Nie trudno zauważyć, że współczesna kultura kręci się wokół ciała. Dominacja cielesności widoczna jest w każdym miejscu: bieganie, sport, jedzenie, odchudzanie i seks wypełniają uliczne bilbordy, księgarnie, teatry, kina, czasopisma i internet. Ludzie jedzą, biegają, upiększają się i współżyją… w kulturze, bo w życiu codziennym to znacznie już mniej. W każdym razie niektóre aspekty cielesności są nieopcjonalnie wyeksponowane, inne zupełnie odwrotnie. Bo na przykład prawie jedną trzecią doby przeznaczamy na sen. A czy tyle miejsca w kulturze przeznaczamy na ukazywanie naszego spania? Chyba, że w podtekście erotycznym. Ale to bardziej czynności w łóżku inne niż spanie. Lub czynności wykonywane w toalecie? Robimy to codziennie, ale w książkach i filmach ten intymny aspekt jest w zasadzie przemilczany. Chyba, że w kontekście erotycznym.
W kulturze tej popularnej i tej tak zwanej wyższej obecny jest kult młodości, piękna i erotyki. Cielesność nieodłącznie i mocno kojarzy się z biologią. Co więcej, naszą wielowymiarową cielesność tłumaczymy biologią i biologią (natura) usprawiedliwiamy (w szczególności seksualność). Co innego kultura i duchowość, te próbują okiełznać naszą przyziemną i instynktowną (a więc biologiczną) cielesność. Albo wręcz odwrotnie – mocno nakręcić. Bo przecież z kolorowych pism, Facebooka czy reklam nieustannie jesteśmy namawiani byśmy jedli, odchudzali się, leczyli, upiększali i uprawiali seks. Rozważania ewolucyjne przynoszą jednak zaskakujące obserwacje. Ale to za moment.
Jednym słowem biologiczna cielesność jest różna od tej kulturowej cielesności. A że świat nieustannie się zmienia, to biologiczne wyrażanie cielesności zmieniało się na przestrzeni milionów lat.
Cielesność biologicznie jest przyjemna. Wydzielają się hormony szczęścia – endorfiny, nasze autogenne narkotyki. To dlatego nas tak zniewala i trudna jest do okiełznania.
Życie biologiczne na Ziemi powstało około czterech miliardów lat temu. I przez pierwsze dwa miliardy lat (połowę istnienia dotychczasowego) cielesność sprowadzała się do odżywiania (nie licząc instynktu samozachowawczego i ucieczki przed śmiercią). Odżywianie jest niezwykle ważne z biologicznego punktu widzenia i przetrwania gatunku. Nic więc dziwnego, że pojawiły się mechanizmy generujące przyjemność. Bo gdyby nie przyjemność czerpana z jedzenia, to czy najróżniejsze zwierzęta trudziłyby się w męczącej pogoni za pokarmem? Męczące gryzienie i przeżuwanie… gdyby nie wewnętrznie odczuwana przyjemność, pewnie byśmy o tych czynnościach zapomnieli.
Rozmnażanie płciowe pojawiło się stosunkowo późno, jakieś dwa miliardy lat temu. Seks jest kosztowny, ale przynosi zysk ewolucyjny. Ale czy gdyby nie przyjemność (gwarantowana wydzielanymi endorfinami), to podjęli byśmy się męczącego uganiania się za płcią przeciwną? Męczące, ryzykowne i kosztowne. A rodzenie dzieci nawet może kończyć się śmiercią. Wydzielające się w mózgu endorfiny skłonią nas nie tylko do wysiłku ale i ryzyka.
Jedzenie i rozmnażanie ma głębokie uzasadnienie biologiczne, nic więc dziwnego, że na drodze ewolucji pojawiły się biologicznej mechanizmy nagrody i odczuwanej przyjemności. Zaskakujące jest jednak to, że mniej więcej jakieś 100-200 tysięcy lat temu (lub trochę wcześniej) pojawiła się biologicznie generowana przyjemność… z myślenia! Wydzielają się nam endorfiny , gdy rozwiążemy zagadkę, coś wymyślimy, odkryjemy, wzruszymy się usłyszaną muzyką, czy oglądanym obrazem itd. Można powiedzieć, że jest to biologicznie uwarunkowane czerpanie przyjemności z kultury. I trudno jak na razie dobrze to biologicznie uzasadnić (w odróżnieniu od jedzenia i seksu).
Czy jedzenie może być oderwane od odżywiania się? Tak, bo odczuwamy przyjemność. Nie wspomnę o starożytnych Rzymianach i ich ucztach i piórkiem w gardle. My również jemy ponad biologiczną potrzebę, co objawia się dwoma narastającymi chorobami cywilizacyjnymi: otyłością i cukrzycą. Jak zlikwidować nieprzyjemne skutki jedzenia w formie nadwagi? Jeść się chce, bo sprawia przyjemność, a ciało nie daje rady tego przetworzyć. Seks również sprawia nam przyjemność. W kulturze nastąpiło już oderwanie seksu od prokreacji. Często jest seks traktowany bardziej jako więź społeczna i poszukiwanie przyjemności… bez kosztów w postaci rozmnażania.
Seks oderwał się od rozmnażania. Endorfiny ewolucyjnie funkcjonujące w naszych ciałach są po to, by działać dla przyszłości a nie teraźniejszego lenistwa czy zbędnych kosztów. Analogicznie do jedzenia moglibyśmy mówić o chorobach cywilizacyjnych w postaci prostytucji czy seksoholizmu.
Czerpiemy przyjemność z myślenia i wrażeń artystycznych. A jaki to ma sens, skoro pojawiły się endorfinowy mechanizm nagrody? Być może w naszej kulturze myślenie oderwało się od pierwotnej użytkowości, utylitarność w formie przetrwania? Kultura byłaby więc wysublimowanym oderwaniem się od biologicznego przetrwania i przystosowania (ewolucja kulturowa szybsza niż ewolucja genetyczna, szybciej dostosowuje się do środowiska i zmian).
Niepraktyczna kultura dostarcza nam przyjemności, oderwana od cielesnej korzyści (przeżycia). Nie samych chlebem człowiek żyje, nie samą cielesnością.
Jemy ponad potrzebę, uprawiamy seks ponad potrzebę. A co z myśleniem i kulturą?
Biolodzy opisują przeszłość i teraźniejszość, by zrozumieć teraźniejszość (poprzez ewolucję). Futurolodzy analizują teraźniejszość by opisywać prawdopodobną przyszłość. Według Raymonda Kurzweila nadchodzi osobliwość, w której sztuczna inteligencja zacznie dominować nad biologiczną. Być może w XXI wieku dojdzie do fuzji biologii z technologią i robotyką. Cielesność oderwana od potrzeb i ewolucji biologicznej, seks bez prokreacji, jedzenie bez odżywiania się, myślenie bez … człowieka (realizowana przez sztuczną inteligencję).
Zdaniem Kurzweila niebawem nastanie era osobliwości, czyli “okres w przyszłości, w którym tempo zmian technologicznych będzie tak szybkie, a jego wpływ tak głęboki, że życie ludzkie zmieni się w sposób nieodwracalny”. Coś się zmieni, to pewne. Ale jaka będzie ta nasza przyszłość i nasza cielesność, uwzględniająca przyjemność z myślenia i wrażeń kulturalnych?
(rozszerzona wersja felietonu, wysłanego do VariArtu)

Porządny naukowiec powinien siedzieć w swoim laboratorium i uniwersyteckiej sali wykładowej? I tam oczekiwać na studentów, a nie badziać się po jakichś wsiach, skansenach czy targach chłopskich? Niby tak, ale świat się tak szybko zmienia, że trzeba wypatrywać zmian, eksperymentować by zrozumieć rzeczywistość i uczyć się nowych, niezbędnych umiejętności (
Dzisiaj Cała Polska Widzi Zioła, bo trwa ogólnopolska akcja edukacyjna pod taką właśnie nazwą. W ramach akcji różni ludzie spotykają się w lokalnych grupach „Poszukiwaczy Roślin”, plotkują o ziołach, zbierają i rozpoznają rośliny jadalne, lecznicze i kosmetyczne. I ja się przyłączam to tej edukacji pozaformalnej i trochę na blogu poplotkuję o ziołach.
Coraz częściej można słyszeć o mniejszej liczbie studentów na polskich uczelniach, o dziurze demograficznej, która pustoszy sale wykładowe i sprawia kłopoty finansowe wielu uczelniom. Ale napiszę przewrotnie – studentów wcale nie jest mniej, może nawet więcej. I postaram się to uzasadnić.
Poszukiwanie skarbów ekscytuje. Ostatnio nie tylko Polska żyje odkrywaniem „złotego pociągu”. I nie o złoto najbardziej chodzi ale o dotarcie do tajemnicy, uzyskanie sławy odkrywcy.
Z pytaniami słuchaczy na wykładach oraz dziennikarzy bywa tak, że nie pytają o to, co ja bym chciał najbardziej… tylko o to, co ich interesuje. I jest to całkiem normalne. Nie ma więc co się obrażać na rzeczywistość, raczej próbować ją zrozumieć. W okresie przedwyborczym w mediach tematyka się zmienia. Zapytania kręcą się wokół programów, sondaży i spraw pilnych do załatwienia. W sumie to dobrze, bo przynajmniej w części dotyczy to spraw ważnych a dyskusja jest jak najbardziej sensowna. Przynajmniej powinna.
W czasie wrześniowych, Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki 2015, gdy przechodziłem obok biblioteki, zauważyłem grupę szkolną wraz z nauczycielami, obserwującą nasz gliniany hotel dla pszczół. W taki niespodziewany i nieplanowany sposób nasza ekoinstalacja wzięła udział w Dniach Nauki. Edukacja pozaformalna w praktyce.
Nauka w puszce czyli odkrywamy czym jest nauka jako proces.
Na wydajność pracy wpływa wiele czynników. Chciałbym wspomnieć o zaufaniu społecznym. Gdy go brakuje, koszty pracy rosną. Męczy mnie to już od dłuższego czasu i wielokrotnie się „wyłuszczałem” i buntowałem. A problem narasta. Jego rozwiązanie tkwi w nas.
