwas mrówkowy. Ciecz z włosków pokrzyw już w ilości 0,0001 mg powoduje powstawanie na niej bąbli. I nic dziwnego, że nas skóra piecze. A przecież tych włosków wbijających się w skórę jest więcej. Seria mikrozastrzyków za jednym dotknięciem. Poparzenie kwasem mrówkowym oraz uwalnianie się substancji podobnych do naszej histaminy powoduje powstanie na skórze białawych, piekących bąbli. Piecze najpierw, potem swędzi. Nic przyjemnego.

A skoro kontakt z pokrzywą i serią jednorazowych zastrzyków nie są dla nas przyjemne, to staramy się pokrzywę omijać. I tu jest odpowiedź na drugie pytanie. Pokrzywa parzy by bronić się przed roślinożercami oraz przygodnymi i depczącymi niszczycielami. Przed jednymi jest to skuteczna obrona, innym nie przeszkadza (wyspecjalizowani pokrzywożercy, np. motyle rusałka pokrzywnik i rusałka pawik). A że parząca pokrzywa odstrasza niektóre zwierzęta, to i inne rośliny kształtem naśladują pokrzywę. Jest to mimikra. A naśladują pokrzywę na przykład jasnota biała (zwana zresztą głuchą pokrzywą) czy jasnota gajowiec. Liście tych roślin kształtem są zupełnie podobne, łatwo można poznać jedynie po kwiatach. Albo dotykając liści. Ale kto tak będzie sprawdzał?

Kontakt z pokrzywą dla naszej skóry kończy się uczuciem pieczenia, swędzenia i bólem oraz białymi grudkami i krostami o nieregularnym kształcie, na obrzeżach zaczerwienionych. Umiarkowany kontakt cielesny z pokrzywą ponoć zapobiega reumatyzmowi. No ale które lekarstwo nie jest gorzkie (dosłownie lub w przenośni)? Dolegliwości wywołane poparzeniem przez pokrzywę można złagodzić innymi roślinami. Wystarczy pocierać podrażnione miejsce zgniecionymi (żeby wydostał się sok) liśćmi babki zwyczajnej (Plantago major), szałwi (Salvia officinalis), mięty (Mentha sp. Jest kilka gatunków, zawsze jakąś znajdziemy) lub szczawiu tępolistnego (Rumex obtusifolius). Ten ostatni występuje często w towarzystwie samej pokrzywy. A i inne wymienione rośliny są pospolite i łatwe do wyszukania w terenie, także wilgotnym, czyli w siedlisku pokrzywowym. A jeśli jesteśmy w domu, to można podrażnione miejsca posmarować oliwą. Według Pliniusza Starszego ten sam efekt można osiągnąć przez użycie soku wyciśniętego z pokrzywy. Ot jaka uniwersalna ta pokrzywa. Sam jeszcze nie sprawdzałem…. A kusi. Bo naukowcy sami dla siebie są królikami doświadczalnymi i sprawdzają swoje przypuszczenia na sobie. Dla niektórych skończyło się to tragicznie. Ale ja aż tak wiele nie ryzykuję. Przy najbliższej okazji sprawdzę. Bo to, co w księgach, nawet najbardziej uczonych, trzeba sprawdzać i weryfikować.

Ale miejsc poparzonych nie należy przemywać wodą przez dwa-trzy dni, by nie wróciło dokuczliwe pieczenie. Może stąd wzięło się powiezienie, że częste mycie skraca życie?

A skoro pokrzywa taka nieprzystępna, to jak sobie z nią radzić, skoro wykorzystywana jest żywieniowo dla człowieka i dla zwierząt gospodarskich? Przecież w poprzednich wpisach informowałem, że pokrzywa to roślina pastewna. A niedawno mój znajomy opowiadał, że jako dziecko podjadał ją kaczakom…. Jego babcia karmiła młode kaczątka płatkami owsianymi lub ziemniakami wymieszanymi z poszatkowaną pokrzywą. A on namiętnie wyjadał te zielone kuleczki. I wcale nie dlatego, że żałowano mu normalnego ludzkiego jedzenia! Po prostu w dzieciach ciekawość świata jest bardzo silna i wszystko chcą sprawdzić. Tak jak naukowcy. Pokrzywy przestają parzyć, jeśli zwiędną lub zostaną poddane obróbce cieplnej. Zwierzętom gospodarskim podaje się właśnie zwiędnięta pokrzywę: skoszoną (po jakimś czasie więdnie) i poszatkowaną. A w zupie jest jeszcze dodatkowo poddana obróbce cieplnej. Więc konsumować można w bez strachu o język. Pokrzywa przynajmniej dawniej była cenną rośliną pastewną. Wtedy ludzie nie wiedzieli, że zawiera dużo (jak na roślinę) białka wiele witamin, karotenów i soli mineralnych. Wywnioskowali z obserwacji i praktyki, że karmione pokrzywą zwierzęta dobrze się i zdrowo mają. Parzące włoski pokrzywy odstraszają wiele zwierząt przed konsumowaniem świeżych i rosnących roślin. Tak więc pokrzywy nie są zjadane na pastwiskach przez krowy i konie. Ale podobno kozy, świnie, kury zjadają. Mój dziadek karmił świnie pokrzywą, ale samodzielnie koszoną (lub żętą sierpem), posiekaną i wymieszaną z inną karmą. Po ścięciu i przewiędnięciu pokrzyw podobno wszystkie zwierzęta roślinożerne chętnie je spożywają. Nawet ciekawskie wszystkiego dzieci.

A dlaczego tak ciągle piszę o pokrzywie? Bo coś kreatywnie nowatorskiego kombinuję i powoli układam puzzle. Niebawem się ukaże i okaże. Cierpliwości.

Bylica, piwo, pieczona gęś i maść do latania

18_Artemisia_vulgarisBylica pospolita to wszechstronnie wykorzystywana przez człowieka roślina, działająca zarówno przeciw złym duchom i czarownicom, jak i przeciw chorobom. A i na pobudzanie płodności też była przydatna.

Po poprzednim wpisie na temat bylicy pospolitej rozmawiałem ze znajomą z Mrągowa, p. Zofią Wojciechowską. Okazuje się, że temat jest bogatszy niż myślałem. Dowiedziałem się m.in. że mężczyźni zaszywali bylicę w odzieży, aby uzyskać większą moc życiową. Po prostu traktowano jako afrodyzjak lub jako magiczny amulet. I dowiedziałem się, że na Mazurach zwyczaje świętojańskiej nocy nazywano Palinocką. Wszak palono ogniska. W innych regionach zwyczaj ten nazywano Sobótką, Kupalnocką itd.

No cóż, bylica oprócz tego, że jest chwastem polnym, przyprawą, zielem, to dawniej była rośliną magiczną, odstraszającą między innymi demony wodne (o czym pisałem poprzednio). Znajomy hydrobiolog (Piotr Panek) skomentował to tak: „Taka bylica nad rzeką to dobra i w miarę stabilna rzecz do chwycenia się w razie poślizgnięcia, więc naprawdę chroni przed utopcami”. Fakt, ja również w terenie wodno-bagiennym nie jeden raz chwytałem się byle czego, by z błota się wydostać. W każdym razie na terenie Czech bylica była uważana przez lud (nie przez hydrobiologów) za silny środek przeciw demonom wodnym czyli topielicom, utopcom itd.

Zwyczaje się zmieniają, modyfikują. A po mojej głowie ciągle kołaczą się analogie między procesami żywymi a kulturą, analogie między ewolucją biologiczną i ewolucją kulturową. Ja oczywiście dopatruję się nie tylko analogii ale i systemowo-funkcjonalnej jedności, w kontekście ogólnej teorii systemów. Tak jak organizm w cyklu życiowych (niby ten sam, ale czasem całkiem inny, na przykład owady z przeobrażeniem) lub populacja czy gatunek w procesie ewolucji: jest ciągłość i następstwo, ale są i zmiany. Coś starego ulega redukcji, czasem modyfikacji i zmienia funkcję, czasem pojawiają się zupełnie nowe cechy i elementy, czasem wchodzi w relacje z innymi gatunkami (symbioza, pasożytnictwo). Podobnie jest z kulturą i zwyczajami, legendami, gusłami. Coś, co dziś traktowane jest na serio i dobrze wpisuje się w nasz paradygmat wiedzy o świecie, za jakiś czas może być memem cząstkowym, rudymentarnym, rytuałem nieco zmienionym, np., zabobonem, gusłami, dziecięcą zabawą. Trudno jest odtwarzać dawne zwyczaje i wierzenia, bo patrzymy na nie przez pryzmat współczesności i nieświadomie interpretujemy. Czasem koloryzujemy, ideologizujemy, rozbudowujemy. Niby stare a jednak w nowym wydaniu.

Zwłaszcza w roku Oskara Kolberga aż korci dokumentować i zapisywać różne praktyki, zwyczaje, zabawy, rytuały czy nawet zabobony. By ocalić o d zapomnienia a potem wykorzystać do analiz. Niniejsze zapiski nie roszczą sobie rygorystycznej metodologii naukowej dokumentacji. Są tylko inspirowanymi rozważaniami z pokaźnym dodatkiem subiektywizmu.

Bylicę pospolitą wiązano z szeroko rozumianą magią (ja bym powiedział, że jest to pozostałość po pierwotnym szamanizmie). Na pewno od bardzo dawna wykorzystywana była w pradawnym lecznictwie. W świecie chrześcijańskim bylica pospolita kojarzona jest z dniem Świętego Jana, czego wyrazem może być przekaz, funkcjonujący przed laty wśród mieszkańców wsi lubelskich, że Matka Boska użyła ziół bylicy i łopianu do połączenia z ciałem odciętej głowy św. Jana. Ale to z całą pewnością wtórna interpretacja, uzupełniająca i na nowo interpretująca dawne zwyczaje i przekonanie o duchowej mocy tego ziela.

Na co dzień bylicę zatykano w strzechy i ściany domów jako ochronę przed piorunami i pożarami. Mówiono też, że: „gdy bardzo grzmi i błyska się, kadzą bylicą po domach, bo bylica odpędza złe duchy, które wywołują burzę w powietrzu”. W innych regionach okadzano domy przed burzą. Nie uważajmy naszych przodków za głupców i że nie wiedzieli jak działa odgromnik. Skoro burzę w ich mniemaniu wywoływały złe moce, to i przeciw nim trzeba było zastosować moce magiczne. Bylica się do tego nadawała. A na pewno nie zaszkodziła.

Bylica pospolita spokrewniona jest w sensie biologicznej systematyki z bylicą piołunem. Ta ostatnia zawiera więcej olejków eterycznych, w części o właściwościach narkotycznych. Pity absynt powodował ponoć wizje z zieloną wróżką. Możliwe, że była to jednak alkoholowa delirka. Bylica pospolita dawała jednak kiedyś zupełnie inne odloty. Prawie jak na miotle.

Ale wróćmy do pospolitego, polnego czy leśnego chwastu, jakim jest bylica pospolita (Artemisia vulgarus z rodziny astrowatych). W języku ukraińskim określana jako niechworoszcz lub czornobyl, od której to nazwy podobno pochodzi nazwa miasta Czarnobyl. Miasta, które obecnie kojarzy nam się z katastrofą elektrowni atomowej. W języku rosyjskim nosi także nazwę czornobylnik. Paradoksalnie u nas to bylica (bielica, biała bylina) a u wschodnich Słowian to czarna bylina. W każdym razie wykorzystywana także do wyrobu mioteł (czyli jesteśmy już o krok do latania na miotle, ale o tym dalej). Ja z dzieciństwa i wsi pamiętam miotły brzozowe. Ale bylicowe też by były praktyczne i łatwe do wykonania, choć nie tak trwałe jak brzozowe.

Bylica pospolita często wykorzystywana była do wicia wianków i bukietów, święconych w dniu Matki Boskiej Zielnej, co miało zwiększyć moc leczniczą tej rośliny, uznawanej za środek dobry na wszelkie niemal choroby, ale także moc chroniącą przed złem. Innym momentem zwiększającym moc bylicy była Noc Świętego Jana. Panu Bogu świeczka i diabłu ogarek. A czy i dziś wiele osób rytuałów kościelnych nie traktuje jako zabobonnych guseł? A przecież mamy XXI wiek. To oczywiście bardziej obrzędowość niż wiara. Ale człowiek w swych zachowaniach reprezentuje niezwykłe bogactwo. I to jest ciekawe do obserwowania, dokumentowania i analizowani. Zerwana w tym czasie bylica (czy to Matki Boskiej Zielnej, czy to Zielonych Światek, czy Nocy Świętojańskiej) używana była jako amulet ochronny, zarówno w noc świętojańską (dla ochrony przed czarownicami palono bylice w ognisku), jak i długo później. Poza legendarnym kwiatem paproci (a jak wcześniej pisałem w tej legendzie jest dużo prawdy, bo są „kwitnące” paprocie) bylica stanowiła jedno z najważniejszych ziół, chroniących przed urokami, wszelkimi bólami ciała, a jej działanie odnosiło się szczególnie do młodych kobiet. Dziewczyny, by zapewnić sobie trwałość urody i pomyślności w życiu, opasywały się bylicą trzykrotnie. Czyli była i na głowie w wianku, i na biodrach jako opaska. A czasem przywiązywana do uda, by miłość była gorętsza (ta cielesna, nie duchowa). Na Mazurach panowie wszywali ją sobie w ubranie.

Często zbierano bylicę razem z łopianem (a może z podbiałem?), który również słynął z ochronnych i uzdrawiających właściwości. Według dawnych podań z obu tych roślin przyrządzono wywar, który sprawił, że ucięta głowa św. Jana Chrzciciela przyrosła z powrotem do ciała.

Bylica pospolita jest światłolubna, rośnie na ubogich, suchych ziemiach, tak samo jak na bogatych glebach gliniastych. Dane z książek naukowych wskazują jednak na gleby eutroficzne. Występuje na terenach zaburzonych (w sensie ekologicznym) przydrożach (to naukowe określenie na miejsca przy drogach), miedzach, przypłociach, terenach kolejowych, a nawet hałdach i na przydomowych śmietniskach. W warunkach naturalnych spotyka się ją w łęgu topolowym.

Jak wyczytałem na różnych stronach internetowych, bylica pospolita dla plemion germańskich była najpotężniejszą (w sensie magicznym) ze wszystkich roślin magicznych. Nazywano ją Mugwurz (Muggert, Müggerk, angielskie mugwort) – Korzeń Władzy. Słowo pochodzi od mug=ogrzewać/wzmacniać. Inne określenia to saksońskie Wyrta Modor – Matka Korzeni lub Matka Przeznaczenia. Ta matka ziół, korzeń władzy, jest w anglosaskim zaklinaniu ziół przywoływana jako pierwsza takimi słowami: „Przypomnij sobie, Mugwurz, co obwieściłaś, co uroczyście ustanowiłaś. Imię Twoje Una, najstarsze z ziół, władzę masz przeciw trzydziestu i przeciw trzem. Władzę przeciw fruwającej truciźnie, władzę przeciw nieszczęściu, co przez kraj kroczy”. Cokolwiek by to znaczyło to brzmi dostojnie i groźnie.

W ziołolecznictwie stosuje się herbatkę z liści i kwiatów na regulację trawienia oraz likwidowanie katarów żołądka. Pije się trzy razy dziennie po pół szklanki. We wcześniejszym wpisie wspominałem o płodności (zbierana z siedmiu miedz) i budzeniu pożądliwości. Podobno dawniej bylica pospolita stosowana była jako środek uzdrawiający dla kobiet, bowiem miał zastosowanie do pobudzenia menstruacji. Napar lub wywar z bylicy był pity przy porodzie, alby usunąć łożysko lub nieżywy płód. W silnej, toksycznej dawce używano tego ziela, podobnie jak jałowca, do pozbycia się niechcianego dziecka (stosowana w nadmiarze może wywołać poronienie).

W XVI w. zielarz Otto Brunfels polecił wywar z bylicy w formie nasiadówki dla niepłodnych kobiet, ponieważ w jego mniemaniu czyści macicę, odprężą i ogrzewa. U nas na płodność bylica miała pomagać, gdy zbierana była z siedmiu miedz (ale nie doczytałem w jakiej formie stosowano – może także w formie nasiadówki?). Według średniowiecznego zielarza bylicę gotuje się w piwie i pije. Ciekawe jak takie piwo smakuje?

Z kolei wedle dawnych przepisów zapalenia jajników kurowano kąpielami nóg w wywarze z bylicy. Do moczenia nóg zapewne piwa już żałowano. W smaku bylica jest gorzka, ale wypita skutkuje odprężająco i rozgrzewająco podbrzusze. W średniowieczu (a może i wcześniej) bylica była wypróbowanym środkiem przeciw „wiązaniu sznura” (zaczarowanej impotencji) i „zamykaniu łona”” (oziębłość seksualna wywołana czarami). Jak widać magia w tamtych czasach mieszała się z medycyną. Taki był paradygmat. W obu wyżej wymienionych przypadkach chodziło o tak zwany czar zawiązania, który mógł zostać odczarowany dzięki mocy bylicy. Jeśli przypomnieć sobie zwyczaje sobótkowe Słowian i odganianie demonów przez wianki czy przepaski (lub okadzanie) z bylicy, to można dojść do wniosku, że towarzyszy człowiekowi ta roślina od dawna. Na tej podstawie można przypuszczać, że już u Praindoeuropejczyków była znanym i była magicznym zielem, związanym z płodnością i czarami (ochrona przed czarami).

W czasie przesilenia letniego ludy germańskie świętowały i to przez kilkanaście dni (Słowianie też świętowali swoje kupalnocki, ale nie wiem czy tak długo). Zbierano kwitnące zioła posiadające moc leczniczą i odporne na czary, takie jak: dziurawiec, arnika, rumianek, przywrotnik, chryzantemy. Na wzgórzach płonęły ogromne ogniska. U Słowian była to Noc Kupały, czy Palinocka. I Germanie i Słowianie tańczyli wokół ognia (po prawdzie to dyskotek z odblaskowymi kulami i halogenami jeszcze nie było, więc jak tu nie tańczyć wokół ogniska?). Przepasani gałązkami bylicy wplatali we włosy kwiaty i wianki z bluszczyka kurdybanka. Pary zakochanych, trzymając się za ręce, przeskakiwały przez płonące ogniska w drugą połowę roku. A przynajmniej na drugą stronę ogniska. Kto choć raz rozpalił na biwaku ognisku i siedział dłużej, do nocy, ten wie, że kusi skakanie przez ogień, niezależnie od pory roku. I nie trzeba do tego motywacji magicznej czy obrzędowej. Skoro jest ognisko, to kusi, żeby przeskoczyć. Ciut adrenaliny we krwi… od razu poprawi samopoczucie.

W sumie czerwcowe zabawy sympatyczniejsze są niż te współczesne sylwestrowe. Jest znacznie cieplej i spanie na gołej ziemi nie szkodzi. Gdy noc się kończyła, podobno wtedy do żaru dogasającego ognia wrzucano bylicę (lub wianki z bylicy, bo pewnie całe drewno zostało już zużyte) wypowiadając przy tym słowa: „Niech przeminie i spłonie z tym zielem całe moje nieszczęście!”. Dzisiaj skomentowali byśmy „upił się na smutno”. I podobno wierzono (albo teraz tak to interpretujemy lub neopogańsko kreujemy), że wraz z nim spłoną wszystkie nieczystości, wszystkie spowodowane przez czary cierpienia i choroby.

Skoro Noc Kupały wiąże się z płodnością, i skoro tym obrzędom towarzyszyła bylica, to nic dziwnego, że znaczeniowo roślina ta wiązana była z płodnością. Zarówno w wymiarze magicznym jak i zielarsko-medycznym. Podobno Germanie wierzyli, iż bylica przekazuje bogu piorunów również siłę erotyczną (przez co mocniej bije piorunami). Zgodnie z tym ta roślina daje się zastosować jako czar miłosny.

Ale z bylicy także wróżono. Było to „łamanie bylicy” u wschodnioniemieckich dziewcząt w noc świętojańską (czy inne ludy środkowoeuropejskie tak wróżyły, to nie wiem, ale pewnie zwyczaj zanotowano na Wschodnich Niemczech). Może była to jakaś wróżba, o której poprzednio pisałem (w poprzednim wpisie)? Czyli łamanie łodygi… ale jak to zinterpretować? Podobno te wschodnioniemieckie dziewczęta tak długo wpatrywały się nieruchomym wzrokiem przez gałązki ułamanej łodygi, aż otwierała się przed nimi magiczna strona świata i przed wewnętrznym okiem ukazywał im się ich przyszły narzeczony. Nie wiem co bardziej wizjom sprzyjało, sama bylica czy pragnienie i zakochane serce młodej dziewczyny? Dzisiaj zazdrościć możemy wspólnej, społecznej zabawy w przestrzeni publicznej. Już dużo rzadziej siedzimy wspólnie na trawie (lub gdziekolwiek), częściej w samotności przed komputerem, czytając różne horoskopy. Wpatrując się w ekran monitora by swoim mitycznym trzecim okiem zobaczyć swojego narzeczonego (narzeczoną). W młodym wieku dwie sprawy są najważniejsze: czy jestem kochany i czy potrafię kochać kogoś innego. A bylica, karty czy monitor to tylko akcesoria dodatkowa i wcale nie najważniejsze…

Aby zamknąć wątek miłosny, warto przypomnieć jeszcze jeden wyczytany w internecie dawny przesąd: miłość będzie bardziej namiętna (gorętsza), jeśli kobieta przywiąże sobie bylicę do uda.

Podobno dawniej na wsi bylicę zawieszano nad drzwiami lub pod powałą, aby ustrzec się przed uderzeniami pioruna. Ewentualnie okadzano dom lub całe obejście bylicą (na Ukrainie jako obrzęd chroniący przed burzą i piorunami). Wiszące ziele bylicy – skoro chroniło przed czasami i złymi mocami w czasie nocy świętojańskiej, to i w domu chroniło przed gradobiciem. Ponoć dawni rolnicy wtykali bylicę w ziemię w czterech kątach pola, co miało ochronić przed gradobiciem. Jeśli przyjąć, że burze i gradobicia sprowadzały złe moce, to przy takim interpretowaniu świata zabiegi te miały sens. Chroniły przed czasami, z których grad się brał. A nie przed samym gradem jako takim.

W tym zimowym czasie sporządzano ponoć maść na latanie. Oczywiście tylko czarownice, szamani i inne Baby Jagi. Choć był to okres, gdy gęsi konsumowano. Były dobrze podtuczone a trzymać przez zimę zbyt wiele inwentarza nie było warto. Aby sporządzić maść na latanie, składano w ofierze gęś (albo gąsiora, oczywiście ofiarę samemu zżerając, każdy pretekst do konsumpcji dobry i atmosferę doniosłą, jak w restauracji przy świecach czyniący). Zwierzę nacierano bylicą i wędzono. Bylicy dodawano również do pieczonych gęsi. Zwyczaj dodawania do pieczonych mięs brał się albo z potrzeby kulinarnej (teraz mamy bogatszy wybór przypraw i aromatycznych ziół), albo dodatkowo doprawiano to magiczną opowieścią. A czy my i dziś nie lubimy ubarwiać i ozdabiać tajemniczymi opowieściami różnych zwykłych czynności? Czyż słowo „magiczny” w XXI wieku nie jest namiętnie używane? Albo kultowy? W każdym razie goryczki i olejki eteryczne z bylicy pobudzają wydzielanie soków żołądkowych i żółci a tym samym poprawiają trawienie tłustej pieczeni.

Wracając do maści ułatwiającej lot. Tłuszcz z gęsi był roztapiany i gotowany z lulkiem czarnym, wilczą jagodą, szczwołem oraz innymi silnie trującymi ziołami. Jeśli nasmarowało się taką maścią, dusza odrywała się od ciała i odlatywała (nie wiem czy do tego potrzebna była miotła). Tradycja iście szamańska. Na Syberii jedzono w tym celu czerwone muchomory. Podany wyżej zestaw roślin też zapewniał efekty halucynogenne. A dozować trzeba było umieć, gdyż przedawkowanie groziło odlotem totalnym i nieodwracalnym (rośliny trujące). Możliwe, że słowo wiedźma pochodzi od wiedzieć. Wiedzieć ile, co i jak.

A gęś? Gęś jest smaczna i tyle. Można oczywiście dodać, że była prastarym symbolem zmniejszającej się i znowu zwiększającej siły słońca. Ale to może tylko poetyckie opowieści na długie wieczory w kurnej chacie, bez telewizora, długich brazylijskich seriali, miłości nad rozlewiskiem na dobre i na złe, bez internetu i książek przygodowych. W każdym razie dawniej wiedza o przyrodzie była dużo większa. Przeloty dzikich gęsi zapowiadały wiosnę, więcej ciepła i jedzenia oraz koniec mrocznej, chłodnej i głodnej zimy. Jesienny odlot gęsi wieszczył nadejście śniegu. Można więc przyjąć interpretację, że tłuszcz z pieczonej gęsi, wymieszany z wymienionymi wyżej trującymi ziołami, po nasmarowaniu się nim sprawiał, że szamani sami jakby stawali się dzikimi gęśmi. By polecieć do „tamtego świata umarłych” i przynieść cenne wieści z tej drugiej strony. I by zaradzić chorobie czy innemu nieszczęściu dzięki tak pozyskanej wiedzy „z drugiej strony”.

Szamanem nie jestem, ale sobie znanymi sposobami i rytuałami polecę do świata książek i za jakiś czas przylecę i napisze dalsza część rozważań o bylicy pospolitej, co wcale pospolitą nie jest.

Moja babcia namawiała nas, byśmy zjadali skrzydełka kurze, to nam wyrosną własne i będziemy fruwać (mój brat był potem szczerze zawiedziony, bo jednak skrzydła mu nie wyrosły). Zabobony? Nie, próba namówienia dziecka do jedzenia. A czy i dziś nie mówimy innych dziwacznych rzeczy: zjedz kaszkę, bo przyjdzie pan policjant i cię zabierze. Albo za zdrowie mamy, taty, babci i wszystkich krewnych.

Ilustracja u góry: Carl Axel Magnus Lindman – «Bilder ur Nordens Flora» Stockholm, źródło: Wikimedia Commons

O bylicy, płodności, przyprawach, kadzidle i starodawnym środku na robaki i na wszy

bylica2W roku Oskara Kolberga tym bardziej mnie korci, by poszukiwać konotacji kulturowych w powiązaniu z dziedzictwem przyrodniczym. Rozpisuję się o różnorodnych zwyczajach i wierzeniach z ciekawości poznawczej a nie o umiłowania guseł i zabobonów. Ciekawi mnie splatanie się dziedzictwa przyrodniczego (czystej biologii) ze sposobem użytkowania i śladami w historii czy dawnych wierzeniach, zwyczajach, zabobonach. Wiedza to nie suma informacji ale paradygmat (system) z tymi informacjami. Kiedyś (w różnych paradygmatach) duchowość łączyła się z przyrodą, realność z tworami fantastycznymi. Tak rozumiano świat. Nie było to głupsze, było po prostu inne. Nie przykładajmy współczesnego rozumienia do dawnych sposobów widzenia świata. Raczej spróbujmy je zrozumieć.

Bylica pospolita jak sama nazwa wskazuje to chwast zwyczajny, obok którego przechodzimy i nie zwracamy nań uwagi. A bylica ulgę przynosi, więc nie dziwi dawny szacunek i wiążące się z nią przekonania o sile tajemnej i magicznych czynnościach z bylicą w tle lub nawet w centrum uwagi.

Czy paliłeś kiedyś ognisko drogi czytelniku (lub czytelniczko)? Przypomnij sobie, bo potrzebuję Twojego doświadczenia. Próbuję je pobudzić przez intelektualny rezonans wypisywanymi tu słowami. Może na biwaku? Kto palił, ten wiem, że siedząc przy ogniu wrzuca się różne rzeczy, nie tylko polana i gałązki. Czasem coś zaiskrzy, czasem zapiszczy, czasem zadymi, czasem wydobędzie się aromatyczny zapach. Przy okazji można odkryć to i owo.

bylica_pospolitaWrzucając „zielsko” można poczuć przeróżne zapachy i aromaty. I dym snujący się nad ogniem. Tak pewnie przed tysiącami lat nasi przodkowie odkryli aromaty z bylicy płynące. Nie tylko przy ognisku pod gołym niebem ale pewnie częściej i w palenisku w kurnej chacie. Wrzucając bylicę można było pomieszczenie wypełnić przyjemnym aromatem. Albo „zabić” smród zwierząt domowych lub „wydusić” naprzykrzające się robactwo. Warto nadmienić młodszemu pokoleniu, że nazwa kurnej chaty nie wzięła się od kur tylko od kurzenia, czyli palenia i z dymem. Czasem można jeszcze gdzieś przeczytać o tym, że ktoś zakurzył (czyli zapalił) papierosa lub fajkę. Bardziej więc o dym z ognia pochodzący w kurzeniu chodzi.

A że nie jedna jest bylica na świecie, to czytając stare księgi i podania zawsze można mieć wątpliwość, o  którą bylicę mogło chodzić, o pospolitą czy o piołun, czy o estragon, czy też nie miało to znaczenia?

Kadzidło zagłusza złe zapachy, stąd wrażenie oczyszczania powietrza… nawet ze złych mocy.

Medycyna ludowa to pozostałości po dawnej wiedzy i medycynie, swoisty skansen, przetworzony, wdrożony i przyswojony. Kopalnia wiedzy etnograficznej i pole dla rozważań o dziedzictwie przyrodniczym.

Bylica to ziele, które noszono podczas obrzędów (lub tylko zabawy) w Noc Kupały a później w Noc Świętojańską, zarówno na głowie w postaci wieńców (przez co głowa miała nie boleć przez cały rok, choć niektórzy wskazują, że w celach przeciwbólowych należało ją nosić w wigilię Nocy Świętego Jana), jak i przewiązane w pasie. Opaska z bylicy – wedle dawnych ludowych wierzeń – chroniła przed demonami (szczególnie wodnymi). Natomiast okadzanie nią odpędzało chmury i burze. Czyli również coś z wodą. Ciekawe dlaczego? A do wodnych demonów można byłoby chyba zaliczyć: topielice, rusałki, świtezianki, bagniki…. Teraz to nazwy owadów. W przyrodzie nic nie ginie, czasem zmienia tylko formę. Taka to ewolucja kulturowa (mam na myśli nazwy).

Bylica pospolita (Artemisia vulgaris L.) to roślina, rosnąca na miedzach i przychaciach, uważana za chwast. W niektórych krajach wykorzystywana jako przyprawa do pieczonego mięsa. Powszechnie wykorzystywana w medycynie ludowej oraz w fitoterapii. Dawniej wykorzystywana była także jako roślina magiczna.

Bylica to bylina czyli roślina wieloletnia, ten element zachował się w słowie „byliny” – oznaczającym kroniki w starych językach słowiański, coś co już było, a bylina była już w poprzednim roku i teraz ponownie wyrasta z korzeni czy kłączy. Jest rośliną aromatyczną, o charakterystycznym zapachu, dla niektórych osób nieprzyjemnym. Ale o gustach podobno się nie dyskutuje, więc nie rozstrzygniemy czy zapach przyjemny czy nieprzyjemny. W każdym razie charakterystyczny.

Jest to roślina z grubym i mocnym kłączem. Łodyga jest prosta i sztywna, w górze rozgałęziona. W górnej części jest wełnisto omszona, z czerwonawymi odcieniami. Bylica dorasta do wysokości 2 metrów, zazwyczaj w przedziale 80-220 cm wysokości. Liście są pojedyncze lub podwójnie przerzastodzielne, górna strona liści jest ciemnozielona, pod spodem jaśniejsza z białawym kutnerowym owłosieniem.Od tej jaśniejszej, spodniej strony zapewne nazwa rośliny – bielice-bylica. W dolnej części odziomkowe liście są łodygowato ogonkowe, w górnej części rośliny liście są typu siedzącego. Kwiaty są rurkowate, żółte lub czerwonawe, umieszczone w jajowatych koszyczkach długości ok. 4 mm, zebrane w dużą wiechę. Kwiaty brzeżnie są słupkowe, nitkowatorurkowate, środkowe – obupłciowe, rurkowate, 5-ząbkowe. Kwitnie od lipca do września. Owocem jest niełupka, bez włosków puchu kielichowego, odwrotnie podłużnie jajowata.

Bylica zwyczajna zawiera olejki eteryczne, których głównymi składnikami są: cyneol i tujon, w mniejszej ilości izotujon; ponadto adeinę inulinę, chalkony, gorzkie laktony sekswiterpenowe, związki żywicowe, flawonoidy, garbniki gorzkie, witaminy: A, B, C.

Zasięg występowania bylicy pospolitej obejmuje Europę i Azję, włącznie z Indiami. Występuje także w Ameryce Północnej (włącznie z Alaską). W Polsce występuje głównie na niżu, w Tatrach dochodzi do wysokości ok. 1370 m n.p.m. Rośnie na glebach żyznych (roślina azotolubna), na miedzach, nieużytkach, w siedliskach ruderalnych, ogrodach, na przychaciach i przy płotach. Spotkać można ją nad brzegami rzek oraz strumieni i w zaroślach. Może to wilgotne i nadbrzeżne siedlisko występowania zrodziło przekonanie, że ma jakiś magiczny związek z wodą i że odgania demony wodne? Lepiej więc ją przy sobie nosić. Jeśli demonów nie odgoni, to przynajmniej pachnieć będzie. Co ze względu na dawną higienę i rozliczne zapachy ciała, mogło mieć kosmetyczne znaczenie. No cóż, nasi przodkowie perfum ani dezodorantów nie mieli. Ale wiedzieli jak wykorzystać przyrodę… Taką wiedzę, związaną z dziedzictwem kulturowym i przyrodniczym (tak byśmy to teraz określili), warto teraz odtwarzać.

W Starożytności bylica była cenioną rośliną leczniczą, odpędzającą także węże i przeciwdziałającą wściekliźnie (nie doczytałem tylko jak przeciwdziałała wściekliźnie: spożywana czy tylko noszona). Bylica pospolita była rośliną magiczną już u Praindoeuropejczyków, jak można wnioskować. Ślady tego magicznego folkloru pozostały w kulturze Celtów, Germanów, Słowian i Bałtów. Wśród Słowian używana była do plecenia wianków w czasie obrzędów sobótkowych w Noc Kupały (noc świętojańska).

Bylica z siedmiu miedz zebrana

W starej formule anglosaskiej święcenia 9. ziół uważano bylicę za ziele najstarsze. U Celtów i u Słowian z bylicą łączono liczne przesądy, między innymi miała stanowić ochronę przed czarami. W polskim folklorze ludowym ten przesąd utrzymał się bardzo długo. Zalecano ją kobietom na płodność i poczęcie, szczególnie bylicę z dziewięciu miedz zebraną. Teraz – zważywszy na wielohektarowe monokultury – trzeba byłoby się nieźle nachodzić, by siedem miedz odwiedzić. Dawniej było to łatwiejsze – pola były małe i pooddzielana licznymi miedzami. Nie tylko dla kobiet zbierających bylicę było to korzystniejsze ale i dla wielu gatunków roślin i zwierząt. Ujednolicanie krajobrazu bioróżnorodności nie służy. A z przymrużeniem oka mogli byśmy powiedzieć, że jest przyczyną spadku dzietności u Polek.

Przy konsumpcji bylicy pospolitej obserwowano działania toksyczne, podobne są jak w przypadku piołunu, tylko ze względu na mniejsze zawartości trucizn są znacznie słabsze. Wszystko oczywiście zależy od ilości, bo pędy wierzchołkowe, przed zakwitnięciem, dawniej używano jako przyprawę do pieczonych mięs. Dziś chyba zapomniana to przyprawa, bo wyparta przez efektywniejsze w tym względzie: bylicę estragon i bylicę piołun (ta ostatnia częściej jako dodatek do alkoholi).

Dziedzictwo kulinarne i medyczne

W niektórych krajach wykorzystywana jest jako przyprawa do mięs (pieczyste). Bylica pospolita wykorzystywana jest w zielarstwie (Herb. Artemisiae). W fitoterapii wykorzystywana ze względu na zawartość olejku lotnego (do 0,2 % w części nadziemnej) z cyneolem oraz tujonem. Ponadto zawiera związek goryczkowy. W korzeniach (surowiec zielarski pod nazwą Radix Artemisiae) znajdują się olejki (do 0,5%), inulina, garbniki i żywice (do 9%).

Herbatka z liści i kwiatów reguluje trawienie, likwiduje katary żołądka i jelit.

Noc Kupały seks czy społeczne spełnienie się?

Zacząłem od ogniska i palonych w nim ziół. W kontekście wierzeń i rytuałów warto wspomnieć o palonych ogniskach w czasie Nocy Świętojańskiej, czyli o ogniach sobótkowych. Rytuał Nocy Kupały rozpoczynał się rozpalaniem ogniska z drewna jesionu i brzozy. Kora brzozowa dobrze się pali (znowu odwołuję się do doświadczenia tych, to w warunkach terenowych ognisko rozpalali, czyli coś z survivalu). Może więc były to względy przede wszystkim praktyczne, dopiero później obrosły one interpretacjami magicznymi (dlaczego ma być brzoza).

Wokół ognisk gromadziła się przede wszystkim młodzież (bo to im figle w głowie i poszukiwanie drugiej połówki), a panny na wydaniu przybywały w białych sukniach i wieńcach z ziół na głowach, przepasane bylicą. Bylica kwitnie od lipca do września. Pod koniec czerwca zapewne była to już duża roślina. Nie trudno było się więc przepasać bylicą pospolitą lub zrobić z kilku roślin splecione powrósło.

Panny na wydaniu, w tańcu przy ognisku i śpiewach, prosiły św. Jana (a wcześniej pewnie inne siły duchowe pogańskiego świata) o gorącą, odwzajemnioną miłość i szczęśliwe zamążpójście. Teraz może bardziej w naszej kulturze seks by był nam w głowach. I może interpretujemy Noc Kupały jako okazję do uciech i figli. Ale dawniej zamążpójście było niezwykle ważne, przede wszystkim społecznie. Dziewczyna stawała się dorosłą kobietą, z zapewnionym bytem materialnym, czasem sukcesem społecznym i awansem. Natomiast urodzenie dziecka (w zasadzie dzieci) było również ważne i było społecznym i osobistym spełnieniem. Bezpłodność była tragedią. Przyroda rodziła, a skoro człowiek był częścią przyrody, to jakże miał nie rodzić? Niczym jałowa ziemia? A gdy bociany na dachu nie pomagały to i za bylicą po siedmiu miedzach kobiety się trudziły. To był inny świat i inne wartości. Czasem o tym zapominamy.

Tańce wokół ogniska i skakanie przez nie ponoć chroniły przed złymi mocami. Zwłaszcza jeśli miało się na sobie magiczne zioła. Pewnie oprócz bylicy były i inne gatunki roślin. Przecież trzeba nie tylko demony wodne odpędzić od siebie i swojego życia, ale i inne: leśne, polne, podziemne. Udany skok przez ognisko, ze złączonymi dłońmi chłopca i dziewczyny, wróżył im szybki ślub i udane małżeństwo. Jak się mieli ku sobie (przecież trzymają się już za ręce), to po co te magiczne zabiegi? Ale i w tym przypadku warto sobie uświadomić odmienność dawnych światów (bo przecież nie jednego systemy społecznego). Małżeństwa z miłości to zupełnie niedawny wynalazek. Chyba z XIX wieku, a powszechniej to dopiero od połowy XX wieku. Wcześniej inne względu decydowały i inne osoby miały ostateczne słowo. Nie tylko rodzice ale i relacje społeczne. Może więc skakano razem, z magicznymi ziołami, by złe moce od planowanego w skrytości małżeństwa odgonić i zjednać sobie przychylność mocy duchowych… a w konsekwencji zgodę rodziców, rodów i starszyzny plemiennej.

Do ognisk kupalnockowych (znaczy się później zwanych świętojańskimi) wrzucano zerwane dnia poprzedniego zioła: bylicę, dziurawiec, czarny bez, biedrzeniec, łopian, leszczynę i wiele innych roślin. W czasie Nocy Świętego Jana zioła te wcześniej święcono w kościele (gdy była to Noc Kupały, kościołów przecie nie było) – by zapewne moc magiczna jeszcze wzmocnić. Dym ze spalonych w ognisku świętojańskim ziół chronił przed czarownicami, złym urokiem i wszelkim złem. Chronił pewnie ogień, jak i zioła oraz dym niczym kadzidło, z ognia się wydobywający. Wianki z bylicy miały strzec przed chorobami i urokami czarownic. Nie wiem jak z tymi czarownicami, ale przed niektórym „robactwem” chroniły na pewno. Obchodzenie domostw z zapalonymi pochodniami o świcie, po Nocy Świętojańskiej, miało wypędzać złe duchy. Pewnie wracali z całonocnych (a noc wyjątkowo krótka i świt szybki), to i chałupy okadzali.

Odprawiano również rozmaite wróżby, bardzo często związane z miłością, które pomagały poznać przyszłość. Ja z dzieciństwa zapamiętałem wyrywanie płatków z kwiatu rumianku „kocha, nie kocha itd.”. Dziecięca zabawa, ale może to pozostałość po dawniejszych wróżbach? A podobno przed wiekami wróżono ze zrywanych w całkowitym milczeniu kwiatów polnych (im dziwniej tym dla mocy duchowych lepiej). Wróżono dawniej z rumianku i kwiatów dzikiego bzu (ale jak?), z cząbru, ze szczypiorku, z siedmioletniego krzewu kocierpki z innych roślin. I wróżono z bylicy. Nie wiem jak, ale wróżono. Może tak jak my w wieku szkolnym z nitki? Odkładając palcami długość i wymieniając litery alfabetu. Na jakiej się skończyło, na taką literę miała mieć na imię żona (lub mąż, gdy wróżyła sobie dziewczyna). Albo przynajmniej jakiej osobie się podobam w danym momencie. Dawniej alfabetu ludzie nie znali – w większości byli przecież niepiśmienni. Ale może zamiast alfabetu były to jakieś wierszyki? Wróżono także z wody w studniach oraz innych znaków przyrody. Znaków, które dla nas mieszczuchów są obecnie nieczytelne.

Powszechnie wierzono też, iż osoby biorące czynny udział w sobótkowych uroczystościach, przez cały rok będą żyły w szczęściu i dostatku.

Z wierzchołkowych fragmentów pędu bylicy robiono „kadzidła” . Podobno roślina ta miała właściwości halucynogenne podobnie jak bylica piołun. Może więc dym z bylicy przyprawiał o różne wizje i stąd przekonanie o właściwościach magicznych? Na przykład w jednej ze średniowiecznych ksiąg wyczytać było można, że bylica położona pod łóżkiem czy poduszką budzi nieprzyzwoite żądze. Czyżby afrodyzjak? A może tylko zagłuszała nieprzyjemne zapachy, co ułatwiało budzenie się miłosnej żądzy? W każdym razie doczytywanie o bylicy pospolitej we mnie budzi żądze… wiedzy i poznawania.

c.d.n.

10 lat Bloxa… i moje 9 lat pisania

Prawie 9 lat temu zacząłem pisać bloga. Nie wiem czemu mój wybór padł ba bloxa. Zapewne ta platforma pierwsza mi się wygooglowała. Albo z innych powodów rzuciła się w oczy. W każdym razie w sierpniu 2005 roku to był mój nieporadny pierwszy raz. Wtedy wydawało mi się, że późno dołączam do blogosfery. Okazuje się jednak, że w tym roku Blox obchodzi 10-lecie istnienia. To za rok i ja będę obchodził jubileusz :).

Przerzuciłem się na blogowanie z dwóch powodów. Po pierwsze sprowokowali mnie studenci (konsultacje e-learningowe), po drugie zarządzanie stroną www było kłopotliwsze. Wraz z Bloxem wszedłem w nowy etap pisania „w chmurze”. Wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem….

10 lat w rzeczywistości elektronicznej i internetowej to wiek cały. Sam nie potrafię programować. Mój blog na Bloxie jest więc taki trochę siermiężny i starodawny. Kilkakrotnie próbowałem z innymi platformami, bardziej nowoczesnymi, dającymi większe edytorskie możliwości. Ale Bloxa nie opuszczam. Żal byłoby porzucać tyle lat pracy. I emocjonalnej historii blogowania.

Razem z Bloxem nauczyłem się wiele. I ciągle się uczę. Pisanie uczy. Ale jednocześnie jest jakąś formą kształcenia ustawicznego. Jest też notatnikiem do gromadzenia myśli i pomysłów. Notatnika, do którego zaczynam coraz częściej zaglądać i wykorzystywać dawniej zapisane pomysły.

Zdjęcie u góry pochodzi z magazynu „Made in Warmia & Mazury„, a artykuł dotyczy blogowania. Moje blogowanie zaczęło się właśnie na Bloxie…

Najpierw było po kilka odwiedzin dziennie. Potem systematycznie rosło. W miarę upływu lat i rozwijania moich umiejętności pisania, wpisy blogowe bywały przedrukowywane, linkowane i komentowane w różnych innych miejscach. Blog stał się opiniotwórczy. I coraz liczniej odwiedzany (zobacz przykład). Nie wiem ile wpisów przez te 9 lat zamieściłem. Statystyka wskazuje mi tylko liczbę komentarzy – a jest ich 1574. Natomiast liczba odwiedzin wyświetla się taka: 290311. Ale statystyki nie mają znaczenia. Ważniejszy jest sentyment…

A dlaczego warto pisać? Kilkakrotnie już to wyjaśniałem (np. tu)

Tak więc przechodzę do rzeczy 100 lat Bloxie

(100 lat w internecie to jak 1000 dla cywilizacji)