Jeziora i rzeki w mieście czyli konsultacje społeczne

23318906_10213128165952138_1161574809_n

Badaniem jezior zajmuję się od lat. Do tej pory moje zainteresowania mieściły się w szeroko rozumianej hydrobiologii. Badałem przede wszystkim chruściki w jeziorach, w tym także  w jeziorach miejskich. I oczywiście w rzekach. Tym razem zaproszony zostałem na konsultacje społeczne, dotyczące olsztyńskich jezior i rzek. I to w charakterze uczestnika-obywatela a nie eksperta.

Jeszcze nigdy nie uczestniczyłem w konsultacjach społecznych. Z tym większą ciekawością się udałem. Z zadowoleniem odebrałem obecność przedstawicieli UWM (ale jako mieszkańców a nie urzędowo i instytucjonalnie) jak i kilku studentów z naszego uniwersytetu. Jest to sygnał, że nasz uniwersytet jest zgodnie z nazwą warmińsko-mazurski i uczestniczy w życiu codziennym regionu. Jest nie tylko z ambicjami do uczestnictwa wielkiej, światowej nauce, ale i z szeroko rozumianym transferem wiedzy do regionu. Tu i teraz, z głębokim rzeczywistym osadzeniem we własnym regionie. Chcę wierzyć, że nie był to odosobniony przypadek uczestnictwa w poprawianiu jakości życia mieszkańców i współdecydowaniu o lokalnych miejscach.

Zaskoczyła mnie liczna frekwencja mieszkańców i przedstawicieli instytucji a także obecność radnych. To były rzeczywiste konsultacje a nie tylko „odfajkowanie” pozycji z planu. Momentami atmosfera była napięta, zwłaszcza na początku. Wskazuje to z jednej strony na potrzebę takich spotkań, a z drugiej, że jest ich jeszcze za mało (niedosyt). Stąd czasami nieco napastliwa aktywność niektórych osób. Może czują, że przy braku czasu nie zdążą powiedzieć o tym, co dla nich najważniejsze? Najwyraźniej potrzeba nam mieszkańcom więcej takich spotkań, by po prostu ludzie mogli spokojnie się wygadać. I podyskutować. By poznać swoje różne oczekiwania, punkty widzenia, sposoby argumentacji.

Przestrzeń w mieście jest wspólna i trzeba wynegocjować jej mądre zagospodarowanie, dla wszystkich. Na to potrzeba dużo czasu i wielu informacji. Spotkania uczą wszystkich. Potrzeba tylko otwartości i cierpliwości by wysłuchać i zrozumieć potrzeby innych osób czy instytucji. Nie jesteśmy jednakowi.

Spotkanie odbyło się w ramach projektu „Przestrzeń dla partycypacji”. Na wstępie organizatorzy podkreślili, że władze miasta chcą usłyszeć głos mieszkańców w odniesieniu do Studium uwarunkowań. Przestrzeń jako wspólne dobro. Przestrzeń miejska jest wspólna, a tematem była rola jezior i rzek w naszym mieście (czyli Olsztynie). Urzędnicy miejscy poinformowali o dużym nacisku na zmianę studium uwarunkowań pod kątem zwiększenia zabudowy nad jeziorami. Zmartwiła mnie presja na zabudowę brzegów jezior Tursko (Żbik) i Redykajny. Najbardziej wartościowe przyrodniczo jeziora mogłyby takiej presji nie wytrzymać.

Doskonale rozumiem, że wielu by chciało mieszkać w pięknym krajobrazie z domkiem nad jeziorem. Ale zbyt duża zabudowa i presja na jezioro po pierwsze zniszczy krajobraz a po drugie zanieczyści jezioro. Już nie będzie pięknie i ładnie. Może dla lepszego zrozumienia tej kwestii najpierw porównanie. W samochodzie miejsce obok kierowcy jest „honorowe”. Ale czy wszyscy pasażerowie samochodu osobowego czy autobusu mogą siedzieć obok kierowcy? Chyba tylko w dowcipie o autobusie z Wąchocka.

Wróćmy do zabudowy i wykorzystania jezior oraz naszych rzek. To teren dla wszystkich mieszkańców a nie tylko dla wybranych. Zbiorniki wodne i tereny zielone przesądzają o jakości życia: możliwości cieszenia się pięknem krajobrazu, codziennej rekreacji i odpoczynku itd. Przecież tu żyjemy, mieszkamy, pracujemu i płacimy podatki. Nieatrakcyjna przestrzeń powoduje ucieczkę ludzi z miasta, na suburbia. Wraz z nimi odpływają podatki…

Wszystkiego do jednego garnka się nie da włożyć, niektóre inwestycje i funkcje się wykluczają (wchodzą w konflikt). Zatem potrzebny jest kompromis i zaplanowanie tych funkcji w różnych miejscach, by uniknąć potencjalnych konfliktów. Liczę na mądre i długofalowe planowanie a nie chaotyczną zabudowę czy inwestycje. Potrzebna jest więc pełna wiedza o tym, ile zabudowy „wytrzyma jezioro” by nie uległo zanieczyszczeniu czy obniżeniu wód. Zapobieganie szkodom znacznie mniej kosztuje niż ich naprawianie. Przykładem może niech będzie nasze jezioro Długie: wcześniej zanieczyszczone i przez wiele lat rekultywowane. Udała się rekultywacja i teraz mamy piękne tereny rekreacyjno-sportowe nad tym jeziorem. Taniej jest jednak nie psuć by potem naprawiać.

Potrzebne jest także studium krajobrazowe (jak zrozumiałem tego jeszcze nie ma), by wiedzieć ile i jak można zabudowywać nad jeziorami by… nie straciły one swojego uroku i swojej atrakcyjności. Może przykład. Kilkanaście lat temu kupiłem mieszkanie w Olsztynie. Wybierałem miejsce, firma od nieruchomości sprawdziła plany zagospodarowania terenu. Było dobrze, bo na przyległym terenie był w planach park. Kupiłem. Ale w ciągu kilku kolejnych lat zamiast parku wybudowano salon samochodowy, dwa duże parkingi i trzy bloki z dużym sklepem. W jakimś stopniu czuję się oszukany. Po kawałku i co jakiś czas zmieniano plan zagospodarowania systematycznie wykrajając z planowanego parku tereny pod inwestycje. Podobnie jest z innymi mieszkańcami. Deweloper kusi mieszkaniem lub domkiem w atrakcyjnej okolicy. Ale jak już się sprowadzą to tuż przy oknach stawia kolejny blok… Okno w okno. Wszystko wynika z braku długofalowego planowania i chaosu inwestycyjnego, wynikającego z chęci szybkiego zysku. Po prostu brak solidności.

Wśród wypowiedzi i propozycji mieszkańców pojawił się ciekawy głos na temat placów zabaw nad jeziorami i nad naszymi rzekami. By były nie takie standardowe ale z naturalnych surowców i niezbyt „zaplanowane”, wykonane z pojedynczych dużych kamieni, kłód drewna itd. Tak jak kiedyś wyglądały nasze podwórka (element rozwijający kreatywność, odpowiedzialność itd.). Raz, że byłoby to znacznie bardziej wkomponowane w krajobraz (zamiast takich samych wszędzie, mocno kolorowych i plastikowych huśtawek czy zjeżdżalni). Dwa, że tworzy to nową przestrzeń edukacyjno-rekreacyjną, dobrze wpisaną w strategię miasta ogrodu. Myślę, że to byłoby dobre zaplecze dla realizacji idei leśnych przedszkoli i szkół (prężnie rozwijająca się idea w krajach skandynawskich a i w Polsce jest już kilkanaście takich obiektów – w pobliskim Węgoju szkoła wykorzystuje tereny leśne do takiej edukacji).

Edukacja to także inwestycje i konkretne dochody. Co prawda nie w postaci betonu, ale równie wartościowe i tworzące podstawy do aktywności ekonomicznej. Twórzmy w mieście niebanalną przestrzeń edukacyjną, poprawiając jakość życia samych mieszkańców jak i polepszając infrastrukturę turystyczną. Dobrze rozumiania turystyka to nie tylko letnie wylegiwanie się na plaży ale całoroczna aktywność w różnych wymiarach. 

W najbliższym czasie będa jeszcze 3 podobne spotkania. Wybierzcie się, na prawde warto.

23334233_10213139663599572_2372798415535419905_o23270371_10213139663439568_5794554803063623109_o

Europejska Noc Naukowców i bajka o chruściku z Jeziora Czarnego

22042249_10212810275925086_9013861102005371864_o

O chruścikach, owadach wodnych z rzędu Trichoptera, opowiadałem już na różne sposoby i w różnych gremiach: w terenie na ćwiczeniach ze studentami, warsztatach bentologicznych, z foliami na rzutniku pisma (konferencje i zajęcia dydaktyczne, teraz już rzutniki pisma wyszły z użycia), z rzutnikiem multimedialnym na konferencjach naukowych, zajęciach dla studentów i wykładach popularnonaukowych dla uczniów, dorosłych i seniorów. Ba, malowałem chruściki na butelkach, kamieniach i dachówkach, tocząc przy okazji odpowiednie rozmowy. A w Europejską Noc Naukowców 2017 (29 września) po raz pierwszy o chruścikach opowiem w formie… bajki kamishibai. Sam namalowałem ilustracje (ciężko było, ale się podszkolę jeszcze). Tu mała dygresja – lekcje plastyki są w szkole przydatne, bo nie wiadomo co się w życiu przyda…

Z kamishibai zadebiutowałem rok temu, też na Nocy Naukowców. Opowiedziałem bajkę o cytrynku latolistku, która powstała we współpracy z ODN Target (Poznań). Potem kilka razy jeszcze występowałem przed dziećmi w różnych miejscach i edukacyjnych okolicznościach. Pokusiłem się także o przygotowanie wykładu dla studentów (było o komunikacji i stylach prezentacji, wykorzystałem myślografię). Niedawno przedstawiłem kamishibai na zajęciach z hydrobiologii dla studentów z Japonii… A teraz będzie premiera z opowieścią o chruściku z Jeziora Czarnego. Siwe włosy a ciągle się uczę. Takie czasy, takie czasy… Nowe formy edukacji i upowszechniania wiedzy są niezbędne bo świat wokół nas się zmienia bardzo szybko. Więc trzeba się uczyć, ćwiczyć, eksperymentować. I dzielić się doświadczeniem ze studentami oraz nauczycielami.

21125542_10212580533501669_6683019017086393624_o

Na Noc Naukowców 2017 przygotowałem z różnymi osobami (lubię wsporacować) kilka propozycji. Już od lata można oglądać wystawę dachówek, Molariusz Warmińsko-Mazurski, powstałą w czasie Tygodnia Bibliotek, we współpracy m.in. ze studentami kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Na bazie tych dachówek powstała gra edukacyjna, w której można zauczestniczyć w godzinach 16.00 do 20.00 (Tajemnica Moli Książkowych z Uniwersyteckiej Biblioteki). 

O 16:30 będzie premiera bajki kamishibai pt. „O chruściku z Jeziora Czarnego”). Ponownie bajki tej można będzie wysłuchać o godz. 19.00. 

W godzinach 17:00-19:00 – odbywać się będą warsztaty konstrukcyjne „zrób sobie chruścika” – szycie i klejenie maskotek w kształcie chruścików, które poprowadzi pedagog i pisarka Anna Mikita. Można będzie także oglądać prawdziwe chruściki pod powiększeniem oraz na tablecie obejrzeć filmy o chruścikach.

Natomiast o godzinie 20.00 pojawią się … Wiedźmy i czarownice w laboratorium. 

Zapraszam zatem na wspólne (rodzinne) poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego oraz dyskusje o edukacji (i o chruścikach). Porozmawiajmy o przykładach wspólnych zabaw, nauczeństwa i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Jak blisko domu obserwować przyrodę i jak z niczego można zrobić zabawkę edukacyjną oraz tworzyć opowieści o przyrodzie (wykorzystując mobilny internet).

Chruściki to owady wodne (a ściślej amfibiotyczne), które w stadium larwalnym żyją w środowisku wodnym a dorosłe żyją na lądzie i prowadzą zazwyczaj nocny tryb życia. Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne i norki. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie tam, gdzie są sprzyjające warunki (siedlisko wodne) – spotkać je można w całym kraju. Domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni.

Jakie chruściki żyją w Jeziorze Czarnym? Do tej pory udało się ustalić, że w Jeziorze Czarnym w Olsztynie występują: Leptocerus tineiformis, Triaenodes bicolor, Ylodes simulans, Mystacides longicornis, Athripsodes aterrimus, Oecetis furva, Agraylea multipunctata, Limnephilus flavicornis (ten jest bohaterem bajki edukacyjnej), Limnephius politus, Limnephilsu extricatus, L. lunatus, L. rhombicus , Nepmotaulius punctatolineatus, Glyphotaelius pellucidus, Anabolia laevis, Oxyethira sp., Agraylea multipunctata, Orthotrichia sp., Cyrnus crenaticornis, Holocentropus picicornis, Agrypnia varia, Agrypia picta (oznaczenie niepewne), Phryganea grandis.

Czytaj więcej:

Ile chruścików widać na załączonym zdjęciu? Dygresja o biologii i ekologii.

policzone_chrusciki

Przeciętny oglądacz i spacerowicz nie zobaczy żadnego chruścika na powyższym zdjęciu. Znakomicie zlewają się z tłem. Jest to więc drobna uwaga do pytania, po co są chruścikom domki. Wprawne oko (czyli ukierunkowana uwaga poznawcza, z wcześniejszą wprawą w rozpoznawaniu i wyszukiwaniu chruścików) dostrzeże pojedyncze, małe domki chruścików. Dostrzegamy to, czego się spodziewamy, oczekujemy i co już znamy. Przy powiększeniu zdjęcia na komputerze doszukałem się 11 piaskowych domków chruścików (zaznaczone czerwonymi kółkami). Znając siedlisko i przyglądając się im w terenie mogę napisać, że są to młode larwy Potamophylax nigriconirs. Były także larwy Sericostoma sp. Ale ich akurat na zdjęciu nie widać.

Zdjęcie wykonane zostało w połowie września w rozległym źródlisku Puszczy Knyszyńskiej, w rezerwacie Budzisk. Obfitość chruścików była duża. Nastaje jesienny czas, liście opadają do wody, pojawia się duża baza pokarmowa. Cykl życiowych omawianych chruścików (rozdrabniacze, detrytusożercy) dostosowany jest do sezonowego pojawiania się pokarmu (zimowe wielkie żarcie). Ale te wodne owady nie żywią się samą celulozą. Zjadają porastające liście bakterie i grzyby, stanowiące wartościowe źródło azotu (białka).

Zjadać i nie być zjedzonym. W dużym stopniu domki chruścików pełnią funkcję kamuflażu. Co dobrze widać na zdjęcia (przez to że nie widać). Trudno odróżnić chruścika od tła, więc jest dla potencjalnych drapieżników niewidoczny lub trudno widoczny. Liść został odwrócony, zatem widoczne na liściu larwy były pierwotnie od spodu, zupełnie niewidoczne. Ale być może wyspecjalizowany drapieżnik (albo wyćwiczony trichopterolog lub bentosiarz) być może łatwiej dostrzega swoje ofiary. Po prostu specjalizacja.

Ile jest wszystkich chruścików na powierzchni helokrenu (helokren to typ źródła), widocznej na zdjęciu? Zapewne dużo więcej niż uda się dostrzec na zdjęciu. Trzeba by było podnieść i przejrzeć wszystkie liście, jak i być może poszukać larw zagrzebanych w piasku. Jednym słowem trzeba byłoby pobrać próbę czerpakiem hydrobiologicznym i przebrać na białej kuwecie (tacce) – wtedy wszystkie bezkręgowce są łatwiej zauważalne. Łatwiej także zauważyć je wtedy, gdy się poruszają. Zatem przebieranie przyżyciowe jest efektywniejsze. Wymaga czasu i cierpliwości. Mniejsze osobniki widoczne będą dopiero pod powiększeniem (oglądane w pracowni pod lupą stereoskopową).

Larwy chruścików na białej kuwecie będą lepiej widoczne… bo wyjęte są z ich środowiskowego kontekstu. Przez wiele stuleci zoologia miała taki charakter: zwierzęta przedstawiane były w oderwaniu od ich ekologicznego kontekstu: atlasy zwierząt z cechami budowy. Przegląd systematyczny, skupiony na budowie zewnętrznej i wewnętrznej. Różnorodność może zadziwiać. Ale organizm (gatunek) funkcjonuje w konkretnym środowisku. Jest do niego przystosowany. Ów ekologiczny kontekst pozwala wiele zrozumieć z budowy analizowanego organizmu.

Intelektualne dostrzeżenie organizmu w jego środowisku, czyli analizowanie budowy i funkcji w kontekście środowiska, w którym dany gatunek żyje, pozwoliło wiele zawiłości zrozumieć. Tak, jak chociażby funkcję domku u larw chruścików. Jest jeszcze drugi kontekst – ewolucyjny. To dostrzeżenie organizmu w kontekście i środowiska i relacji z innymi gatunkami oraz w kontekście czasu. Ekologia i ewolucja porządkują nam ogromną różnorodność biologiczną, zaprowadzają porządek i pozwalają dostrzec wiele prawidłowości. Pozwalają zrozumieć pozornyc chaos i niepowtarzalność.

Potrzebne są dwa równoczesne podejścia: analizowanie części jak i analizowanie całości (czyli kontekstu owej części). Zatem analityczne podejście do organizmu jak i syntetyczne, całościowe analizowanie w naturalnym środowisku (kontekst ekologiczny i ewolucyjny). Dobra teoria pozwoli zobaczyć to, czego nawet nie widać. Na przykład ślady obecności organizmów, których nie widać na zdjęciu (bo były tu wcześniej a teraz są nieco dalej). Lub ślady obecnosci mikroskopijnych bakterii i grzybów.

Niebawem nowy rok akademicki. Razem ze studentami rozpocznę kolejną przygodę detektywistyczną – uczenie się dostrzegania w otaczającym nas świecie różnych organizmów i dostrzegania ich przyrodniczego sensu. Zatem i część i całość. Z racji mojej specjalności będą to organizmy wodne, ze szczególnym uwzględnieniem chruścików. Na przykładzie jednej części opowiedzieć można o całym świecie. Tak jak z ziarna piasku można wywnioskować o całej pustyni.

A opowieści przyrodnicze mogą być okazją do… opowiadania o człowieku. Jeśli nie wprost, to przez subtelne analogie. Liczę więc, że bloga odwiedzać będą także i humaniści.

O chruściku z Jeziora Czarnego. Edukacyjne i przyrodnicze opowieści dla całej rodziny.

chruscik_edukacyjny1Zbliża się Europejska Noc Naukowców. Na tę okazję, wspólnie z pedagogiem i pisarką Anną Mikitą, przygotowałem coś specjalnego, odnoszącego się do chruścików. Wszystko zaczęło się nad olsztyńskim Jeziorem Czarnym, które nieco wylało i podtopiło pobliskie ławeczki. Tak narodziła się opowieść o chruściku, Bagieńcu z Jeziora Czarnego. Pomysł wykrystalizował się w czasie Tygodnia Bibliotek, gdy malowaliśmy mole książkowe na starych dachówkach w Bibliotece Uniwersyteckiej.

29 września 2017 r., po południu zapraszamy na wspólne (rodzinne) poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego. W przyrodzie nie ma rzeczy niepotrzebnych. Wszystko się przyda. I z tych pozornie niepotrzebnych rzeczy można będzie sobie zrobić zabawkę – larwę chruścika z domkiem. Zabawka ze wszech miar edukacyjna. Nie dość, że przedstawia niezwykłego owada wodnego (takich zabawek nie znajdziecie w sklepie) , to jeszcze wykonana będzie z rzeczy recyklingowych. Pełna edukacja przyrodnicza i ekologiczna i to w formie zabawy.

Będzie także okazja do obserwacji żywych chruścików w akwarium oraz oglądania krótkich filmików z życiem chruścików. Do tego można będzie posłuchać bajki, nawiązującej do starej, japońskiej sztuki kamishibai (teatru ilustracji), o życiu chruścików i innych owadów. Będzie okazja zdobyć autograf pisarki Anny Mikity (warto zabrać ze sobą jedną z jej książek, np. „Bajki w zielonych sukienkach”). A późnym wieczorem pojawią się także Wiedźmuchy – mały akcent etnograficzny i estradowy. Ciekawe, czy przyniosą słynną już maść czarownic do latania rodem z Wimlanii?

Europejska Noc Naukowców to zabawa z głębokim edukacyjnym przesłaniem. Przykład wspólnych zabaw, nauczeństwa i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Pokażemy jak blisko domu obserwować przyrodę i jak z niczego można zrobić zabawkę edukacyjną oraz tworzyć opowieści o przyrodzie (wykorzystując mobilny internet). Troche nowoczesności także będzie.

Chruściki to owady, które w stadium larwalnym żyją w wodzie a dorosłe żyją na lądzie i prowadzą nocny tryb życia. Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie. Domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni.

Zatem przybywajcie, duzi i mali.

bagieniec_mol_ksiazkowy_21

bagieniec_mol_ksiazkowy_3

Żagnica zimowa na płocie

15626418_961830757285281_4847435345519573044_o

Czy ważkę można spotkać w zimie? To zależy jaką. Imagines (czyli postacie dorosłe, ze skrzydłami) nie są aktywne w zimie. Dla organizmów zmiennocieplnych poruszanie się w niskiej temperaturze jest bardzo problematyczne. Więc fruwających ważek zimą nie zobaczymy w Polsce. Ale aktywne larwy w wodzie – jeśliby się komuś chciało poszukać – zawsze się znajdzie, i w rzekach i w jeziorach. Są aktywne tak jak wiele hydrobiontów. Zimą w wodzie życie kwitnie.

Kolega odonatolog, Grzegorz Tończyk, zamieścił na Facebooku powyższe zdjęcie, wraz z podpisem „Żagnica zimowa – obrazek z płotu kompostowni przy Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi – nie ma odpoczywania – ważka może być wszędzie.” Tak więc zimową ważkę można spotkać, tyle że na płocie.

Malowanie na płocie kojarzy się zazwyczaj z brzydkimi wyrazami lub paskudnymi bazgrołami. Ale może być inaczej, nie tylko pięknie ale i edukacyjnie. Ponieważ miałem trudności z szybkim zidentyfikowaniem, kolega mi pomógł. Na płocie namalowany jest samiec ważki żagnicy sinej (zwanej także żagnicą większą) – Aeshna cyanea. Jest oczywiście żagnica jesienna (zwana także żagnicą mniejszą) – Aeshna mixta. Ale zimowej jako takiej nie ma.

Wróćmy do ważki uwidocznionej na łódzkim płocie. Żagnica sina osiąga długość 7-8 cm. Żagnice są dużymi ważkami. Dymorfizm płciowy widoczny jest w ubarwieniu, dlatego można powiedzieć, ża namalowany jest samiec. Dorosłe owady pojawiają się od połowy czerwca, ale nad zbiornikami wodnymi widuje się je dopiero w sierpniu i we wrześniu. W korzystnych warunkach pogodowych można je spotkać nawet w październiku i listopadzie. Ale w grudniu (i to pod koniec) to jeszcze chyba nikt nie widział. Chyba, że na płocie… namalowaną.

Aeshna cyanea zasiedla małe zbiorniki wodne: oczka śródleśne, zbiorniki powyrobiskowe na żwirowniach. Pojawia się także nad większymi zbiornikami: stawy rybne, bagienne jeziorka, jeziora. Jest jedną z pospolitszych wazek Polski.

W czasie Nocy Biologów w Olsztynie, w dniu 13 stycznia 2017 r. będzie możliwość namalowania lokalnej bioróżnorodności, na przykład ważki. Tyle że na starych dachówkach lub polnych kamieniach. Zapraszam.

Żółw czerwonolicy w Drwęcy czyli do czego jest potrzebna wiedza przyrodnicza

Nawet humaniści i artyści powinni mieć podstawową wiedzę przyrodniczą. Mam na myśli zarówno wiedzę techniczną, informatyczną jaki biologiczną. O negatywnych skutkach takiej ignorancji przyrodniczej pisałem już kilkukrotnie, np. na przykładzie chrząszcza ze Szczebrzeszyna (czytaj: Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście).  Wiedza (nie tylko przyrodnicza) potrzebna jest po to, żeby rozumieć to co się widzi. Wiedzieć skąd się bierze dane zjawisko i z czym się wiąże oraz jakie podejmować działania.

czerwonolicy_drwecaZa przykład niech posłuży załączone zdjęcie, przedstawiające żółwia wodnego. Teoretycznie u nas występują. Każdy słyszał o żółwiu błotnym, naszym rodzimym gatunku i że jest chroniony bo zagrożony wyginięciem. Załączone zdjęcie zrobiono w czasie spływu kajakowego. Autorka miała podstawową wiedzę przyrodniczą dlatego zamiesiła zdjęcie z zapytaniem „Czy to jest żółw błotny? Wygląda nieco inaczej i nie jestem pewna. Zdjęcie zrobiłam jak płynęłam kajakiem na Drwęcy”. Wątpliwość uzasadniona bo to akurat żółw czerwonolicy. Całkiem nie nasz. Skąd się wziął w rzece Drwęcy i co z tej obserwacji wynika?

W Polsce i Europie gatunek ten nie występował w dzikiej przyrodzie. Jego naturalnym obszarem występowania jest Ameryka Północna i Ameryka Środkowa po północny zachód Ameryki Południowej. W Polsce od dawna hodowany jest jako zwierzę akwariowe (domowe). Ale żółwie żyją długo i czasem się znudzą domowemu hodowcy. A ten z litości i w dobrej wierze… wypuszcza do środowiska. Niech sobie żyje.

Luki w wiedzy przyrodniczej skutkują obecnością gatunków inwazyjnych (obcych). Co złego z faktu wypuszczenia gatunku na wolność? Gdyby ktoś wypuścił w Ameryce, nie byłoby problemu. Ale ten żółw czerwonolicy ze względu na zdolności aklimatyzacyjne staje się, gatunkiem inwazyjnym, który może stanowić konkurencję dla rodzimego żółwia błotnego (Emys orbicularis).Niby humanitarne działania przynoszą skutki negatywne dla naszej przyrody. Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane – jeśli towarzyszy temu ignorancja. Bo w skali globalnej może ubyć jednego gatunku. W ekosystemie żółw czerwony będzie pełnił taką sama rolę jak nasz żółw błotny ale w skali globalnej zmniejszy się różnorodność biologiczna.

Innym przykładem może być pijawka lekarska (Hirudo medicinalis). Nasz rodzimy gatunek od stuleci wykorzystywany w medycynie ludowej. Na skutek eksploatacji wyginął w niektórych miejscach a w innych został wprowadzony przez człowieka (stanowiska antropogeniczne). Niemniej nasza pijawka lekarska ze względu na zagrożenie została objęta ochroną (od 1995 roku). W Czerwonej Księdze IUCN została wpisana w kategorii NT. W Polskiej czerwonej księdze zwierząt została zaliczona do kategorii VU (gatunki wysokiego ryzyka, narażone na wyginięcie). Ale moda na hydroterapię wróciła. Gatunek chroniony nie może być wykorzystywany w handlu zatem wykorzystywana przez hirodoterapeutów jest Hirudo orientalis. Teoretycznie hirudoterapeuci powinni wszystkie pijawki po wykorzystaniu zabijać. Chyba się tak nie dzieje bo w warunkach naturalnych w Polsce znajduje się już w przyrodzie Hirudo orientalis. W rezultacie nasza pijawka lekarska też jest zagrożona jeszcze bardziej. Pojawia się konkurent.

Znajomość zasad ekosystemowych w życiu codziennym jest tak samo ważna jak umiejętność obsługi komputera. Brak wiedzy może przynosić szkody nie tylko indywidualne ale i w skali regionalnej czy globalnej.

Fot. Elżbieta Gordon‎ (źródło grupa Przyrodnicy, Facebook)

Czy to problem z jętkami ?

Jtki_Ciesielski_2Czasem owady sprawiają problem, ba nawet wzbudzają panikę. To co widać na zdjęciu obok to nie dym z komina ani mgła, to lecące owady. Jak w horrorze. Nic dziwnego więc, że od czasu do czasu dostaję różne ilustrowane zapytania: co to jest i jak sobie z tym radzić.

„Witam Panie Profesorze, mamy problem z jętkami. W maju i czerwcu pojawiają się ogromnymi chmarami wokół naszej nieruchomości położonej nad Zalewem Szczecińskim (…). Trudno wtedy oddychać. Zanieczyszczają elewację pałacyku, wdzierają się do wnętrz budynków. Czy są jakieś sposoby na pozbycie się tych owadów, a przynajmniej na zredukowanie ich liczby?”

Dlaczego akurat jętki? Być może takie skojarzenie pojawiło się po doniesieniach medialnych, gdy masowy wylot jętek nad jedną z rzek Polski, utrudnił przejazdy samochodów. Na filmiku było widać jak ludzie usuwają z mostu owe owady szuflami. Nad Zalewem Szczecińskim akurat masowo pojawiły się muchówki z rodziny ochotkowatych (Chironomidae), co dobrze widać na dolnym zdjęciu.

 Wcześniej dostałem także zapytanie co robić z takimi ochotkami nad Wisłą, gdzieś w okolicach Zalewu Włocławskiego. Innej osobie swą liczebnością utrudniały życie. Owady dla człowieka są bezpieczne. Mimo iż powierzchownie podobne są do komarów, to nie są krwiopijne. Larwy żyją w wodzie. Wędkarze i akwaryści używają ich jako przynętę (ci pierwsi) lub jako pokarm dla rybek (ci drudzy).

Nawet i chruściki (Trichoptera) kiedyś w Kanadzie wystąpiły z podobnej roli – masowy wylot Hydropsyche spowodował problemy na EXPO. Jak sobie radzić i przeciwdziałać? Najlepiej przeczekać. Tyle owadów to pokarm dla innych zwierząt. A w przypadku Chironomidae to swoiste oczyszczanie zbiorników wodnych, czy to Zalew Szczeciński czy Włocławski. Wynoszą ze sobą fosfor i azot (odpowiedzialne za eutrofizację wód) . Masowy wylot to forma obrony przed drapieżnictwem. Zsynchronizowany wylot to nagłe pojawienie się zasobów pokarmowych nie-do-przejedzenia.  Część zostanie zjedzona ale duża część przystąpi do rozrodu zupełnie bezpiecznie. Potem pokarm znika. I dla drapieżników po nagłej obfitości przychodzą dni postne. Podobne zjawiska ale w mniejszej skali obserwować możemy w miastach, gdy następuje rójka mrówek (wylot postaci dorosłych, uskrzydlonych). 

Wracając do początkowego pytania jak sobie z nimi radzić, tymi ochotkami. Po pierwsze stworzyć warunki dla zwierząt owadożernych, od ptaków i nietoperzy poczynając a na pająkach kończąc. Ale rzeczywisty problem jest w wodzie, gdzie rozwijają się larwy. Być może potrzeba więcej ryb i małych, drapieżnych bezkręgowców? Najlepiej byłoby ograniczać liczebność w stadium larwalny, bo gdy wylecą po przeobrażeniu to jest już za późno.

Przykład z ochotkami pokazuje, że źródła naszych problemów czasami leżą gdzieś daleko. Potrzebne są całościowe rozwiązania a nie miejscowe i doraźne. Podobnie jest ze skutkami zmian klimatu. Trzeba więc po pierwsze rozumieć mechanizmy funkcjonowania ekosystemów oraz zależności troficzno-regulacyjnych. Zarządzanie ekosystemami to niełatwe zadanie i trudna sztuka. Tym bardziej, że wszystkiego jeszcze nie wiemy a przyroda to niezwykle złożony i wieloelementowy „mechanizm”.

 fot. nadesłane przez czytelnika

 Jtki_Ciesielski_1

Woda dla spragnionych na ulicy (w mieście turystycznym)

pompaBez jedzenia można wytrzymać kilka dni, bez wody już nie. Zwłaszcza latem i w upał. Pragnienie czują zwłaszcza podróżujący, wędrowcy, turyści – gdy są z dala od swojej wody w domu. Skazani są na życzliwość miejscowych lub na kupno (komercyjny dostęp do wody). A cena wody bywa różna, nawet po kilka euro za butelkę. Wiedzą to ci, którzy odwiedzają różne popularne turystycznie miejsca.

Pamiętam upalne lata z dzieciństwa. I wędrówki do lasu czy nad jezioro (Mazowsze). A gdy pić się chciało, wstępowaliśmy do pierwszego lepszego gospodarstwa prosząc o wodę ze studni. Nigdy nam nie odmawiano. Takie zwyczajne dzielenie się tym, co w przyrodzie. Mile wspominam także ważkową wyprawę do Rumunii sprzed 10 lat. W wielu miejscach spotykaliśmy studnie, nawet w odludnych miejscach. A przy nich kubeczki. Nawet nie przywiązane. Gest życzliwości. Nawet obcy i podróżny może się napić, gdy spragniony.

Dostęp do czystej wody jest narastającym problemem globalnym. Zasoby wodne należy ochronić przed prywatyzacją i skrajną komercjalizacją. Nie wyklucza to restauracji, barów i kawiarni, w których za usługi i płyny się płaci. Mam na myśli bezpłatne ujęcia wody.

Pamiętam takie na dworcach kolejowych, w dawnych czasach. Bo nie każdego stać było kupić coś w dworcowym barze, a przecież i te nie zawsze były czynne. Po prostu wygoda dla podróżujących.

Olsztyn jest stolicą regionu turystycznego. Mamy bardzo dobrą wodę w wodociągach. Moglibyśmy się nią chwalić i wykorzystać w celach promocyjnych. A obecnie jedynie w trzech lokalach gastronomicznych podają wodę z kranu. Przypominam sobie swoje wyjazdy do Hiszpanii i Francji. Tam, gdy siedliśmy w restauracji czy oberży do stolika, to od razu stawiano nam zimną wodę z kranu. Za darmo. Potem i tak zamawialiśmy sporo. Mogłoby się wydawać, że jak gość spragniony to więcej wody kupi. Niby tak, ale jak uraczyć go darmową wodą z kranu (a w upalne dni pić się chce), to przecież wcale mniej pieniędzy nie wyda. Zakupi coś innego. W dobrym nastroju więcej wydajemy. A poczęstunek wodą pokazuje życzliwość i otwartość. Wzbudza sympatię. I to przekłada się na zyski.

Zmierzam do tego, że bezpłatny dostęp do wody, nawet w lokalach gastronomicznych wcale nie ujmuje dochodów restauratorom. Jednocześnie mogłoby być dobrym elementem promocyjnym miasta. Mamy czysta wodą i jesteśmy gościnni.

Na początku sierpnia dostałem taką nietypową prośbę „Wraz ze znajomym (…) złożyliśmy do OBO projekt o instalację zdrojów wody pitnej na terenie Olsztyna, dokładnie 16 sztuk (…). Projekt zakwalifikował się i na tym etapie staramy się przekonać mieszkańców, że jest wart oddania głosu (…). Założyliśmy na ten cel fanpejdż: https://www.facebook.com/H2OLpl. Na stronie http://pijewodezkranu.org/ umieszczona została Pańska wypowiedź dotycząca picia wody [ S.Cz.: Piję wodę z kranu, bo jest bardzo dobrej jakości, bo jest znacznie tańsza od butelkowej, kupowanej w sklepie oraz dlatego, że czuję się odpowiedzialny za przyrodę wokół mnie.]. Chciałabym zapytać czy byłby Pan tak uprzejmy i wypowiedział się na temat naszego projektu oraz wyraził zgodę na publikacje Pańskiej wypowiedzi w informacji prasowej, którą przygotowujemy?’

Szczytny cel wesprzeć warto. Bo to i dla ochrony środowiska ważne i dla samego Olsztyna. Niżej zamieszczam rozszerzoną wersję udzielonych odpowiedzi:

  • Czy uważa Pan, że cel jest słuszny? Jak najbardziej słuszny i potrzebny, zwłaszcza w mieście turystycznym. Ważne jest aby dzielić się wodą przy niskich kosztach środowiskowych: bez zbędnego transportu wody i bez zbędnej produkcji jednorazowych opakowań. Ludzi spragnionych napoimy a środowisko przez śmieciami ochronimy. Środowisko w skali globalnej jak i regionalnej.
  • Czy potrzebne są w Olsztynie punkty, z których można napić się w razie potrzeby czystej wody pitnej z naszych wodociągów? Dlaczego? Bardzo przydatne, tak jak kiedyś studnie. W zasadzie powracamy do tego, co było dawniej. Każdy, kto choć trochę wędrował wie, jak ważna jest życzliwość i dzielenie się wodą „przy studni”. Mało jest punktów wody pitnej, z których można skorzystać poza domem. Dla mieszkańców ważne jest to w czasie upałów a dla turystów i podróżnych cały czas. Co Pan sądzi o wodzie butelkowanej i czym różni się woda z kranu od tejże? Jest porównywalna co do jakości. Różnią się ceną. Przy wodzie butelkowanej płacimy przecież za jednorazowe opakowanie (butelkę), transport z daleka i koszty utylizacji śmieci. Oczywiście, że woda w butelkach powinna być dostępna w sklepach. Ale można ograniczać zużycie surowców i energii upowszechniając picie wody z wodociągów. Chyba nas stać podzielić się z potrzebującymi i spragnionymi? Przecież to nie są duże koszty.
  • Jakie według Pana są ukryte koszty picia wody butelkowanej? Po pierwsze transport i zużycie paliw kopalnych, emisja do atmosfery dwutlenku węgla i innych substancji, w konsekwencji jest to wzrost zanieczyszczenia powietrza jak i przykładanie się do efektu cieplarnianego. Po drugie to koszty jednorazowych opakowań: zużycie ropy naftowej jako surowca i produkcja dużej ilości odpadów (śmieci). Ileż z nich ląduje w lasach i w jeziorach? W końcu to koszty handlowe. Woda powinna być dostępna dla wszystkich. Czysta woda. Darmowa woda z kranu powinna być wizytówką miasta turystycznego. Mniej zarobimy, bo można byłoby zarabiać na wodzie? Ale otwartość i życzliwość dla przyjezdnych (jak i miejscowych) to finalnie wyższe zyski z turystyki. Niewielkie koszty a wiele zyskujemy.
  • Jaki mamy wpływ na nasze środowisko mając do wyboru wodę w butelce i wodę z kranu? Już wymieniałem. Woda z wodociągów to niższe koszty dla środowiska: mniejsze zużycie energii, surowców, niższe koszty utylizacji odpadów. Nie żyjemy poza środowiskiem więc im lepszy stan środowiska tym nam się lepiej żyje.
  • Czy sądzi Pan, że promocja Olsztyna poprzez wodę jest krokiem w dobrym kierunku? W bardzo dobry, bo wtedy Olsztyn stanie się bardziej przyjazny dla mieszkańców (na spacerze) i dla turystów.

Pomysł wartościowy, wiec wspieram jak potrafię.. Na zdjęciu uwieczniona jest zabytkowa pompa, stojąca koło katedry w Płocku. NIe jest czynna. Tak jak wiele innych. Stoją jako zabytki dawnej użyteczności..

Kolczasty pasożyt co straszy w jeziorze Jasnym i o tyfusie od zielonych jabłek

Bosmina_z_Jeziora_JasnegoKiedyś każde jezioro, bagno, uroczysko, miało swojego utopca, rusałki czy inaczej zwanego demona, co na życie ludzi czyhał. Dzisiaj również wymyślamy strachy, czasem w dobrej, wychowawczej intencji. Przykładem jest Bosmina co na zdrowie kobiet ponoć czyha. I to w Jeziorze Jasnym. Czy ta Bosmina to jakaś nowa, współczesna rusałka, samowiła, południca czy inna latawica? Zaraz wyjaśnię.

Czasem w argumentacji, zwłaszcza z dziećmi, idziemy na skróty. Zamiast długiego uzasadnienia (bo wymagałoby to naświetlenia wielu spraw) straszymy policjantem, kominiarzem i czym tam tylko jeszcze, co pod ręką jest: „jak nie będziesz grzeczny to cię ten pan zabierze.”

Z dzieciństwa pamiętam smak niedojrzałych, zielonych jabłek papierówek. Kwaśne, małe, ale myśmy na podwórku zrywali i zjadali. Bo to były pierwsze owoce. Dziecięca niecierpliwość. Rozsądku w tym nie było, bo gdyby poczekać, to byłoby więcej większych i smaczniejszych owoców – rozpływających się w ustach delikatnych papierówek. Trochę było w tym syndromu wspólnego pastwiska.

Dorosły jest wybredniejszy w smaku, kwaśnego jabłka nie zje. Ale dzieciaki to inna kategoria. Myśmy jedli, czasem po pierwszym ugryzieniu – wyrzucali. Dorośli nas straszyli, że od jedzenia zielonych (niedojrzałych) jabłek można dostać tyfusu. Nie wiem, czy w to wierzyli, czy to był tylko „tani” sposób na ochronę niedojrzałych owoców. Intencje z tym tyfusem niby dobre – wychowawcze i dla ochrony jabłek, by miały czas dojrzeć. Ale myśmy i tak jedli, tylko z uzasadnieniem, że nie wolno po zielonych jabłkach pić zimnej wody – bo dopiero wtedy na tyfus zachorujemy. A poza tym, było już dawno to po wojnie, żadnego tyfusu na oczy nie widzieliśmy, więc nie był dla nas groźny.

Może ktoś tę bujdę z tyfusem wymyślił, by owoce chronić… ale potem takie zabobony żyją swoim życiem. Są rozpowszechniane… z pokolenia na pokolenie. A jak ktoś odkryje fałsz, to brak zaufania rozciąga na szersze spektrum zjawisk i… osób. Niby więc intencje dobre ale skutek bywa opłakany. W dalszej perspektywie. Może więc warto włożyć wysiłek i nie tylko dziecku od razu uzasadnić prawdziwy sens oszczędzania niedojrzałych jabłek? Przy okazji można uczyć odpowiedzialności za wspólne dobro. Trudne. Wymaga wysiłku w wielokrotnym argumentowaniu. Ale daje trwały efekty na lata, nie tylko w odniesieniu do niedojrzałych papierówek.

Po tym dłuższym (ale uzasadnionym) wstępie pora przejść do rzeczonej Bosminy. Na Facebooku pojawiła się gorąca prośba: „Stanisław Czachorowski – wzywam na pomoc w objaśnieniu tego stworka z Jasnego.” Chodziło o tego stwora, zamieszczonego na ilustracji wyżej. Z początku nie zrozumiałem w pełni sytuacji. Bo, to co widać, to przecież skorupiak, wioślarka (Cladorera). Bardzo oryginalny kształt pozwolił odszukać i doprecyzować, że to z rodziny Bosminidae, rodzaj Bosmina, gatunek najprawdopodobniej Bosmina coregoni. Zajrzałem na podlinkowany film, z wykładem, gdzie Bosmina jako groźny pasożyt się pojawiła.  I tam usłyszałem niezwykłą informację, że oto ta Bosmina występuje w Jeziorze Jasnym (to akurat nie jest nic dziwnego) i że jest kolcogłowym pasożytem, zagrażającym kobietom, które w jeziorze by się kąpały. Sugestia była jednoznaczna i poparta autorytetem pracownika Parku Krajobrazowego. Że niby jest mała, ta Bosmina, i żyjąc w kwaśnych wodach jeziora dystroficznego może przenikać do narządów rodnych kobiety i tam dalej żyć w środowisku kwaśnym, stając się pasożytem.

Teraz zrozumiałem alarmistyczny wpis na Facebooku z prośbą o wyjaśnienie. Kobiety mają prawo być zaniepokojone. Bać się czy nie bać, choć to nie demon lecz zwierzę? Co prawda o czymś takim (pasożytnictwie bosminy) nigdy nie słyszałem. Bosmina wydawała mi się po prostu planktonicznym skorupiakiem i nic więcej. Ale skoro ponoć można w jeziorze zarazić się rzęsistkiem pochwowym (nie weryfikowałem tego poglądu, ale wielokrotnie go słyszałem z różnych ust), to może i coś z tym skorupiakiem może być na rzeczy. Szybko sięgnąłem do internetu oraz książek hydrobiologicznych i parazytologicznych. Ani śladu o przypadkach bytności bosminy (skoro nazwę spolszczam, to pisane już z małej litery, bo przecież krowa, koń i okoń też piszemy małą literą, wyżej używałem nazwę Bosmina jako nazwę własną, tak jak imię – nie odnosi się to do nazwy naukowej) w kobiecym ciele, ani tym bardziej jakimkolwiek pasożytowaniu.

Obejrzałem ponownie podlinkowany film. Tym razem nie tylko krótki fragment o opisywanym skorupiaku ale całość, by poszukać dodatkowych szczegółów i zrozumieć kontekst. Okazało się, że opowieść o pasożytniczym skorupiaku referujący usłyszał od pracownika Parku Krajobrazowego Pojezierza Iławskiego, gdy ten „nakrył” ich na kąpieli w rezerwacie. Jezioro Jasne ma czystą wodę, ale jest rezerwatem. Kąpiel jest zabroniona. Bo kapiący się ludzie nie tylko zakłócają ciszę i przyrodniczy mir, ale i nieświadomie eutrofizacją wodę (wprowadzając biogeny), co jest zgubne dla przyrody całego ekosystemu jeziornego. Najprawdopodobniej historię o bosminie wymyślili pracownicy parku by odstraszyć od kąpieli w rezerwacie. Zapewne człowiek bardziej dba o własne zdrowie niż o wspólne dziedzictwo przyrodnicze (bioróżnorodność). Musiałby taki przeciętny turysta zrozumieć czym są jeziora oligotroficzne i dystroficzne, czym jest i jakie skutki przynosi eutrofizacja i jak człowiek do tego się przyczynia.

Raz puszczona bujda (nawet w dobrych intencjach) skutecznie się rozprzestrzenia, narastając stopniowo legendą. A czy chroni jezioro? Nie jestem pewien, Mężczyzn nie odstraszy. Ponadto może ktoś się nie wykąpie, ale wysika się nad jeziorem. Dostarczy biogenów (azot i fosfor). Lub wyrzuci śmieci do jeziora. Kolczasty pasożyt w ten sposób mu nie zaszkodzi, ale ekosystem jeziora na pewno na takim procederze straci.

Skoro już wiemy że Bosmina coregoni nie jest groźnym dla człowieka pasożytem, to dowiedzmy się o tych skorupiakach czegoś więcej. Na stronach angielskojęzycznych dowiedzieć się można że ma nazwę water flea. Pchał wodna? Ale jest to określenie wszystkich wioślarek. W naszych wodach spotkać możemy pchlicę wodną (Podura aquatica), ale to jest „owad” bezskrzydły, skoczogonek. Również dla człowieka w pełni bezpieczny – nazwę swą wzięła od sposobu poruszania się po powierzchni wody. Nawet Erazm Majecki w swym „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” z 1894 roku nie odnotowuje polskiej nazwy dla rodzaju Bosmina. Podaje tylko czeską nazwę – chobotnatka. Też uroczo. Natomiast nasza słoniczka odnosi się do innego gatunku.

Bosmina coregoni Baird, 1857 (synomim Eubosmina coregoni) – to pełna nazwa gatunkowa tytułowego kolczastego „potwora”. Oczywiście pewności całkowitej nie mam, że to ten gatunek. Bo nie jestem specjalistą od skorupiaków i planktonu a oznaczałem tyko na podstawie dostępnych mi książek. Bosminidae żyją w pelagialu i litoralu jezior oraz innych w zbiornikach wodnych (jeden żyje w wodach morskich). Występują na wszystkich kontynentach (poza Antarktydą). Na świecie znanych jest 18 gatunków, w Europie – 8, a w Polsce cztery. Bosmina longispida występuje w północnej Polsce a B. maritima w wysłodzonych wodach Morza Bałtyckiego. Pozostałe gatunki są pospolite: B. coregoni i B. longirostris.

Bosmina coregoni występuje w wielu odmianach (różniących się morfologicznie), charakterystycznych dla różnych typów troficznych jezior. Na dodatek tak jak i u innych gatunków z rodzaju Daphnia, występuje cyklomorfoza – w ciągu roku kolejne pokolenia różnią się wyglądem. Zmienia się np. kształt głowy. Dawniej naukowcy tłumaczyli to zjawisko zmianami w temperaturze i gęstości wody, obecnie popularniejsze jest wytłumaczenie ekologiczne: obroną przed małymi drapieżnikami (pozorne zwiększanie wielkości ciała i utrudnianie schwytanie). Bosmina coregoni występuje także w Północnej Ameryce, gdzie dostała się jak gatunek zawleczony, najprawdopodobniej z wodami balastowymi. Tam jest gatunkiem obcym.

Ale to nie wszystkie niezwykłości związane z bosminą. Należy do tych planktonicznych skorupiaków, które wykonują dobowe wędrówki do góry i w kierunku dna. W nocy podpływają ku górze, gdzie jest więcej pokarmu (fitoplankton) natomiast w ciągu dnia kryją się głębiej, gdzie światło nie dochodzi. Dla takiego małego skorupiaka codzienna wędrówka w górę i na dół, kilkanaście metrów, to duży wysiłek. Ale jeść się chce a drapieżnik groźny. Te dobowe, pionowe wędrówki także tłumaczone są unikaniem drapieżników. Szczątki bosminy dobrze zachowują się w osadach dennych, dlatego wykorzystywane są przez hydrobiologów w różnorodnych analizach paleolimnologicznych. Bosmina coregoni zanika w miarę eutrofizacji jezior a jej miejsce zajmuje B. londirostris. Zatem kąpiel w Jeziorze Jasnym (rezerwat przyrody) groźny jest nie dla człowieka ale dla tejże Bosmina coregoni.

Myślę, że warto odwoływać się do poczucia odpowiedzialności za otaczającą nas biosferę i bioróżnorodność. Wystarczy moim zdaniem solidna edukacja by w poczuciu odpowiedzialności turyści nielegalnie nie kąpali się w rezerwacie. Ani innych złych dla przyrody działań nie podejmowali. Trudniejsza droga, ale skuteczniejsza w długiej perspektywie czasowej.

ps. Jeśli napisać – bosmina, to oznacza zwierzę (nazwa spolszczona), jeśli Bosmina – to imię własne domniemanego wodnego demona, a jeśli Bosmina – to oznacza naukową nazwę rodzajową. Niewielka różnica w pisowni a wiele zmienia w odbiorze. Tak jak laska i łaska. Jedna kreseczka, jedna litera.

Fot. Krystyna Kasprzak z prezentacji, wyświetlanej na ekranie

Niezwykłości przyrody regionu – torfowiska, bagna, moczary

13691130_10208855876747578_4333880212345896905_o10 minut wykładu o przyrodzie, w kościele, tuż przed koncertem muzyki kameralnej. Okoliczności i forma daleko odbiegające od codzienności akademickiej. Znakomita okazja by się uczyć, zdobyć doświadczenie a potem przygotować do krótkich wystąpień swoich studentów. W takich warunkach wszystkie błędy codzienności dydaktyki akademickiej ujawniają się bardzo jaskrawo. Zamieszczenie na slajdach napisów, zwłaszcza zawierających dużą ilość tekstu i mała czcionką… to recepta na porażkę. Na dodatek nie zawsze jest możliwość wyświetlenia prezentacji na rzutniku multimedialnym. Trzeba się dostosować do sytuacji, warunków i odbiorców. 

Torfowiska, bagna moczary to miejsca niezbyt często odwiedzane przez turystów, spacerowiczów czy poszukiwaczy runa leśnego. Można się w błocie utytłać, dna nie widać, strach chodzić, gdy się pod nogami „ziemia” ugina. Można nawet utonąć (nie polecam niedoświadczonym osobom wybieranie się w pojedynkę na torfowisko). Na dodatek owady krwiopijne uprzykrzają życie. Miejsce dla koneserów przyrody i niszowych turystów. Podobnie jest z klasyczną muzyką kameralną. Nie jest dostępna na co dzień. A grana w zabytkowych wnętrzach zyskuje na wartości. Coś wyjątkowego.

Torfowiska zachowały dawną przyrodę. Jak w kapsule czasu. Spotkać tu można wiele reliktowych gatunków roślin i zwierząt. Bagna, moczary, torfowiska kiedyś były liczniejsze. Ale człowiek osuszał je i przekształcał. W rezultacie ten tym siedliska stał się coraz bardziej zagrożony. Dla koneserów kameralnego kontaktu z przyrodą torfowiska i najprzeróżniejsze moczary to okazja do zobaczenia rzadkich i zagrożonych gatunków. Ale te obszary wodnobłotne mają także znaczenie globalne. W czasach globalnego ocieplenia jednym z zagrożeń jest podnoszenie się poziomu mórz i oceanów (spowoduje zalanie najbardziej ludnych terenów na kilku kontynentach). Zatrzymywanie wody na lądach to jednocześnie zmniejszanie wielkości podnoszenia się poziomu wód oceanicznych. Torfowiska mogą „magazynować” wodę, zarówno w skali globalnej jak i lokalnej (mała retencja wody). Mają też jeszcze jedną ważna cechę – gromadzą węgiel (nie powraca do atmosfery) a więc korzystnie oddziałują na eliminację dwutlenku węgla (gaz cieplarniany). 

Przyroda inspiruje nie tylko artystów plastyków, pisarzy ale i muzyków. Szkoda, że tak mało mamy okazji do kameralnego, bezpośredniego kontaktu z przyrodą. I klasyczną muzyką kameralną w wykonaniu profesjonalistów. 

We Wrzesinie opowiadałem także o gatunkach roślin i zwierząt, charakterystycznych dla torfowisk. Dyskusja, już po spotkaniu, trochę mnie zaskoczyła. Nie przypuszczałem, że rosiczka może być tak nieznaną i niezwykłą roślina dla przeciętnego zjadacza chleba. Wydawała mi się tak oczywista i powszechnie znana, łącznie z jej owadożernością. Warto poznawać słuchaczy. Wtedy edukacja pozaformalna będzie bardziej skuteczna.

 

Więcej o koncertach letnich, w ramach których odbył się wykład we Wrzesinie oraz zdjęcia z koncertu.