Europa z perspektywy rodziny … i internetu

Rodzinnymi poszukiwaniami genealogiczymi zająłem się, gdy urodził się mój syn. Wtedy do książki pamiątkowej wpisaliśmy rodziców i dziadków nowonarodzonego. A dalej? Tak zaczęły się wieloletnie poszukiwania, spotkania rodzinne, wypytywania, przeszukiwania archiwów. I trwa nadal. Doszukałem się swoich przydków aż do średniowiecza a przy okazji zorganizowaliśmy kilka zjazdów rodu Czachorowskich (w te wakacje narodził się pomysł przyszłorocznego zjazdu rodziny po kądzieli… na Białorusi, aby tam mieszkającym Kresowiakom było łatwiej organizacyjnie i finansowo się spotkać). Po umieszczeniu części danych w internetowych, genealogicznych bazach danych odezwali się dalecy kuzyni z wielu zakątków Polski, Europy i świata. Z dawnej i współczesnej emigracji. Internet zbliża :).

Żeby zrozumieć historię i przemiany swoich przodków zacząłem czytać różnorodne opracowania historyczne. Tak na prawdę zacząłem na nowo studiować historię Polski i Europy. Znacznie dokładniej i pełniej niż w kursie szkolnym (takie moje kształcenie ustawiczne). To jest i była fascynująca historia odkrywania światów, które odeszły w przeszłość. Poznając historię lepiej rozumiałem genealogię swojej rodziny…. ale i lepiej zacząłęm rozumieć współczesną historię Polski i integracji europejskiej jak i różnorodnych migracji po całym świecie.

Jednym z ciągłych motywów było poszukiwanie swoich najdalszczyh przodków. Wszyscy Czachorowscy (Czacharowscy, Ciachorowscy) wywodzą się z mazowieckiego Czachorowa. Wieś swą nazwę najpewniej wzięła od osadnika o imieniu Czachor. Samo zaś słowo ma źródłosłów irańsko-turecki. Rozwiązanie tej zagadki nieustannie kusi mnie poszukiwaniem i poznawaniem historii Europy starożytnej i średniowiecznej, w tym genezy Słowiańszczyzny i jej migracji.

W obecnie czytanej książce "Imperia i barbarzyńcy – migracje i narodzuny Europy", Petera Heathera, (wydana w Poznaniu w 2010 r.), znalazłem znakomite potwierdzenie tezy, że na Mazowszu Słowianie zastali germańskich autochtonów i ich zeslawizowali.

Spotkania i dyskusje rodzinne po mieczu i kądzieli pokazały wielokulturową i wieloetniczną Europę z perspektywy bardzo bliskiej, bo rodzinnej. W bliższej i dalszej rodzinie i rodzie, żeby się porozumieć musimy rozmawiać i pisać w kilku językach. Ta różnorodność nie przeszkadza wspólnej identywikacji.

Jeśli poznać głębiej historię swojej rodziny, wtedy wieloetniczna i wielokulturowa Europa staje się bardziej bliska i oczywista. I nie jest straszna.. Co więcej, łatwiej z jednej strony zrozumieć historię Warmii i Mazur jak i z tym regionem identyfikować się. Doszukałem się wśród przodków Mazurów, z tej najdawniejszej fali migracji Mazowszan na Prusy. A litewsko-polsko-białoruskie korzenie po kądzieli znakomicie wpisują się w historyczny kontekt kuturowych przemian na Warmii i Mazurach. Kulturowo jestem u siebie, a zakorzenienie sięga co najmniej kilku wieków. Urodziłem się na Warmii…. i jestem Warmiakiem z wielowiekowymi korzeniami, wpisując w to wielowiekowe i tysiącletnie, europejskie migracje i kulturowe procesy indentyfikacji.

Edukacja i wiedza pomaga w europejskiej integracji. Współczesne procesy i migracje… z perspektywy stuleci stają się czymś normalnym i odwiecznym. Jesteśmy u siebie, w bogatej i ciągle stającej się, tworzącej się wielokulturowości i różnorodności.

Wracam do lektury :).

Mimo podtopień w Olsztynie drzewa będą usychać

Paradoksalnie wciąż zagrażają nam coraz bardziej dwa żywioły: powodzie i susze. Jak to jest, że w jednym roku woda zalewa nam mienie a jednocześnie występuje susza? Jak to jest, że np. w Olsztynie w czasie ulewnych deszczy zalewać będzie ulice i domy a jednocześnie drzewa i trawniki będą usychały z braku wody?

Odwołać by się można do przypowieści o siedmiu latach tłustych i siedmiu chudych. Jeśli nie gromadzimy wody w czasie jej "nadmiaru" to w czasie suchym jej zabraknie. Oczywiście odnosić do należy do większej skali krajobrazu czy regionu. Jeśli woda zbyt szybko spływa po ulewnych deszczach, to po pierwsze szybko tworzy się fala powodziowa, a po drugie potem brakuje wody… Bo ona już w Bałtyku a nie w glebie (nie jest dostępna dla roślin). Dlaczego woda zbyt szybko "ucieka" do rzek i Bałtyku? Zbyt duże wylesienia i zbyt dużo nieprzepuszczalnego dla deszczówki asfaltu i betonu. To ostatnie głównie w miastach.

Jednym ze sposobów zapobiegania złym skutkom jest mała retencja. Nasi leśnicy już kilkakrotnie dostawali nawet międzynarodowe nagrody za znakomity program małej retencji, czyli zatrzymywania wody w krajobrazie (przydałyby się analogiczne projekty w samym Olsztynie). Im dłużej woda zostaje w krajobrazie, tym w większym stoniu dostępna jest dla roślin latem, ale także przesiąka i odnawiane są podziemne zosoby wody pitnej. To z myślą także o przyszłych pokoleniach. Zasoby wody głębinowej, z której korzystamy, też mogą się "zużyć".

Ale wróćmy do miasta. Jeśli jest zbyt dużo wyasfaltowanej i wybetonowanej powierzchni, to woda spływa (zbyt mała powierzchnia wsiąkania). A nie mogąc wsiąkać, wszystko spływa ulicami. Przy ulewnych deszczach kanały burzowe nie są w stanie szybko odprowadzić nadmiaru wody. Może dochodzić do lokalnych podtopień. A jak woda odpłynie, to zbyt mało zostaje jej w glebie. Gdy przychodzi kilka tygodni bezdeszczowych usychają trawniki i drzewa. Trzeba je podlewać, a jest to kosztowne.

Przykładem złego rozwiązania jest Plac Konsulatu (na zdjęciu wyżej). Nie dość, że prawie cały wyłożony kostką granitową (po co zamiast otwartych trawników i rabat kwiatowych na betonie stawiać potem donice z zielenią – tak jak teraz na Placu Jana Pawła II?), to jeszcze niewielkie fragmenty odsłoniętej (przesiąkalnej!) gleby przy drzewach są odgrodzone murkiem! Na placu może być wody po kostki, a i tak nie będzie wsiąkała. Ta niewielka przestrzeń odsłonietej gleby jest niewystarczająca do uzupełnienia wody w glebie, a z beton-placu nie spłynie, bo skutecznie odgradza wysoki murek. Żeby drzewa nie uschyły, trzeba będzie je systematycznie podlewać. Tylko po co kupować coś, co można mieć za darmo? "Darmową" wodę z nieba skutecznie odprowadzmy do Łyny, a podlewać będziemy wodą wodociągową z ujęć głębinowych… Do tego koszty paliwa, bo wodę trzeba przywieźć…

W przypadku Placu Konsulatu widać brak empatii w projektowaniu. Brak nie tylko przyrodniczej i ekonomicznej wyobraźni. Miejski plac, pośród murowanych domów, z kamiennym chodnikiem to latem piekarnik. Przydałaby się jakaś mała "woda", aby łagodzić upały i nawilżać powietrze – to z myślą o ludziach. Co prawda po protestach dostawiono ławeczki (po projektant zapomniał?, że na skwerze można siedzieć, a nie tylko stać na baczność), ale mikroklimatu nie da się w ten sposób poprawić. A drzewa będę usychały…. Wtedy być może powołane zostanę eksperckie komisje do zbadania przyczyny itd., tak jak w przypadku pięknego, zabytkowego klonu, rosnącego nieopodal (przez budynkiem ZUS). Mnóstwo kosztownych działań, a wszystko przez brak wyobraźni i poprawnego odczytania nie tylko funkcji architektonicznych ale i potrzeb mieszkańców.

W Olsztynie są i dobre rozwiązania, ułatwiające wsiąkanie wody:

Powyższe zdjęcie to przykład dobrych rozwiązań z Olsztyna – bo przecież nie jest tak, że u nas wszytko robione jest źle. Parking zrobiony z ażurowych płyt betonowych. Wystarczająco twardo na postawienie samochodu a jednoczesnie woda może wsiąkać w grunt. To dobra ochrona przed negatywnymi skutkami ulewnych deszczy a jednoczesnie magazynowanie wody w glebie. Umożliwia nie tylko wegetację roślin, w tym drzew, ale i odnawianie wód głębinowych.

Smok wawelski istniał naprawdę, czyli o poczuciu humoru polskich naukowców

Do tej pory smok wawelski istniał tylko w bajkach, ale za sprawą subtelnego poczucia humoru polskich naukowców Smok waleski zaistniał naprawdę! I nie chodzi tu o jakąś inżynierię genetyczną czy biologię molekularną rodem z Parku Jurajskiego.

Otóż każdy gatunek biologiczny musi mieć swoją naukową nazwę, łacińską lub przypominającą łacinę. Bioróżnorodność Ziemi jest olbrzymia i trzeba ogromnej wyobraźni, aby nadać unikalne i niepowtarzalne nazwy dla kilku milionów gatunków. Opisano ponad 1700 tysięcy gatunków roślin, zwierząt, grzybów i bakterii (współcześnie żyjących i wymarłych), a co roku naukowcy opisują nowe. Pojawiają się nazwy dziwaczne. Pierwszy człon odnosi się do nazwy rodzajowej (pisane dużą literą), drugi do nazwy gatunkowej. Już od dawna drugi człon nazwy gatunkowej służył do upamiętniania nazwisk innych naukowców, np. Allogamus starmachi (a jakże, chruścik). Ale nawet w nazwach rodzajowych pojawiały się lokalne ciekawostki, np. w odniesieniu do australijskich owadów Dziwneono – za sprawą polskiej pani entomolog.

Teraz polscy naukowcy, paleontolodzy z Warszawy (czytaj więcej) odkryli nowy gatunek dinozaura. Skamieniałe kości znaleźli na Śląsku. Każdemu nowemu dla wiedzy gatunkowi trzeba nadać dwuczłonową nazwę naukową, w języku łacińskim (lub przypominającym łacinę). I nasi naukowcy nowego, drapieżnego dinozaura nazwali: Smok wawelski ! Nawa rodzajowa pisana dużą literą (a łacina kursywą). Dlatego smok wawelski to postać bajkowa, ale już Smok wawelski (niewielka różnica w pisowni) to rzeczywiście istniejący gatunek, wymarłego dinozaura. Podobnie Homo sapiens znaczy co innego niż homo sapiens.

Teraz Smok wawelski trafił na międzynarodowe, naukowe salony i będzie o nim rozprawiało całkiem poważnie wielu naukowców aż po wsze czasy. Oczywiście, bez związku z szewczykiem Dratewką :).

Decoupage to jeszcze nie jest, ale się rozkręcam :)

Do decoupage powolutku dojrzewam. Kusi mnie i korci. Powoli od malowania tylko na butelkach nieśmiało przechodzę i próbuję na innym podłożu. Muszę jeszcze kupić sobie papier ścierny i nauczyć się lakierować. Uczę się cenić detale i staranną wytwałość. 

Co prawda w Polsce czerwonych chruścików nie ma, ale taka kolorystyka bardziej mi do wnętrza pasowała. Wyszedł czerwony, olsztyński bagieniec czyli Limnephilus.

Mazury reklamują się jako cud natury. Ale Warmia to cud natury i sztuki (cud natury i kultury). W prowincjonalnym cittaslow przyjemnie się kontempluje, niezależnie od pogody i pory roku (zatem elitarna turystyka cały rok). A na olsztyńskiej Starówce przybywa kameralnie, ulicznie i spontanicznie grających grajków, ba nawet śpiewających. Robi się coraz piękniej i gwarniej, Niebanalni ludzie, sztuka i zabytkowy klimat przyciągają bardziej niż supermarkety czy centra handlowe nawet w czasie promocji. Bo atrapa podwórka pod dachem nie ma takiego powietrza i klimatu. W centrach handlowych we wszystkich miastach ten sam, słodko-sztuczny zapach. Wolę staromiejskich kloszardów niż galerianki :), bo więcej w ich autentyzmu.

I na olsztyńskiej Starówce chyba coraz więcej artystów, młodych i niepokornych. Trzeci sklep z akcesoriami dla rysująco-malujących artystów odkryłem! Rynek więc bogaty. Jeszcze troche a będzie jak w Kazimierzu Dolnym.

Na końcu każdej drogi są ludzie. Chcemy podróżować i odszukiwać ludzi niebanalnych, unikalnych, niepowtarzalnych. W supermarkecie z chińszczyną i tanią tandetą ich nie znajdziesz :). Zresztą, co kto woli. Swojego gustu innym nie narzucam… Opisuję tylko co mnie osobiście cieszy i inspiruje. Może nie jestem taki "niszowiec"?

Wystarczy trochę mydła, czyli o inwestycjach w Olsztynie

Duże inwestycje są potrzebne, bo to one rozwijają miasto. Sensownym jest także używanie dobrych surowców a nie jednorzowej tandety. Ale nawet marmur i granit źle wyglądają, gdy są po prostu brudne. Duże i drogie inwestycje nie zastąpią nigdy codziennej dbałości.

Jak to mówią na Mazowszu "więcej niedbały przeniedba, niż pijak przepije". Pięknie wygląda kostka granitowa na Starówce. Jest trwała, długo będzie cieszyć oko…. ale fatalnie wyglada, gdy jest brudna, z ciemnymi plamami (niedoszorowane) z ciągle zwiększającą się liczbą czarnych plamek po gumach do żucia. Ruchliwe centrum koło ratusza często-gęsto jest brudne od zalegających drobnych śmieci. Efekt inwestycji po prostu pryska. Tak jak niby kaskada wodna przed ratuszem: ani szumu ani urody z widocznym zaniedbaniem od brudu i to w zaledwie kilka tygodni od zakończenia inwestycji…

Po pierwsze winni są mało kulturalni ludzie, którzy plują gumami na chodnik, wyrzucają papierki pod nogi. Ale sprzątać trzeba. Nawet gumy do żucia można usunąć a brudny chodnik po prostu doszorować. Zniszczone chodniki (wjeżdżającymi samochodami) wystarczy naprawić. Nie trzeba nowych i drogich inwestycji – nie wypada więc naprawy odkładać na poźniej, "jak będą fundusze". Wystarczy tylko robocizna i trochę piasku: wyrównać i położyć te same, popękane płytki. Nie trzeba nowych, wystarczy by stare równo leżały. Że popękane? I dobrze, nie trzeba  postarzać i dodawać autentuzmu. "Ubogo ale chędogo". Nie przeszkadzają spękania lecz nierówności i wystające fragmenty.

Poza niezbędnymi inwestycjami Olsztynowi potrzeba codziennego doszorowania, posprzątania. Szczotka, woda i mydło – nie takie drogie. A siła robocza? Do sprzątania nie trzeba wielkich kwalifikacji a i bezrobotnych, biorących zasiłki u nas chyba nie brakuje (gdyby miasto tłumaczyło się brakiem kadr). Bierzmy przykład z Londynu – tam zadymiarze, w pomarańczowych kombinezonach, sprzątają po swoich wyczynach.

Dbałość o przestrzeń w szczegółach, z troską o nieliczne tereny zielone, o zaniedbane chodniki i drobne naprawy. Niby nic wielkiego… a jednak dodałoby uroku miastu. I to bardziej niż wielkie, kosztowne inwestycje. Z prawdziwą troską o mieszkańców i estetykę. Nie akcyjność, ale codzienna i wytrwała praca, mało widowiskowa lecz niezbędna. Tak jak w mieszkaniu: nie wystarczy kupić od czasu do czasu nowe dywany i meble – trzeba odkurzać i szorować przez cały rok. Bo "więcej niebdały przeniedba…."

Olsztyn to nie bar przy autostradzie

Od kilku miesięcy olsztyniacy mocno się uaktywnili w obronie ulicznych i parkowych drzew, w obronie przejść dla pieszych itd. Niektórych to miejskie przebudzenie mocno zaskoczyło i traktują je jako protesty antymodernizacyjne, stojące na przeszkodzie wielkim inwestycjom. W lokalnych mediach ścierają się dwie wizje miasta.

Kiedy na początku lat 90. gościłem u siebie na rocznym stażu Amerykanina z Korpusu Pokoju, opowiedział swoje pierwsze wrażenie z Polski. Przywieźli ich do blokawiska w Radomiu. Pierwsze to pomyślał "dlaczego przywieźli nas do slumsów?". Tak zaczęła się nasza dłuższa dyskusja o ratowaniu przestrzeni miejskiej. Dlaczego blokowiska uważał za slumsy? Bo w tym czasie w Ameryce destrukcja blokowisk zaszła dalej niż u nas. Brak dobrej przestrzeni życiowej: brak miejsc parkingowych, brak trawników, brak placów zabaw dla dzieci i dorosłych, brak parków (bo zajęte samochodami), brak przyjaznej przestrzeni miejskiej spowodował, że z centrów amerykańskich miast (jeszcze niedawno uważanych za nowoczesne i wspaniałe) zaczęli się wyprowadzać ludzie bogaci i średnio bogaci. Zaczęli się budować i osiedlać na przedmieściach, co ułatwiały coraz dostępniejsze samochody i tania benzyna. W blokowiskach lokowała się biedota, nie dbająca o budynki (lokale socjalne). Z nowoczesnych blokowisk zrobiły się slumsy. Po jakimś czasie te "slumsy" zaczęto burzyć i budować miasto od nowa. Trochę to kosztowny proces – i przed takimi działaniam przestrzegał nas "mój Amerykanin".

W tym czasie w Berlinie zainwestowano ogromne pieniądze, aby uratować poenerdowskie blokowiska, aby zwiększyć jakość życia i uratować miejską przestrzeń przed bezmyślną destrukcją. Myślałem, że w Polsce mamy dużo czasu na uratowanie miast. W ciągu tych wielu lat sporo o tym pisałem, uwzględniłem w wykładach i zajęciach z ochrony środowiska. Po wielu latach, okazało się, że "Polak przed i po szkodzie głupi?"… W Olsztynie jesteśmy w środku "walki" o uratowanie ostatnich fragmentów dewastowanego miasta.

Zdjęcie powyżej zrobione z dworca PKS, niejako symbolicznie oddaje dylematy Olsztyna: dworzec PKS i PKP (to przystanek w podróży), widok na stację paliw i popularny fastfood, a w głębi kościół i cerkiew (dyskretny symbol transcendencji i podróży przez życie). Na co zwrócimy uwagę?

W ostatnich latach rozbudowały się podolsztyńskie przedmieścia (suburbia). Wielu bogatszych ludzi wyprowadziło się z Olsztyna. Dla nich Olsztyn to tylko miejsce pracy: chcą jak najszybciej dojechać i wyjechać z Olsztyna. Teraz lobbują za przelotowymi drogami przez środek miasta. W Olsztynie nie mieszkają, nie żyją, nie odpoczywają (robią tylko zakupy, wpadają na "piwko do restauracji", pracują). Dla nich Olsztyn to galeria handlowa z parkinkiem klimatyzowanym i biuro… Przeszkadzają im przejścia dla pieszych i piesi (bo "spowalniają ruch"), przeszkadzają drzewa ocieniające chodniki, bo nie można zrobić czteropasmowej drogi przez zabytkową część miasta…

Ale w Olsztynie mieszkają i "miejscowi tubylcy, niczym warmińscy Aborygieni". Dla nich są ulice a nie drogi z barami przydrożnymi i cepeenami. Drzewa ocieniają chodnik, gdy się pieszo po mieście przemieszczają. Przejścia przez ulicę są potrzebne, aby się poruszać po mieście, parki z ławeczkami są potrzebne, aby wypoczywać i żyć w mieście. Nie jesteśmy tu przejazdem, jak na przystanku PKP czy PKS, ani na stacji bezynowej – zatankować w 3 minuty i dalej….. Nie jesteśmy także – my olsztyniacy – jak w przydrożnym barze fasfoodowym. Prafrazując: "nie mamy czasu dla ludzi, którzy nie mają czasu."

Chciałoby się napisać: "Olsztyn dla olsztyniaków" – lecz byłoby to zbytnie spłycenie problemu. Kto jest ważniejszy w mieście: mieszkaniec-pieszy czy przejezny samochód? To jest zasadnicze pytanie o sensowne inwestycje w Olsztynie. Bo jak można budować ścieżkę rowerową… zaczynając od wycięcia drzew? Po co inwestycje, jeśli nie służą ludziom i zgodnie z przeznaczeniem?

Przydałoby się szybkie opamiętanie. W wielu miastach zachodnioeuropejskim stawia się na transport publiczny (w tym rowery) a dawne parkingi zmienia się systematycznie na… parki. Bo miasto, to miejsce gdzie żyją ludzie 24 h na dobę, a nie parking. Czy musimy popełnić te same i kosztowne błędy co na "zachodzie"? Czy przynajmniej olsztynianie mogą być mądrzy przed szkodą?

Osa w kawiarni z małą dygresją o ludziach wykluczonych

osa_dachowaLato w swojej pełni owocuje dojrzałością i spełnieniem. Do olsztyńskich kawiarni zaczęły zaglądać nawet osy. Niebawem będzie ich dużo więcej. Po medialnym zainteresowaniu komarami, muchami czy tasiemcem bąblowcem przyjdzie pora i na osy…

Dlaczego os jest tak dużo późnym latem i wczesną jesienią? Bo rozpadają się gniazda os społecznych a robotnice – siostry altruistyczne – stają się zbędne. Tak jak ludzie na emeryturze, w jesieni życia. Lub jak bezrobotni młodzi ludzie – jeszcze nie zaowocowali a już zbędni… Szwendają się, zawadzają – jednym słowem problem…

W gnieździe os z pozoru najważniejsza jest samica składająca jaja. Najpierw, po przezimowaniu, sama zakłada gniazdo, haruje jak wół. A gdy dohowa (od hodowli a nie chowania) się pierwszego potomstwa, te stają się bezpłodnymi robotnicami. Jak w społeczeństwie następuje podział ról – samica „królowa” tylko się rozmnaża, składa jaja. Robotnice tylko pracują, nie przekazują swoich genów, są jak „altruiści”. Ale późnym latem cykl się zamyka, pojawiają się samce i samice. Opuszczają gniazdo w celach godowych, zimują zapłodnione samice. A „robotnice” stają się zbędne. Wypełniły swoją misję, nie muszą już troszczyć się o młodsze siostry. Szwendają się, zanim zdechną, pojawiają się na naszych owocach (wtedy je dopiero zauważamy). Bo osy to błonkówki drapieżne, swoje larwy karmią mięsem innych drobnych bezkręgowców. Owoce to tylko dodatek.

A nasi emeryci u jesieni życia? Też „zrobili swoje” i są już zbędni? Obciążają tylko budżet? Zaglądają do kawiarni i na uniwersytety trzeciego wieku…To byłoby bardzo płytkie i pseudobiologiczne spojrzenie na społeczeństwo.

Jako społeczeństwo czasu stabilizacji, społeczeństwo nie w ekspansji i kolonizacji świata, stoimy przed problemem przewartościowania sensu i modelu rozwoju. Tak zwany problem emerytów i innych grup wykluczonych, to problem dostosowania modelu społeczeństwa do współczesnych czasów i fazy rozwoju. Wstrząsające światem kryzysy ekonomiczne i ekologiczne są elementem tej transformacji.

Sztuka społecznie użyteczna

Znowu wzięło mnie na wakacyjne malowanie. Do tej pory swoją artystyczną aktywność traktowałem jako sztukę użytkową. Teraz znalazłem lepsze i pełniejsze określenie "sztuka społecznie użyteczna". Bo czemuś służy i jest umieszczona w lokalnym kontekście, bo autentyczna i z potrzeby wewnętrznej a nie na wystawy czy do sklepu lub na snobistyczne salony. Coś z Nikifora, w strefie miejskiej.

Podobnie jest z tak zwaną sztuką ludową. Jeśli cepeliowska, zasuszona, muzealna – to nieautentyczna i niewiele ma ze sztuką ludową wspólnego. Jeśli przywożona, aranżowana, pokazywana na scenach, na estradach… to jest jak zwierzęta w klatkach w cyrku lub zoo. Oderwana od kontekstu. Folk a nawet disco-polo bliższe są autentyzmowi. Prawdziwa sztuka ludowa to ta, która powstaje w swoim środowisku z konkretnych potrzeb: na spotkaniach ludzi, na weselach, przy kapliczce w czasie "majowego". Czemuś konkretnemu społecznie służy. Wynika z autentycznej aktywności i rzeczywistego kontekstu. Jest lokalnie zrozumiała i oczywista. Jest potrzebna.

Moje malowane słoiczki i butelki są w jakimś sensie sztuką użytkową: bo są elementem dekoracji, wazonami na kwiaty, butelkami na nalewki i soki, słoiczkami na bibeloty i rękodzielne, domowe powidła. Są upiększaniem codziennego życia. Ale jest to także sztuka użyteczna społecznie. Jest w niej przesłanie dotyczące konsumpcji i ograniczania odpadów zaśmiecających przyrodę. Jest wezwaniem do recyklingu i reusingu. Jest opowiadaniem o lokalnej bioróżnorodności, o lokalności, indywidualiźmie, globokaliźmie, o wolnym życiu. Surowcem nie jest słoma i glina, bo w mieście te surowce nie są dostępne. Dostępne są zbędne, niechciane "śmieci", którym przywracana jest wartość i znaczenie. Podobnie ze światem – potrzebujemy powtórnie odszukać sens i znaczenie nie tylko dla rzeczy ale przede wszystkim dla ludzi indywidualnie i całych grup, wykluczonych, zmarginalizowanych w konsumpcyjnym i finansowym wyścigu szczurów.

I co najważniejsze, nie jest na sprzedaż. Nie jest komercją. Wypływa z potrzeby indywidualnej i… trafia do innych tylko w formie prezentów (lub oddawana na aukcje charytatywne). Jest dopełniającą formą dyskusji o współczesnym świecie, o przyczynach światowego kryzysu i indywidualnym poszukiwaniu sensu i znaczenia. Same wykłady i publikacje nie wystarczą do pełnego i wiarygodnego przekazu.

A więc maluję, chrząszcze, chruściki, motyle, kwiaty i zioła. I maluję teraz butelkę ze spotkania o Mołdawii w Tajemnicy Poliszynela. Będzie to chrząszcz nawiązujący do przyrody tamtego regionu i dla konkretnej osoby. Aby wspominać i zachęcać do kameralnych spotkań ludzi w przestrzeni miejskiej. Butelka, w której było mołdawskie wino, wypite na konkretnym spotkaniu, z konkretnymi ludźmi, w rozpoznawalnym kontekście i dla wybranej osoby. Tak jak wspólne darcie pierza czy łuskanie fasoli: w konkretnej chacie, z ludźmi, w trakcie dyskusji. Może być to nawet dyskusja o filozofii. Tak powstają "traktaty o łuskaniu fasoli"…

A na zdjęciu wazonik z kwiatami, gdzieś z olsztyńskiej restauracji. Codzienne układanie bukiecików z kwiatów, przemijająca i ulotna sztuka. Ale także społecznie użyteczna. Świat składa się ze szczegółów, przemijających szczegółów – ale tworzących nieprzemijalne piękno i sens. Budowanie a nie rozpad i dekadencję.

Wakacyjne myślenie o szkole

Wbrew pozorom nauczyciele nie mają długich wakacji, zarówno ci akademiccy jak i ze szókł podstawowych, gimnazjów czy liceów. Myśli zaprzątniete są nie tylko drobnymi szczegółami technicznymi zbliżającego się kolejnego roku szkolnego (i nieco później akademickiego). Od wieków na szkołę się narzeka, i od wieków próbuje się ją zmieniac, dostosowując do aktualnych potrzeb i sytuacji społecznych. W biografii Czesława Miłosza znalazłem kilka optymistycznych fragmentów. A wynika z nich to, że od dawna szkoła budziła sporo niezadowolenia w umysłach twórczych i ambitnych. Czyli nasze współczesne kłopoty wcale nie wynikają z zaniedbań. Wynikają z ciągłej potrzeby doskonalenia i poprawiania. I dobrze, że to twórcze niezadowolenie zmusza nas do ciągłych poszukiwań.

„Obliczanie „w głowie” to nic innego jak przeprowadzanie analizy, tymczasem w polskiej szkole jej się po prostu nie uczy – komentuje prof. Turski – Uczniowie potrafią podstawić wzór, a co lepsi nawet dokonać prawidłowego obliczenia, ale gdy trzeba napisać rozwiązanie sprowadzające się do krótkiego eseju, zaczyna się klęska. Programy nauczania, od podstawówki począwszy, nie uczą dzieci mierzenia się z problemami, ale udzielania odpowiedzi.”

Przemysław Wilczyński, „Tygodnik Powszechny”

„Zwycięzcy się nie ścigają ze szczurami w labiryncie. Przegryzają się prosto do celu. Zwycięzcy po prostu myślą inaczej. A jak się czegoś nie umie, to znaczy, że się za mało próbowało. Nic więcej.”

Miłosz Brzeziński

Powyższe cytaty wskazują na obecne w naszych szkołach nauczanie algorytmów a nie myślenia kreatywnego. W tym kontekście odejście od pracy licencjackiej (na wielu uczelniach, ale nie wszystkich) to krok wstecz. Odpytka (egzamin) a nie uczenie konkretnych umiejętności, kompetencji. Żałuję, że to się stało na moim wydziale (wcześniej publicznie protestowałem, ale na próżno).