Łatwizna nie rozwija

"Robienie rzeczy łatwych i przyjemnych nie rozwija. Nie uczymy się w ten sposób niczego nowego. Tkwimy w rutynowych czynnościach, powtarzamy te same rzeczy i często te same błędy, które nas nie prowadzą do sukcesu. Do tego potrzeba wysiłku, determinacji i konsekwencji. Te cechy sprawiają, że stajemy się silniejsi, zaczynamy mieć do siebie zaufanie. A to z kolei wzmacnia nasze poczucie wartości. Buduje w nas wiarę, że możemy podjąć się kolejnych wyzwań. Nikt przecież w weekend nie nauczy się nowego języka, grać na pianinie, doskonale tańczyć, czy malować… "

Zatem potrzebna wytrwałość i swoista dzielność. Potrzebna pewność kierunku, w którym się zmierza.
I jeszcze jeden, poranny cytat:

"Ludzie z wyobraźnią rzadko zostają na uniwersytecie. Zostają
tylko wyspecjalizowani. W nauce przydałoby się więcej ludzi z wyobraźnią." 

I do tego dzielnych, wytrwałych, pewnych swoich celów…

Zinstytucjonalizowana nauka sama się marginalizuje

akademicka2Nauka (ta zinstytucjonalizowana)  marginalizuje się poprzez swoją nieobecność (niewielką obecność) w życiu publicznym i gospodarczym, np. w sprawach przyrodniczych dominują w życiu społecznym najprzeróżniejsze NGO (ekologia, GMO, prawa zwierząt, ochrona przyrody), często propagując głupie i płytkie pomysły (tabloidyzacja rzeczywistych problemów). Ale lepszych nikt nie proponuje, bo środowiska naukowe są bierne i nieobecne lub nieudolne organizacyjnie.

Oczywiście, są wartościowe i sensowne działania różnorodnych NGO w zakresie ochrony przyrody – tego nie neguję. Ale mogłoby być więcej, gdyby naukowcy i środowiska nauki zinstytucjonalizowanej chętniej i śmielej wytykały nos ze swoich akademickich opłotków. To swoiste zadzieranie nosa marginalizuje naukę jako taka w społeczeństwie. Bo po co komu lekarz, który zajmuje się głównie sam sobą?

Najlepsze rezultaty zapewne przyniosła by rzeczywista współpraca naukowców z organizacjami pozarządowymi i mediami. Jedni mają wiedzę, drudzy potrafią działać i docierać do ludzi ze skutecznym przekazem. Jednak chyba nasza polską ułomnością jest brak rzeczywistej umiejętności pracy zespołowej…

Różne projekty prośrodowiskowe dotyczące ochrony przyrody, energii odnawialnej, praw zwierząt itd. czekają na sensowne wsparcie i powszechną obecność także i w mediach. Ekologia to nie tylko schroniska dla zwierząt i recykling. Przeciętny obywatel wiedzę o ekologii czerpie z mediów
, a więc w formie mocno uproszczonej, strywializowanej i przestarzałej. Często jako efekt sprytnego lobbingu różnorodnych korporacji i przemysłu. Działy naukowe w gazetach, radiu czy telewizji zepchnięte są gdzieś do kąta. A dziennikarze naukowi – jak sami twierdzą – mają bardzo niskie stawki.

Dzik kontra miasto Olsztyn (albo odwrotnie)

Media rządzą się swoimi prawami, mają swój styl komunikacji. W wersji elektronicznej artykułu o dzikach i "wojnie" wypowiedzianej dzikom przez naukowców jest dużo skrótów myślowych i uproszczeń. Ale już w wersji papierowej dzisiejszej Gazety Olsztyńskiej jest już obszerniejszy tekst i więcej konkretów (mniej szokuje). Ale i tam jest to tylko ogólne, medialne muśnięcie problemu. Ten sam temat w wersji internetowej i papierowej nawet w gazecie codziennej inaczej jest opracowany. Kto chce jednak pełnej wiedzy, a nie tylko krótkotrwałej medialnej ekscytacji, musi sięgnąć do źródeł bardziej obszernych. To normalne. Nie szukamy przecież butów na zimę w piekarni czy masarni.

Kiedy kilka lat temu dziki zaczęły pojawiać się na skraju Olsztyna, stanowiły medialną sensację i atrakcję publiczną. Kiedy zaczęły bywać na osiedlach częściej i głębiej zapuszczać się "w miasto", pojawiły się niepokoje. Bo w gruncie rzeczy to dzikie i duże zwierzęta. W niektórych przypadkach mogą być groźne dla człowieka. Ale ważniejsze, że my sami się boimy. Strach przed wyjściem z bloku z obawy przed dzikami? Atrakcja atrakcją, ale żeby w ten sposób dziki "terroryzowały" strachem mieszkańców? Coś z tym koniecznie trzeba zrobić. I żeby to było mądre rozwiązanie, wynikające z głębokiej wiedzy a nie doraźnej paniki.

Początkowo zaczęto dziki odławiać w pułapki i wywozić daleko w las. Takie swoiste "internowanie". Ale dzikom dobrze w mieście, więc wracają. A wraz z nim problem. Że nie mamy do tej pory gotowych rozwiązań? Nie dziwota, bo i problem jest zupełnie nowy. Nie ma na czym się wzorować. W sukurs mogą przyjść naukowcy, a Olsztyn przecież jest miastem akademickim. O innowacje nie trudno, wystarczy tylko dobra współpraca.

Problem jest złożony i nowy. Wynika z globalnych procesów, w tym z synurbizacji czyli przystosowywania się roślin i zwierząt do życia w miastach. Ani Olsztyn ani dzik nie jest tu wyjątkiem. Biolodzy i ekolodzy nawet w Olsztynie (UWM) to zjawisko od lat kilku intensywnie badają. Nie wystarczy jednak sama wiedza przyrodnicza. W mieście ważny jest człowiek i jego potrzeby. Wkraczamy więc w ekorozwój i zarządzanie nie tylko zasobami przyrody ale i zarządzanie miastem.

Miasto to nie tylko ulice, przejścia dla pieszych i światła na skrzyżowaniach. Miasto to również ekosystem i ludzie wraz ze swoimi potrzebami (bo przecież miasto jest dla ludzi a nie ludzie dla miasta).

13 stycznia 2012 r. Wydział Biologii zaprasza na otwarte wykłady i pokazy, ilustrujące wiele dziedzin biologii, od biologii molekularnej i DNA aż po ekosystemy i zarządzanie zasobami przyrody. Jeden dzień uniwewrsytetu otwartego, dla szkół, rodzin, przedsiębiorców i samorządowców (szukających wsparcia innowacyjnego dla swoich przedsięwzięć). Znajdzie się i miejsce na wykłady o dzikich zwierzętach i roślinach w mieście, przyczynach, skutkach i sposobach radzenia sobie z problemami, wynikającymi z "inwazji" obcych. Co najmniej jeden wykład poświęconby będzie problemowi dzików w Olsztynie, wraz z propozycjami zaradzenie kłopotom przy równoczesnym uwzględnieniu potrzeb mieszkańców, nie tylko bezpieczeństwa ale i kontaktu z żywą i dziką przyrodą. Przewidziana będzie otwarta dyskusja (dabata) temu problemowi poświęcona.

Szczegółowy program wykładów i pokazów pojawi się niebawem. Nowe problemy warto rozwiązywać wspólnie z naukowcami. Od tego nauka jest. A sam uniwersytet nie jest zamknięty dla nie-studentów. W wieku XXI nawet w Olsztynie uczelnie wyższe stają się coraz bardziej otwarte i open source.

Jesteś jak rzeka, nic cię nie zatrzyma

Jeśli "masz pod górkę", jeśli widzisz bezsensowne działania wokół siebie, jeśli ciągle rzuca ci ktoś kłody pod nogi – nie przejmuj się. Jesteś jak wielka rzeka: żadna zapora nie zatrzyma naporu twojej energii.

Jeśli stanie tama, żeby zatrzymać rzekę, to tylko na chwilę. Wzbierzesz i przerwiesz – za jakiś czas – z jeszcze większą siłą. Jeśli powstanie tama, rzeka wyleje w innym miejscu, znajdzie sobie nowe koryto, nowe pole do działania. Twoja energia się nie zmarnuje – nawodni inne pola i inne grunty – gdzie indziej się zrealizujesz. Straci ten hamujący… bo jego poletko uschnie z braku twojej aktywności. Straci ten, co talenty innych zakopuje w ziemi… To jego wstyd i jego zaniechania. Nie tylko ty to widzisz.
Jesteś jak rzeka – nie obawiaj się tam i kłód w swoim korycie. Obawiaj się, że wyschniesz, że zabraknie ci "wody". Jeśli masz energię (tę "wodę") zawsze się gdzieś zrealizujesz. Nic nie jest w stanie ciebie zmarnować, zakopać. A te razy, kłody i przeciwności? Dadzą ci możliwość wezbrać większą falą. 
Nic cię nie zatrzyma. Bądź jak rzeka a nie szemrany strumyczek.

Chruściki w Interdyscyplinarnym Centrum Nowoczesnych Technologii

silo

Bionika to podpatrywanie rozwiązań przyrody i wykorzystywanie w wymyślaniu ludzkich wynalazków. Na przykład podpatrując strukturę liści w lasach deszczowych wykoncypować można lakier do samochodów, tak żeby woda ściekała i nie zostawały krople na karoserii.

Chemicy na przykład interesują się chruścikami, i tym jak „kleją” pod wodą. Gdyby udało się wymyślić klej do łączenia pod wodą, byłoby wiele zastosowań. A na zdjęciu domki chruścika Silo nigricornis z małego strumienia w Łężanach. Tam akurat prowadzę badania związane z energetyką odnawialną (energią ze źródeł odnawialnych). Mój wkład malutki, związany z bioróżnorodnością i wymyślaniem metod oceny wpływu potencjalnych inwestycji na przyrodę. Jestem członkiem interdyscyplinarnego zespołu „rolników”, „techników” i dyscyplin pokrewnych, pod kierunkiem prof. J. Gołaszewskiego

Na przykład toruńscy biolodzy, pod kierunkiem chemika prof. Bogusława Buszewskiego, próbują badań z pogranicza chemii, biologii i medycyny. Wzorując się na chruścikach chcieliby opracować plaster na rany, wykonany z sieci chruścików. I byłby to wodoodporny plaster. Podobne badania prowadzone są w USA. Ciekawe, kto pierwszy skutecznie „podpatrzy” chruściki – wodne owady?

Nowoczesne Centra Technologiczne umożliwiają pracę zespołom interdyscyplinarnym. Wtedy skutecznie łączy się wiedzę, np. biologa-entomologa, chemika i lekarza. Oby i w Olsztynie takie centra powstawały i skutecznie pracowały. Bowiem same budynki nie wystarczą. Potrzebny kapitał ludzki i sensowne nim zarządzanie.

A owady są ciekawym obiektem badawczym. Nawet dla filozofów :). Niedługo Dzień Chruścika, wymyślony w Olsztynie. Bedzie o czym podyskutować.

Mucha w domu – gość w domu z dygresją o ortografii

W swoim domu często goszczę owady, zazwyczaj jako nieproszonych gości. Wlatują za dnia lub wieczorami, do świecącej się lampki. Goście to najprzeróżniejsi. Na zdjęciu entomologiczny gość z końca paździenika – koziułka czyli komarnica. To muchówka z rodziny Tipulidae.

Przypomina w pokroju komara ale jest znacznie większa. Niejednokrotnie wywołuje panikę u mieszczuchów, bo jest brana za jakiegoś wielkiego, zmutowanego komara. Ten to musi "udziabać"! Pozoru mylą a strach (z niewiedzy) ma wielkie oczy. Koziułki nie są krwiopijcami w stadium dorosłym. Larwy żyją w wodzie lub wilgotnej glebie, są robakowatego kształtu (jak to muchówki), beznogie, a odżywiają się detrytusem czyli martwą materią organiczną.

Zastanawiająca jest ortografia tych muchówek. Komarnica nie budzi zdziwienia, ale koziułka? Jeśli od "kozy" to raczej powinno być koziółka i koziółkowate. Dlaczego jest inaczej? Ortografia jest jak filogeneza – nie da się jej zrozumieć bez analizowania przeszłości i zmian, jakie się dokonywały. W starej książce Erazma Majewskiego (XIX w.) dla łacińskiej nazwy Tipula znajdujemy takie polskie nazwy: komarnica, komornica, mucha nawodna, nadwodnik, podkomar, podkomarek, ramzie, ramzy, zbutwień. Ani śladu koziułki! Czy ktoś może wiec, skąd ta nazwa? Tajemniczo brzmią regionalne "ramzy" – to z częstochowskiego, tak przynajmniej zapisał to Erazm Majewski. Ale co to oznacza?

Dorosłe komarnicowate odżywiają się nektarem (lub wogóle). A skoro spijają nektar, to odwiedzają kwiaty i przy okazji zapylają rośliny. A komu to potrzebne, te "wstrętne podkomarki"? Czy da się to wycenić? Ano da.

Blisko 90 procent roślin kwiatowych na świecie zapylanych jest przez zwierzęta, w tym głównie przez owady. Roznoszenie pyłku przez ssaki i ptaki ilościowo jest tylko ciekawostką. Wartość zapylania roślin przez owady szacuje się na 224 miliardy dolarów rocznie, przy czym ponad 2/3 światowych upraw jest zapylanych przez pszczoły.

Czy ktoś im (tym owadom) płaci, że znamy te miliardy dolarów (fiskus juz zaciera ręce)? I czy polskie owady też odbierają pensje za zapylanie w dolarach?

Za zapylanie płacą na szczęście same rośliny (fiskusowi nic do tego), walutą uniwersalną w postaci nektaru. Inaczej nawet komarnica nie fruwałaby z kwiatka na kwiatek, robiąc za transporter dla pyłku. A skąd wiemy ile kosztyje owadzie zapytanie? Nie, nie liczy się w ceną nektaru, ale pracą jaką musiałby wykonać człowiek. W niektórych szklarniach na przykład pomidory czy ogórki zapyklane pędzelkami przez ludzi. A ponieważ ludzie nektaru nie spijają, to rzeba im płacić.

Pomyślmy o tym, gdy na naszym oknie, suficie czy firance pojawi się niepozorna i niby-groźna komarnica. Jak ją kapciem zatłuczemy, to kto będzie rośliny kwiatowe zapylał? I kto za tę robotę zapłaci?!

Nowy egzamin a refleksje z kontaktów z mediami

Czasem udzielam wywiadów-wypowiedzi w mediach nie tylko publicznych, w radiu, telewizji, gazecie papierowej czy internetowej. Czuję się wtedy jak student na egzaminie. Jest stres, trzeba szybko sformułować sensowną wypowiedź. Jest strach przed pomyłką, przejęzyczeniem, zwłaszcza gdy wywiad jest na żywo. Przecież usłysz/zobaczy to wiele osób… Strach i stres zupełnie jak u studenta w czasie egzaminu. Co się liczy w tym rzeczywistym egzaminie w mediach? Trzeba mieć w głowie pewne aktualne fakty i umieć sformułować wypowiedź – nadać tym faktom sens i kontekstowe znaczenie.

Teraz w większości student uczy się faktów na pamięć, jest odpytywany czy zna, czy wie. Ale we współczesnym świecie pamięć informacji nie jest najważniejszą rzeczą absolwenta. Bo informacje szybko i łatwo można znaleźć. Ponadto informacje szybko się dezaktualizują, zetem to, czego się nauczymy (zapamiętamy, zakujemy) teraz za rok, dwa lub trzy będzie już nieaktualne. Trzeba się znowu uczyć, znowu wyszukiwać aktualne informacje. Tak więc ważniejsza jest nie zdolność do zapamiętania ale zdolność do szybkiego wyszukania aktualnych informacji jak również umiejętność sensownego formułowania wypowiedzi.

Pamięciowe opanowanie wiedzy nie jest przydatne przed radiowym mikrofonem czy kamerą (a także przed biznesowym partnerem, kontrahentem, szefem) . Bo w mediach ma się kilkanaście sekund lub kilka minut na przygotowanie składnej i sensownej wypowiedzi. Pytanie nie są wcześniej znane (aczkolwiek w jakimś stopniu przewidywalne, tak jak pytania na egzaminie). W wypowiedzi publicznej liczy się przede wszystkim dobre odniesienie do aktualnej sytuacji, do tu i teraz, do kontekstu, a nie encyklopedyczne recytowanie podręcznika.

Egzamin zwłaszcza ten najważniejszy, dyplomowy, powinien wyglądać jak wywiad w mediach: nie znam wcześniej zagadnienia i muszę szybko nawiązać sensowny dialog. Teraz student zna zagadnienia i do nich się uczy (wkuwa). Tylko po co, kiedy po opuszczeniu murów uczelni będzie musiał udzielać odpowiedzi na zupełnie inne pytania… Ważne czy student potrafi poradzić sobie i nawiązać dialog a nie czy zna akademickie fakty z podręczników sprzed kilkunastu lat.

Czy zna materiał kontra czy dobrze radzi sobie z sytuacją. Pierwsze to zestaw pytań i zagadnień z których zostanie przepytany. Drugie to sytuacja zaskakująca z czasem na przygotowanie, np. 1-2 h z dostępem do Internetu. Wtedy sprawdzamy czy rozumie problem i czy umie go rozwiązać, czy umie szybko wyszukać niezbędne do rozwiązania problemu informacje. W tym drugim przypadku byłaby to walidacja umiejętności przydatnych na rynku pracy.

Jak to jest teraz? Już na początku roku (bo taki jest regulamin) student zna zagadnienia do opanowania, np. 60 pytań (luźno dobranych z wszytskich przedmiotów). Jak mogłoby to wyglądać?
Student na egzaminie otrzymuje nieznane wcześniej zagadnienie (lub zadanie) i musi szybko odpowiedzieć (kilka, kilkanaście minut na przygotowanie, lub nawet dłużej jeśli zakładalibyśmy sprawdzenie umiejętności szybkiego dotarcia do niezbędnych informacji). Pytania najlepiej żeby przygotowali dziennikarze lub ktoś spoza uczelni (przedsiębiorcy). Ocenialiby natomiast naukowcy (rzetelność, wiedza, aktualność oraz jakość prezentacji).

Ewentualnie mogłoby być dłuższe przygotowanie problemu (tak jak teraz problem badawczy), czas na przygotowanie np. 1 miesiąc lub 2 tygodnie. Skupienie się na projekcie, wyszukaniu informacji, ich analiza, ocena, selekcja. A więc rzeczywiste sprawdzenie kompetencji, bliskie pracy dyplomowej.

Czy UWM przygotowuje do życia zawodowego i realnego? Czy tylko egzaminy są w jakiejś części pustym rytuałem sprawdzania wiedzy pamięciowej i w gruncie rzeczy archaicznej w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości?

Stara forma egzaminowania to zamknięty krąg zagadnień (raczej standardowy, dawno zaakceptowany, mało kontrowersyjny). Nowa forma wymusi inne przygotowywanie się do egzaminu i inną propozycję zajęć: radzenie sobie z problemami, szukanie informacji atrakcyjne przygotowanie, komunikacja w mowie i piśmie. Bo co jest potrzebne na współczesnym rynku pracy? I co mają umieć nasi absolwenci, aby nie byli sfrustrowanymi, bezrobotnymi wykształciuchami?

Jakie stwarzamy perspektywy awansu cywilizacyjnego naszym studentom?

„Mamy bardzo liczne roczniki lepiej wykształcone niż jakiekolwiek
wcześniejsze pokolenie. Ci ludzie weszli już w okres aktywności zawodowej.
Jakie stwarzamy warunki tym 20-30-latkom?n Jakie są ich perspektywy awansu
cywilizacyjnego?
Jeśli się do tego nie weźmiemy, to skończymy jak Grecja czy
Hiszpania.”

Prof. Jerzy Hausner 
(Gazeta Wyborcza 14 listopada 2011)

Regionalna wystawa innowacyjności, czyli niedosyt oddziaływania uniwersytetu

We wtorek, na zaproszenie, miałem okazję uczestniczyć w VI Regionalnej Wystawie Innowacyjności, tym razem poświęconej przemysłowi spożywczemu. Bardzo potrzebne są takie imprezy, ale byłem trochę rozczarowany. Nie, że coś źle zostało zrobione, zorganizowane, ale że zobaczyłem rzeczywistość trochę odbiegającą od oczekiwań. W sumie to nic nowego, ale lepiej zrozumiałem dlaczego nasz region to Polska C, dlaczego tak słabo się rozwija gospodarczo. Zamiast winić Brukselę, rząd, klimat, historię, słabe drogi czy lotniska, najpierw wypada uderzyć się we własne piersi. Najwidniejsza przeszkoda tkwi w naszych głowach, w naszym kapitale (kapitaliku) ludzkim.

Wiek XXI to przede wszystkim rozwój gospodarki opartej na wiedzy i innowacyjności. Tej niewątpliwie brakuje w naszym regionie. Z żalem nie zauważyłem obecności UWM, pośród w sumie nielicznych stoisk i obecnych osób. Ponoć UWM uczestniczył, ale widać ja dość powierzchownie rozglądałem się… Mimo to zauważyłem obecności innych uczelni z Olsztyna i Olecka. Lekceważymy małe firmy? Nie dostrzegamy okazji? Nie mamy już mocy przerobowych?

Sporo odpowiedzi na moje smutne zdziwienie znalazłem w broszurze (dostępnej na stoisku wystawy) „Regionalna strategia innowacyjności woj. warmińsko-mazurskiego do roku 2020”:

„Firmy nie widzą korzyści oraz nie mają umiejętności czerpania wiedzy i potencjału innych instytucji. Rzadziej niż średnio w kraju podejmują współpracę w zakresie działalności innowacyjnej (…) i w ograniczonym wymiarze współpracują z instytucjami świadczącymi specjalistyczne usługi wsparcia innowacji.”

„(…) jednocześnie ciągle zbyt słaba jest współpraca uniwersytetu z pozostałymi aktorami sceny innowacyjnej – przedsiębiorstwami, instytucjami otoczenia biznesu i samorządem, skutkiem czego nie stał się on [UMW] motorem rozwoju innowacji w regionie. Przyczyny tej sytuacji leżą zarówno po stronie tych interesariuszy, jak i samego uniwersytetu (…)”

Oczywiście, każda uczelnia ze swej istoty jest kreatorem innowacyjności. Chodzi tylko o to, że UWM mieści się w jakiejś tam krajowej przeciętnej. A przecież zarówno potencjał jest większy (mam taką głęboką nadzieję) jak i oczekiwania społeczne ogromne. Jeśli nie UWM to co/kto pociągnie cały region do rozwoju, zapewniającego i dobrobyt i pracę młodym ludziom?

Dlaczego UWM nie jest liderem i motorem innowacyjnej gospodarki całego regionu? To pytanie warto wielokrotnie i mocno postawić i publicznie przedyskutować. Na przykład w zupełnie innowacyjny sposób współpracując w tej dyskusji z mediami…

Pozwalam sobie na tę gorzką refleksję, bo wystawa innowacyjności ma być inspiracją a nie miejscem zdobywania drobnych gadżetów (długopisy, notesy, piłeczki, kawałek chleba ze smalcem). Dla mnie stała się zaczynem przemyśleń i twórczego niepokoju. Z pewnością nie tylko dla mnie. Więc mimo ewentualnego zwątpienia warto takie wystawy organizować. Być może nawet dużo częściej.

Ewo, został mi po Tobie tylko zapach i nie zrealizowane plany …

ewawyszynska

Poznaliśmy się zupełnie niedawno, gdy „zamieszkaliśmy” w jednej szafie, w czasie układania naszych prac przed wernisażem artystów nieprofesjonalnych. W przeszklonej gablocie moje malowane butelki znalazły się nad przepięknymi pracami Ewy… Wystawę i prace Ewy można oglądać w Bibliotece Głównej UWM do połowy grudnia 2011 r.

ewawyszynska1

 Ewa Wyszyńska, bo o niej to wspomnienie, z niezwykłą starannością układała swoje decoupage. Szybko dała się poznać jako ciepła, życzliwa i pogodna osoba. Szczególnie zauroczył mnie laboratoryjny taboret przywrócony do nowego życia przez Ewę.

Z dużą otwartością Ewa przyjęła zaproszenie o olsztyńskiej kawiarni naukowej Collegium Copernicanum. Na początku grudnia planowaliśmy spotkanie, na którym Ewa miała pokazać nam jak się wykonuje decoupage na świeczkach, a „w tle” toczyć miały się dyskusje. Mieliśmy się spotkać w tym tygodniu, aby uzgodnić szczegóły… W poniedziałek przeczytałem o tragicznym wypadku na ul. Tuwima. Nie wiem czemu pomyślałem, że może ta rowerzystka to Ewa… Szybko jednak odrzuciłem tę myśl. Ale bałem się zadzwonić… Wczoraj nie przyszła do spotkanie do Kawiarni Literackiej, chociaż się wybierała. Tak się dowiedziałem… To jednak prawda, Ewa Wyszyńska zginęła tragicznie 14 listopada 2011, śmiertelnie potrącona przez tira, gdy jechała na rowerze po ścieżce rowerowej, na zielonym świetle… Smutek, żal i zaskoczenie. Wydaje się nam, że ze wszystkim w życiu zdążymy, spotkania odkładamy na później, przecież najpierw trzeba zrobić to, co pilne w pracy… I tak nam życie przemija. A co w życiu jest ważne?

Zauroczony jej życzliwą otwartością na innych ludzi podarowałem Ewie jedną z moich butelek. W rewanżu otrzymałem dwa urocze lampioniki do świeczek, z dołączonymi do nich próbkami zapachowymi. Teraz po Ewie pozostał mi tylko zapach zamknięty we flakonikach, ciepłe wspomnienia i nie zrealizowane plany… I te dwa lampioniku, które już od dłuższego czasu stoją w ulubionym, domowym kąciku wspomnień. I postoją w nich dłużej. Z zapalonymi świeczkami…