Upiększające szczegóły

Czynić świat piękniejszym można na różne sposoby, małymi kroczkami. Nawet, gdyby się wydawało to walka z wiatrakami. To szczegóły i detale przesądzają o urodzie całości.

Podróżując wakacyjnie po wsiach i miasteczkach dostrzegam te ukwiecone zwykłe doniczki na parapetach i balkonach, które dodają niepowtarzalnego uroku nawet zapyziałym i odrapanym kamienicom. Różnorodne, zwykłe i bardzo pomysłowe kwietniki przy kapliczkach, zagrodach, budynkach gospodarczych. To nie tylko pięno, ale i jakiś dyskretny znak ludzkich starań, zabiegów, ludzkiego otymizmu i radości życia. Malwy przy płocie dodają uroku.

Dekoracje czasem nabierają głębszego sensu i znaczenia, te obwieszone wiklinowymi koszykamia z kwiatami stare rowery, czy inne skansenowe wydobycia z nieużywanej przeszłości. Nawet specjalnie przygotowywane dekoracje mają swój urok. Tak jak ten wózek przed olsztyńskim sklepem. I jak tu nie wejść i właściciela nie zagadnąć?

Nie brakuje i dowcipnych instalacji, tak jak ta przy zagrodzie we wsi Miłogórze. To dobrze, że jest tak wielu ludzi czyniących nasz świat piękniejszym. W detalach, i na przekór wiejącemu w oczy brudowi, zniszczeniu, wandalizmowi.

W Olsztynie też jest pięknie czyli o żagnicy wielkiej

esznaisoceles

Są i w Olsztynie miejsca piękne, urokliwe i to w samym centrum miasta. Na przykład dwa stawy między ulicą Żołnierską a Piłsudskiego. Sielankowe widoki, dużo trawnika i nieliczne ławeczki. Niebawem mogą zniknąć za sprawą wielkich budów. Chyba, że dbając o przestrzeń dla ludzi zachowany te urokliwe miejsca i nie pokryjemy ich asfaltem i betonem. I przyroda się ucieszy, i mieszkańcy – bo rośliny i zwierzęta oglądać będą mogli obok siebie, a nie tylko na ekranach telewizorów. Za sprawą planowanych inwestycji te miejsca mogą więc wypięknieć. Bo przecież budowanie nie musi oznaczać dewastacji i totalnego betonowania. Jest jeszcze coś takiego jak kompensacja przyrodnicza.

Inwestycje nie muszą iść w sprzeczności przyjazną przestrzenią dla ludzi i przyrody. Potrzeba tylko odrobiny wyobraźni i empatii. A to co nieuniknione do zniszczenia można w mądry sposób kompensować. Trzeba tylko chcieć.

Na spacerze wokół stawów „za Relaxem” spotkać można wiele pięknych owadów. Na przykład dużą i dostojną żagnicę wielką (Aeshna grandis).

zagnicawielka2
zagnicawielka1Gatunek niby występujący w całym kraju, a więc nie jakiś tam odonatologiczny* rarytas. Ale to duża ważka i wdzięczna do obserwacji. W Europie jest coraz więcej ludzi chcących obserwować (i fotografować) nie tylko ptaki, ale i ważki, motyle i inne entomologiczne drobiazgi. Nie trzeba więc budować kosztownego safari czy ogrodu zoologicznego :). Wystarczy zachować to co mamy i odpowiednio kształtować przestrzeń przyrodniczą. Jedne hotele zwabiać mogą SPA, basenami, kręgielniami. A ten pobliski Relax może oferować lunetę na tarasie…. do obserwacji owadów (przy napojach z baru, donoszonych przez dyskretną obsługę). Wcześniej musimy jednak wiedzieć, co u nas spotkać można. I czym się w świecie chwalić. I profesjonalnie wyeksponować, podpowiedzieć jakie to unikalne niezwykłości obserwować można tuż obok.

* odonatologiczny – od Odonata, łacińskiej nazwy ważek, czyli „ważkowy”

Urodziłem się w cittaslow czyli o wycieczce do Lidzbarka Warmińskiego

Urodziłem się w Lidzbarku Warmińskim. W ramach krótkich wakacyjnych wycieczek odwiedziłem swoje miasto rodzinne, w którym krótko mieszkałem i niewiele pamiętam. Kilkakrotnie to miasteczko warmińskie odwiedzałem, po raz pierwszy w latach 70. – wtedy jeszcze kursowały pociągi – wybrałem się po akt urodzenia (potrzebny do dokumentów). Potem w czasach studenckich, w kolejnej dekadzie XX w., wybrałem się na Dni Humoru i Satyry. Później przejeżdżałem przez Lidzbark okazjonalnie, sporadycznie z gośćmi zagranicznymi, zwiedzałem zamek. Były to jednak powierzchowne i standardowe odwiedziny. Raz – na zaproszenie szkoły – wybrałem się z okolicznościowym wykładem popularnonaukowym. W ciągu kilku ostatnich lat Lidzbark Warmiński zmienił się na korzyść.

Letni Lidzbark zauroczył mnie na wczorajszej wycieczce. Cittaslow zwabia swoim spokojem nie tylko warszawiaków ale i ciekawskich z Olsztyna. Widać jeszcze miejscami biedę warmińską w tym miasteczku, ale jednocześnie widać inwestycje i estetyzację. Jest coraz piękniej.

Uroczych ławeczek i ukwieconego "deptaku" w środku miasteczka pozazdrościć może i Olsztyn. Spokojnie płynące życie. Wybraliśmy się na wycieczkę jednodniową… a zabrakło czasu na zobaczenie wszystkiego, co chcieliśmy. Głównym zamiarem było wakacyjne poszwendanie się po uliczkach prowincjonalnego miasta. A tymczasem dużo czasu spędziliśmy na zwiedzaniu. Zaczęło się od profesjonalnej i życzliwej obsługi w Informacji Turystycznej. Potem muzeum na zamku, kościół, cerkiew i… Hotel Krasicki (można i warto zwiedzać).

Ta hotelowa inwestycja zaskoczyła znakomitym połączeniem historycznej zabudowy, konserwacji zabytków i nowoczesnej funkcji usługowej. Hotel upiększył miasto ale i stworzył nowe miejsca pracy, a przede wszystkim generuje zupełnie nowe usługi turystyczne. Co więcej, dostarcza usług dla miasta i gości hotelowych, w postaci m.in. biblioteki i prelekcji z obserwacją nieba przez teleskop. Pojawiły się także przejażdżki gondolą, bryczką, święto czekolady i inne imprezy kulturalne, znakomicie uzupełniające i wspierające dotychczasową ofertę miasta i Muzeum Warmii i Mazur. Gratulacje dla projektanta, który znakomicie połączył odrestaurowane mury gotyckie, klimat barokowy i współczesne szkło i metal.

W regionie mamy cztery miasteczka cittaslow: Reszel i Lidzbark Warmiński (te dwa już tego lata odwiedziłem) oraz Biskupiec, Bisztynek i Nowe Miasto Lubawskie. Bez porównania więc Warmia jest ciekawsza turystycznie niż Mazury. Tam tylko masowa "stonka" z hałaśliwymi quadami, motorówkami. A u nas spokój i słodka prowincjonalność. Mazury to może cud natury, ale Warmia to cud prowincji i cittaslow (dobrego jakościowo życia).

Ale same hotele, nawet o wysokim i niebanalnym standardzie – tak jak Krasicki – nie przyciągają turystów z daleka i bliska. Przyciągają przede wszystkim wydarzenia kulturalne. Bo koniec końców u kresu każdej podróży spotykamy ludzi…

Czując niedosyt, niebawem znowu wybiorę się do rodzinnego cittaslow, już mniej zwiedzać, a bardziej delektować się prowincjonalnym klimatem. Łatwo tam dojechać licznymi i często kursującymi busikami. I jest gdzie posiedzieć. Mam na myśli ławeczki na skwerach i małą gastronomię.

Pieszy nie potrafi fruwać, ale w Olsztynie powinien :)

Chodnik w pobliżu szpitala miejskiego, urzędu wojewódzkiego, krytej pływalni i domu pogrzebowego. Zdjęcie zrobione wczoraj. Nie, nie o roboty budowlane mi chodzi (czasowo przejścia dla pieszych chodnikiem nie ma). Chodzi mi o samochód tarasujący przejście. Nie dość, że samochody parkują na chodniku – ale przynajmniej zostawiają wąskie miejsce do przejścia – to często jak tu, na zdjęciu całkowicie tarasują przejście pieszym. Ja przeszedłem po stromym trawniku, ale osobie z wózkiem dziecięcym, czy osobie starszej mniej sprawnej byłoby ciężko.

Na chodniki zacząłem zwracać uwagę ponad 20 lat lemu, kiedy urodziło mi się dziecko i zacząłem wychodzić na spacery z wózkiem. Wtedy odkryłem wysokie krawężniki, brak podjazdów, schody… Od tamtego czasu na drogach się wiele zmieniło: przybyło dobrych rozwiązań małej architektury. Ale niestety przybyło także kierowców tarasujących chodniki.

"A gdzie mam zaparkować jak miejsc nie ma, na drzewie?". Niby tak, ale to egoizm i agresja – "jestem silniejszy, rozwiązuję swoje problemy kosztem innych, niech się inni martwią."

Kto brutalniejszy i silniejszy? Czasem ktoś w złości gwoździem po lakierze pociągnie, czasem zadzwoni po straż miejską lub policję, lub jak w Wilnie, przejedzie wozem pancernym:

To nie jest sposób na rozwiązywanie problemów. Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.

Niektórym kierowcom przejście 100 metrów wydaje się tragedią. Co widać na olsztyńskiej Starówce, gdzie samochody tarasują i tak maleńką, turystyczną przestrzeń. Może to dlatego, że kiedyś samochód był synonimem bogactwa lub uprzywilejowanej, społecznej pozycji? Jeszcze jako społeczeństwo odreagowujemy? Chcemy pokazać, że nas stać, niech wszyscy widzą "mam samochód, jestem ważny i bogaty!".

Tylko czy pokazywanie swoich kompleksów jest dobrą autopromocją? Trochę to już przypomina trzymanie świni w wannie (czasy powojenne) w miejskiej kamienicy.

A jak my w Olsztynie rozwiązywać będziemy problemy społeczne z myślą o słabszych i mniej "krzykatych": walka na kły i pazury czy budowa przyjaznej dla ludzi przestrzeni publicznej?

Pieszy to ma marne życie (w Olsztynie)

1385602_10201696376684551_391029616_n

Pieszy w Olsztynie to obywatel drugiej, gorszej kategorii. Jeśli są jakieś inwestycje to tylko dla samochodów. Likwidowane są przejścia dla pieszych (bo piesi przeszkadzają kierowcom), tereny zielone i spacerowe zamieniane są w parkingi i inne inwestycje. Wszędzie da się samochodem dojechać, ale już pieszo to nie bardzo. W wielu miejscach od lat brakuje jakiegokolwiek chodnika… Olsztyniaku, nie spaceruj po swoim mieście, siedź w domu przed telewizorem lub ekranem komputera. Tam oglądaj sobie przyrodę…

Przykład ze zdjęcia wyżej (zrobione przedwczoraj). Osiedle Mleczna. Był sobie skrawek zieleni… to postawiono na nim trzy domy i duży sklep. Sklep stał pusty, więc na kolejnym fragmencie terenu zielonego zbudowano parking. Teren ten był od lat przeznaczony na park nad Łyną. Inwestycji jednak w park nie ma od lat (mimo planów i zapowiedzi), za to sukcesywnie zabierane są kolejne fragmenty pod betonowe inwestycje. Jak to w mieście-ogrodzie…

Wróćmy jednak do parkingu, taki piękny i cacy. Była duża inwestycja, ale kompletnie zapomniano o chodniku. Proszę się przypatrzeć zdjęciu uważnie, nawet w dwóch miejscach dojście z parkingu urywa się w trawie. Oczywiście całkowicie brakuje chodnika. Z resztą jak na dużym odcinku ul. Iwaszkiewicza. Tak jak by inwestorzy zapominali, że po wyjściu z samochodu każdy kierowca staje się … pieszym.

Może za chodnik odpowiedzialny jest inny podmiot? Ale jeśli była zgoda na budowę parkingu kosztem terenów zielonych, to dlaczego zabrakło wymogu zrobienia chodnika na krótkim odcinku? Przecież to niewielkie koszty w całości budowy? Piesi nie istnieją?

Jak się głębiej zastanowić, to stajemy się dobrowolnymi więźniami, zapuszkowanymi dokumentnie. Z klimatyzowanego domu do klimatyzowanego samochodu a dalej w klimatyzowanym parkingu do galerii handlowej (takie podwórko i ulica pod dachem). I tak przez wiele dni w roku człowiek nie ogląda świata bez szyb. Nie oddycha świeżym powietrzem. I projektanci-decydenci, żyjący w tym zamkniętym świecie nie mają wyobrażania, że na świecie, że w Olsztynie są jeszcze piesi…

A gdyby tak radni i prezydent Olsztyna przynajmniej od czasu do czasu wyszli ze swoich klimatyzowanych klatek i pochodzili pieszo po Olsztynie, nie tylko po Starówce? Może odkryliby nowy, nieznany sobie świat „tubylców”. W sam raz na wakacyjną przygodę odkrywania światów egzotycznych…

Rowerem po Wilnie

Podróże kształcą. To prawda, bo pozwalają także spojrzeć na siebie samego i swoje miasto z zupełnie innej perspektywy. Na przykład oczami przyjeżdżającego turysty. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie dostrzegem w Wilnie były wypożyczalnie rowerów dla turystów. Co prawda dla mnie zapalonego piechura zwiedzanie miasto per pedes jest wystarczające, ale niezwykle wygodnie jest skorzystać z roweru. Przeciez przeciętny turysta nie wozi go ze sobą w walizce. Ale i Wilno pieszo można zwiedzić tylko w centralnej, starej częsci miasta. Za daleko na Belmontas i do wielu innych, uroczych miejsc. Z okien autobusu czy trolejbusu niewiele widać i za szybko migają detale. To tak, jakby całować się przez szybę – namiastka i złudzenie zwiedzania (poznawania).

Olsztyn chwali się swoimi jeziorami i Lasem Miejskim. No dobrze, ale jak tam dotrzeć? Wysiada turysta na dworcu lub wychodzi z hoteliku na olsztyńską Starówkę… i co dalej? Gdzie zobaczy jeziora i piękny las, jak pospaceruje wzdłuż Łyny od Brzezin aż po Jakubowo? Pojedzie samochodem? Jak już przyjechał samochodem nad mazurskie (i warmińskie) jeziora to na pewno nie będzie się wciskał do Olsztyna. Bo gdzie by zaparkował?

A wyobraźmy sobie spacerujących olsztyniaków, którzy chcieliby, ot tak, ze Starego Miasta przemieścić się spacerowo gdzieś nad jezioro lub do Lasu Miejskiego. Z nikąd ratunku :).

Brakuje nam najzwyczajniej na świecie wypożyczalni rowerów (tak na 1-2 godzinki), przejezdnych ścieżek rowerowych (z jednego końca miasta na drugi) i wygodnych stojaków rowerowych. W parku, przed kawiarniami, teatrem, ławeczkami do posiedzenia, sklepami. 

Czy chcemy, aby Olsztyn żył pełniej z turystyki? Oraz czy chcemy, aby w Olsztynie żyło się przyjemnie i wygodnie? Bez inwestycji w rowery i rowerową infrastrukturę i tak zatkamy się samochodami. Tłok i korki na ulicach, zastawione chodniki na Starówce. Ciasno dla samochodów, ciasno dla pieszych.

Ściezki rowerowe, porowadzone (wyznaczone) na bruku nie są może najwygodniejsze, ale są. Pozawalają zachować starą i zabytkową nawierzchnię a jednocześnie umożliwiają zwiedzanie Wilna z perspektywy siodełka.

Stare rowery mogą być dekoracją (tak jak u nas, w 2-3 miejscach w Olsztynie).

Estetyczne, nowe stojaki, wzdłuż proponowanej dla turystów rowerowej trasy wycieczkowo-spacerowej.

Na głównej ulicy "rządowej"…

Przykład starego stojaka rowerowego na skraju parku – bardzo wygodny.

Wakacyjna tęsknota przy lekturze biografii Miłosza

Tęsknię za młodością, gdzie od przyrody i prostego życia wiejskiego nie oddzielała mnie folia opakowań, hałas miasta i tandeta globalnych tabloidów. A tę tęsknotę z głębi duszy wydobyła i wyartykułowała lektura biografii Czesława MIłosza.

„Na Boże Narodzenie podawano kutię, śliżyki z sytą oraz uwielbiany przez Czesia kisiel żurawinowy (…) Miłosz poznał życie wiejskie, w którym od świata natury nie oddziela nas lada sklepu, folia opakowań, szyba samochodu, i zgodnie z nim kształtowała się jego wyobraźnia.”

Andrzej Franaszek („Miłosz – biografia”)

W moim wiejskim, dziecięcym życiu wśród wileńskich przesiedleńców, karmiony byłem jak Czesław Miłosz: śliżykami i kisielem. Stąd może ta tęsknota i podróże sentymentalne na Kresy? A dlaczego obraze z Warmii? Bo w dzieciństwie przed oczami miałem czwerwone dachy a słuchałem dziadkowych i babciowych wspomnień o Wileńszczyźnie. Tymczasem wracam do lektury i odkrywania Miłosza… I wspomnień przyrodniczych kontaktów ze światem z okresu dzieciństwa.

O huraganach, powodziach, kryzysie finansowym i cittaslow

Ból jest informacją dla organizmu, że coś złego się dzieje. To taki sygnał alarmowy. Podobnie możemy potraktować klęski pogodowe (powodzie, huragany) oraz rosnące światowe kłopoty finansowe. Nadmierna i głupia konsumpcja niszczy naszą Ziemię a życie na kredyt rujnuje system finansowy.

Jeśli nie zmienimy swojego stylu życia nastąpi katastrofa. Współczesny kryzys wynika ze sposobu konsumpcji i wzajemnego stosunku ludzi do siebie.

„ (…) wezwanie dzisiejszego społeczeństwa, by poważnie zweryfikowało swój styl życia. W wielu częściach świata skłania się ono ku hedonizmowi i konsumpcjonizmowi, nie dbając o wynikające z tego szkody. Potrzebna jest rzeczywista zmiana mentalności, prowadząca do przyjęcia nowego stylu życia, w którym szukanie prawdy, piękna i dobra oraz wspólnota ludzi dążących do wspólnego rozwoju będą elementami decydującymi o wyborze jakości konsumpcji, oszczędności i inwestycji. (…) Rynek może być ukierunkowany negatywnie, ale nie dla tego, że taka jest jego natura, lecz dlatego, że pewna ideologia może mu taki kierunek nadać (…). Nie istnieje rynek [gospodarka rynkowa] w czystej postaci. Jego kształt jest odbiciem konfiguracji kulturowych, które go określają i wyznaczają mu kierunek. Istotnie, ekonomia i finanse – będące narzędziami – mogą być źle używane.”

Benedykt XVI

Narastająca moda na slowfood i cittaslow jest sygnałem zmieniającego się stylu życia.Tęsknota za prowincjonalnym, lepszym światem.

O tym, jak artyści i naukowcy zmieniają miasto

W dwudziestoleciu międzywojennym Wilno było miastem na peryferiach, częściowo izolowane gospodarczo nieprzyjaznymi granicami. W jakimś sensie częsciowo odcięte od swojego historycznego i gospodarczego zaplecza. Ale miasto zadziwiało niezamowitym rozwojem nauki. Podobnie i dzisiaj w Olsztynie największym motorem rozwoju miatsa jest uniwersytet.

Historyczne centrum Wilna po 1945 zostało niejako zapomniane. Rozwój i nowe osiedla skoncentrowały się na obrzeżach i w nowych miejscach. W wielu starych osiedlach zostali tylko Polacy… Ale dzięki temu szczęśliwie ocalało Wilno piękne w swym podwórkowo-prowincjonalnym charakterze. Teraz to właśnie tam jest najpiękniej, najbardziej romantycznie. Niczym magnes przyciąga turystów.

Jeszcze do niedawna Zarzecze (Użupio) było zaniedbaną, odrapaną i "zabitą dechami" dzielnicą Wilna. Ale dzięki artystom zaczyna pięknieć i ożywać. Powstała niesamowita "Republika Użupio", mieszka tam nawet mer Wilna. Aktywni są artyści i młodzież niepokorna duchem. To właśnie na Użupio odradza się wielokulturowe Wilno, w pełni europejskie w swoim charakterze. Odrapane kamieniczki zaczynają nabierać estetycznego uroku. W taki to oto sposób tym razem artyści wspieraja rozwój miasta.

A w Olsztynie? Jest potencjał naukowy i artystyczny, widać pierwsze efekty tej działalności. Brakuje nam tylko ocalałej, autentycznej dzielnicy, która mogłaby ożyć jak Republika Zarzecze. Mogłaby być nią być może Sozia Góra… Ale w wycince i pseudonowoczesnej, klockowatej nowoczesności niszczymy ostatnie, autentyczne fragmenty miasta. Ważne są szerokie ulice, parkingi, beton-place, wysokie wieżowce… a nie jakość ludzkiego życia…

Miłość aż po grób

Jak świat długi i szeroki, ludzie chcą kochać i być kochani. Symbolicznie zamykają kłódkę na balustradach mostów, mosteczków, przy przystankach autobusowych (widziałem taką kratkę z kłodkami na warmińskiej wioseczce!), a klucze od kłódki wyrzucają "przecz daleko", by nikt nie otworzył zamniękcia.

Ale może to być i miłość do miejsca. Zazwyczaj turyści – aby powrócić w urocze i ukochane miejsce – wrzucają monety, a to do fontanny, a to do studni, a to do zakmkowych lochów. Na powyższym zdjęciu, zrobionym w Wilnie, można się zainspirować i zamiast pisać mazakami po kamieniach czy ścianach, przyczepiać kłódki… ze swojego miasta. Może tak w ramach promocji Olsztyna lub "Mazury cud natury", zabierać ze sobą małe kłódeczki i zostawiać je w miejscach uroczych?

Kochać można nie tylko ludzi, ale i miejsca. A przecież tak na prawdę miejsca urocze kochamy dla ludzi tam spotkanych.