O słuchaniu i szacunku… na uniwersytecie także

„Słuchać to znaczy rozumieć, co ten drugi mówi.”

Michał Heller

Słuchanie jest zawsze aktywne i otwarte. Bez słuchania nie ma dyskusji a jedynie agresywne obwieszczanie, a jak coś nie "pasuje"… to pojawia się argument, że ten drugi jest głupi, jest płatnym agentem, bolszewikiem, "czarnym", socjalistą, konserwatysta, liberałem (niepotrzebne skreślić)… a więc jest zły i z definicji kłamie.

Otwarte słuchanie ułatwia zrozumienie punktu widzenia i sposobu zrozumienia adwersaża, studenta, słuchacza. Bez zrozumienia nie sposób sensownie dyskutować… po to by dojść do prawdy, a nie przekonać, pokonać, podeptać.

Prawdziwe słuchanie to strategia wygrana-wygrana. Zatem uczmy się słuchaćc innych i szukajmy do dyskusji ludzi, którzy potrafią słuchać. Inaczej będzie to strata czasu i walka kogutów.

Chrząszcz na butelce, ale do ozdoby

Toniak żeberkowany, po łacine Acillus sulcatus, to chrząszcz wodny z rodziny pływakowatych. Nawet duży (jak na owady). Malując butelki staram się utrwalić jak nawięcej gatunków z Warmii i Mazur. Ten na górze to samiec, bo samica na wystające żeberka na pokrywach skrzydłowych.

Malowanie jest dla mnie przyjemnością i odskocznią od codziennej pracy. Jest innym spojrzeniem na obiekt badawczy. Dzisiaj cały dzień wpisywałem do komputera wyniki oznaczeń chruścików z rzek całej Polski. To efekt udziału w dużym projekcie, oceniającym stan naszych wód. Potem pisałem o kolejnych owadach. A malowanie jest deserem :). I odpoczynkiem.

Butelka będzie prezentem, dla entomologa lub hydrobiologa. Dla przeciętnego człowieka to tylko "robal" – specjalista rozpozna znacznie więcej. I będzie mu się kojarzyło z hydrobiologią, owadami wodnymi, monitoringiem itd. Tak jak zakochanym i koniom siano pachnie inaczej, tak naukowcom te same "robale" przywołują zupełnie inne skojarzenia z otaczającym nas światem.

Będzie na nalewkę lub jako wazonik do kwiatka. A w podtekście także reusing – to z myślą o środowisku wokół nas. Także lekki podtekst, że z pozoru rzeczy (lub ludzie) niepotrzebni mogą mieć wartość. Trzeba tylko o to się postarać, aby tę wartość przywrócić lub dostrzec.

Wikipedia jest jak medycyna ludowa

Wikipedia to ludowa wiedza, ludowa sprawiedliwość i rozumienie prawa. Tak jak folklor jest opóźnionym odbiciem kultury wyższej, ogólnej, narodowej, tak Wikipedia jest ludowym odbiciem stanu wiedzy, nastrojów, poglądów, aktywności, czyli społeczeństwa informatycznego w tym przypadku (bo ci mają dostęp do Internetu).

Wiedza nie jest sumą informacji. Wiedza to informacje ułożone w systemie (paradygmacie). Informacje, definicje są zawsze kontekstowe. W przypadkowym zbiorze niespójnych haseł nie ma zwartej i całościowej wiedzy. Ale te hasła są niejednokrotnie przydatne. Tak jak ze wszystkich innych źródeł internetowych i papierowych trzeba umieć korzystać. Inaczej jest to wiedza bezwartościowa. Tak jak trzeba umieć jeździć samochodem. O sukcesie decyduje nie tylko jakość maszyny, ale i umiejętności kierowcy. Trzeba więc uczyć się korzystania poprawnego z Wikipedii. Tak jak z sukcesem można korzystać z medycyny ludowej. Ba, nawet czerpać z niej inspiracje do medycyny nowoczesnej (ale pomysły poddane są profesjonalnej obróbce metodologicznej).

Medycyna ludowa jest odzwierciedleniem dawnej medycyny. Funkcjonują przepisy z dawnych epok. Jest więc w stosunku do medycyny zapóźniona. A na dodatek bez własnego „silnika” rozwojowego i bez dystansu. Z niewielką dozą kreatywności. Naśladuje z opóźnieniem i z pewnym zniekształceniem.

Sam wikipediowania doświadczyłem, spróbowałem – więc mogę zdać relację ze swojego doświadczenia, obserwacji, odczuć. To są luźne refleksje a nie systematyczne badania, zakrojone na szerszą skalę. Nie oceniam z boku, oceniam po spotkaniu i przeżyciu, po byciu razem w tym dobrym i tym złym.

Wikipedia to dobry brudnopis i ćwiczenia w dyskutowaniu, zwłaszcza dla ludzi młodych. W porównaniu do innych for dyskusyjnych, mimo wszystko dużo większa kultura. Ale jako wiedza „ludowa” ma wymieszane dobre i wiarygodne informacje z bezwartościowymi i zmanipulowanymi.

Wady: anonimowość, fikcyjność osoby, przy anonimowości mniejsza kontrola nad sobą jak i ukrywanie prawdziwych, światopoglądowych intencji (zwłaszcza dla sekt, grup zawodowych lansujących swoje firmy czy produkty, wyznania – nie znając osoby nie możemy znać kontekstu wypowiedzi, co znacznie utrudnia interpretacją). Pacynki tworzone dla walki personalnej itd. Brak dystansu dla siebie, puszenie się w złudnej chwale „naukowego” encyklopedyzmu, w swej urojonej wielkości (jeśli napisane, umieszczone to ważne, jeśli skreślone to nieważne – iluzja że wikipediowość nadaje wartość (tak jak celebryci w TV – jeśli napiszą o czym w gazecie lub pokażą w TV to jest to coś ważnego, czy to osoba, czy to zdarzenie).

W jakimś sensie dla niektórych jest jak gra komputerowa lub powieść literacka – pozwala kreować siebie w lepszym świecie. Pewien absolwent politechniki kreuje się na doktora nauk biologicznych, pracującego w międzynarodowym zespole badawczym.

O ile informacjom można zaufać, to nierówna i nieokreślona jest interpretacja, zarówno samych źródeł jak i wyciągania wniosków. Czasem są sensowne i wartościowe interpretacje, czasem zupełnie bzdurne, niespójne itd. Często jest ukrywany lub nieuświadomiony subiektywizm, czasem próby narzucania światopoglądu itd. (dowartościowywanie i „unaukawianie” swojego punktu widzenia).

Bezpieczniejsze (w wykorzystaniu) są hasła proste, bardziej ryzykowne hasła abstrakcyjne i wymagające erudycji oraz kontekstu. Próba kategoryzacji jest klasyfikowaniem obiektów, zjawisk. Wymusza poszukiwanie związków, podobieństw, różnic. Ale w jakimś sensie jest to dobra praktyka do późniejszych przemyśleń, czym jest tak na prawdę wiedza. Te doświadczenia wikipedystów mogą się im kiedyś przydać przy refleksji nad wiedzą jako taką.

Wikipedia nie jest wartością jako dzieło (skończone, bo nigdy nie będzie skończone), lecz jako proces uczenia się. Zatem najwięcej korzystają aktywnie uczestniczący (edytujący, dyskutujący), mniej ci co tylko biernie korzystają. Wikipedia jest projektem wolontariatowego samokształcenia się (kształcenie ustawiczne w społeczeństwie informacyjnym).

Zalety/Wartości: w zakresie wiedzy – zbieranie informacji (często niekompletne i nieusystematyzowane, ale jednak), danych, linków internetowych (ta forma najbardziej dostępna dla wikiinternautów, łącznie z uwolnionymi zasobami – skanami-pdfami starych książek), bibliograficznych pozycji (raczej nigdy kompletna, raczej przypadkowa i wybiórcza).

W zakresie umiejętności to jest wartościowy brudnopis, bo żeby coś napisać, edytorzy muszą najpierw poszukać źródeł, coś przeczytać (ze zrozumieniem lub bez ale jednak aktywnie zapoznać się ze źródłami), sformułować zdanie, uporządkować informacje, czasem je integrować. Uczą się w końcu dyskutować (starania idą chyba w kierunku dyskusji merytorycznej, ale często-gęsto przedostają się argumenty ad personam i inne nieuczciwe metody, tak jak i w innych formach ludzkiej, publicznej aktywności).

Wikipedia to taki nieustający i nieustabilizowany brudnopis, kolejne (nowsze) wersje wcale nie muszą być lepsze od starszych – nie jest to proces ciągłego (nawet powolnego) udoskonalania. Wiki – to takie ciut uporządkowane Google (lepsze dla fotografii i rysunków, bo to ze swej natury swoiste całości – można dodać inne, ale nie zmanipulować danego obrazu), pierwszy kontakt szukania (najczęściej wysokie pozycje w googlowaniu).

Nie można się ograniczać do Wikipedii, bo nie ma tu ani pełnego obiektywizmu, ani kompletności opracowania (treść jeśli chodzi o wartość jest łaciata). Zatem trzeba sprawdzać źródła, na które powołuje się dane hasło, sprawdzać w innych nie-wikipediowych źródłach, zaglądać do historii haseł i sprawdzać co było wcześniej napisane i co było kasowane. W końcu samodzielnie wyciągać wnioski.

Wikipedia to tylko pomocny kolega, który przyniósł notatki (może niekompletne, może tendencyjnie wyselekcjonowane, może przypadkowe zebrane – akurat to, co było pod ręką a nie to co najwartościowsze).

Za Kłobukiem dotarłem na Polesie…

polesieosendowskiNierozwiązane zagadki siedzą gdzieś w kącie głowy i jak tylko pojawi się coś naprowadzającego na trop, zaraz wyłażą z zakamarków i przypominają się. Warmiński Kłobuk i jego etnograficzne pochodzenie również siedzi mi gdzieś nad głową, w zakamarku między innymi myślami.

Na kolejne ślady natrafiłem podczas lektury fascynującej książki Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego pt. „Polesie”. Napisana gdzieś w 1926 r., po raz pierwszy wydana w 1934, a teraz ponownie (2010). To przyrodnicza i etnograficzna podróż na koniec świata. Egzotyka jak na Nowej Gwinei czy Nowej Zelandii… a jednocześnie tak blisko! Po Huculszczyźnie, to drugie moje etnograficzno-przyrodnicze odkrycie… świata który już chyba nie istnieje.

Polesie, ukryte pośród niedostępnych bagien na długo zatrzymało archaiczne zwyczaje słowiańskie i nie tylko. Ze zdziwieniem natrafiłem na wątek Kłobuka. Najpierw napotkałem zdanie „z ostrowów krzykiem uprzedzany o pościgu surowego a ciemnego jak noc listopadowa, kłobuczego ihumena-Greczyna.” A więc kłobuk to coś czarnego i przypominającego nakrycie głowy prawosławnych duchownych. To nie pierwszy związek słowa „kłobuk” z nakryciem głowy prawosławnych kapłanów. Pytanie rodzi się takie: czy najpierw była nazwa „czapki” (może słowo z Bizancjum?) a potem przeniosło się na Kłobuka…. czy też wygląd owego nakrycia lub samego duchownego przejął dawne słowo, bo w czymś przypominało? Prawosławie na Rusi od X wieku. A więc związek bardzo stary. Niemniej chyba wiąże się z czarnym i z religią-duchowością, a więc jakąś magicznością bliska naszemu warmińskiegu Kłobukowi.

Poleszucy zachowali aż do XX wiele z starych, słowiańskich wierzeń-zwyczajów-rytuałów, nawiązując do dawnych Drewlan i Dulebów. Ze wspomnianej książki dowiedziałem się, że Poleszucy szczególną magiczną sympatią darzyli głuszce – kuraki leśne. To czarne ptaki. Może jakiś dawny związek z magią słowiańską, wierzeniami? Ważne, że czarny i że leśny i samiec zwany kogutem a samica kurą (jak to u kuraków).

I jeszcze jeden fascynujący ślad z Polesia. Wołchowie i baby (szeptuchy jak dzisiaj byśmy powiedzieli) w swoich gusłach i czarach poleskich: „tam znają również ów trujący blokot i czermier, szmani lecza dywanną i czeredą i znają tajemną moc palonych piór czarnej kury i łoju zwierząt kryjących się na zimowe leża w norach, gdzie śpią do pierwszych dni wiosny.” Mamy więc czarne kury, różne magiczne ziela (to nawiązanie do podbiału-kłobuka) i wiosny, kiedy to podbiał zakwita jako jeden z pierwszych kwiatów. Na dodatek ziele magiczno-lecznicze.

Czyżby zatem „przodkiem” warmińskiego Kłobuka były głuszce i staro bałto-słowiańskie wierzenia?

Do wykładu na tegoroczną europejską Noc Naukowców mam już myśl przewodnią, o kłobuku i ochronie przyrody i o całkiem realnym szukaniu warmińskiego Kłobuka. Pretekst by opowiedzieć o ekologii, o zmieniającej się przyrodzie i wpływie człowieka. A więc sposób, aby o zawiłościach naukowych powiedzieć językiem i stylem atrakcyjnym i inspirującym do samodzielnych, dalszych poszukiwań. Bo poznawanie świata (nauka) jest piękne i przyjemne. Przy rozwiązywaniu tajemnic wydzielają się endorfiny, o czym już wcześniej pisałem.

Jakie mogą być relacje student-profesor? Wróg, partner czy obcy?

Parafrazując Ryszarda Kapuścińskiego i jego uwagi, dotyczące postawy w zetknięciu z inną "niższą” kulturą, w odniesieniu do traktowania studentów na uczleniach, można wymienić następujace, możliwe postawy:

postawa belferska (pouczanie, traktowanie studenta jak dziecko),

postawa arystokratyczna (podkreślanie własnej wyższości, chłodny, pogardliwy stosunek do studenta, nastawienie na splendor i rytuał),

postawa ironiczno-kpiarska (traktowanie studenta jako obiektu satyry, jako pajaca, jako półgłówka),

postawa dominacji agresywnej (nacechowana nienawiścią, złośliwością, wściekłością, a przynajmniej niechęcią),

postawa rezygnacji (akceptowanie studenta takim, jakim jest, jednak z przekonaniem, że jest "niższy" i nic się nie da zrobić),

postawa życzliwości (trochę paternalistyczna, ale serdeczna),

postawa partnerska (przyjmowanie studenta jako równego sobie, jako człowieka tak samo poznającego świat).”

Jakie postawy są najczęstsze? A jakie najbardziej pożądane?

Secesyjne ważki czyli „robale” są piękne

secesjawazki2Na ostatnim wykładzie, dla studentów pedagogiki, jedna ze studentek na imago chruścika (na zdjęciu) powiedziała „jaki wstrętny karaluch”. A na owady często ludzie (zwłaszcza kobiety) mówią „robale”.

Jest w tym trochę atawizmu – niechęci do pasożytów (co jest zrozumiałe). Niektóre owady rzeczywiście nas podjadają. I to mniej estetycznie niż komary czy ślepaki. Są i takie, których larwy żyją w naszym ciele. Brrrrrr. To źródło tegoż obrzydzenia dla istot podobnych do tasiemców, glist, wszy, gzów itd. Ale to mały fragment owadziego świata.

Zdecydowana większość owadów jest piękna (bo dla nas niegroźna). Trzeba się tylko przyjrzeć z bliska. W pięknie owadów gustowali artyści z przełomu wieków. W secesji często pojawiają się motyle, chrząszcze i ważki. Tak jak te na załączonym wyżej „obrazku”. Zdjęcie zrobione na pchlim targu, gdzieś na prowincji.

Ważki przepiękne i realistyczne. Szkoda, że byłem z plecakiem i nie dało się kupić… W to miejsce coś namaluję na butelce lub słoiku 🙂

A to szczęście to co to jest?

A to szczęście to co to jest?

"- Sensowne życie. Tylko że to nader ogólnikowe stwierdzenie, bo różni ludzie w różnych sprawach sensu szukają. "

Zygmunt Bauman

Ludzie szukają sensu w swoim (i ogólnym) życiu. Tym intensywniej, im mniej czują się szczęśliwi. Chcą po prostu to szczęście odnaleźć. I myśli o tym każdy człowiek, na swój sposób.

Każdy jest więc filozofem, mędrcem. Lub przynajmniej próbuje być. Jedni teoretyzują inni nie werbalizują, tego co we wnętrzu, ale próbują tym żyć. Deficyt sensu jest tak samo dokuczliwy jak brak chleba…

Dlaczego myślenie nie boli (…tak bardzo)

Myślenie wymaga wysiłku i energii dostarczanej do mózgu. Ten wysiłek niejednokrotnie widać na twarzy. A mimo to, myślenie utrzymuje się i trwa, wspierane mechanizmami ewolucji. I to jest niezwykła zagadna. Rodzi się pytanie o biologiczny sens myślenia.

Już wcześniej zadawałem (i odpowiadałem) pytanie kiedy naukowiec jest szczęśliwy. Poza sytuacjami, gdy jest szczęśliwy tak jak każdy inny, „normalny” człowiek, naukowiec bywa szczęśliwy wtedy, gdy coś odkryje. Endorfiny (w uproszczeniu hormony szczęścia) wydzielają się w mózgu, adrenalina krąży w krwiobiegu, organizm przepełnia poczucie szczęścia… Naukowcom, mędrcom lub myślicielom (jakkolwiek byśmy ich nie nazwali) wydaje się, że dotknęli tajemnicy, że coś więcej o świecie się w głowie ułożyło i nie jest on już tak bardzo niezrozumiały, tajemniczy, chaotyczny. To egzaltacja, że zbliżyło się trochę do zrozumienia i poczucia sensu! Nawiązujac do popkultury chciałoby się napisać "umysłowy orgazm" (bo do seksualnosci wszystko sprowadzamy we współczesnej kulturze popularnej i masowej).

Jednak i ta przyjemność nie jest obca każdemu człowiekowi. Bowiem w chwilach osobistych odkryć, kiedy wiedza się w głowie jakoś porządkuje, gdy sami odkrywamy wcześniej nie znane nam związki między zdarzeniami, obiektami przyrodniczymi czy relacjami, też wydziałają się w mózgu endorfiny. Różnica być może jest jedynie taka, że naukowiec chyba częściej tego szczęścia doświadcza… bo więcej czasu na myślenie przeznacza. A przynajmniej powinien. Kiedy myślimy i staramy się zrrozumiec świat wokół nas – też jestesmy naukowcami, mędrcami, filozofami. Też w chwilach odkryc wydzielaja się endorfiny, dające poczucie szczęścia.

Wspomniany związek endorfin z odkryciami w zasadzie nie jest jakąś rewelacją czy biologiczną sensacją. Te biochemiczno-molekularne mechanizmy odczuwania szczęścia biolodzy badają od dawna i potrafią opisać. Niezwykłe w tym jest zupełnie coś innego. Niezwykłe jest to, że w procesie ewolucji ukształtował się ten mechanizm "nagrody" premiującej wysiłek myślenia i poznawania świata.

Ważne z biologicznego punktu widzenia czynności mają ewolucyjnie utrwalone mechanizmy „zachęty”, swoistego wewnętrznego nagradzania. Bez tych wewnętrznie odczuwanych przyjemności nie bylibyśmy skłonni do różnorodnego wysiłku. Życie biologiczne istnieje na Ziemi około 4 miliardów lat. Od początku głównym problemem organizmów żywych było zdobywanie pożywienia. Zdobywanie energii w pożywieniu szeroko rozumianym wymaga wysiłku ciągłego zabiegania, starania się o zasoby środowiska jak i ciągłego przystosowywania się do zmienających się warunków. Odżywianie się (dostarczanie energii niezbędnej do życia) w formie tofosyntezy czy zjadania innych organizmów (roślinożerność, drapieżnictwo) wymaga mozołu i trudu, ciągłej pogoni, detoksykacji trucizn (broń obronna ofiar). Lenictwo wydaje się być czymś przyjemniejszym i łatwiejszym…

Przetrwały tylko te gatunki, które nie „zapomniały” o odżywianiu się i nie „leniły” się w zdobywaniu trudnego pożywienia. My również odczuwamy przyjemność w czasie posiłku. Czy gdyby nie ta wewnętrznie odczuwana przyjemność, to zmusilibyśmy się do wysiłku zdobywania pożywienia? Coś wiedza o tym kobiety, codzienne trudzace się "nad garami" a dwaniej w kolejkach… Ten mechanizm "przyjemności" musiał się wykształcić, inaczej byśmy nie przetrwali jako gatunek (i dziesiątki milionów innych gatunków).

Mniej więcej 2 miliardy lat temu wśród organizmów żywych wykształciło się rozmnażanie płciowe. A więc połowę czasu istnienia, życie ziemskie nie znało płci… i dobrze się miało. Jaki jest więc sens rozrzutnego rozmnażania płciowego?  W biosferze efektem był gwałtowny wzrost różnorodności biologicznej na wszystkich poziomach, powstały organizmy wielokomórkowe z ogromną różnorodnością typów. Ale rozmnażanie płciowe to również duży wysiłek dla każdego organizmu (wiemy o tym dobrze, a kobiety, które rodziły – jeszcze więcej). Zatem wewnętrzny popęd i odczuwanie przyjemności w akcie seksualnym wydaje się czymś oczywistym i zrozumiałym z ewolucyjnego punktu widzenia.

Odżywianie się i rozmnażanie są niezbędnymi do przetrwania czynnościami żywych organizmów. Wewnętrzny mechanizm odczuwania przyjemności i różnorodnych sygnałów biologicznych, w tym endorfin, jest oczywistym mechanizmem.

Myślenie pojawiło się mniej więcej około miliona lat temu. Skoro w czasie odkryć  wydzielają się endorfiny, a my odczuwamy przyjemność, to jest to jakiś mechanizm ewolucyjny, niezwykle ważny dla naszego życia. Myślenie wymaga wysiłku, potrzebuje energii. Gdyby nie endorfiny czy tracilibyśmy czas i energię na wymyślanie i odkrywanie? Co bym nas zmusiło do uczenia się – wspołcześnie w szkole spędzamy już ponad 20 lat!!! A potem dochodzi kształcenie ustawiczne, pomijając własne, indywidualne samokształcenie i uczenie się (kształcenie nieformalne i pozaformalne).

Tu pojawia się zasadnicze pytanie o sens, czyli dlaczego myślenie jest tak ważne dla życia? Dlaczego jesteśmy szczęśliwi poznając świat wokół nas? I to jest ta wielka tajemnica, przed jaką stajemy. Znamy biochemiczny mechanizm wydzielania endorfin w mózgu, ale nie wiemy jaki jest sens tego, że myślenie jest tak ważne. Odżywianie umożliwia trwanie życia, rozmnażanie płciowe zapewniło ogromną różnorodność i ekspansję. A po co nam zdolność myślenia i możliwość odkrywania tajemnic świata? Dlaczego – dla jednych ewolucja, dla innych Stwórca – zadbali o to, żeby człowiek (i cała ludzkość, łacznie z "szarymi obywatelami" i najmnijeszymi prostaczkami) chciał poznawać wszechświat, rozgryzać jego tajemnice i odczuwać w tym procesie przyjemność?

Uprawianie nauki zawodowo czy tylko amatorsko, jest źródłem dogłębnej przyjemności. Przyjemności w zasadzce taniej, dostępnej dla każdego i chyba bez negatywnych skutków ubocznych. Osobiście nie spotkałem się z potrzebą kierowania kogokolwiek na „odwyk” z powodu myślenia i odkrywania.

Tak, myślenie wymaga wysiłku, ale nie boli za bardzo, bo mamy wewnętrzny mechanizm "samoznieczulania" się (endorfiny) i mobilizowania się do wysiłku (adrenalina). Rozmyślanie o tajemnicach świata i jego sensie jest "rozrywką" i biologiczną przyjemnościa, dostępną od zaraz dla każdego. Wszystko co trzeba mamy ze sobą (nie rzeba kupować), a oprócz mózgu potrzebna tylko ciekawość i postawa otwarta. Każde dziecko to ma w nadmiarze. A dorośli… wsytarczy, że nie będą się starzeli :). Ba, naukowo udowodniono, że osoby aktywne umysłowo (duchowo) żyją dłużej.

Bliski kraniec świata

Są miejsca, w których czas jakby się zatrzymał. Bo są to miejsca na uboczu, na peryferiach. To istny kraniec (koniec) świata. To jakaś prowincja zabita dechami… Ale i miejsce, gdzie odnaleźć można przeszłość, bo czas płynie tam znacznie wolniej.

Niedawno czytałem wspaniałą książkę o Hucułach i Huculszczyźnie. Teraz kupiłem sobie o… Polesiu i Poleszukach. Zdjęcia z początku wieku są niesamowite, pełne skansenowej przeszłości i utraconej tajemnicy. Te lektury to swoiste wycieczki na kraniec swiata. A przecież tak bliskie! Nie trzeba jeździć na Wyspy Kanaryjskie, wspinać się w Himajachach, podróżować do bieguna.

Mazury też były kiedyś prowincjonalnym końcem świata (z drugiej strony pólnocne Mazowsze). Granica dzieliła, a przy granicy leniwie trwał prowincjonalny, zapomniany, lokalny kraniec świata. Granicy nie ma, kraniec znalazł się w środku, przecięty drogami szybkiego ruchu. Gdzieniegdzie tylko w lasach spotkać można zapomniane cmentarze, ślady po dawnych wioskach i dawnych mieszkańcach.

Ale blisko nas powstaje kolejny koniec świata. Granica z Rosją (Obwód Kaliningradzki) przez pół wieku była martwą granicą, nieprzekraczalną. Wyrosła w środku dawnych Prus Wschodnich. Dawne centrum stało się… prowincją zabitą dechami, gdzie nawet wrony zawracają. Domostwa podupadają.

Bycie w centrum lub na skraju świata, to rzecz nabyta i przejściowa. Niegdysiejsze metropolie i centra ówczesnego świata stają się ruinami (Troja, Gniezno, Truso), porosłymi chwastami, gdzie tylko kozy się pasą. A dawne zapomniane krańce świata stają się centrum wyjazdów turystycznych…

Inspirujace piękno białej zimy i… rumianki

Zima jest piękna w swojej czystej bieli. Co kilka dni inne wydanie piękna, raz przyprószone drzewa śniegiem, innym razem szronem, a dachy soplami. A jak się biel nieco w mieście przybrudzi, to zaraz dosybie śnieżnobiałą bielą. I znowu pięknie.

Zainspirowany zimową bielą w ostanim malowaniu ciemne butelki ozdobiłem białą farbą. A skąd rumianki? Bo to takie prowincjonalne, niebanalne kwiatki. Podobnie jak przetacznik ożankowy czy bluszczyk kurdybalek (a jakie poetyckie nazwy!). A nie jakieś wielkomiejskie róże, storczyki czy secesyjne kosaćce.

Między rumiankami przemyciłem kilka latających chruścików.Kilka dni temu oznaczałem chruściki z Wilkowyj. Tak, tak, z Wilkowyj! Więc do klimatu prowincjonalnego jak najbardziej pasują. A o tych wilkowyjskich chruścikach jeszcze napiszę (za jakiś czas).

Trzeba się cieszyć zimą, póki w swej czystej bieli jest. Póki psie kupki i siuśki, póki uliczne błoto i codzienne śmieci nie zbrukają tego piękna. Na szczęście do wiosny niedaleko – ona posprząta, jaskrawo i bolesnie widoczne brudy na śniegu. Razem ze śniegiem :).