Erotyka bałtycka i noc biologów w Olsztynie

Biolodzy od lat próbują rozwikłać tajemnicę miłości. Prowadzą różne badania na poziomie molekularnym, biochemicznym, fizjologicznym, ekologicznym, genetycznym czy ewolucyjnym. Formułują różne teorie o przetrwaniu gatunku,o ewolucyjnym sensie powstania płci (bo po co rozrzutne dwie płcie kiedy wielu gatunkom wystarcza rozmnażanie bezpłciowe lub nawet partenogeneza), a to o chemi miłości i feromonach. Tym ostatnim badaniom łakomie przypatruje się przemysł kosmetyczny. A że tegoroczna zima pogodę ma iście wiosenną, to nie tylko przyroda myśli o godach i erotyce. Trzynastego w piątek olsztyńscy biolodzy zapraszają: "spędź z nami noc… biologów". O co im chodzi?

Tytuł wpisu na blogu może być zwodniczy, gdyż nie o seks chodzi a o ochronę przyrody i owady. Natomiast ideą Nocy Biologów jest upowszechnianie wiedzy a nie igraszki erotyczne.

Erotyka bałtycka jest po prostu polską nazwą bardzo rzadkiego i zagrożonego wyginięciem w Polsce i Europie chruścika. Łacińska nazwa tegoż owada wodnego brzmi Erotesis baltica. Nieprawdaż, że piękna nazwa? W entomologii liczne są przedziwne i romantyczne nazwy gatunkowe. Bowiem żeby wymyśleć oryginalne i niepowtarzające się nazwy dla dwudziestu paru tysięcy gatunków owadów Polski trzeba iście poetyckiej fantazji.

I naukowcy ją mają!

Olsztyn chlubi się licznymi jeziorami. Cóż jednak z tego, kiedy nie dbamy o te najcenniejsze? Nie wszystkie jeziora są jednakowe. Niektóre są unikalne, tak jak wartościowa i unikalna bywa stara porcelana. Jak się zniszczy, to nie jest już do odzyskania (ewentualna renowacja jest kosztowna – tak jak kosztowna jest rekultywacja jezior). Najlepiej więc postawić taką zabytkową filiżankę w gablocie lub oszklonej witrynce i podziwiać. Cieszyć się jej widokiem i samym istnieniem. Natomiast na co dzień używać zwykłych szklanek i kubków. Bo jak się zbije to łatwo nabyć nowe naczynie. Nieprawdaż, że to rozsądne postępowanie?

Ku temu zmierza zarządzanie zasobami przyrody (o tym także będzie na olsztyńskiej Nocy Biologów ale na przykładzie m.in. dzików w mieście).

Do niezwykłych a czystych jezior olsztyńskich należy jezioro Redykajny. W tym przepięknym dawniej jeziorze żył jeszcze w latach 80. XX w. niezwykły chruścik Erotesis baltica (z rodziny wąsatkowatych – Leptoceridae). Kiedy później w latach 90 i na początku XXI wieku usilnie go szukałem, to już nie znalazłem. Ewidentnie wyginął. Winna temu przede wszystkim presja turystyczna, wydeptywanie linii brzegowej, zanik siedlisk torfowiskowych w litoralu i eutrofizacja. Przez naszą codzienną rozrzutność rekreacyjną utraciliśmy przecudną … erotykę bałtycką! Najbliższe znane stanowiska tego gatunku są na Suwalszczyźnie i na Pomorzu. W latach 80 było jeszcze znane stanowisko w Jeziorze Narckim koło Szczytna. Było to wtedy jezioro z czystą wodą i przez to licznie wykorzystywane w czasie wakacyjnych wyjazdów turystycznych całej „warszafki”. Nie wiem jak jest teraz. Obawiam się jednak, że prawdopodobnie i tam ten gatunek wyginął z tych samych przyczyn.

Chyba bezpowrotnie straciliśmy w Olsztynie coś przyrodniczo unikalnego i jakże romantycznego (przynajmniej w nazwie – tak jak świtezianki z jeziora Świteź). Erotyka bałtycka lubi czystą wodę i torfowiskowe brzegi. Ludzie także. A teraz nie mamy ani jednego, ani drugiego.

Czyż nie roztropniej byłoby chronić takie niezwykłe jeziora przez nadmiernym użytkowaniem rekreacyjnym, zaśmiecaniem, wydeptywaniem i niszczeniem brzegów, a potrzeby kąpieli skanalizować w kilku innych, mniej cennych bo eutroficznych jeziorach?

W publikacji naukowej chciałem napisać o Erotesis baltica z olsztyńskiego jeziora Redykajny. Ale skoro tego gatunku tam nie ma… to o czym pisać? O nie występowaniu erotyki bałtyckiej? Jakoś niezręcznie i trochę wstyd publicznie pokazywać przyrodniczą niegospodarność.

Tytułowy chruścik jest tylko przykładem zmian w różnorodności biologicznej i wynikających z tego strat ekonomicznych. Bo dla Olsztyna erotyka bałtycka nie będzie już atrakcją przyrodniczą, unikalną w skali europejskiej. Tak jak nie zobaczymy w Polsce żywego dropia – muzealne i spreparowane okazy tego dużego i wymarłego w Polsce ptaka zobaczyć możemy w kortowskim Muzeum Zoologicznym im. Prof. J. Wengris.
Cieszyć się natomiast możemy z niprzyrówki rzecznej (Leptocerus interruptus – też chruścik), występujacej w rzece Łynie powyżej Olsztyna. A jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w Polsce gatyunek ten wyginął.

Bez porównania dużo większe problemy ekonomiczne i cywilizacyjne czekają nas na skutek zmian klimatu, spowodowanych działalnością człowieka (emisja gazów cieplarnianych). Wiosenna zima nie jest taka dobra w swoich skutkach. Odczuli już to rolnicy, którzy zaorali oziminy i będą musieli na tym samym miejscu posiać zboża jare. Przyroda zawsze sobie jakoś poradzi, ale gospodarka poniesie duże straty. Chciałoby się sparafrazować „szlachetne zdrowie, ile cię cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto cię stracił”. Tak jak młodzieńczą miłość, którą przegapiliśmy w pogoni za rzeczami mało ważnymi i łatwo nabywalnymi.

Noc Biologów jest formą upowszechniania wiedzy biologicznej. Bez zrozumienia biologi nie jesteśmy w stanie zrozumieć wspołczesnego świata. Przydatne będzie więc kształcenie ustawiczne w sposób pozaformalny. Przykład? Prosze bardzo, naukowcy zaczynają się zastanawiać czy wszystkie odkrycia biologiczne publikować i upowszechniać. Bowiem niektóre odkrycia mogą być wykorzystane przez bioterrorytsów (zjadliwe odmiany wirusów, wytworzone w laboratoriach). Tak jak utajnia się badania nad bronią atomową. Biolodzy w wieku XXI coraz bardziej dorównują fizykom i mają podobne dylematy moralne… Bowiem nie wszystko co zrobić potrafimy zrobić warto.

Ale na Noc Biologów 13 stycznia do Kortowa bez wątpienia warto przyjść!

Od dwóch dni pracuję na nowym wydziale

Od dwóch dni pracuję na nowym wydziale… mimo że się nie przenosiłem. Od 1 stycznia 2012 roku Wydział Biologii nosi nazwę Wydział Biologii i Biotechnologii. Oj, trzeba będzie pozmieniać dane adresowe :). Na szczęście logo pozostało to samo.

A dowiedziałem się od studentki… Co prawda wcześniej było na radzie wydziału o potrzebie nazwy mówione, ale jakoś ten czas tak szybko leci, że ani się człowiek nie obejrzy a już w innym świecie żyje. 
A co do zmiany nazwy wydziału to tylko usankcjonowanie zmian jakie się powoli przez kilka lat dokonywały. Coraz liczniejsi studenci biotechnologii, którzy kiedyś stanowili dodatek do biologów. Teraz jest odwrotnie. Klasyczne "ostatni będą pierwszymi". 

Dzień Chruścika w kalendarzu Gazety Olsztyńskiej

Dodatkiem do dzisiejszej Gazety Olsztyńskiej jest kalendarz na 2012 roku. W tym Kalendarzu Subiektywnym pod datą 11 grudnia zapisano: "Dzień Chruścika. Wymyślony w Olsztynie. Chruściki? Rząd owadów wodnych o przeobrażeniu zupełnym."

I pomyśleć, że o "robalach", jakichś owadach z przeobrażeniem zupenym pisać będą w gazetach codziennych, trafiających "pod strzechy". A w zasadzie na zwyczajny stół przy śniadaniowej kawie. Poczytuję to za duży sukces popularyzacji nauki (swój oraz całej społeczności naukowo-entomologicznej). Jako fragment większej całości w globalnym świecie i gospodarki opartej na wiedzy. I jednocześnie duch czasów. I szybko zabieram się do napisania krótkiej a zamówionej informacji dla Nowego Życia Olsztyna o… niezwykłych chruścikach z olsztyńskich jezior. Bo czyż erotyka bałtycka (to nazwa gatunkowa niezwykłego chruścika Erotesis baltica) z Jeziora Redykajny, nie jest warta opisania?

Czasem przeglądając internet (googlając różne terminy związane z chruścikami) trafiałem na różnorodne i zupełnie nie-olsztyńskie strony internetowe z odnotowanym Dniem Chruścika. Ten dowcipny pomysł się zakorzenił i ugruntował, jako jedno z kilku zaledwie świąt naukowych, dowcipnych i sympatycznych celebracji nauki i wiedzy: Dzień Darwina, Dzień Liczby Pi itd.

Konsekwencja i wytrwałość w drobnych rzeczach. Ale przecież taka jest właśnie nauka: praca zespołowa w większości niewidoczna i drobna. Tylko czasem coś widać w formie ogłaszanego sukcesu.

Do sukcesów biologii wrócimy niebawem, zapraszając wszystkich ciekawych na Noc Biologów w Olsztynie.

A teraz zabieram się do mojego, tradycyjnego, okołonoworocznego malowania butelek. Pośród roślin krajowych i owadów znajdą się z całą pewnością i  chruściki…

Ninja czyli nawet nasze biedronki są z Azji

Trudno kupić już cokolwiek, co w całości lub w części nie pochodziłoby z Chin. Nawet markowe produkty (marka europejska, ale wykonane w CHRL), czosnek, elektronika. Zalewają nas produkty z Azji… Tanie? Ale koszty transportu to emisja gazów cieplarnianych, skutek więc nie tylko ekonomiczny ale i środowiskowy. Ponadto chciałbym coś solidnego a nie tandetę. Właśnie oddałem do reklamacji czajnik elektryczny, niedawno nabyty drogą kupna. Firma dobra i renomowana… ale wykonane w Azji…

Tuż przed świętami, gdy żona myła okna, ze szpary wypełzła biedronka. Ale to nie jest nasza zwykła biedronka. To jest biedronka ninja zwana arlekinem lub biedronką azjatycką (Harmonia axyridis). Jako gatunek obcy i inwazyjny dotarła już do Polski. W Olsztynie widziałem ją już w 2010 r. Teraz rozbudzona z odrętwienia zimowego chodzi po ścianie. Na dworze zimy nie widać, niemalże wiosna, więc moja domowa biedronka azjatycka cały czas jest aktywna. Drepcze i drepcze po ścianie, czasem zajrzy tu i tam.

Od przybytku głowa nie boli? Nie zupełnie. Jako gatunek inwazyjny zagraża naszej rodzimej bioróżnorodności. Tak jak wszystkie inne biedronki jest drapieżnikiem, zjada drobne owady, mszyce ale i jaja innych biedronek czy nawet ich larwy. A więc nie tylko konkuruje o zasoby ale i drapieżniczo eliminuje nasze poczciwe „boże krówki” (biedronkę siedmiokropkę).

Jeszcze nie wiadomo jaki będzie ekologiczny i środowiskowy skutek inwazji azjatyckich ninja. Małym pocieszeniem jest to, że nasze urocze siedmiokropki są gatunkami inwazyjnymi na innych kontynentach. Globalizacja w aspekcie przyrodniczym wiąże się nie tylko ze zmianami klimatu, ale i wpływem na lokalną bioróżnorodność.

Ech… nic już nie będzie takie jak dawniej. Nawet przyroda za oknem. Za moim oknem rosną obcego pochodzenia kasztanowce, które latem zjadane są przez inwazyjnego szrotówka kasztanowiaczka (taki drobny motylek). Nieopodal rozległe łany nawłoci kanadyjskiej. Teraz ta biedronka. Nic, tylko siąść w oknie i patrzeć co będzie dalej, w czasie tej tegorocznej wiosennej zimy… Poczytać dla rozrywki jakiegoś „harlekina”?

Jak drzewa w mieście sadzą

Podróże kształcą. To prawda. Powyższe zdjęcie ze świątecznej podróży do Płocka. Kiedyś było to brzydkie i zaniedbane miasto, pełne asfaltu i brudnej "nowoczesności" rodem z epoki przemysłowej. Wielką dla mnie niespodzianką były nowoposadzone drzewa w wielu miejscach na płockich ulicach. A te białe fartuszki o ochrona przed solą. Bo nowe władze posadziły drzewa w ubytkach ulicznych jesienią. Wtedy jeszcze nie wiedziano, że zima będzie łagodna. Zadbali więc o wszystko, nawet o to, żeby zimowa sól nie przeszkadzała drzewom.

Władze zmieniły się przed rokiem. Dawne władze – mimo licznych inwerstycji – odeszły do wyborczego lamusa. Tak mówią miejscowi. Bo inwestycje to nie wszystko. Muszą być jeszcze to inwerstycje z sensem. A płocczanom widać zależy na urodzie miasta i ulicznych drzewach.

Morał? Jest i morał bardzo oczywisty. Do Płocka jechałem przez kilka małych miasteczek. W niektórych piękne parki w środku miasteczka zamienione zostały w gołe i betonowe place. Pornury widok. Ciekawe, kiedy i tam się władze zmienią?

Płockowi zazdroszczę wielu ulic w śródmieściu – takich zadrzewionych ulic nie ma już w Olsztynie. A kiedyś Olsztyn wydawał mi się zielonym miastem… Jeśli ktoś usilnie pyta się o morał z podróży (one ponoć kształcą – zarówno podróże jak i morały), to już wprost piszę: nawet w Polsce miasta mogą pięknieć a na śródmiejskich ulicach drzewa stają się dla mieszkańców ważniejsze niż miejsca do parkowania. No i to, że władze bywają zmieniane, jeśli nie rozumieją potrzeb współczesnego społeczeństwa. Nawet władza się zmienia, albo mądrzeje albo wyborcy ją zmieniają. Tak czy siak zmienia się na lepsze.

Chrześcijaństwo a metakompetencje XXI wieku

„Wystarczy wziąć do ręki badania nad zachowaniami społecznym, aby przekonać się, że nie tylko w czasach kryzysu, ale i ekonomicznej prosperity to właśnie osoby religijne najczęściej angażują się społecznie i działają solidarnie. To, co ich motywuje i wiąże, to nie partyjne szyldy, ale wiara przeżywana wewnętrznie i instytucjonalnie. Na Zachodzie to religijni ludzie zazwyczaj opiekują się starszymi i chorymi, na nieporównywalnie większą skalę niż laiccy humaniści – i są tego świadomi. Z analiz ekonomisty Arthura C. Brooksa w książce „Who Really Cares” wynika, że ludzie religijni ofiarowują na cele charytatywne o wiele więcej niż niereligijni. A nie chodzi tu tylko o ofiary pieniężne. Brooks podaje również, że ludzie religijni chętniej niż niewierzący podejmują się działalności wolontariackiej, a nawet oddaja więcej krwi. Analizując czynniki motywacyjne badacz stwierdził, że charytatywność zdecydowanie silniej koreluje z religijnością niż poglądami politycznymi. Obserwacje Brooksa zostały potwierdzone w badaniach psychologów moralności (np. J. Haidta).” 

Jacek Prusak SJ „Katecheci Palikota”, Tygodnik Powszechny 47 (20 listopada 2011)

Metakompetencje: praca grupowa, zespołowa, współpracujące lewa i prawa półkula mózgowa,
działania zespołowe oparte na empatii, dobrej komunikacji, lojalności, zaufaniu, współpracy.
Osobowe: poczucie własnej wartości i godności, świadomość samego siebie (silne i słabe strony), równowaga aksjologiczna i emocjonalna, samosterowność, samoodpowiedzialność.
Taka osoba rozwija się bez ryzyka zużycia energii (wypalenia zawodowego). Takich kompetencji powinien uczyć uniwersytet. A w zasadzie stwarzać warunki do ich dojrzewania i ugruntowania się. 
Przyszłość opierać się będzie na dobrze wykształconych, wolnych i integralnie moralnych jednostkach. 

Wspomnienie zimy ze śniegiem

Premier Exif JPEG

Dlaczego latoś nie ma śniegu w zimie? Bo wszystko płynie i nie da się dwa razy wejść do tej samej wody w rzece. Nie będziemy mieli drugiego życia, nie zrobimy resetu jak w grze komputerowej, aby wgrać sobie jeszcze raz „zimę”, tyle razy, aż się pojawi to co chcemy. Umieć żyć tu i teraz, to jest mieć szczęcie albo nie. A w zasadzie nie „mieć” tylko „umieć” być szczęśliwym. Żeby umieć, trzeba przystawać i zamyślać się nad sensem. Nad tym, czy dobrą drogą idziemy. Trzeba spojrzeć po horyzont. Systematyczność w ćwiczeniach duchowych jest czymś rozsądnym i właściwym. Każdym ma swoje ćwiczenia (jeśli ma)… a dla mnie są nimi np. rekolekcje.

Patrząc tylko pod nogi, możemy omijać kałuże i błoto. Ale jeśli spojrzymy daleko… wtedy może odkryjemy lepszą dorgę, tuż obok. Tam, gdzie nie ma błota… Warto więc patrzeć daleko, mimo, że w tym czasie możemy nie zauważyć tego, co pod nogami i wdepnąć w błoto.

Myślenia w katagoriach celu powinna uczyć szkoła i uniwersytet. Ale czy analfabeta potrafi nauczyć pisać i czytać? Czy ktoś zapatrzony w szczegóły tuż pod stopami może nauczyć patrzeć w horyzont? Ale może ważniejsze od pouczającego wykładu jest stworzenie dobrych warunków do rozwoju. Przecież trawa nie rośnie od ciągnięcia za źdźbła do góry…

„Latoś” to gwarowe i archaiczne słowo, oznaczajate „tego roku”. Przemija czas, język się zmienia a my niektórych zwrotów już nie rozumiemy. I zima jest inna niż przeszłego roku. Bez śniegu i z okazjonalnym mrozem. Czy po jednym sezonie możemy coś o klimacie powiedzieć? Potrzebna jest bardziej rozległa perspektywa i trendy wieloletnie. Te zaś wskazują jednoznacznie na ocieplanie klimatu. Zimy ze śniegiem mogą być coraz rzadsze… I tak „latoś” nie oznacza lata, a święta Bożego Narodzenia nie muszą za jakiś czas kojarzyć się z choinkami, obsypanymi śniegiem.

Innego czasu nie dostaniemy dla własnego życia. Ani innych problemów, ani innych ludzi na swojej drodze. Poradzić sobie trzeba tu i teraz. Życie nie jest grą komputerową…

Trawa nie rośnie od ciągnięcia za źdźbła

Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry za źdźbła. Rośnie wtedy lepiej, gdy stworzy się jej lepsze warunki.

Lepsze jest zarządzanie i kształcenie poprzez tworzenie dobrych warunków do rozwoju, do działalności, niż wtedy gdy się chce wszystko odgórnie i ręcznie sterować. Odgórne kierowanie dobre jest, gdy jest mało elementów. Gdy przybywa oddziaływań wzajemnych i relacji, wtedy nawet najlepsze komputery wysiadają. Lepiej więc skupić się na tworzeniu dobrych warunków (zasad). Trawa wtedy sama wyrośnie. Zwłaszcza wtedy gdy w jednym czasie na trawniku rośnie kilkadziesiąt tysięcy osobników. 

Czy miasto jest dla ludzi czy tylko budką przy autostradzie?

Dyskusje o Olsztynie i różnych inwestycjach wzbudzają wielkie emocje (np. tu). W anonimowej dyskusji internetowej aktywni dyskutanci nie przebierają w pozamerytorycznych argumentach. Temperatura tych dyskusji wskazuje, że miasto – jego kształt, funkcjonowanie itd. – ma duże znaczenie dla mieszkańców. Olsztyniakom po prostu zależy na Olsztynie.

Wszystko zaczyna się od koncenpcji i celu głównego. A tego ewidentnie brakuje. Wiele poczunań jest chaotycznych, przypadkowych, często ze sprzecznymi celami. Władza chce dobrze, ale jakoś nie wychodzi, bo ciągle pojawiają się nieprzewidziane problemy i protesty. Najśmieszniejsze jest to, że nie odkrywany Ameryki po raz pierwszy. Te same problemy zaistniały już dawniej w innych miejscach. Wystarczy tylko sięgnąć po przykłady i uczyć się na błędach innych.

Po pierwsze miasto jest dla ludzi… a nie dla słoni, wybranych przedsiębiorstw, znajomych królika czy kierowców tirów. To komfortowi życia olsztyniaków powinny być podporządkowane inwestycje w Olsztynie. Jednocześnie z daleką perspektywą ekonomiczną. Estetyka i komfort życia przekłada się szybko na ekonomię. Bo jeśli jest brzydko i żyje się źle, to bogatsi uciekają na przedmieścia lub poza miasto, a w konsekwencji zmnieniejszają się wpływy z podatków. To przećwiczono już setki razy pod różnymi szerokościami geograficznymi.

Olsztyn nie jest przydrożnym barem przy autostradzie, którego funkcjonowanie podporządkowane jest obsłudze ruchu tranzytowego. Olsztyn jest przede wszystkim dla mieszkańców Olsztyna. Niby takie trywialne….

Po drugie potrzebny jest dialog i autentyczne konsultacje społeczne. Potrzebne jest pokazywanie wizji (spójnych wizji) i przekonywanie do dobrych rozwiązań a nie rozwiązania siłowe typu "nie, bo nie".

Jest w Olsztynie ogromne zaplecze intelektuane. Mamy mnóstwo niewykorzystanego potencjału architektów krajobrazu, młodych artystów. W mieście brakuje parków, skwerów, ławek i sztuki, widocznej na każdym kroku. Ekolodzy mogą podpowiedzieć jak uniknąć problemów obecnych i tych w przyszłości. Zarządzanie zasobami przyrody w mieście to nie tylko fanaberia ale przede wszystkim ekonomia.

To tak, jakby argumentować, że mycie zębów się nie opłaca: pasta i szczoteczka kosztuje, a samo mycie zabiera czas. Skutki nie mycia zębów to nieprzyjemny zapach z ust, odstraszający przyjaciół, bóle w "nieodpowiednim momencie", wydatki na leki, dyskomfort oraz kosztowna wizyta u dentysty. Najpierw na usunięcie zęba potem na zainstalowanie protezy. Podobnie z miastem i polbrukowymi trawnikami. Jeśli policzyć długofalowe skutki pod względem ekonomicznym, to przyjazne przyrodzie i mieszkańcom rozwiązania korzystane są i dla kieszeni.

Przekopnica a sprawa raka nieboraka

przekopnica

Rymowankę o raku-nieboraku pamiętam z dzieciństwa. Przypomniała mi się w tym przedświątecznym nastroju. Jest wspomnieniem szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa, z zimami pełnymi śniegu. I zabawy z babcią „idzie rak nieborak, jak uszczypnie będzie znak”. Wtedy rak nieborak kojarzył mi się ze zwykłym rakiem szlachetnym (Astacus astacus). Bo występowały w pobliskiej rzece Liwnie i Zolce. Widywałem je po ugotowaniu – były czerwone (jak na inne powiedzenie z rakiem przystało). I w rzece, gdy pełzały po dnie rzeki z przezroczysta wodą (ale wtedy nie były czerwone i to było moje pierwsze zdziwienie). I to, że szczypały, jak się je nieumiejętnie chwyciło. Dziecięca skóra wrażliwa, nie to co dorosłego. Straszyliśmy się rakami… A raczej dorośli nas.

Teraz w naszych wodach prawie już nie ma raka szlachetnego, ani drugiego rodzimego raka błotnego. Wszędzie rozpanoszył się rak amerykański (Orconectes limosus), zwany także pręgowanym. Ten gatunek obcy i inwazyjny przyniósł ze sobą dżumę raczą, od której wyginęły nasze raki. Teraz naukowcy szukają ratunku i próbują odtworzyć populacje raka szlachetnego. Nie tylko z sentymentu dla rodzimej bioróżnorodności, ale także ze względów ekonomicznych. Rak szlachetny jest trochę większy i dużo więcej za niego płacą na rynkach europejskich (kupowany w celach konsumpcyjnych a nie do straszenia dzieci). Kiedyś eksportowaliśmy duże ilości raków. Teraz niestety nie. To taka mała dygresja, że jeśli nie dba się o przyrodę, to traci się ekonomicznie.

Ale wróćmy do naszego raka-nieboraka. Słowo „nieborak” oznacza kogoś biednego, nieszczęsnego i niesie ze sobą dozę życzliwego współczucia. Ale przecież ten rak-nieborak szczypał w dziecięcej zabawie. Któż więc wymagał współczucia?

Nieborakami określa się także skorupiaki, inaczej zwane przekopnicami. Żyją one głównie w wodach okresowych i pojawiają się zaraz po wypełnieniu się wodą tych zbiorników. Pojawiają się nagle, jakby spadły z nieba. Stąd nazwa niebo-rak czyli rak z nieba. A przekopnice? Bo przekopują się do stawów nie wiadomo skąd. Może spod ziemi?

Przekopnicę-nieboraka po raz pierwszy zobaczyłem jeszcze w czasach studenckich, w badaniach w Dolinie Narwii koło Łomży. Zachwycały swoją archaiczną budową. Potem – całkiem niedawno – spotkałem przekopnice w okolicach Smolajn, w dolinie Łyny (zdjęcie przekopnicy wiosennej wyżej). Po szczegółach budowy okazało się, że to przekopnica wosenna.

Przekopnica wiosenna, w naukowej nomenklaturze Lepidurus apus, ma charakterystyczną budowę ciała z miękkim karapaksem (termin zoologiczny, można sobie sprawdzić, jeśli kogoś ten niezrozumiały termin przeraża), przykrywającym głowę i część tułowia. Przekopnica wiosenna (Lepidurus apus) posiada parę oczu złożonych i oko proste. Jaja po złożeniu muszą być przesuszone, aby dalej się rozwijały. Przekopnice są detrytusożerne i drapieżne. Jest to gatunek zimnolubny, ginie gdy temperatura wody jest wyższa niż 15 stopni Celsjusza. U populacji występujących w Europie Północnej i środkowej dominują dzieworodne samice (partenogeneza), natomiast w Europie Południowej występują obie płcie i rozmnażanie płciowe. Mogą rozmnażać się partenogenetycznie przez kilkanaście lat. Samce pojawiają się niezwykle rzadko w naszych warunkach.

Skusiło mnie na kolejna dygresję. Ostatnio zauważa się przewagę liczebną kobiet w naszej populacji, a mężczyźni żyją o około 8 lat krócej… Nic tylko czeka nas seksmisja i los przekopnic? Nic tylko nie nieborakiem jest płeć męska…

Ale wrócmy do przekopnicy ze zbiorników okresowych, zalewowej doliny Łyny. Na 11 parze odnóży u samicy występują swoiste zbiorniczki, w których jaja przechodzą krótki okres dojrzewania. Samice składają od 20 do 400 jaj. Z jaj wylegają się larwy – naupliusy.
Przekopnica wiosenna spotykana jest od marca do kwietnia w płytkich okresowych zbiornikach śródleśnych, na łąkach zalewowych nizinnych rzek, często razem z dziwogłówką wiosenną (Siphonophanes grubei = Eubranchipus grubii).

Dziwogłówkę wiosenną spotkać można w Olsztynie, w Lesie Miejskim, w niewielkich zbiorniczkach okresowych. Niesamowity widok, gdy pływają grzbietem do dołu.

W Polsce występuje jeszcze inny rak-nieborak. Jest to przekopnica właściwa (Triops cancriformis), żyjąca w płytkich gliniastych kałużach i osuszanych na zimę stawach rybnych. Spotykać ją można od kwietnia do listopada. Ciało ma koloru brązowego (ciemnooliwkowego), dochodzi do 3-5 cm a z wyrostkami odwłoka do 10 cm długości. Uważana za szkodnika pól ryżowych we Włoszech i w Hiszpanii. A u nas za szkodnika w stawach rybnych. Jakkolwiek są to zwierzęta obupłciowe to w Polsce występują prawie wyłącznie dzieworodne samice. Samca po raz pierwszy znaleziono w 1858 r. w Krakowie. Wiosną, po pojawieniu się wody w zbiornikach okresowych, wylęgają się przekopnice z jaj zeszłorocznych, przemrożonych, już po 2-3 dniach od zalania. Po 10 dniach larwy mają pół centymetra. Są więc na tyle duże, że nie są zjadane przez narybek a konkurują z nim o pokarm. Z tego względu przekopnice właściwe uważane są za szkodnika w stawach rybnych.
Jeśli zbornik późną wiosną wyschnie a potem ponownie napełni się woda, z jaj przesuszonych mogą wylęgać się kolejne przekopnice (kolejne pokolenie). Jaja, które nie przezimowały, wymagają do swojego rozwoju wody lepiej natlenionej, niż te co przezimowały.

Skąd te dziwne uwarunkowania rozwoju po przesuszeniu lub przemrożeniu? To proste, bezkręgowce nie mają kalendarza, nie wiedzą ile dni jest w roku, nikt im w radiu czy internecie lub telefonie komórkowym nie przypomina jaką mamy datę, kto obchodzi imieniny i jaka to pora roku. Mechanizm przesuszania i przemarzania jest dobrym miernikiem czasu i sygnałem, że już teraz można. Obecna ciepła zima wprowadzi w błąd wiele gatunków, bo organizmy błędnie mogą odczytać sygnały płynące ze środowiska.

Przekopnice (Notostraca, tarczowce) to stosunkowo duże skorupiaki z gromady liścionogów (Branchiopoda), reprezentowane przez jedną rodzinę i 9 gatunków. W Europie występuje siedem gatunków, w Polsce dwa: Lepidurus apus i Triops cancriformis. Mamy więc dwa raki nieboraki i nie wiadomo, który z nich jest bardziej wart życzliwego współczucia.  Odnóża tułowiowe są listkowate. Samice składają jaja, wymagające przesuszenia do dalszego rozwoju. Jest to przystosowanie do życia w zbiornikach okresowych. Przekopnice żyją głównie w płytkich wodach okresowych ale w Arktyce mogą zasiedlać głębsze strefy jezior.

Zbliżają się święta. Nie będzie dalekiego wyjazdu na wieś,  pociągiem z parowozem. I nie będzie zasp śniegu. Nie będzie raków ani szlachetnych ani nieboraków. Będą pomnienia… szczęśliwego dzieciństwa. Jedynie zapach wędlin z Litwy, zakupionych na Jarmarku Jakubowym, przywoła obrazy z dzieciństwa. I świata, którego już nie ma. Ale będzie kutia i śliżyki, i śledź w pomidorach.