Świerk pod choinkę, z Mostkowa.

swierk2

Miło jest dostawać prezenty, zwłaszcza pod choinkę. I ja dziś taki właśnie dostałem, niezwykle sympatyczny. Tym prezentem są dwa zdjęcia, przysłane przez p. Barbarę Urbaszek z Mostowa, wcześniej anonsując słowami:

„Serdecznie pozdrawiam z Mostkowa, jednocześnie zawiadamiam, że świerk, który posadził profesor przy szkole z naszym dyrektorem w czasie sprzątania świata ma się dobrze i nazwaliśmy go „czachorek”. Postaram się przesłać zdjęcie. A może w przyszłym roku powtórzymy sprzątanie Profesorze?”

Miło, że rośnie, miło że takie akcje mają sens. I miło, że nazwany został „Czachorek”. A co do akcji, pewnie, że trzeba powtórzyć, bo w dobrym towarzystwie miło jest nie tylko śmieci zbierać, ale i las sadzić. A przede wszystkim z ludźmi robić coś ważnego. Małe z pozoru rzeczy bywają niezwykle ważne.

Przez Mostkowo przepływa rzeka Pasłęka, w której urocze chruściki mieszkają. Trzeba i o tych chruścikach chyba w końcu napisać. Badania co prawda dawno były prowadzone, ale wymienić tych mieszkańców pięknej rzeki na pewno warto.

Pozdrawiam świątecznie Mostkowo!

swierk1

A o akcji z 2009 roku pisałem tu, a zdjęcie owego świerka w młodości jest tu (widać moment sadzenia  drzewka).

Uprzejmie donoszę, że widziałem pijawkę lekarską, w Samławkach.

pijawkasamlaw

Pijawka lekarska Hirudo medicinalis to gatunek chroniony w Polsce, więc donieść trzeba. A doniesienie naukowe, to po prostu opublikowana informacja a nie jakiś tam donos. Rzeczoną pijawkę, uwiecznioną na zdjęciu, spotkałem latem na polu pod Samławkami (brzmi prawie jak Skirławki). W małym, okresowym zbiorniku na polu, na skraju uprawy wierzby energetycznej (energia pozyskiwana z biomasy). W gumowcach byłem, więc się nie bałem. Wręcz ucieszyłem się z obecności tegoż bezkręgowca.

Pijawki lekarskie pamiętam z dzieciństwa, gdy z wujkiem pojechaliśmy na ryby do wiejskiego stawu, na karaski. Chyba szybko z wody wyskoczyłem, gdy nas pijawki „wywęszyły”. Później pamiętam z badań hydrobiologicznych, gdzieś w okolicy Górowa Iławeckiego. Zbliżyliśmy się tylko do zbiornika i nasz cień pojawił się na wodzie. Zaraz wypłynęły, takie piękne, duże, chyba mocno głodne. Nie było jednak honorowego krwiodawstwa.

Pijawka lekarska jest pięknie ubarwiona. Grzbiet ciemnozielony z sześcioma czerwono żółtymi lub brązowymi, podłużnymi pasami z czarnymi plamkami. Brzuszna strona ciała żółto-zielonawa i też z plamkami. Długość ciała dorosłych pijawek lekarskich dochodzi do 15 cm i 1-1,5 cm szerokości.

Stosowana była w medycynie ludowej a współcześnie wykorzystywana także w medycynie konwencjonalnej (hirudoterapia). Młode pijawki zjadają drobne bezkręgowce, później pasożytują na rybach i płazach, dorosłe odżywiają się krwią stałocieplnych kręgowców: bydła, koni i człowieka. Na te pierwsza czekają u wodopoju (pić się chce, zwłaszcza latem), na człowieka gdy przyjdzie się wykąpać lub łowić ryby. Żyje w nagrzanych, płytkich zbiornikach o mulistym dnie. Spotykana w gliniankach, starorzeczach czy wiejskich stawach. Preferuje małe jeziorka torfowiskowe.

Występuje nawet w dwu zbiornikach w Olsztynie, na ul. Radiowej i przy OSIRze, za Hotelem Relax.
Mamy więc w mieście nawet gatunki chronione. Wiele z tych stanowisk to efekt działalności człowieka – sam je poprzynosił, by mieć medykamenty pod ręką.

pijawkaPijawka rozcina skórę swoimi ostrymi szczękami i w trakcie ssania wydziela hirudinę (taka substancja białkowa) przeciwdziałającą krzepnięciu krwi oraz histaminę (powoduje rozszerzenie naczyń krwionośnych i lepsze krążenie). Ponieważ pijawka wydziela także czynnik znieczulający, nie czujemy ugryzienia i wysysania krwi. Jest wiec pijawka lekarska małą fabryką biochemiczną i strzykawką w jednym. Ponieważ mogą roznosić chorobotwórcze i pasożytnicze organizmy, obecnie pijawki lekarskie w hirudoterapi są „jednorazowe”. Tylko dla jednego pacjenta… a potem… no cóż, „na przemiał”.

Właśnie ze względu na substancje znieczulające rozcięcia naszej skóry przez pijawkę nie czujemy. Dopiero pod koniec  pijawczego posiłku można poczuć lekkie swędzenie. Z ranki krew  sączy się jeszcze długo po odpadnięciu pijawki. W jelicie pijawka lekarska posiada uchyłki, w których magazynuje wyssaną krew. Dorosła pijawka po najedzeniu się może żyć nawet do 25 miesięcy bez pobierania pokarmu. Ot jaka to byłaby wygoda, najeść się na przykład w święta tak na cały rok…

Kokony z jajami składa samica w wilgotnej ziemi. W Polsce występuje w warunkach naturalnych tylko pijawka lekarska Hirudo medicinalis. Jednakże w hodowlach do hirudoterapii wykorzystuje się w kraju także Hirudo orientalis, która czasami wypuszczana jest do środowiska. U nas gatunek obcy, ale podobno się krzyżuje z naszą, rodzimą pijawką lekarską Hirudo medicinalis.

Pijawki lekarskie w medycynie stosowane były już w starożytności w Indiach i Chinach. W Polsce największe wykorzystanie pijawek w medycynie odnotowano w XIX w. Obecnie ponownie wraca zainteresowanie medycznym wykorzystaniem pijawki lekarskiej.

A dla ekologa pijawka jest gatunkiem wskaźnikowym, tak jak wiele innych.

Betonowe trawniki w Olsztynie…

Zachęcony tym, że Gazeta Wyborcza napisała, a Pan Prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz szybko zainterweniował w sprawie polbrukowej skarpy przy dworcu Olsztyn Zachodni, ośmielam się i ja pokazać miejsce do interwencji. Bo czy w Olsztynie mają być betonowe (polbrukowe) trawniki? Na zdjęciu fragment nowej Altyleryjskiej, przy wiadukcie i podziemnym przejściu dla pieszych przy Wojska Polskiego.

Szeroki (może z metr), pas odzielający dwa pasy ruchu…. wyłożony polbrukiem. Dalej widać, że na Wojska Polskiego też tak zrobią. A przecież w tym miejscu mógłby być zwykły trawnik. A nawet zieleń niska. Oto argumenty za zielonym trawnikiem, a przeciw betonowym powierzchniom.

1. Trawnik jest ładniejszy niż betonowa nawierzchnia, wyłożona polbrukiem. Przecież miasto dla mieszkańców to nie kolonia karna, ale miejsce, gdzie powinni dobrze się czuć. Zatem także i estetyka jest ważna Panie Prezydencie. Przecież już w tylu miejscach się poprawiło (pod względem estetycznym), więc ufam, że i władzom miasta zależy na estetyce. Może to miejsce przeoczono?

2. Polbrukowa nawierzchnia nie przepuszcza wody. Po deszczach woda zamiast wsiąkać w grunt będzie spływała po jezdni. Zamiast odnawiać wody gruntowe będzie obciążać system kanalizacji. W mieście mamy zbyt dużo nieprzepuszczalnych, asfaltowych i betonowych powierzchni. W sumie to coraz większe obciążenie kanalizacji, co przy intensywnych deszczach grozi coraz częstszymi podtopieniami. Warto zauważyć, że klimat się ociepla i w kolejnych latach będzie z intensywnymi opadami coraz trudniej sobie poradzić. Ale ważniejsze jest wsiąkanie wody w glebę i odnawianie wód gruntowcyh. Tegoroczna sucha jesień pokazała, że wody w Polsce mamy mało. Jeśli zbyt szybko odpłynie do Bałtyku, to mamy sytuację jak teraz, gdzie Wisłę można przejść w kaloszach. Zatem z dłuższej perspektywy ekologicznej lepiej żeby było jak najwięcej trawników a jak najmniej betonu. Droga musi być asfaltowa, to zrozumiałe. Ale już trawniki mogą być nie-betonowe. Wręcz powinny być normalne-trawnikowe. I owady, ślimaki, dżdżownice oraz ptaszki się ucieszą. A olsztynianie lubią przyrodę, więc też będą bardziej zadowoleni.

4. Jeśli w mieście będzie zbyt mało miejsc, gdzie woda wsiąka w grunt, a zbyt dużo asfaltu i betonu, to będą usychały drzewa w mieście. Podlewanie jest kosztowne. Po co więc płacić za coś, co można mieć za darmo?

5. Beton jest droższy niż zwykły trawnik. A więc to kolejny argument ekonomiczny. Oczywiście, utrzymanie całoroczne trawnika jest już droższe, bo trzeba ze dwa razy w roku kosić trawę. A gdyby tak jeszcze trochę krzaczków posadzić, to byłoby jeszcze piękniej.

6. Trawnik na pewno jest kłopotliwszy w utrzymaniu, ale jeśli liczyć wszystkie koszty krótko- i długoterminowe, to jest to lepsze rozwiązanie i sumarycznie tańsze. Produkcja betonu pochłania dużo energii, co dokłada się do emisji dwutlenku wegla (najpierw produkcja cementu, potem transport daleko ciężkich półproduktów). W rezultacie dokładamy się do negatywnych skutków ocieplenia klimatu: susze i gwałtowne opady, powodujące podtopienia.

7. Im więcej betonu tym wyższa temperatura w mieście – im więcej zieleni tym lepsze chłodzenie latem (transpiracja). Czy w mieście mamy czuć się podle? I uciekać z Olsztyna czy też mądrą gospodarką przestrzennną, zgodną z zasadmi ekorozwoju, tworzyć miasto przyjazne dla ludzi i o wysokiej jakości życia?

8. I jeszcze jeden argument związany z bezpieczeństwiem. Gdyby posadzic tam krzewy, to będzie jeszcze ładniej (tłumienie hałasu ulicznego) i przy okazji choć trochę zamortyzuje ewentualne kolizje, wynikające z wypadnięcia samochodu z pasu ruchu z wjechaniem na przeciwległy.

A to przykład (niżej) z Olsztyna, bardzo pozytywny. Parking utwardzony betonową kratownicą. Stabilny grunt dla samochodów i jednocześnie przepuszczalny dla wody, która wsiąka i zasila wody podziemne. I jeszcze trochę zieleni, zarówno przyjemne dla oka jak i ważne dla fotosyntezy. Czyli można, nawet w Olsztynie.

Powiązane tematy: drzewa w mieście, wsiąkanie wody, usychające drzewa na beton placach.

Jutro Dzień Chruścika

21125542_10212580533501669_6683019017086393624_o

Jutro, 11 grudnia, przypada nietypowe święto – Dzień Chruścika. Wymyślone prawie 10 lat temu w Olsztynie, jako swoisty dowcip naukowców. Ale nie w sensie psikusa lecz dowcipnie subtelnego spojrzenia na współczesny świat. Doskonale oddaje charakter zmian w edukacji, jakie dokonują się w XXI w.

Bo Dzień Chruścika jest zdjęciem zbędnej sztywności i zadęcia z naukowców i środowiska akademickiego oraz otwarciem się na „normalny” świat. Jest próbą podzielenia się pasją badawczą i ciekawością świata. Jest próbą mówienie zrozumiałym językiem o trudnych problemach jakimi żyje świat naukowy. Jest na przykład zwróceniem uwagi na problem różnorodności biologicznej. Rok temu obchodziliśmy nawet międzynarodowy rok bioróżnorodności, a w tym rozpoczęła się dekada różnorodności biologicznej. Skoro ONZ i inne instytucje międzynarodowe nadają tak dużą wagę problemowi bioróżnorodności, to chyba coś w tym jest. A jak mówić o takiej bioróżnorodności, aby dotarło i było to zrozumiałe dla Kowalskiego?

Po drugie forma kawiarniano-piknikowa coraz szerzej jest stosowana. Od wielu lat organizowane są ogólnopolskie dni nauki, od niedawna europejska noc naukowców, europejskie noce muzeów itd. To nie wynika ze zdziecinnienia naukowców. To uwzględnienie faktu, iż w dynamicznie zmieniającym się świecie i lawinowo przyrastającej wiedzy niezbędne jest kształcenie ustawiczne, w tym pozaformalne (poza zorganizowanymi, formalnymi zajęciami w szkołach i uczeniach) w nowoczesnych muzeach, interaktywnych wystawach, piknikach naukowych, dniach otwartych drzwi laboratoriów itd. (zob. np. Noc Biologów).

Pomysł, współpraca z mediami i studentami, wytrwałość i dystans do akademickiego, archaicznego napuszenia…. I święto się przyjęło na tyle, że nie sposób go nie organizować. W tym roku trochę brakowało mi czasu i sił. Ale rozdzwoniły się telefony… i nie ma wyjścia. W pełni Dzień Chruścika wpisał się w pomysł olsztyńskiej kawiarni naukowej (zobacz).

Zatem spotkamy się jutro interdyscyplinarnie w Kawiarni Moja o 17.00, w gronie trichopterologów i przyjaciół o różnych zainteresowaniach, by powspominać tegoroczne wyprawy terenowe, aktualnie opracowywane problemy badawcze…. ale w języku zrozumiałym dla każdego. A ci co są daleko od Olsztyna, w tym czasie również zasiądą przy aromatycznej herbacie i być może nawet chruściku-faworku. W tych chruścikach i badaniach hydroentomologicznych chyba coś musi być, skoro na fotografii wyżej, widać osobę klęczącą i nawet buty zdjęte obok :).

Ale chruściki są tylko pretekstem, żeby porozmawiać o ochronie przyrody, o nowych technologiach uzyskiwania energii z biomasy (górne zdjęcie z filiżanką zrobione w czasie badań terenowych w Łężanach), o skutkach zmian klimatu itd. W trakcie wypijemy herbatę, powycinamy serwetki. Bo prawdziwa nauka rodzi się w dialogu ludzi, stawiania pytań, próbach odpowiedzi.

Wiedza jest dostępna dla wszystkich… wymaga tylko wysiłku.

Omomiłek prawie jak muminek

omomilek_szary

Polskie nazwy owadów są niesamowiecie bajkowe. Bo na przykład taki omomiłek brzmi prawie jak muminek. A na zdjęciu omomiłek szary (Cantharis fusca)… który wcale szary nie jest. Bo przecież pomarańczowo-czerwony i czarny. Może tylko mniej czarny od omomiłka czarnego (Cantharis obscura), dlatego nazwano go szarym? Ale skąd nazwa omomiłek? Cóż ona znaczy? A co znaczy muminek? I to piękne, i to piękne. I jakieś takie tajemnicze. Czyli entomolodzy mają fajne życie i fajną pracę, bo ciągle się z takimi fikuśnymi nazwami spotykają.

Zdjęcie omomiłkowi szaremu zrobiłem w Samławkach, na uprawach wierzby energetycznej, gdzie prowadzę od jakiegoś czasu badania. Oczywiście zdjęcie nie pochodzi z grudnia!

Omomiłek szary to pospolity chrząszcz z rodziny omomiłkowatych. Omomiłkowate spokrewnione są ze świetlikami. Co czyni je jeszcze bardziej bajkowymi stworami.

Omomiłki uważane za gatunki pożyteczne ze względu na drapieżny tryb życia i zjadanie innych owadów, głównie mszyc. Tak czyni nasz omomiłek szary. Ale pojęcie szkodnika czy gatunku pożytecznego to rzecz względna i w pełni rolnicza a nie ekologiczna.

Rzeczonego omomiłka spotykać można od maja do lipca, na kwitnących krzewach i kwiatach, na łąkach i na skraju lasów. Dorosłe polują na małe owady. Ale obserwowano dorosłe chrząszcze ogryzające młode pędy drzew iglastych. Może z głodu, może dla diety, może dla urody, a może z rozpaczy, że nie wiemy co znaczy słowo omomiłek. Coś w nim jest miłego, ale co?

Latem samice omomiłków składają jaja w powierzchniowych warstwach gleby. Wylegające się larwy mają zredukowane narządy gębowe i nie pobierają pokarmu. Dopiero po kilku dniach linieją i zmieniają się w ruchliwe i drapieżne larwy. Ciekawe skąd taki dziwaczny tryb życia? Czy młode larwy nie mogłyby od razy wykluwać się zdolnymi do zjadania, tego co im potrzebne? Może to filogenetyczna pozostałość po przodkach i ich innym trybie życia? Może nawet nie odżywiająca się larwa, ale ruchliwa, jest bezpieczniejsza niż dłuższy rozwój w nieruchomo leżącym jaju (łatwym do wypatrzenia przez antyomomiłkowego szkodnika)? Więc sobie biega i o jeść nie woła (och, nie jeden młody rodzic by tak chciał). Skoro muminki mają swoje tajemnice, dlaczego nie miałyby ich mieć omomiłki? Odkrywanie tajemnic omomiłków to pasjonujące zajęcie dla entomologów. Tak sobie położyć się na łące i podpatrywać. Można robić zdjęcia, nawet w czasie kopulacji omomiłków i nikt policji nie wzywa i o bezeceństwa nie posądza. Jednym słowem entomolog to ma klawe życie (gdyby nie to, że jak ten entomolog sobie tak leży, to go inne owady napoczynać i konsumować zaczynają).

Larwy omomiłków piękne nie są – koloru ciemnoszarego, żyją w glebie, czasem wychodzą na powierzchnię. Żywią się dżdżownicami i ślimakami, a także częściami roślin (widać dbają o urozmaiconą dietę). W żuwaczkach mają wyżłobienie, którym wpuszczają do ofiary substancje trujące, umożliwiające rozkład ciała ofiary poza własnym organizmem. Niby dziwne… ale co my innego robimy na patelni, w garnku, piekarniku? Też „trawimy” częściowo, żeby potem, już w żołądku i jelitach było łatwiej. Omomiłki mieszkań z kuchniami i garnkami nie mają, to sobie radzą jak umieją.

A żeby było jeszcze bardziej muminkowato to okazuje się że larwy omomiłków w łagodne zimowe dni można spotkać na śniegu, zwłaszcza pod koniec zimy. Bo zimą owady nie znikają. A jak jest cieplej to też wiosny wyglądają. Tak jak my teraz wyglądamy przedświątecznego śniegu. A potem co zrobią larwy omomiłków jak przez całą zimę śniegu nie będzie? Gdzie będą mogły przedwiosennie pobiegać niczym owadzie morsy po wyjściu z sauny?

Więc śniegu przybywaj, i my się ucieszymy i omomiłki chyba także.

Kult cytatologii

Dla oceny jakości kształcenia wymyśla się różne metody. Ale nie ma metod idealnych. Ciągle trzeba próbować czegoś nowego. Prawo Godharta mówi „Jeżeli jakakolwiek reguła statystyczna zaczyna być wykorzystywana do celów regulacyjnych, to natychmiast traci sens bo system się do niej dostosowuje”. Studenci uczą się „pod egzamin”. Zdawanie testów można wyćwiczyć. W szkołach tworzą się swoiste kursy przygotowawcze do matury. Jeśli miarą wartości szkoły są wyniki maturalne… to można zadbać, aby wyniki były lepsze. Tyle tylko, że taki „kurs przygotowawczy” niszczy sens edukacji. Uczymy się, żeby wiedzieć a nie żeby zdać. Egzamin jest tylko forma sprawdzania, a nie celem samym w sobie. O takie wypaczenia łatwo, gdy się uczy dla ocen.
Dużo zależy od atmosfery w domu rodzinnym i postawy samych pedagogów.

A jak zmierzyć pracę naukowca. Logicznym pomysłem było liczenie publikacji i oceniania ich wartości. Kiedyś, gdy środowisko naukowe było mniej liczne, naukowcy się znali i mieli sporo czasu na analizowanie rzeczywistego dorobku, stosunkowo łatwo było ocenic realna wartość badań konkretnej osoby. W dobie gwałtownego przyspieszenia i komputeryzacji wydawało się, że wystarczy tylko wycenić publikacje i policzyć. Liczyła się liczba publikacji? No to publikowano gdziekolwiek, byle była sztuka i dużo stron. Liczą się te ważniejsze, punktowane publikacje? No to się wysyła dla punktów, czasem jedną pracę dzieli na kilka i publikuje oddzielnie. Dla logiki komunikacji to głupota… ale dla logiki punktów sprytne rozwiązanie.

Dzisiaj profesor, który ma więcej punktów jest „lepszy” od tego, który ma mniej punktów. Jest to absurdalne. Ale może jest to tylko miara efektów pracy a nie ocena człowieka? Wtedy nie jest już absurdalne. Trzeba jakość pracy zmierzyć. A metody dobrej nie ma… Bo ta punktowa rodzi kult cytatologii. Jak zdobyć więcej punktów? Publikować po kawałku, dopisywac nazwiska (prace wieloautorskie), itd.

„Uczeni dzisiaj pracują pod coraz większą presją publikowania i brakuje im czasu na uzyskiwanie własnych wyników i na głębsze przemyślenia. Jeżeli ktoś ogłasza kilkadziesiąt artykułów rocznie, to znaczy, że produkuje sieczkę. Ocenianie tej masy publikacji także staje się pozorem. Sądzę więc, że nowych argumentów nie będzie przybywać, bo gdzie je znaleźć, a potyczki będą odbywały się głównie na cytaty.”

„Minęły czasy, kiedy ludzie z najlepszych uniwersytetów na świecie znali się osobiście i wiedzieli wzajemnie, ile kto jest wart. Teraz ukazuje się 10 milionów artykułów rocznie! Większości z nich nikt nigdy nie przeczyta. Tak zwane prawo Strurgeona mówi, że 90 procent tej produkcji to sa bzdety. Ja uważam, że 95 procent.”

Prof. Maciej Władysław Grabski

Nie będę pracował dla głupich punktów? Dla samych punktów na pewno nie, ale punkty mogą być pomocne jako narzędzie dodatkowe a nie cel sam w sobie.

Jak rząd chce zmieniać uniwersytet?

Jak rząd chce zmieniać uniwersytet, sąd, policję, instytucje kultury?”

Prof. Jerzy Hausner (Gazeta Wyborcza 14 listopada 2011)

Dołączam się do pytania prof. Hausnera. Co prawda część odpowiedzi już znamy, np. w postaci chociażby wdrażanych Krajowych Ram Kwalifikacji. Ale pytanie można rozszerzyć i nie ograniczac tylko do "rządu" (niech oni coś nam zrobią). Ważne jest to, jak my (środowiska akademickie) odnosimy się do wdrażanych reform, np. Krajowych Ram Kwalifikacji? Wdrażamy ze zrozumieniem celów i mechanizmów, czy tylko po staremu-feudalnemu, administracyjnie, powoli, z ociąganiem coś w tam w papierach zapisujemy, żeby „dobrze wyglądało”?

„[Agata Nowakowska] Pańska diagnoza jest w zasadzie taka: coraz więcej instytucji czy dziedzin kostnieje albo degeneruje się. [J. Hausner] Bo władza nie chce ich zmienić, nie stawia na innowacyjność (…) [A.N] Po latach transformacji różne instytucje i środowiska okopały się. Niektórym potrzebny jest rozwojowy kop.” (Ibidem)

Ja też mam takie odczucia, że akademicki Olsztyn zatrzymał się, grzęźnie w marazmie, a coś ważnego nam bezpowrotnie ucieka. Warunki funkcjonowania ciągle się szybko zmieniają, wczorajsze dobre rozwiązanie dzisiaj jest już nieaktualne. Mam wrażenie, że znowu zostajemy w tyle. Pierwszy impuls modernizacyjny utworzenia uniwersytetu się chyba już wyczerpał.
Potrzebne nam nowe wewnętrzne bodźce modernizacyjne. Czakanie na popchnięcie z zewnątrz, "od góry", skazuje nas na marginalizację w ogólnoeuropejskiej gospodarce wiedzy.

„Ale państwo nie ma odpowiadać za dostarczanie tych dóbr, lecz za stworzenie warunków, by te dobra były dostarczane przez podmioty o różnych statusach”. (Ibidem)

Na uczelni zbyt dużo jest jeszcze regulacji i odgórnego planowania, zamiast tworzenia dobrych warunków do kształcenia się. Najprostszym przykładem jest wybór zajęć i ścieżki kształcenia. Mnożymy specjalności, ale to iluzja wyboru, bo większość jest dokładnie zaplanowana i zdeterminowana. To krępuje dojrzewanie studentów do odpowiedzialniści za swój rozwój i swoją edukację, krępuje woność poszukiwań. Brak miejsca na studencką kreatywność, odpowiedzialność i fantazję.

W układach wieloelementowych samoorganizacja zawsze jest lepsza niż szczegółowo zdeterminowane zarządzanie. Bowiem zbyt wiele zmiennych w zmieniającym się środowisku uniemożliwia dobre sterowanie. Ważniejsze jest sterowanie warunkami… do rozwoju.
Dobrym przykładem byłoby funkcjonowanie ekosystemu lub życia na poziomie molekularnym. Czytam właśnie ciekawą, biologiczną literaturę faktu: „Biologia systemów – strategia działania organizmu żywego (autorzy: Leszek Konieczny, Irena Roterman, Paweł Spólnik). Fascynująca lektura. Ale do działalności społecznej możemy wzorować się, inspirować układami żywymi, działającymi w zmiennych warunkach.

„Państwo nie dokłada do edukacji, tylko do przywilejów nauczycielskich, co promuje mierność”
„[A.N.] Balcerowicz musiał coś zrobić, Buzek też, a teraz my już nic nie musimy – zdaje się mówić premier Tusk”.
(Ibidem)

Na szczęście jest kryzys demograficzny i gospodarczy. Jak choroba, zabije słabych, wzmocni mocnych. I będę się starał, aby mój uniwersytet był wśród tym „mocnych”.

Potrzebujemy impulsu europejskiego jak i uniwersyteckiego.

Brudnopisowe notatki o powinności uniwersytetu

Blog to swoisty notatnik, brudnopis, z zapisywanymi myślami, niedokończonymi myślami. Taki wirtualny zeszyt z wynotowanymi myślami, swoimi i cudzymi. Od wielu miesięcy, trapi mnie problem powinności uniwersytetu względem studentów. Docierają do nas różnorodne dane demograficzne i statystyczne, dotyczące losów absolwentów. Czy my im dajemy solidne wykształcenie, przystające do współczesności?

„Część tych młodych wejdzie do istniejących struktur i korporacji, część będzie chciała żyć na obrzeżach, ale większość nie znajdzie sobie żadnego miejsca. Będą to ludzie coraz bardziej sfrustrowani” 

Prof. Jerzy Hausner (Gazeta Wyborcza 14 listopada 2011)
Ale przecież czas spędzony na uczelni to nie tylko wyścig do kariery, to także poszukiwanie sensu życia i wartości duchowych. Nie tylko młodzi ludzie chcą robić coś wartościowego, uczestniczyć w czymś ważnym.

Chodzi o tworzenie perspektyw, nie tylko zawodowych ale i cywilizacyjnych. Inaczej dalej będziemy pogrążali się w marazmie.

„Mamy enklawy uniwersytetów publicznych, które żyją w pewnym oderwaniu od rzeczywistości. (…) wyraźnie widać, że w różnych dziedzinach: i w nauce, i w dydaktyce, i w organizacji, i w finansowaniu to wszystko po prostu zaczyna w coraz większym stopniu szwankować. To będzie oznaczało postępującą degradację i ucieczkę najzdolniejszych gdzie indziej.” 
Prof. Jerzy Hausner (Gazeta Wyborcza 14 listopada 2011)
Pozostaję w nadziei, że mój Uniwersytet nie będzie tą "enklawą"…

Nadmiaru betonu nie lubią nie tylko w Olsztynie

Przesadnego betonowania przestrzeni publicznej nie lubią ludzie nie tylko w Olsztynie. Na przykład mieszkańców Iławy zbulwersowało rozległe betonowanie brzegów jeziora, wzdłuż ścieżki rowerowej (na zdjęciu wyżej, fot. J. Jaskólska), o czym informuje tamtejsza lokalna gazeta Kurier Iławski (nr 48, z dnia 30 listopada br.).

Prace zabezpieczające brzeg są konieczne. Ale sposób wykonania i zakres może być różny – mniej lub bardziej przyjazny i dla środowiska i dla ludzkiego oka.

Dlaczego tak się dzieje? Przecież nie ze złej woli. Sądzę, że są to najzwyczajniej w świecie luki w wykształceniu przyrodniczym i rozumieniu ludzkiej natury. Wielu technokratom wydaje się oczywistym, że musi być z betonu, równe, kanciaste i masywne. Chciałbym tylko zauważyć, że konstruktywizm to przebrzmiały styl i dawna moda rodem z muzealnego lamusa.

Dlaczego brak dostatecznej liczby konsultacji społecznych i współpracy z naukowcami lub adekwatnymi specjalistami? Przecież mamy pod bokiem uniwersytet oraz absolwentów architektury krajobrazu a niebawem nawet specjalistów od zarządzania zasobami przyrody. Bo najpierw trzeba dostrzegać potrzebę i widzieć problem. Nie pojdziemy do baru gdy nie jestesmy głodni. Wielu urzędnikom trudno sobie wyobrazić to, czego mogliby oczekiwać od ekspertów. A wszystko z powodu luk w wykształceniu. Dawniej o tym nie uczyli. Nadzieją jedynie kształcenie ustawiczne.

Wielką misję ma uniwersytet, aby w różnorodny sposób, także poprzez kształcenie nieformalne i pozaformalne, z wykorzystaniem e-learningu, m-learningu czy nawet rapid-learningu, upowszechniać nową wiedzę o środowisku, o miastach jako ekosystemach. A także o preferencjach społeczych w XXI w. do obcowania z przyrodą, zarówno w odniesieniu do mieszkańców jak i turystów. Inaczej hasło "Mazury cud natury" stanie się pustym i wykoślawionym sloganem.

Nie jest pocieszeniem, że nie tylko olsztyniacy domagają się nie-betonowych ścieżek rowerowych przez tereny przyrodnicze nad Jeziorem Długim. Pocieszeniem może być fakt wielkiego społecznego zaangażowania w dopominaniu się o zdrowy, "ekologiczny" rozsądek. 

Drzewa w mieście – fanaberia czy niezbędny element infrastruktury?

Drzewa w Olsztynie nie mają szczęścia, mimo że miasto zwie się ogrodem. Od wielu miesięcy mieszkańcy toczą boje przeciw wycince kolejnych drzew. Czyżby byli zacofani i stali na przeszkodzie niezbędnego postępu? Jaka korzyść z drzew w mieście (i zieleni wogóle), czy to tylko kosztowna dekoracja? Drzewom w Olsztynie nie jest lekko. Otaczane są asfaltem, betonem i kostką granitową, w rezultacie do gleby przenika za mało wody. Drzewa po prostu chorują i usychają… i wtedy mamy znakomity powód do wycinki. O wcześniejszym podlewaniu czy racjonalnej pielęgnacji raczej się zapomina… bo kosztowne, a poza tym, kto by się tą zieleniną przejmował. Oszem, są przycinane, czasem w karykaturalny sposób. Okaleczone także chorują i usychają.. a dalej jak zwykle, piła w ruch. Wycina się szybko, z sadzeniem jest trudniej. A poza tym drzewa wolno rosną. Co w tydzień się wytnie, na odnowienie czeka kilkadziesiąt lat…

Trywialnym jest stwierdzenie, że bez roślin nie byłoby życia. Efektem ich fotosyntezy jest pochłanianie dwutlenku węgla i emisja tlenu. Ale nie tylko takie dobrodziejstwa mamy z drzew w mieście.

Po pierwsze drzewa to trudny do pozyskania element dekoracyjny (trzydziestoletniego dębu nie kupisz w supermarkecie i nie postawisz pod ratuszem). Dlatego mieszkańcy tak żarliwie protestują. Przeciętne, średniej wielkości drzewo, na przykład stuletni buk (wtedy jest w pełnym rozwoju) ma zazwyczaj 25 m wysokości, korona osiąga 14 m średnicy i osłania przed słońcem i słotą około 150 metrów kwadratowych. Jest gdzie mieszkańcom usiąść i odpoczywać (jeśli są oczywiście ławki….). W takim buku drewna jest z 15 metrów sześciennych. Kusi by wyciąć i… do kominków na spalenie. Ile to dni można w domu palić! I jak tanio, bo z lasu, od leśników, drzewo drogie…

Ten nasz dorodny buk o objętości korony około 2700 metrów sześciennych ma liście w sezonie wegetacyjnym o powierzchni 1600 m kwadratowych. W ciągu godziny uwalnia do atmosfery 1,75 kg czystego tlenu. Jest więc drzewo w mieście automatem do produkcji tlenu i nie trzeba wrzucać monety, żeby odetchnąć czystym powietrzem. Jeden buk – nasz opisywany – pozwala oddychać w ciągu roku 10 ludziom.

A latem, dzięki transpiracji pod drzewem jest chłodniej około 3 stopnie Celsjusza. Jest więc klimatyzacja. Również za darmo. Taki nasz buk wiąże w ciągu roku około jednej tony kurzu! Powietrze w mieście bez drzew zawiera 12 tys. cząstek kurzu na jeden metr sześcienny. W tym niezwykle groźne dla zdrowia małe cząsteczki (powstają m.in. w wyniku ścierania się opon samochodowych na asfalcie). Czy decydenci od wycinki mieszkają w Olsztynie, czy może po pracy śmigają czym prędzej swymi wypasionymi maszynami na przedmieścia, gdzie dużo zieleni i drzew? Tylko plebs mieszka w centrum?

Podsumujmy, drzewo w mieście to nie tylko dekoracja, to także poprawa jakości atmosfery, a w konsekwencji zdrowia. Wytniemy więcej drzew – więcej wydamy na lekarza. No tak, ale ten co napali sobie w kominku czy przejmuje się resztą współmieszkańców?

Drzewo w mieście jest ważnym elementem infrastruktury podnoszącej jakość życia. Należy o nich myśleć tak jak o parkingach, wodociągach, sklepach i światłach na drodze. A nie jak o fanaberiach "ekologów". Kto tu jest więc zacofanym skansenem a kto ma sensowną wiedzę o funkcjonowaniu miasta? Protestujący przed wycinką mieszkańcy (i domagający się nowych  nasadzeń) czy "nowocześni", betonowi technokraci?