Dziennikarstwo obywatelskie czyli być obiektem badawczym…

efektnudyNaukowiec bada świat… ale i czasem sam staje się obiektem badawczym. I ja tego doświadczam.. gdy jestem „przepytywany” jako obiekt badawczy. Nie pierwszy był to wywiad (w sensie naukowej ankiety i przepytywania) i nie pierwszy raz dotyczył pisania. Napisał do mnie pan Michał Kuś „(…)wraz z kolegami z kilku krajów europejskich realizuję obecnie badanie dotyczące dziennikarstwa obywatelskiego, w szczególności zaś doświadczeń i praktyki działania samych dziennikarzy obywatelskich. W związku z powyższym oraz faktem, że jest Pan zaangażowany w działalność serwisu olsztynska24.pl oraz własnych posiada Pan własne blogi byłbym bardzo zainteresowany przeprowadzeniem wywiadu z Panem jako osobą zaangażowaną w działalność w zakresie dziennikarstwa obywatelskiego. (…)”

Jak ktoś umie pisać, to niech pisze, i raczej nie po murach. Ale wróćmy do badania ankietowego. Było pytanie o źródła zainteresowania tematyką dziennikarstwa obywatelskiego. Niby proste pytanie, a tak trudno precyzyjnie na nie odpowiedzieć. To nie tylko kłopoty z pamięcią (nie robiłem przecież notatek, nie śledziłem swoich działań), to także złożoność zjawiska.. Bo jest wiele powodów i przyczyn, dojrzewających powoli i wielotorowo mojego spotkania z dziennikarstwem obywatelskim. Po pierwsze były potrzeby dydaktyczne, konieczność nauczenia studentów komunikacji w nauce i publicznych wypowiedzi. Preferuję naukę przez działanie i uczestnictwo. A żeby kogoś uczyć, trzeba samemu najpierw tego „spróbować”. Po drugie wynikało to z potrzeby komunikacji ze studentami w nowej rzeczywistości. Najpierw była to strona www, ale aktualizacja była kłopotliwa. Powstał więc blog, początkowo jako forma komunikacji i konsultacji on-line. Drugim ważnym powodem (przyczyną) było zetknięcie się z wolnymi licencjami, najpierw za sprawą Wikipedii, potem za sprawą innych zasobów, łącznie z tymi ściśle naukowymi. Chciałem ułatwiać upowszechnianie wiedzy, aktywnie w tym uczestnicząc i wychodząc poza sztywne licencje (wiedza powinna być szeroko dostępna bez względu na zamożność). Kolejną przyczyną były zmiany w mediach, związane z trzecią rewolucją technologiczną. Kiedyś wysyłałem materiały popularnonaukowe do redakcji w tradycyjnej formie (pisane na maszynie do pisania, potem już wydruk komputerowy). Gdy pojawiła się nowa, cyfrowa rzeczywistość, nie tylko czekałem na ofertę mediów, ale sam inicjowałem na portalach lokalnych działy związane z nauką. Różnie to wychodziło i ciągle brakowało piszących… Niby tak wielu ludzi potrafi pisać i tak wielu uczestniczy w badaniach naukowych i życiu uniwersytetu… a jednak tekstów ciągle brakuje.

Dziennikarstwo obywatelskie jest dla mnie obecnie formą edukacji pozaformalnej i upowszechnianiem wiedzy. Po drugie – w odniesieniu do innych osób, w tym studentów – jest formą samokształcenia. Można mobilizować do uczenia się poprzez egzaminy, sprawdziany, kolokwia. A można namawiać do publicznych wypowiedzi. Jeśli coś trzeba napisać, ubrać w słowa, to trzeba doczytać, przemyśleć i uporządkować własne myśli. Najwięcej z pisania korzysta więc… sam piszący.

Dziennikarzem obywatelskim może być każdy. Pisze wtedy, gdy coś ma do powiedzenia. Może ale nie musi. W rezultacie nie musi pisać na siłę (chyba, że sam narzuca sobie grafomańskie normy). W odniesieniu do siebie traktuję jako obowiązki pracownika uniwersytetu – upowszechnianie wiedzy w przystępnej, komunikatywnej formie. Najpierw były to tradycyjne próby w prasie papierowej (dzienniki lokalne, miesięczniki ogólnopolskiej, tematycznie związane z biologia i przyrodą). Obecnie są to głównie media elektroniczne, własny blog oraz blogi zawodowe i tematyczne czy związane z kierunkiem studiów (tam przede wszystkim stwarzam możliwości do pisania innym osobom).

Jestem ciekaw tych badań nad dziennikarstwem obywatelskim w Europie. To już nie będą jednostkowe wspominania ale analiza na dużej próbie. Ciekaw jestem wniosków. I tego, czy moje motywy są typowe.

Spokojnych Świąt Wielkiej Nocy (2016)

800px17thcentury_unknown_painters__The_Resurrection_of_Christ__WGA23478Spokojnych Świąt Wielkiej Nocy i optymizmu, płynącego ze Zmartwychwstania. A przy okazji odpoczynku od internetu i budujących rozmów przy świątecznym stole oraz refleksyjnych spacerów pośród zabytków kultury i niezwykłości przyrody w wiosennych sztach.

Ilustracja: By Unknown Icon Painter, Bulgarian (4th quarter 17th century) – Web Gallery of Art: Image Info about artwork, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15501963

Czy wiatraki szpecą krajobraz?

linieenergetyczneW wigilię pierwszego dnia astronomicznej wiosny podróżowałem pociągiem do Ełku. W podróży lubię patrzeć przez okno i podziwiać krajobrazy. Po drodze minąłem dwie „farmy” wiatrakowe. Pogoda była ciut zimowa, prószył śnieg przez co widoczność nie była najlepsza. Ale wiatraki widziałem. Przypomniały mi się dyskusje o wiatrakach, które ponoć szpecą krajobraz.

Zapewne wiatraki, tak jak wszystkie wytwory człowieka, zmieniają krajobraz, także w aspekcie estetycznym. Ale nie szpecą bardziej niż słupy linii energetycznych czy inne budynki infrastruktury. Do słupów już się chyba przyzwyczailiśmy. A przecież szpecą jeszcze bardziej. I jest ich znacznie więcej. Lokalna produkcja energii wymaga mniej linii przesyłowych. Wiatraki, które widziałem z okien pociągu nie szpeciły mi krajobrazu. Nie było ich wiele i nie dominowały w krajobrazie.

wiatraki

Jaja czarownicy (wiedźmy) czyli dlaczego świat widzimy podwójnie

czarciejajawsloikuEtnograficzne spojrzenie w przeszłość jest dla mnie okazją do refleksji nad tym jak dawniej ludzie rozumieli świat. Ot choćby takie jaja czarownicy (wiedźmy). Rosną w ziemi. Czasem zwane są czarcimi jajami lub okiem smoka. Skąd takie połączenie bytów magicznych z przyrodniczą rzeczywistością? I dlaczego teraz, patrząc na to samo, inaczej postrzegamy rzeczywistość? Fakt, że rzadziej bywamy w lesie, stąd i jaja czarownicy znamy raczej z obrazków w internecie niż osobistego doświadczenia.

Rozumienie przyrody i interpretacja otaczającego nas świata dokonuje się przez to, co widzimy, z czym się stykamy oraz przez pryzmat tego, co już wiemy, co sobie wyobrażamy. Świat widzimy podwójnie: z zewnątrz (obserwowane fakty) jak i z wewnątrz – poprzez nasz już istniejący system wiedzy, model świata. Dlatego ludzie patrzą na to samo… a co innego widzą (w sensie dostrzegają, interpretują). Wiedza jest systemem – ma postać rozwijającego się organizmu (organizmalne, systemowe podejście do wiedzy): rośnie, powiększa się przez nowe fakty, ale i stale się przebudowuje, restrukturyzuje. Jak rozwijający się owad: najpierw jajo, potem larwa, poczwarka i w końcu imagines. Rośnie na wielkość ale i zmienia się. Wiedza nie jest murem z cegieł, który rośnie przez proste sumowanie, dodawanie kolejnych cegiełek.

Jeśli tak spojrzeć na edukację, to inaczej zorganizujemy środowisko edukacyjne – bardziej jako inkubator, a nie jako taśmę produkcyjną. Jeśli więc znajdziemy czarcie jako lub jajo czarownicy… to przydałby się jakiś inkubator. Wtedy zobaczymy co z niego się wykluje.

Umieściłem obrazek, z czarcimi jajami w słoikach, z zadaniem dla studentów (element dydaktyczny grywalizacji): „Zadanie dla dociekliwych Niziołków o zacięciu przyrodniczym. Co to jest w tych słoikach i czy daje się zjeść. Ewentualnie do czego służy. Za rozwiązanie nagroda czeka. Bo w słoikach jakieś magiczne rzeczy się znajdują. To i nagroda będzie należyta.” I znowu studenci mnie zaskoczyli szybkością znalezienia odpowiedzi. „Czyżby to był niejadalny sromotnik smrodliwy?” „Sromotnik smrodliwy. (…) strona w języku rosyjskim i choć tego języka nie znam to przy pomocy różnych narzędzi stwierdzam, że możliwym jest to, że jest to zjadliwe w takowej formie. Nawet wypisane są potencjalne skutki pozytywne takie jak np. zapobieganie nowotworom.” „i jest nawet coś w języku polskim czyli w słoiku jest sromotnik zalany wódką/spirytusem”, „Czy są to młode owocniki sromotnika smrodliwego w kształcie jaja-nazywane czarcimi jajami? Wbrew pozorom młode owocniki są jadalne i całkiem smaczne. Owoce po przekrojeniu przypominają oko smoka. No i można przygotować nalewkę. Mają one właściwości prozdrowotne.”

widzmajajoTeraz już wiadomo co to za obiekt i że kiedyś nazywano młode owocniki czarcimi jajami. O oku smoka nie słyszałem. Ani o wyskoczce ani o jajach wiedźmy. Mówią też o tym „śmierdząca morel”, ale to chyba nie bardzo magiczne…. „Kobiety stosowały rozdrobnione świeże grzyby wymieszane ze śmietaną, jako maseczkę odmładzającą. Zmarszczki się wygładzały, a kobiety były odmłodzone. Mówi się, że sromotnik ma właściwości pobudzające popęd płciowy i miłość zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn”.

Wydawało mi się, że o sromotniku bezwstydnym sporo już wiedziałem, także w kontekście etnograficznym. Ale w dialogu ze studentami dotarłem do zupełnie nowych określeń – np. jaja czarownicy (wiedźmy). Nic tylko posadzić kwokę i wysiedzi… jakiegoś czarta lub czarownicę (wiedźmę).

Etnograficzne spojrzenie na przyrodę jest podróżą w przeszłość. Można zobaczyć dawne patrzenie na rzeczywistość, gdzie rzeczywistość magiczna miesza się i przenika z rzeczywistością materialną. Wpływać na losy świata można więc nie tylko realnymi działaniami ale i poprzez siły magiczne.

Można byłoby więc pomyśleć, że dawniej ludzie byli ciemni i niewykształceni bo widzieli wszędzie jakieś siły magiczne, czarcie jaja, uroki, zaklęcia, najróżniejsze dziwaczne i oderwane od życia interpretacje. My, w XXI wieku to co innego, wszechstronnie wykształceni i oświeceni. Hmmm. A mi się wydaje że całkiem tacy sami. Bo i teraz szukamy wróżb w internecie lub telewizji, mówimy o płaskiej Ziemi, dewolucji (profesor biologii !), zamachu w oponie (pisał o tym inżynier), rozpylaniu helu, sztucznej mgle, czarnej wołdze i setce innych legend miejskich czy teorii spiskowych, ruchów antyszczepionkowych, piewcach broni elektromagnetycznej itd. Czym się one różnią od wyśmiewanych przez nas dawnych wierzeniach? Tylko słownictwem.

Ale wróćmy do jaj czarownicy. Przypomina mi się wiosna na wsi, u babci. Wtedy jaja wysiadywała kwoka, nie tylko kurze. Bo jeśli podłożyć jej jajko kacze czy gęsie – to także wysiedzi. A jeśli w lesie zobaczyć coś, co jajo przypomina? Jakieś takie nietypowe, inne. To co z niego może się wylęgnąć? Tylko coś magicznego, demonicznego. Bo wiadomo, że z jaja zawsze się coś wylęgnie. Z czarciego jaja w lesie wyrasta cuchnący owocnik sromotnika, wyglądem przypominającym prącie – sromota w zapachu i wyglądzie!. Znowu jakieś odniesienie do płodności. Samo jajko jest symbolem rodzącego się życia, witalności. Nic tylko takie czarcie jajo przynieść do domu i wsadzić pod kwokę. Tak czy siak, musi mieć jakieś cechy magiczne. Być może stąd się bierze ludowe przekonanie o leczniczych właściwościach.

Sromotnik bezwstydny, zwany także sromotnikiem cuchnącym (Phallus impudicus), wydziela zapach dla człowieka nieprzyjemny (padlina z miodem) ale miły dla owadów padlinożernych. Dlatego zwabia muchy. A te roznoszą jego zarodniki. Podobno sromotnik bezwstydny znajduje się w Księdze Rekordów Guinnessa, jako najszybciej rosnący grzyb na świecie (prędkość jego wzrostu osiąga 5 mm na minutę – dosłownie rośnie w oczach). Spotkać go można w lasach liściastych i mieszanych. Częściej go wyczuwamy niż widzimy.

W Rosji grzyby te uznaje się za posiadające właściwości lecznicze (stąd te słoje z młodymi owocnikami) i tam są nawet uprawiane w ogrodach i sadach. Grzyb użytkowy, tak jak pieczarki czy boczniaki. Ale przecież nie na codzienne i zwykłe spożycie. Jako lekarstwo. Lub jakbyśmy modnie powiedzieli – żywność funkcjonalna. Nie mam pojęcia czy przypisywane mu właściwości lecznicze zostały przez kogokolwiek zbadane i potwierdzone, czy też raczej jest to współczesna legenda (mocno zakorzeniona etnograficznie), ubrana w nowe słownictwo i słowa kluczowe. Znajdujemy więc wszystko to, co dla współczesnego człowieka jest ważne: usuwanie z organizmu cholesterolu, normalizacji ciśnienia krwi (znachorzy leczą nadciśnienie za pomocą nalewki ze sromotnika!). Nalewka na wódce zalecana jest na bóle brzucha (w sumie wypić alkohol etylowy nie zaszkodzi, nie wiadomo więc co pomaga), stosowana jest do przemywa ran (i tu również może wystarczyłby sam alkohol?). W internecie można znaleźć informacje, że nalewką z czarcich jaj (lub jak kto woli jajami wiedźmy)  leczy się dnę moczanową, choroby nerek, bóle stawów i reumatyzm (tu stosowane zewnętrznie). Jeśli komuś mało to sromotnik jest skuteczny w przypadku raka (choroby nowotworowe), odleżyn, różycy i ukąszeń (nie wiem czego, ale kąsają nas różne zwierzaki małe i duże), bólach zębów, rozwolnieniu, opryszczce. Stymuluje wzrost włosów i leczy łysienie, zwiększa potencję mężczyzn. Czyli dla każdego coś dobrego. Uniwersalne panaceum.

A na zakończenie talerz pełen jaj. Może ktoś pisankę zrobi?

jajawielkanocne

Źródła ilustracji i informacji:

Motyle z papieru

motylezpamieru2Współczesne obcowanie z przyrodą w XXI wieku jest inne niż kilkadziesiąt lat temu. Żyjemy w miastach. Częściej widzimy ją w… ekranie telewizora, komputera czy na kartach książek. Nie jest więc tak lokalna i fenologiczna tak jak kiedyś. Jest bardziej globalna. Nawet dalekie jest bliskie. A egzotyczne może być to, co na pobliskiej łące. Całkiem inaczej niż w czasach mojego podwórkowego dzieciństwa. Bo łatwiej w telewizji zobaczyć amerykańskie motyle.. i to o każdej porze roku.

Znajoma z dziećmi wycinała motyle z papieru. Przeróżne i kolorowe. Pełna fantazja i…różnorodność, wynikająca z dostępnych materiałów. Edukacyjna zabawa z dziećmi i okazja do opowieści o świecie.

A czy tak kolorowe bywają nasze, rodzime gatunki. A i owszem.

Białe bielinki, polowiec szachownica, Żółte szlaczkonie, cytrynek latolistek czy nawet paź królowej. Prawda, że i nazwy są cudne? W sam raz do zabawy z dziećmi. Niebieskie są modraszki i mieniaki tęczowce. A czerwone? Są i czerwone… czerwończyki, kilka gatunków. I zielone są, np. zieleńczyk ostrężyniec. Fioletowy jest pazik dębowiec. O czarnych i brązowych nie wspominając, tych jest wiele. Do tego przeróżne wzory ubarwienia. Gatunków tak dużo, ze na kilka lat opowieści by starczyło. Znacznie trudniej wypatrzyć je w środowisku naturalnym.

Jest więc różnorodność biologiczna lokalnie bogata i zróżnicowana. Żeby ją zobaczyć, trzeba wyjść na spacer i uważnie się przyglądać. Ale potrzebna też jest wiedza, by dostrzegać to co się widzi. I dostrzegać znacznie głębszy kontekst przyrodniczy. Czyli widzieć to, co niewidoczne.

Zamyśliłem się o wiośnie i przyrodzie, bo dostałem zadanie: opracować pomoce dydaktyczne (to znaczy projekt) dla przedszkola. By opowiadać o przyrodzie w różnych porach roku. Ale o jakiej fenologii opowiedzieć: o tej, która jest poza miastem i pamiętam z dzieciństwa, czy o tej, którą widzą i doświadczają współczesne przedszkolaki? W tych rozmyślaniach konsultuję się z najbardziej kompetentnymi osobami: młodymi mamami i przedszkolankami. One wiedzą więcej, o co teraz pytają małe dzieci i jak widzą przyrodę…. na przykład w mieście. Bo chciałbym opracować te pomoce bardziej dla dzieci… niż dla siebie i swoich wspomnień.

Dzieci są inspirujące. Uczą nas inaczej patrzeć na to, co codziennie mijamy.

Debata o systemie oświaty, szumnie zapowiadana ale mocno kulejąca

„Uczeń. Rodzic. Nauczyciel – Dobra zmiana” to tytuł ogólnopolskiej debaty o systemie oświaty, uruchomionej przez Ministra Edukacji Narodowej. „Blisko 2 tys. ekspertów pracujących w ramach 16 grup tematycznych i 16 debat wojewódzkich z udziałem rodziców, uczniów, nauczycieli i samorządowców. Lokalne spotkania i rozmowy na temat oświaty. To plany na najbliższe miesiące. Całość działań podsumujemy w czerwcu.  Chcemy, aby o edukacji dyskutowała cała Polska.” Ja w tym przedsięwzięciu uczestniczę, w roli eksperta. A przynajmniej próbuję.

Ambitnie, przynajmniej w deklaracjach. A jak jest w realizacji? Debata nad edukacją jest pilnie potrzebna – to pewne. Powinna sią zacząć od zwerbalizowania (lub przedyskutowania) wizji do czego jest nam potrzebna edukacja. Jaka ma być szkoła, czy zapewniająca opiekę nad dziećmi i młodzieżą czy zapewniająca przygotowanie zawodowe, itd. Dopiero z takich podstaw (przyjętych w narodowym konsensusie) wynikać mogą systemowe rozwiązania organizacyjne. Coraz bardziej odnoszę jednak wrażenie, że jest to debata zastępcza i pozorowana.  Że jej celem jest znalezienie jakiegoś uzasadniania dla ogłoszonych w wyborach: odroczenia obowiązku szkolnego i likwidacji gimnazjów.  Jest decyzja a teraz szuka się jakiegoś uzasadnienia merytorycznego (bo decyzje wzięte zostały z sufitu i bez żadnego przemyślenia). Zupełnie postawione na głowie.

debata_gimnazjaZ braku ram do dyskusji (bo nawet nie ma informacji czy zlikwidują gimnazja czy nie, ile lat w szkole podstawowej itd.) oraz braku moderacji, sami nauczyciele próbują coś zaproponować. Pojawiła się na przykład ankieta co do liczby lat w poszczególnych etapach kształcenia. Ale nie można np. gimnazjum traktować niezależnie od całościowego systemu edukacji. Głosowanie bez wizji jest absurdalne (zamieszczam przykładowe wyniki ankiety). Bo na przykład co będzie, jak przegłosujemy 8 lat szkoły podstawowej, 3 lata w gimnazjum i 4 w liceum? Ile lat nasza młodzież spędzi w szkole i jak będzie to się miało do tego co na świecie robią inni? Polska edukacja stanie się zupełnie niekompatybilna w świecie globalnym. Pełna izolacja kulturowa i edukacyjna.

Debata o szkole i systemie edukacji jest  zaniedbana od wielu lat. Edukacja pozostawiona jest sama sobie i ciągle niedoinwestowana. W zmieniającym się świecie potrzeba zmian. Potrzeba więc namysłu i szerokiej, ogólnonarodowej dyskusji. Na spokojnie i z wyważeniem, bez partyjnej doraźności. Dlatego zgodziłem się włączyć w debatę nad „dobrą zmianą w edukacji” i dołączyłem do grona ekspertów. Edukacja jest ważna i nie można marnować żadnej szansy. Mój początkowy sceptycyzm (Dobra zmiana w edukacji… zmiana tak, ale czy na pewno dobra?) niestety znajduje potwierdzenie. Jest to atrapa a nie debata, taki listek figowy – bo albo wynika z ogromnego dyletanctwa albo cynizmu: „piszcie co chcecie, a my zrobimy swoje, my mamy listek figowy, że niby te zmiany wynikają z debaty.”

LiceumdebataSzkoła nie jest bytem samym dla siebie, edukacja nie ogranicza się tylko do szkoły, o czym najczęściej zapominamy (szkoda, że także zapomniało Ministerstwo Edukacji Narodowej). Zatem powinna być to debata o systemie edukacji  a nie tylko o szkołach. Czy szkoła ma być instytucją przygotowującą do rynku pracy czy raczej inicjacją kulturową a może gwarantującą utrzymanie wspólnoty narodowej (wspólna płaszczyzna kulturowa)? To zupełnie różne funkcje i wraz z wyborem inaczej dostosowywane będą szczegółowe rozwiązania. Np., więcej przedmiotów i kompetencji przyrodniczych (rozumieć świat i innowacyjną gospodarkę) czy więcej przedmiotów i aktywności, zapewniających wspólny (jeden) kanon kulturowy (narodowy).

Czy szkoły mają być postrzegane jako instytucje, chroniące przed rozpadem społecznym i rodzinnym? W takim modelu edukacyjnym następuje podział odpowiedzialności pomiędzy szkołami i innymi organizacjami społecznymi oraz instytucjami zajmującymi się dalszą edukacją. Zmianom musiałoby podlegać sposób zarządzania szkolnictwem a władza powinna być zdecentralizowana. A może szkoły mają być organizacjami skupionymi na nauczaniu? Przy takim wyborze szkolnictwo budowane będzie bardziej na wiedzy niż na więzach społecznych. Będzie skupiać się na zapewnieniu wysokiej jakości kształcenia, eksperymentach itd. Ale na edukację można spojrzeć jeszcze inaczej: jak na uczące się sieci i społeczeństwo sieciowe. „Niezadowolenie ze zinstytucjonalizowanego systemu i zróżnicowany popyt na wiedzę doprowadzi do opuszczenia szkół na korzyść licznych uczących sieci”. Dzieci będą socjalizowane i uczone przez zróżnicowanych kulturowo, religijnie i społecznie aktorów życia edukacyjnego w szerokim sensie. Niektóre z nich będą działały lokalnie, inne ponadnarodowo. Możemy jeszcze inaczej wybrać dalszy rozwój systemu edukacji w Polsce. Możemy działać tak, aby na rynku edukacji pojawili się nowi dostawcy wiedzy (już tak się dzieje w obszarze edukacji pozafromalnej, pozalekcyjnej, np. centra nauki). To tylko mały przykład dyskusji, jakie toczą się ale niestety w wąskich grupach ekspertów od dydaktyki i społeczeństwa.

W różnych niszowych gremiach dyskutuje się nad przyszłością edukacji Niestety nie jest to debata ogólnonarodowa. Obecna debata ministerialna również nie podejmuje spraw najważniejszych, strategicznych.

Wróćmy jeszcze do globalnych refleksji nad edukacją. W jednym ze scenariuszy dyskusji o przyszłości szkoły we współczesnym świecie mówi się na przykład o edukacji jako fabryce komponentów. Systemem edukacji  „zorganizowany na wzór nowoczesnej fabryki, w której następuje proces «formatowania» jednostek, tak aby zdolne były do przyswojenia pewnych określonych kompetencji oraz wykonywania pewnych, zaplanowanych odgórnie przez ekspertów, zadań”. Rezultat takiej edukacji jest mało dopasowany do rzeczywistości. „Uczniowie uczą się, tak naprawdę nie wiedząc, po co ani dlaczego. Uczą się, bo tak trzeba, bo eksperci, którzy tworzą podstawy programowe, wiedzą lepiej. Cechą charakterystyczną tego scenariusza jest stosowana retoryka pozoru, zarówno w treściach, jak i w praktykach metodycznych, co sprzyja ukrytemu celowi edukacji, jakim jest utrzymanie społeczeństwa w ryzach. Państwo bardzo aktywnie modeluje treści i metody. Jest to scenariusz nowoczesnej fabryki, która nowoczesnością usypia rodziców. W ten sposób pozornie realizowane są cele utylitarne (skoro wszyscy jesteśmy równi, uczymy się tego samego, daje to poczucie bezpieczeństwa)”.  Nad wszystkim czuwa nauczyciel, kontroler i dozorca, który jest zobowiązany do przekazania pełnego zasobu wiedzy teoretycznej oraz przygotowania do testów lub inaczej opracowanych egzaminów kontrolnych. A nauczyciela pilnuje kuratorium i ministerstwo.

Inną propozycją, dyskutowaną w środowisku ekspertów, jest edukacja w postaci „in­stant”, czyli „łatwej, kompleksowej i szybkiej w obsłudze (jak produkty «3 w 1»)”. W tym podejściu celem edukacji jest przede wszystkim dostarczenie wiedzy i informacji pozwalających szybko i skutecznie wykształcić określone kompetencje przydatne na rynku pracy. Rola nauczyciela w tej wizji jest ograniczona do odpowiadania na potrzeby zgłaszane przez ucznia (dostawca pakietu wiedzy). Nie ma tu miejsca na głębszą interakcję z nauczycielem i innymi uczestnikami procesu edukacyjnego. Kolejną możliwą propozycją jest „mozaika możliwości”. Scenariusz ten odzwierciedla pluralizm wartości propagowanych w systemie edukacji. Taki system pozwala odnajdywać indywidualną metodę kształcenia. Jest to  „szkoła”, zawierająca w sobie edukację formalną, nie­formalną i pozaformalną, najczęściej w perspektywie uczenia się przez całe życie. Jeszcze inny scenariusz, nazwany „wspólnotą ideałów” wskazuje, że najważniejsze jest „kształcenie człowieka do bycia odpowiedzialnym i świadomym członkiem wspólnoty obywateli. Jest to scenariusz rozwoju edukacji w społeczeństwie solidarnym, integrującym się (w świetle wyzwań globalnych), w którym dba się o równość szans edukacyjnych”  Nauczyciel jest tu mentorem, przewodnikiem młodzieży. W takim modelu zawód  nauczyciela traktowany jest jako prestiżowy.

W propozycji ministerialnej debaty (Debata Oświatowa Uczeń. Rodzic. Nauczyciel – Dobra Zmiana)  nie ma śladu takich dyskusji. Tak jakby wszystko był jasne i oczywiste. Wynika raczej z nieświadomości problemów edukacyjnych, tych krótkoterminowych jak i strategicznych. Nauczyciele dołączyli w dobrej wierze i pełni zapału. Ale już na samym początku widać rozczarowanie i poirytowanie. Bo nie mam określonych ram. Jak opracowywać podstawę programową, jeśli nie wiadomo ile nauki będzie w szkole podstawowej (6 czy 8) czy będzie gimnazjum czy nie oraz ile lat edukacji w liceum czy szkołach zawodowych i technikach. Jaki system edukacji np. przyrodnicze 4 + 4  czy 3 + 3  + 3? To są podstawowe pytania a zaproszeni do debaty nauczyciele tego nie wiedzą. Sami maja wymyślać różne  alternatywne i wykluczające się koncepcje? Do czerwca na pewno nie zdążą.

Jak ma coś z tej debaty konstruktywnego wynikać, jeśli nie znamy ram, koncepcji i na dodatek brakuje moderatora? To tak jakby kazać projektantowi projektować meble do domu, ale projektant nie wie jakie to mieszkanie, ile ma powierzchni, jaki rozkład. A na dodatek zlecającego nie ma i nie odbiera telefonów.

Sprawą zasadniczą jest koncepcja nauczania (np. zintegrowane – przyroda, potem rozbicie na przedmiotu a potem ponowna integracja), drugą ważną sprawą jest to ile lat w poszczególnych szkołach: podstawowa, gimnazjum, liceum. Tym informacyjni nie mamy, więc nie wiemy o czym dyskutujemy. W końcu brakuje moderatora, bo ważne pytania nie znajdują odpowiedzi. Tyle naszego co sobie popiszemy bez łady i składu a i tak zrobią co chcą. Jesteśmy tylko listkiem figowym, że niby to szeroka debata. Albo to jest nieudolność albo totalne lekceważenie.

Przykładowe głosy z dyskusji na dedykowanym portalu

Mam pytanie. Czy Ktoś ze strony Ministerialnej to czyta, bo pojawiło się kilka pytań formalnych i …cisza.”

„Jestem nauczycielem biologii w szkole ponadgimnazjalnej (Liceum Ogólnokształcące i Technikum). Od kilku dni czytam Państwa wypowiedzi w sprawie naszej pracy nad podstawą programową z biologii. Ja również mam wiele pytań, które do dziś są bez odpowiedzi – Jakie w przyszłości będą typy szkół (czy będą gimnazja)? Ile lat będzie trwało kształcenie w danym typie szkoły? Ile godzin przypadnie w szkole ponadgimnazjalnej na nauczanie biologii? Czy biologia nauczana będzie dalej w zakresie podstawowym i rozszerzonym? … i jeszcze wiele, wiele innych pytań. Mam jednak nadzieję, że zanim przystąpimy do naszej pracy wszystkie te pojawiające się wątpliwości zostaną nam wyjaśnione. Myślę, że każdemu z nas zależy, żeby przygotowana podstawa programowa była dobrze opracowana bo to na niej opieramy się ucząc innych biologii, ale żeby ją dobrze przygotować, musimy znać odpowiedzi na pytania o dalsze losy biologii w szkole.”

„nasze dyskusje, mają rolę gdybań, pobożnych życzeń etc.. Zgadzam się z Państwem. Dopóki Ministerstwo nie przedstawi swoich propozycji w sprawie organizacji nauczania, nie bardzo mamy o czym rozmawiać.”

Co zastajemy na wstępie, jako wprowadzenie do tej szerokiej w zamierzeniach debaty?

„WSKAZANIA REDAKCYJNE DO PRAC NAD PODSTAWĄ PROGRAMOWĄ

Struktura dokumentu

Proponujemy rozpoczęcie naszych prac nad zmianami programowymi w polskiej szkole od namysłu nad sprawą fundamentalną. Jest nią rola, jaką w osobowym rozwoju młodego człowieka i w jego przyszłej orientacji w świecie winna pełnić szkoła i każdy z nauczanych w niej przedmiotów. Zapomnijmy na chwilę o tym, czego uczymy, aby od nowa przemyśleć to, czego uczyć powinniśmy.

Na początek sfomułujmy CELE KSZTAŁCENIA, wskazujące na potencjalne wychowawcze znaczenie każdego z nauczanych przedmiotów szkolnych, określające rolę każdego z nich w osobowym rozwoju ucznia i w jego dobrym rozeznaniu otaczającego go świata.

Na uzgodnionych celach oprzyjmy dobór TREŚCI NAUCZANIA. Pod pojęciem tym rozumiemy sformułowane zagadnienia danej dyscypliny wiedzy, o ustalonej szczegółowości, obejmujące tematy jednej lub wielu jednostek lekcyjnych. Właściwie dobrany zestaw treści nauczania wprowadza ucznia w obszar narodowej kultury. Zawiera pojęcia niezbędne dla rozumienia podstawowych praw naukowych rządzących naszym światem. Ułatwia sprawny odbiór i rozumienie informacji płynących z przestrzeni pozaszkolnej. Należy sobie zdawać sprawę z faktu, że prawidłowość dokonanego przez nas doboru treści nauczania określi w przyszłości poziom wykształcenia polskiego społeczeństwa. Treści nauczania szkolnego w połączeniu z nabywanym w szkole i poza szkołą doświadczeniem budują bowiem WIEDZĘ UCZNIA.

Na koniec znajdźmy dla zdobywanej przez ucznia wiedzy pola jej praktycznego stosowania, objęte wspólną nazwą ZASTOSOWANIE WIEDZY. Wiedza wykorzystywana w praktyce jest tu urealniana i ugruntowywana, co zwiększa jej asymilację. Zapis tego punktu winien nastąpić w formie stanowiącej zbiór pożądanych umiejętności uczniów. Będzie zatem przypominał aktualną postać podstawy programowej zwaną „efekty kształcenia”, a jednak, nie będzie z nią tożsamy.

Wyjaśnienie

Obecna forma podstawy programowej kształcenia ogólnego ograniczona jest do „efektów kształcenia”. Kształcenie nieujawniające nauczanych treści (niepoznawcze) i stawiające za cel uzyskanie mierzalnych efektów kształcenia, ukierunkowuje pracę szkoły na trening uczniowskich umiejętności potwierdzany punktacją egzaminów testowych. Nie pozostawia przestrzeni dla kształcenia intelektu i łatwo zabija w uczniach rzecz cenną – ciekawość poznawczą. Deprecjonuje nauczycielski zawód.

Nauczanie postrzegane przez pryzmat celów edukacyjnych, urzeczywistniane przekazem starannie dobranych treści nauczania (konfrontowanych z doświadczeniem uczniów) i zwieńczone stosowaniem zdobytej wiedzy w praktyce, odpowiada wieloletnim doświadczeniom i osiągnięciom nauk pedagogicznych.”

Wybór formy zapisu podstawy programowej – redukcjonizm treści bądź ich staranny dobór – może stanowić odzwierciedlenie filozofii projektowanych zmian oświatowych.

Mały projekt badawczy z Gimnazjum nr 13

WP_20160310_08_43_50_ProZ samego rana jestem już drugi raz w Gimnazjum nr 13 w Olsztynie. Wspólnie z młodzieżą oraz Bankiem Żywności w Olsztynie, realizujemy mały projekt badawczy. Uczniowie z dwóch klas najpierw odwiedzili okoliczne sklepy w bardzo określonym celu. Chyba po raz pierwszy mogli wykorzystać swoje telefony komórkowe jako przyrządy badawcze. Od dzisiaj zajmiemy się analizą koszta do śmieci. Zadania niby proste, ale uczą metody badawczej ze wszystkimi jej elementami. Będą na koniec raporty i referaty.

Jestem bardzo ciekaw rezultatów.

c.d.n.

Nauka w puszce czyli od inspiracji do dydaktyki

puszkinablogNie ma infantylnych metod badawczych, są tylko infantylne interpretacje. W bogato wyposażonych laboratoriach często zapominamy, że podstawowym przyrządem badawczym jest nasz mózg. A mózg nie lubi nudy i rutyny.

Metoda naukowa poznawania świata przyczyniła się do znaczącego postępu technologicznego i rozwoju cywilizacji. Ale na czym ona polega? Co to jest nauka? Czynności, które wykonują naukowcy w czasie swojej pracy? Filozofowie od dawna się na tym zastawiają i próbują dociec istoty poznania naukowego.

Na uniwersytetach uczymy metody naukowej, niezależnie od dyscypliny. Jak pokazać czym jest nauka? Jedną z możliwości jest edukacyjna zabawa w odgadywanie tego, co jest w puszce, obserwując siebie samego w tym procesie. Seminaria dyplomowe, odbywające się w dużych grupach, skupiających studentów z różnych katedr (zróżnicowana tematyka badawcza), sprowadza się często do referowania tematyki prac dyplomowych (przez studentów) oraz czasem omawiania zagadnień egzaminacyjnych (egzamin dyplomowy). Jest oczywiście czas na wyjaśnienie jak ma wyglądać praca dyplomowa, jak cytować prace, jak uporządkować bibliografię itd. W tle kształtowane mają być umiejętności związane z metodologią naukową oraz komunikacją (różne formy).

Upraszczanie wiedzy od autentycznej nauki do dydaktyki funkcjonuje jak głuchy telefon, gdzie pierwotna informacja ulega zacieraniu, zniekształceniu, uproszczeniu. Czasem następuje mimowolne odchodzenie od nauki jako proces do nauki jako produktu, już bez emocji odkrywania (sam kontekst uzasadnienia). Im dalej od źródła tym obraz coraz bardziej zniekształcony, uproszczony, bez dyskusji i niuansów, bez emocji poszukiwania i rozumienia sensu. Tak jak cykliczne kalkowanie wzoru.

O jakości dydaktyki decydują także emocje, zarówno studenta jak i wykładowcy. W pracy dydaktycznej powielenie tego samego ćwiczenia przez kilka tak powoduje znużenie wykładowcy jak i zanik entuzjazmu. Na uniwersytecie remedium przez nudą i rutyną jest autentyczne uczestnictwo w nauce i pokazywanie nowych wyników badań. Dotyczy to także nowych form dydaktycznych. Celem wprowadzenia nowej formy „nauka w puszce” było przede wszystkim zwiększenie motywacji do pracy (mojej i studentów) oraz ukazanie istoty metody naukowej poprzez krótki eksperyment (zaledwie dwa spotkania). Drugim celem było wypracowanie uczelnianej oferty edukacji pozaformalnej (współpraca ze szkołami i uniwersytetami trzeciego wieku).

Za zaczęło się w 2014 r., w czasie konferencji edukacyjnej w CN Kopernik, gdy uczestniczyłem w zajęciach pt. „Nauka w puszce”. Pomysł mi się spodobał (zainspirował mnie), ale dostrzegałem pewne braki. Dlatego zmodyfikowałem, rozbudowując do całego procesu badawczego, łącznie z pisaniem raportu elementami dyskusji, i przećwiczyłem ze studentami zarówno na studiach licencjackich i magisterskich. Potem wykorzystałem na zajęciach z młodzieżą szkolną w trakcie Olsztyńskich Dni Nauki (wrzesień 2015). Refleksje i spostrzeżenia pozwoliły na kolejne modyfikacje i udoskonalenia, wykorzystane w zajęciach w roku 2015/2016. Efekty mierzę za pomocą anonimowej ankiety (Czy zrozumiały był cel i sens tego ćwiczenia? Czy forma ćwiczenia była poważna? Czy zrozumiałam na czy polega proces naukowy w czasie realizacji tego ćwiczenia?), obserwacji w trakcie zajęć, jakości opracowanych sprawozdań.

Czy odkrywanie puszkowatości świata umożliwia lepsze zmotywowanie do wysiłku i pracy przy dociekaniu istoty metody badawczej, typowej w naukach przyrodniczych? O tym będę chciał opowiedzieć na konferencji (Ideatorium), na która się wybieram. Na razie wspólnie ze studentami eksperymentujemy na sobie. Jak na królikach doświadczalnych :).

A jak eksperyment będzie zadowalający to sprawdzimy czy przydatna będzie w edukacji szkolnej. Może na poziomie liceum, może na poziomie gimnazjum. Albo jeszcze wcześniej.

Czy ktoś widział obecnie na Warmii i Mazurach dzikie, leśne tulipany?

12825465_984259918288196_1372055836_n

O dzikich, leśnych tulipanach pisałem rok temu. Były kiedyś w Drogoszach koło Kętrzyna. (O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza). Kilka dni temu pojawił się kolejny komentarz pod wspomnianym wpisem na blogu. Napisała pani aż z Lubuskiego: „Jestem aż wzruszona :). Jakiś czas temu szukałam wzmianek na temat dzikich tulipanów i nic, a tu przypadkiem SĄ :). Kwiaty te rosną odkąd pamiętam za moim domem, poniemieckie tulipany, trujące, piękne i pachnące (jednak!). Żyją jakby w symbiozie z orzechem włoskim i sięgają wokół tak jak jego korona, może korzenie.”

Czyli gatunek w Polsce, w naturze ciągle występuje. Tulipan dziki zwany także tulipanem leśnym (Tulipa sylvestris) jest gatunkiem wieloletnim z rodziny liliowatych (Liliaceae). Występuje w całej Europie i północnej Afryce oraz w Turcji. Populacje dziko rosnące zagrożone są wyginięciem. Rok temu – na podstawie zebranych informacji – przypuszczałem, że być może gatunek ten w Polsce wyginął. Występuje również w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, gdzie został introdukowany. U nas prawdopodobnie tylko zdziczały (czyli jako roślina, która „uciekła” z ogrodów). Stwierdzany był na Śląsku i północno-zachodnim podnóżu Tatr. „Rośliny Polskie” sugerują, że u nas osiąga tulipan leśny północno-wschodnią granicę zasięgu występowania. Informacja o dzikich tulipanach, rosnących w Drogoszach, wskazuje na ich obecność daleko poza północno-zachodnią granicą naturalnego zasięgu. Najprawdopodobniej były uprawiane w ogrodzie. Tulipan dziki rośnie w lasach, na łąkach, w ogrodach, zaroślach i winnicach. Lokalnie zadomowiony, nieinwazyjny (nie ma we współczesnym wykazie roślin synantropijnych Polski).

Pani Edyta Wyrembska przysłała zdjęcia dzikich tulipanów, rosnących we wsi Bożnów, koło Żagania (50 km pod Zieloną Górą). „U mnie rosną tulipany dzikie, leśne… od zawsze. Zdjęcia są z ok 2005 roku, teraz mamy kozy i mam nadzieję że tulipanki przetrwały (tulipany mogą być trujące dla zwierząt). (…) Te tulipany otwierają się na słońce i razem z nim chylą swe główki, piękny widok. Tulipany wyglądają jak żywe kiedy tak całe chylą się w kierunku słońca – mają widok na południowy zachód. Drzewo pod którym żyją to orzech włoski, powalony przez piorun, ale nadal żyjący i rodzący orzechy. Ciekawe czy cebulki przyjęłyby się u Pana? koleżanka która je wzięła posadziła je w doniczce i wyrosły, tyle że takie mniejsze, delikatniejsze.”

Skoro leśne tulipany, te „poniemieckie” przetrwały w Lubuskiem, to może i u nas gdzieś jeszcze są? Wytężcie wzrok wokół domów, pałaców i zamków. Może ktoś dostrzeże dzikie tulipany. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

Działanie toksyczne: tulipany działają trująco na konie, bydło, muły. Objawy zatrucia występują po upływie 1-2 godzin od zjedzenia rośliny. Odnotowany przypadki śmiertelne. Zapewne zależy od ilości spożytych tulipanów. U zatrutych krów obserwowano nie przyjmowanie pokarmu, niedokrwistość błon śluzowych, obniżenie temperatury ciała, częste wydzielanie moczu. Przy ciężkich zatruciach występowało ogólne osłabienie, chwiejny chód, niepokój, drgawki. Zatrute zwierzęta leżały, wykonując nieskoordynowane ruchy kończynami i w takiej pozycji pozostawały do śmierci. U koni, które zjadły tulipany obserwowano gwałtowne kolki, po czym następował szybki zgon. Ciekawe jak ten alkaloid (tulipina) działa wewnątrz organizmu? Jakie zakłóca procesy i w jaki sposób.

A tymczasem zachęcam do przeczytania tajemniczej opowieści o soku z leśnych tulipanów w Drogoszach: O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza

Zamieszczone zdjęcia są autorstwa p.  Edyty Wyrembskiej.

O chochliku co z Puszczy Białowieskiej pochodzi

DSCN3427Unikalność przyrodnicza Puszczy Białowieskiej jest od dawna podkreślana. Dużo w niej do odkrycia dla przyrodników. Jest jak swoisty punkt odniesienia, nasze unikalne w skali europejskiej CERN. Powinniśmy dbać, bo to nasze niezwykłe bogactwo narodowe.

W maju wybieram się na XXIII Ogólnopolskie Warsztaty Bentologiczne, które odbędą się w Janowie Lubelskim. Jakiś czas temu opracowywałem chruściki z Lasów Janowskich. Ale teraz jadę do tego miejsca by opowiedzieć o chruścikach Puszczy Białowieskiej.

Tegoroczne warsztaty poświęcone będą rzekom polihumusowym, które są mało znanym i rzadko występującym w Polsce typem cieków. Niezależnie jednak od wspólnego referatu, dotyczącego kilku grup bezkręgowców wodnych tego typu wód (moją działką są chruściki), będę chciał zrelacjonować wyniki badań nad chruścikami cieków Puszczy Białowieskiej. Polihumusowe one nie są ale humusowe to już na pewno.

Co wspólnego mają chochliki do Puszczy Białowieskiej? I jaki maja związek z chruścikami? Ano trochę mają, ale po kolei.

Badania terenowe w Puszczy Białowieskiej wykonaliśmy w 2010 r., na 11 stanowiskach umiejscowionych na ciekach wodnych. Stanowiska dobrano tak, by pokrywały się ze stanowiskami, na których prowadzono wcześniej badania fizyczno-chemiczne, florystyczne, fitosocjologiczne i mikrobiologiczne. Dodatkowo w badaniach uwzględniono zbiorniki okresowe i stawy. Wyniki trochę się w szufladzie odleżały, bo myślałem, że w ramach grantu uda się rozszerzyć badania i dopiero całościowe wyniki opublikuję. Grantu nie udało się zdobyć (na razie) Teraz jest okazja podwójna wyciągnąć wyniki z szuflady, przedstawić je na konferencji a potem napisać publikację. Jeśli nie ja to niech ktoś innych kontynuuje, bo Puszcza skrywa jeszcze wiele naukowych tajemnic, wartych poznania.

Ja badałem larwy, w ich naturalnym siedlisku. Wcześniej były publikowane wyniki odłowu imagines do światła (wiemy jakie gatunki występują w okolicy ale nie wiemy gdzie bytują larwy). To są zupełnie dwa różne obrazy trichopterofauny Puszczy Białowieskiej, inne ale komplementarne. W materiale zebranym w 2010 r. są gatunki nowe dla Białowieskiego Paku Narodowego (nie wykazywane do tej pory): Beaerodes minutus oraz Potamophylax rotundipennis. Te dwa gatunki można uznać za typowe i charakterystyczne dla małych rzek terenów śródleśnych i o dnie piaszczystym. Na terenie Puszczy Białowieskiej, poza granicami Parku, stwierdzono kolejne gatunki, po raz pierwszy odnotowane: Cyrnus crenaticornis, Hydropsyche siltalai oraz Ylodes simulans. Ocena ogólnego charakteru fauny chruścików Puszczy Białowieskiej wskazuje, że jest zdominowana pod względem jakościowym (liczby gatunków) przez element rzeczny, strumieniowy i w nieco mniejszym stopniu drobnozbionikowy. Udział elementów typowych dla wód stojących trwałych jest nieco mniejszy, mimo uwzględnienia stawów znajdujących się poza granicami parku. Pod względem ilościowym (liczebności) najliczniej reprezentowanych jest element drobnozbiornikowy i strumieniowy.

DSCN3458Biorąc pod uwagę strukturę dominacji oraz frekwencji, zauważyć można, że pod względem ilościowym przeważają gatunki drobnozbiornikowe (Limnephilus flavicornis, Trichostegia minor), typowe dla śródleśnych wód okresowych oraz gatunki typowe dla małych rzek śródleśnych (Limnephilus rhombicus), związane z rzekami krajobrazu otwartego (L. lunatus) oraz z rzekami z brzegami zadrzewionymi (Anabolia laevis). Pod względem pospolitości (frekwencja) wyróżniają się gatunki typowe dla śródleśnych drobnych zbiorników okresowych: Anabolia brevipennis, Glyphotaelius pellucidus, Limnephilus flavicornis, gatunki małych rzeczek śródleśnych (Limnephilus rhombicus, L. lunatus) a także gatunek typowy dla śródleśnych małych cieków o charakterze okresowym – Ironoquia dubia. Do tej pory gatunek ten uważałem za semisynantropa, zasiedlającego śródleśne rowy. Jego częste występowanie na terenie Białowieskie Parku Narodowego, wykazane także w latach 60. ubiegłego wieku (Mohhamand i In. 1986), wskazywać może, że okresowo wysychające cieki w Puszczy Białowieskiej są elementem typowym i naturalnym. Dane z Puszczy zmieniają obraz tego, co uważamy za pierwotne i naturalne. To ważne dla monitoringu rzek i prób renaturyzacji, bo mamy lepszy, prawdziwszy punkt odniesienia.

Zarówno wskaźniki różnorodności, indeksy biotyczne (BMWP, BMWP-PL – liczone dla całego makrobentosu) jak i wskaźniki naturalności wskazują na dobrą i bardzo dobrą jakość badanych cieków. Badane cieki wodne Puszczy Białowieskie cechują się stosunkowo wysoką, porównywalną z innym ciekami nizinnymi, wartością wskaźników różnorodności biologicznej i bardzo wysoką wartością współczynnika Pielou. Niższe klasy jakości wód (na niektórych stanowiskach) – przy równocześnie wysokich wskaźnikach różnorodności, wysokich wskaźnikach naturalności oraz obecności gatunków rzadkich takich jak chruściki Oligostomis reticulata, Beraeodes minutus – wynikać mogą z charakteru tych cieków: dużej ilości detrytusu i zabagnienia.

A teraz pora wyjaśnić co z tym chochlikiem. W ramach primaaprilisowego żartu, w 2006 opublikowałem krótki tekst, dowodzący, że chochlik to chruścik. Skoro pachnica dębowa miałaby stać się warmińskim symbolem Międzynarodowego Roku Różnorodności Biologicznej, to uznałem że warto będzie przygotować analogiczną opowieść o pachnicy i warmińskim Kłobuku. W sam raz do szukania w dziupli na noc świętojańską. Zbliża się pierwszy kwietnia, więc może pora przypomnieć ten żart (w innym miejscu, pisany na całkiem „poważnie”).

Jak się okazuje chochlik jest istotą wielce zagadkową. Ostatnie jednak analizy i badania wskazują, że chochlik jest owadem z rzędu chruścików, gatunkiem zagrożonym wymarciem, który przez skolonizowanie siedlisk antropogenicznych, opanował nową niszę i dalej egzystuje. W środowisku naturalnym prawdopodobnie całkowicie już wyginął albo jest na skraju wyginięcia (pisząc te słowa 10 lat temu nie znałem jeszcze wyników badań w Puszczy Białowieskiej). Można sądzić, że obecne chochliki są już ewolucyjnie zmienione za sprawą przystosowania się do nowego środowiska. Najprawdopodobniej zmianie uległ także behawior chochlików. To taka mała dygresja do ewolucyjnych procesów synurbizacji i synatropizacji.

Mały słownik języka polskiego PWN (1989) tak objaśnia znaczenie słowa „chochlik”: „w baśniach ludowych: istota nadprzyrodzona duch złośliwy albo psotny; skrzat, latawiec, duszek” oraz „chochlik drukarski – omyłka, błąd w druku, często będący przyczyną zabawnych nieporozumień” Można wnioskować, że istota owa dawnej częściej i liczniej występowała w przyrodzie. Pierwotne środowisko życia jest trudne do ustalenia ze względu na skąpe piśmiennictwo z dawnych czasów. Możemy jedynie wnioskować pośrednio z zachowanych przekazów literacko-gawędziarskich. Obecnie istota owa występuje jedynie (lub głównie) w środowisku antropogenicznym, najczęściej w drukarniach i wydawnictwach. Przed całkowitym wyginięciem uratował się ów chochlik zmianą siedliska życia.

Więcej na temat chochlika znaleźć można w Wikipedii i dotyczy już formy całkowicie synantropijnej: (zobacz też Chochlik jest chruścikiem ).

Skąd przypuszczenie, że chochlik jest owadem? Owad to stworzenie złośliwe, naprzykrzające się, (porównaj: wadzić, zwada, wada, wadliwy). We współczesnym języku występuje jedynie chyba w języku czeskim właśnie jako „owad” – ktoś przykry, złośliwy. Dobrze to oddaje naturę chochlika. I jednoznacznie wskazuje, że chochlik to jakiś gatunek owada. Biorąc pod uwagę dane językowe można przypuszczać, że „owad” to słowo prasłowiańskie. W takim razie z owadami zetknęli się już Prasłowianie. Jeśli przyjąć, że etnos słowiański ukształtował się w środowisku leśnym lub na pograniczu lasu i stepu, to znalibyśmy pierwotne siedlisko chochlika. Najpewniej wraz z wędrówkami ludów około IV-V w n.e przedostał się ze wschodniej Europy (zlewnia Dniepru?) na zupełnie nowe tereny środkowoeuropejskie jak i zachodnioeuropejskie. W oderwaniu od środowiska pierwotnego skolonizował siedliska antropogeniczne. Słowianie byli ludem głównie rolniczym. Przekształcanie pierwotnej puszczy w krajobraz rolniczy sprzyjać musiało rozprzestrzenianiu się chochlików. Potem przenosząc się do siedzib ludzkich i wyewoluował w chochlika drukarskiego.

Dlaczego spośród owadów chochlika zaliczylibyśmy do rzędu Trichoptera? Chochlika drukarskiego tak na prawdę chyba nikt nie widział, chociaż na co dzień widzimy efekty jego działalności, wizualne ślady jego behawioru. Wskazuje to na jego kryptyczny behawior. Samego chochlika jeszcze chyba nikt nie widział, ale skutki jego owszem.

U chruścików właśnie behawior budowlany budzi niegasnącą ciekawość i zainteresowanie badaczy. A o tym behawiorze wnioskujemy głównie z wytworów: domków, sieci, a więc efektów pracy. Na dodatek należy wiązać chochlika z papierem, a więc pierwotnie z drewnem (cieki puszczańskie obfitują w butwiejące drewno). Jedynie wilgotne, butwiejące drewno jest strawialne przez owady (obecność grzybów i bakterii). Wskazuje to na środowisko wodne jako pierwotne dla chochlików. Dodatkowo musiały to być zbiorniki śródleśne, choć nie wiemy czy raczej wody stojące (lenityczne) czy płynące (lotyczne). Ustalenie tego szczegółu wymaga dodatkowych i wnikliwych badań. Spośród owadów wodnych odżywiających się detrytusem oraz o krytycznym behawiorze najbardziej chochlikowate są właśnie chruściki. Larwy wielu gatunków budują domki, które upodabniają owada do podłoża, utrudniając zobaczenie przez drapieżnika. Na dodatek imagines są aktywne głównie w nocy oraz o zmierzchu i świcie. Biorąc pod uwagę powyższe cechy chruścików i chochlików widzimy uderzającą zbieżność. Te podobieństwa nie są przypadkowe.

Pozostaje nam jedynie zidentyfikować konkretny gatunek chruścika, który jest chochlikiem. Nie wszystkie gatunki chruścików występujących w naszym kraju mają polskie nazwy. Chochlika zatem trzeba chyba szukać pośród tych gatunków. Dodatkowym kryterium powinno być rzadkość występowania oraz synantropijny charakter.

Po wstępnych analizach 10 lat temu uznałem, że chochlikiem jest Ironoquia dubia. Jest to gatunek, który może być uznany za synantropijny (a raczej semisynantropijny). Jest związany z wysychającymi rowami melioracyjnymi. Sam rodzaj pochodzi chyba z Syberii (Beringia) – rodzaj Ironoquia występuje także w Ameryce Północnej. Prawdopodobnie stosunkowo niedawno przywędrował do Europy Środkowej i chyba jest związany z krajobrazem rolniczym (rolnictwo ekstensywne). Jego pojawienie się można wiązać z okresem wędrówek ludów indoeuropejskich, lub później z wędrówkami Słowian. Ale liczne występowanie w ciekach Puszczy Białowieskiej wskazuje skąd pochodzi ten gatunek. Siedlisk takich już praktycznie nie ma, więc nic dziwnego że gatunek kolonizuje siedliska zastępcze.

Ironoquia dubia od 2006 roku ma polską nazwę: chochlik psotny. ewolucyjną i ekologiczną chochlików.

Wcześniej opublikowane: Stanisław Czachorowski, Trichopteron 19, 2006. oraz Czy chochlik jest chruścikiem?