A w świetlicy wiejskiej to….

Wczoraj miałem przyjemność odwiedzić swietlicę wiejską w Rusi. Pojechałam na uroczyste otwarcie wystawy prac nagrodzonych w ogólnopolskim konkursie "Twój Dom – dialog z tradycją". Wybrałem się rowerem – przyjemna popołudniowa wycieczka, 50 minut w jedną stronę. W sam raz, aby metabolizm organizmu przestawił się na spalanie tłuszczu. Było więc coś też dla zdrowia.

Sama świetlica mnie zaskoczyła, przede wszytkim tym, że jest. Niestety coraz mniej na wsiach jakichkolwiek placówek kulturalnych, swoistych miejsc publicznych. Małe szkoły są likwidowane, biblioteki także. Można się spotykać jedynie pod sklepem, na przystanku lub w kościele (a w maju pod kapliczką lub krzyżem). A przecież ludzie to istoty społeczne i potrzebują do życia spotkań z innymi ludźmi.

W świetlicy są komputery i mini kawiarenka. Na czas wystawy sprzęt sportowo-rekreacyjny był schowany za kotarę. Ciasto domowego wypieku wyśmienite (kawa także). A świetlicę wiejską odwiedziłem na zaproszenie Rady Sołeckiej, Stowarzyszenia Miłośników Rusi nad Łyną, Świetlicy Wiejskiej w Rusi i Koła Gospodyń Wiejskich – i oczywiscie osobiste zaproszenie Pana Andrzeja Małyszko.

Do takich miejsc chce się wracać. Po głowie chodzi mi pomysł kameralnych spotkań … także i w świetlicach wiejskich. Może przy okazji uda się stworzyć kąciki z literaturą regionalną? Inaczej się ogląda krajobraz, gdy można przeczytać relacje innych. W takich miejscach łatwiej sięgnąć po książkę, gdy opowiadają o tych miejscach lub ludziach "stąd". To taka pogłębiona turystyka z głębszym poznawaniem miejsc i historii. Wolne życie – od wolności i powolnego przeżywania.

Więcej zdjęć z otwarcia wystawy w Rusi.

Konferencyjny kult scjentyzmu – pusty rytuał?

We wrzesniu kończa się wakacje nie tylko dla uczniów, ale i naukowców. Wrzesień owocuje licznymi konferencjami naukowymi. A czym one są? Konferencje naukowe: kult scjentyzmu czy życzliwe otwarcie na spotkanie z innym człowiekiem i ciekawym problemem badawczym? Czasem egoistyczny scjentyzm na konferencjach celebruje swoją rywalizację. W tym sensie jest to bardziej rytuał niż spotkanie otwarte na nowe fakty. Rytuał zamiast komunikacji. A przecież w nauce wszystko od komunikacji i wzajemnej ciekawości się zaczyna.
Jak to się dzieje, że czasem zostaje tylko forma a treści brak? Może to tylko średnia statystyczna, rozkład normalny, krzywa Gausa, gdzie pośród wielkiej różnorodności form i celów wszystko znaleźć można. Nawet naśladownictwo formy a nie treści. Takie powierzchowne naśladownictwo.

Rytuał w konferencjach naukowych wynika z uczenia się przez naśladowanie zewnętrznych przejawów a nie próby zrozumienia sensu. Sens jest zawsze głębiej ukryty, trzeba czasu i wysiłku, aby do sensu dotrzeć. A potem ten sens, istotę reprodukować, naśladować i zawsze realizować, dostosowując do tu-i-teraz.

Konferencje naukowe czasami są pustym rytuałem, martwą świecką liturgią bez treści. Wtedy uczestnikom pozostaje uczestnictwo w rytuale, powierzchownej tradycji. Wynudzić się, odczynić rytuały by poczuć się ważnym i wartościowym. Zwracanie uwagi na zewnętrzne przejawy, ile osób, kto słucha, czy ważni goście, a nie czy coś istotnego i wartościowego ma się do przekazania czy szuka się nowych idei, pomysłów, faktów, opowieści, czy jest się otwartym na spotkanie innego człowieka, innych badań, relacji.

Pośród wartościowego ziarna i plewy się trafiają. Jednak nie należy wyciągać wniosku, żeby unikać udziału w konferencjach bo ze strachu przed plewami pożywne ziarno naukowej wiedzy i kontaktu z innymi utracić można.

Skatepark dla emerytów czyli zapowiedź olsztyńskiego Park(ing) Day

W ubiegłym tygodniu, wieczorem (lub raczej późnym popołudniem) wybrałem się ze swoim kolegą akademikiem do Parku im. J. Kusocińskiego. Chcieliśmy poszukać wygodnej ławeczki do planowanych kameralnych spotkań z nauką nieformalnego klubu profesorów Collegium Copernicanum. Dawniej zwany był Parkiem Czynu Partyjnego. Nie wszystko co w PRL stworzono było złe. Nawet po wielu latach widać znakomity pomysł architektoniczny, wkomponowany w fukcje miasta, funkcjonalny i dla ludzi. Wystarczyło trochę go odświerzyć, dostawić nowe ławeczki, zadbać o zieleń… i wypełnił się tłumem olsztyniaków.

Wielu spacerujących, biegajacych, aktywnie wypoczywających młodych ludzi w skateparku i emerytów siedzących na ławeczkach. No tak, w pewnym wieku stać nas tylko na szaleństwa umysłowe. Żadnych tam wygibasów na skateparku czy Orlikach. O młodych już pomyślano, a co ze straszymi? Zawadzają w budżecie (emerytury obciążaja budżet państwa), zawadzają w na rynku pracy (młodzi są bezrobotni, to po co pracujący emeryci?), nic tylko dawnym zwyczajem wystawić do sieni na mróz, niech "dojdą"…

Demograficznie seniorów jest coraz więcej. Dostrzegł ich handel jako ważną grupę konsumentów. Nawet senioralne modelki się pojawiły. Ba, tworzone są specjalne osiedla 50+, gdzie mieszkania dla starszych obywateli sasiądują z miejscami publicznymi i zapleczem socjalnym oraz medycznym. Tylko po co kupować to, co można mieć za darmo? Wystarczy tylko nieco doinwestować tereny zielone, parki, a będą gotowe osiedla 50+ :).

Emeryt wiele nie potrzebuje. Chce kontaktu z ludźmi (tak jak każdy człowiek w każdym wieku), chce czuć się potrzebny. Na deskorolce nie będzie śmigał, ani w piaskownicy babek lepił nie będzie. Z chęcią by jednak pograł w szachy, podyskutował, rozwiązał krzyżówkę, poczytał, zauczestniczył społecznie. Ech, gyby wzorem niektórych kurortów pojawiły się w Olsztynie takie przestrzenne, figuralne szachy. Taki mały teatr uliczny i to bez płacenia aktorom… Dlaczego Olsztyn nie miałby byc choć w tym zakresie kurortem? W niewielkim stopniu jest to nawiązanie do koncepcji prof. Maksymowicza rozwoju usług medycznych i sanatoryjnych.

A w takim Parku Kusocińskiego brakuje zwykłych stolików z wyrysowaną szachownicą. Figury można przynieść i zagrać w szachy, warcaby i w co tylko jeszcze, co na grach planszowych wymyśleć można. To żadna nowina. Takie stoliki są – niestety zapomniane – w Parku w Jakubowie… Nie trzeba wielkich inwestycji. Za duże pieniądze wyremontowano Plac Konsulatu (początkowo zapomniano nawet o ławeczkach…), plac przed ratuszem z plebistytem na latarnie, a teraz powstaje odnowiony Plac Jedności Słowiańskiej. Niech nie zabraknie tam ławek i stolików z szachownicą, a na chodniku miejsc z wyrysowanymi "chopkami" do gry "w chłopa" czy "w klasy"… aby obok babć i dziadków mogły cieszyć się ruchem i wnuki. Tak niewiele trzeba. Wystarczy trochę rzetelnej wiedzy o człowieku i trochę wyobraźni.

I nie wystarczyt jeden park na cały Olsztyn – bo każdy chciałby mieć blisko do swojego skweru czy parku, z ławeczką (filozofów jak w Wilkowyjach), gdzie można uskuteczniać bookcrossing, grę w warcaby, szachy, zapytać "a co tam panie u Chińczyków".

Aby tę ideę upowszechnić, włączam się w olsztyńską edycję Park(ing) Day (zobacz na Facebooku). Zapraszam do współudziału. Razem możemy lobbować za skateparkiem dla seniorów, pokazując że przestrzeń miejska to nie tylko parkig (samochody pod ziemię), a ludzie potrzebują wzajemnego kontaktu: miasto to nie magazyn z klatkami dla brojlerów.

Zabiorę szachy, koszyk piknikowy, farby do malowania na szkle i książki do bookcrossingu. W oczekiwaniu na obiecane przed laty liczne parki w Olsztynie (u mnie to planowany park nad Łyną na osiedlu Mleczna, o Pozortach nie wspominając). Miejsca na parkingu opłaci ZKM, stoliki dostarczy jedna z olsztyńskich kawiarni. A może ktoś przyniesie ciasta własnego wypieku? To też rękodzieło :).

O tym jak Jezioro Płucidugi zalało drogę do pracy

kaluznica

Dawno temu było tu jezioro, Płuciduga Mała zwane. Stanowiło w dawnych czasach militarny element ochrony Olsztyna od południowej strony, wraz z rzeką Łyną, Płocidugą Dużą i Jeziorem Kortowskim i przepływającą Kortówką. Potem jezioro zostało osuszone (tak jak pobliski Fajferek) – zapewne w celu pozyskania łąk lub ułatwienia przejazdu. Od jakiegoś czasu jezioro się renaturyzuje, a to za sprawą niszczejącego systemu melioracyjnego.

Od kilku lat, chodząc na skróty do pracy, razem z licznymi studentami, obserwuję jak jeziorko powoli wypełnia się wodą, a przyroda wraca w dawne miejsce. Czasem służby miejskie podsypały ścieżkę piaskiem, czasem położyły stare płytki chodnikowe (aby błota nie było), czasem wykaszały „zielsko”, aby wygodne przejście było. Sporo śmieci zostawiają przygodni pijaczkowie, „psiarze” oraz mieszkańcy. Ale i na to była rada w postaci okresowych akcji sprzątania swojego kawałka świata.

Latoś (jak mawiali starsi ludzie na Mazowszu) w deszcze obrodziło to i poziom wody się w Płucidudze podniósł tak, że zalało dokumentnie fragment ścieżki. Najpewniej dzikie kaczki, żaby i owady wodne się cieszą. Będę musiał zmienić trasę porannego spaceru do pracy, a potem w drodze powrotnej do domu. Mniej będzie okazji do codziennej obserwacji przyrody… Chyba, że władze miejskie dostrzegą i ten fragment dzikiej przyrody i zagospodarują go jako teren zielony dla mieszkańców. Naprawiona ścieżka, może nawet jakieś ławeczki i kosze na śmieci? Tak sobie marzę… że tym razem nie zasypią i w betonowy plac nie zamienią, drzew nie powycinają… Może więc lepiej o tej zalanej ścieżce głośno nie wspominać – lepiej niech „betonowcy” i „antydrzewiarze” nie próbują swoimi metodami „naprawiać” tego dzikiego w mieście kawałka przyrody, z lisami, sarnami, kałużnicami itd.?

Sukcesy polskiej edukacji widać… nawet na płotach

Wielokrotnie podejmowane są dyskusje o kondycji naszej edukacji: czy warto, po co tylu studentów, że nie ma sukeswów itd. Zamiast przytaczać dane statystyczne jak i uzasadnienia filozoficzne i pedagogiczne, chciałbym pokazać ciekawe zjawisko. O ile dawniej, np. w latach osiemdziesiątych XX w. (dobrze pamietam, więc się na nie powołuję) zdecydowana większość napisów chuligańskich na elewacjach z wiadomym słowem pisana była z będami ortograficznymi (przez "h"), to w ostatnich latach w większości pisane są poprawnie (przez "ch"). Tak jak na przykładowym zdjęciu przystanka kolejowego wyżej (bo podróże kształcą 🙂 ). Nawet uliczni chuligani piszą poprawnie z językowego punktu widzenia. Możemy to potraktować jako dowód pozystywnych skutków edukacyjnych, docierających nawet na ulicę. Pod strzechy nie może już trawić, bo dachy nawet ubogich chałup pokryte eternitem.

Tak na marginesie, to nie wszystkie bazgroły są sztuką. Coraz więcej graffiti, część można traktowac jako sztukę uliczną. Ale czemu one w zdecydowanej większości są tylko kalką stylu napisowego z Nowego Jorku? Nie ma u nas domorosłych artystów, poszukujących własnego stylu?

Może kolejnym papierkiem lakmusowym poziomu edukacyjnego i estetycznego społeczeństwa będzie zanik chuligańskich bazgrołów na rzecz ulicznej sztuki w postaci graffiti?

Ściąganie – złudna droga na skróty

Nauka w szkole wymaga wytrwałości, wysiłku i silnej motywacji. Bo im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi w boju. Zbliża się rok szkolny, a nieco poźniej akademicki. Znów uczniowie i studenci kuszeni będą łatwymi rozwiązaniami, dającymi ułudę szybkiego i łatwego sukcesu. Ściąganie w najróżnieszej formie zapewne od zawsze było marginesem mniej lub bardziej okazjonalnym w codzienności szkolnej. Teraz jednak poprzez Internet różnej maści hochsztaplerzy obiecują za pieniądze pseudo wygodne rozwiązania. Nabrani i skuszeni płacą dwukrotnie, raz gdy płacą walutą za pozory, drugi raz gdy brak rzeczywistych umiejętności w tak zwanym życiu wychodzi na jaw. To drugie boli bardziej.

Niedoświadczeni i o słabej motywacji łatwo mogę skusić się za jedyne 8,99 zł:

"Wyobraź sobie, że ktoś odrabia lekcje za Ciebie. Zauważasz, że czujesz się wspaniale, wiesz co to wolność, która wynika z braku szkolnych obowiązków. Masz pewność, że właśnie teraz, gdzieś w przestrzeni wirtualnej, ktoś odrabia za Ciebie pracę domową –możesz teraz robić to wszystko, co sprawia Ci największą przyjemność. Większość ludzi nie ma na tyle odwagi, by sięgnąć po to, czego tak naprawdę pragną. Ty masz taką możliwość -nie zmarnuj nadarzającej się okazji, sięgnij po to, co uwolni Cię od problemu, masz to na wyciągnięcie ręki, zrób to TERAZ!!!

Realizacja w ciągu 6 godzin od przesłania pracy domowej i zaksięgowania wpłaty."

A ty dzieciaku możesz się w tym czasie bawić :). Fałszywi prorocy wyprowadzają na manowce, oczywiście drenując przy okazji kieszenie. Zjawisko znane od pradziejów, teraz tylko nabrało globalnej i elektronicznej formy. Rodzic i nauczyciel stają w znacznie trudniejszej sytuacji. Jak skutecznie ochronić uczniów przez takimi patologiami? Serwisy takie lawirują na granicy prawa (lub nawet je łamiąc). Szkoda, że brakuje społecznej i instytucjonalnej reakcji na zwalczanie tych nieprawidłowości. Bo to nie tylko problem ściągania w szkole, ale także przyzwyczajanie do nieuczciwości. Antyedukacja i systematyczna demoralizacja.

Z wielką aprobatą odnoszę się do wszelkich form wiedzy otwartej i bezpłatnej, czyli udostępniania na wolnych licencjach różnorodnych elementów wiedzy. Porównać to można do szkolnej, wzajemnej pomocy, wspólnego uczenia się. Są to na przykład wirtualne biblioteki, udostęniające teksty, grafikę i różnorodne opracowania czy porady (starszy kolega, który pomaga). Czy chociażby wolne oprogramowanie. Powstaje to w wyniku żmudnej i cierpliwej pracy wielu wolontariuszy, którzy niekomercyjnie chcą dzielić się swoją pracą. W tej dziedzinie mieszczą się różnorodne formy udostępniania sobie notatek przez studentów. Z psychologiocznego i pedagogicznego punktu widzenia ci, którzy pomagają nawet bardziej korzystają, niż ci, którym się w ten sposób pomaga. Bo jednym z najbardziej efektywnych sposobów zapamiętywania (uczenia się, utrwalania) jest uczenie innych lub natychmiastowe zastosowanie w praktyce. Ten, kto uczy ustnie lub pisemnie drugiego, przy okazji jeszcze raz porządkuję swoją wiedzę.

We wzajemnej pomocy i internetowym udostęnianiu wolnej wiedzy nie ma nic złego. Ale ważna jest nazwa. Bo na przykład serwis o nazwie "sciagiUWM.pl" budzi mieszane uczucia. Sama nazwa wskazuje na niezbyt uczciwy proceder. Czy chodzi o udostęnianie wiedzy, udostęnianie autorskich notatek, czy też o szkolen "ściaganie", i o ułatwiania popełniania plagiatów (np. gotowe prezentacje na seminaria i zaliczenia). Jednoczesnie kompromituje sam uniwersytet (antyreklama). Ciekawe czy jest zgodna władz uczelni na wykorzystywanie nazwy UWM?

Jeśli sam się uczniu, studencie nie nauczysz, to żaden gotowiec w cudowny sposób wiedzy tej do Twoje głowy nie włoży. Tak jak zabobonem jest mniemanie, że wystarczy na noc podręcznik położyć pod poduszkę, a wiedza sama w nocy przejdzie do głowy. Bez wysiłku.

Życie na chodniku (entomologiczne)

Życie na ulicy czy chodniku kojarzy się nam z bezdomnością, wykluczeniem i biedą. W każdym razie z problemami w dużym mieście. Jak wyraźnie wskazuje zdjęcie, dzisiejszy wpis będzie o tym drugim i o entomologii (nauka o owadach).

Miasto, przez ekologów rozpatrywane jako ekosystem i nazywane urbicenozą, to niezwykle ciekawy obiekt przyrodniczy. Człowiek swoimi przekształceniami zupełnie nieświadomie stworzył nowe środowisko. Dla jednych gatunków są to zabójcze warunki, inne sobie radzą. A ewolucja czyni swoje. Naukowcy mówią o synurbizacji, czyli przystosowywaniu się roślin i zwierząt do specyficznych warunków miejskich. I to dzieje się na naszych oczach (a nie jakieś setki ilionów lat temu).

Na chodniku z betonu czy asfaltu trudno się zakorzenić. Roślinki wciskają sie między płyty chodnikowe lub kostkę, żyjąc w ekstremalnych warunkach. Wypełzające po deszczu ślimaki czy dżdżownice najczęściej giną rozdeptane lub rozjechane kołami samochodów i rowerów. Niżej na filmiku uwidocznione są wychodzące z wody młode traszki. W połowie sierpnia sporo ich leżało martwych i wysuszonych na polbruku obok dawnego Jeziora Płucidugi (filmik na dole).

Znacznie lepiej radzą sobie owady z rzędu błonkówek. Najczęściej mieszkają na chodniku, a raczej pod nim, mrówki. Pracowicie drążą swoje korytarzyki pod płytkani chodnikowymi, kostką polbrukową itd. Systematycznie – niczym średniowieczni zdobywcy zamków – wynoszą na powierzchnię ziarenka piasku, stopniowo podkopując pojedyncze płytki.

Ale czasem, na tych dobrze nasłonecznionych i mniej uczęszczanych chodnikach, można spotkać znacznie większe norki (na zdjęciu u góry, zrobione na Placu Łódzkim w Kortowie). To domki mieszkalne os samotnic (nie o tych media trąbią pod koniec lata). Normalnie wspomniane osy budują swoje schronienia na piaszczystych skarpach. A takiego siedliska brak jest w mieście. Znajdują więc sobie zastępczą "skarpę" – ale tylko tam, gdzie szpary między płytkami nie są zbyt wąskie. Do wykopanych norek znoszą upolowane inne owady i składają jako pokarm dla swojego potomstwa.

Przechodniu – spójrz w mieście pod nogi. Tam się dzieje dużo ciekawego, także w ewolucyjnym sensie. W mieście osiedlają się nie tylko dziki, zające, kaczki krzyżówki czy kurki wodne. Niektóre owady także sobie nieźle radzą. Życie na chodniku nie musi być podłe :).

Nauka, religia i Dawkins czyli trochę o urlopie

Czym skorupka przy książkach nasiąknie, tym na blogu pęknie. Tak można byłoby zmotyfikować stare przysłowie. A urlop to wspaniały czas, gdy można naprzemiennie nieustannie malować, czytać i spacerować.

"Nauka zaczyna się od falsyfikacji – są po prostu takie obszary życia człowieka, do których wyjaśnień empirycznych (jak chce Dawkins) nie da się zastosować. Nauka i religijna wiara to dwie zupełnie różne rzeczywistości. Nauka nie wyjaśni nam, czym jest sumienie i jakie są jego źródła. A na twierdzenie Dawkinsów, że istnienia Boga nie można empirycznie udowodnić, odpowiadam, że jedynym empirycznym dowodem na istnienie miłości jest to, że ludzie się kochają. Czyli: skoro ludzie w Boga wierzą, to Bóg istnieje. (…)

Bóg to zbyt poważny problem, żeby o Jego istnieniu decydowali uczeni. Badacze, którzy w swich eksperymentach odkrywają i rozszyfrowują kolejne tajemnice materii i życia, muszą sobie zadawać pytanie, skąd to wszystko się wzięło i dlaczego jest takie, jakie jest."

prof. Włodzimierz Bolecki (Magdalena Bajer "Jak wierzą uczeni", 2010).

Urlop z malowaniem, spacerami i niezawodowymi lekturami jest jak daleka, pouczająca podróż. Pozwala spojrzeć na przykład na zjawisko biologicznego życia z zupełnie innej perspektywy.

Symbolicznie na Światowy Tydzień Wody

W Olsztynie pada deszcz, a w Sztokholmie rozpoczął się już po raz dwudziesty Światowy Tydzień Wody (21-27 sierpnia 2011). W tym roku hasłem jest woda w globalizacji i w mieście: "W reakcji na globalne zmiany: woda w urbanizującycm się świecie".

Podratuszowe mimiwolne akwarium jest dobrym symbolem tego tygodnia. Jak gospodarować wodą w mieście, aby wody nie trwonić i aby drzewa nie wysychały? Prywatyzować wodociągi czy wręcz odwrotnie? Efektywność przedsiębiorstwa czy strach przed wykluczeniem? Bo brak dostępu do wody jest społecznym wykluczeniem. Dla wielu i w wielu regionach świata.

Ostatnie deszczowe dni lata mogą sugerować, że z wodą nie mamy problemu – jest jej aż nadto. To tylko pozory. Bo liczy się dostęp do czystej wody. Podobnie z jeziorami – co z tego, że mamy w Olsztynie chyba z 15 jezior – a do ilu mamy dostęp w celach rekreacyjnych? A na świecie coraz więcej konfliktów zbrojnych rozpoczyna się od konfliktu o dostęp do czystej wody.

Rozwiązywania globalnych problemów ze słodką wodą (tą zdatną do picia) możemy uczyć się u siebie, w mieście. Bo w globalnym świecie naczyć połączonych (gospodarka, przyroda, społeczeństwo) cokolwiek dzieje się nawet gdzieś daleko, to w mniejszym lub większym stopniu dotyczy i nas. W tym dobrym i tym złym. A nauczyć możemy się jednej zasady: zatrzymać wodę w krajobrazie… póki mamy siedem lat tłustych… to znaczy mokrych :).

Akwarium i drzewo pod ratuszem czyli o deszczach w Olsztynie

Nowowyremontowny plac pod ratuszem częściowo celowo, częściowo mimochodem staje się miejscem wielu spotkań, wywiadów, happeningów, protestów i niezliczonych dyskusji. Po prostu żyje i jest dla olsztyniaków ważny. Może z czasem stworzy się swoista hydeparkowa agora?

Kilka dni temu, idąc przez plac, zauważyłem urocze "akwaria" (na zdjęciu wyżej). Deszczowe dni sprawiły, że promująca miasto dekoracja zmieniła nieco swój charakter. Utworzyły się urocze akwaria. Takie mini-ekosystemy. Pojawiły się glony (może z czasem przyleciałyby i owady?). Oprócz dzików i zajęcy w Olsztynie można obserwować sukcesję ekologiczną. Niezamierzony element edukacyjny. Dla mnie bomba!

Szkoda tylko, że wracając po godzinie, zauważyłem ekipę telewizyjną i przedratoszowy wywiad (ale nie to jest ważne) i pana czyszczącego owe akwaria. Wodę wylewał, kamienie mył.

Szkoda, bo mnie się te wodne dekoracje podobały. I bardzo symbolicznie nawiązywały do olsztyńskich jezior. A jeśli twórca miał inny zamiar…, to proponuję nawiercić otworki na dnie tych pojemników, bo w Olsztynie ostatnio często pada….

A na naszym, nowym, przedratuszowym placu to bardzo podobają mi się baby pruskie. I dobrze przygotowane trawniczki przy drzewach. Są lekko zagłębione – tak więc woda deszczowa może do tych zagłębień spływać (z granitowego, nieprzesiąkalnego chodnika) i powoli wsiąkać (a drzewa mają szanse nie uschnąć). Zupełnie inaczej niż na Placu Konsulatu.

Dobre rozwiązania warto naśladować w całym Olsztynie.