Creatonotos gangis potwór, który nie jest taki straszny i truciznę zmienia w afrodyzjak

gangis7Kiedy na początku listopada znajomy podrzucił mi zdjęcie i krótki filmik tego niesamowitego owada, to w pierwszej chwili pomyślałem, że to jakaś mistyfikacja. Takie coś to przecież nie może żyć. Bo jakby się taki motyl poruszał a zwłaszcza fruwał? Może ktoś do odwłoka motyla nocnego coś po prostu przyczepił? A może jakiś pasożyt? Zdjęcie łatwo byłoby zmanipulować, ale filmik nakręcony telefonem komórkowym?

Nie ma rady, zaciekawiony zacząłem szukać. Tylko jak? Nie znam ani tej ćmy ani nazwy. Jak szukać? Ale można szukać podobnych zdjęć przez wyszukiwarkę Google. Już po kilku sekundach kilka podobnych się ukazało na monitorze. Na początku listopada informacji w sieci było niewiele, w tym sporo mało precyzyjnych a wręcz błędnych. Te dziwne struktury znalazłem opisane w kilku miejscach jako „włochate odnóża”. W innych miejscach spotkałem określenie „włochate ołówki”. Współczesne owady w stadium imago nie mają odnóży odwłokowy, tym bardziej tak dużych. Cóż to więc za struktury? Po dwóch tygodniach w sieci znalazło się już kilka filmików i dużo więcej informacji. W tym całkiem sensownych i dobrze opisanych. To pierwszy fenomen jaki dostrzegłem w związku z tym owadem: szybka odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne.

Odwłokowe przydatki okazały się nie odnóżami i na dodatek uwypuklają się (są jakby nadmuchiwane, lecz mechanizm wynicowania inaczej przebiega niż „nadmuchiwanie”) tylko na relatywnie krótko, potem znowu wnicowują. Zatem samce wcale z tymi mało wygodnymi „wyrostkami” na co dzień nie paradują. A więc nie przeszkadzają im ani w locie, ani w „życiu”. Niemniej ćma, która wywołała duże zainteresowanie społeczne w mediach społecznościowych, jest sporą ciekawostką, wartą opisania.

Znacznie ciekawszym elementem w biologii tego owada jest to, jak potrafią zamienić truciznę w afrodyzjak. Oszczędność metabolizmu i finezja ewolucji. O tym będzie niżej. Cierpliwości.

Niezwykły owad o nazwie Creatonotos gangis okazał się ćmą z rodziny niedźwiedziówkowatych (Arctiidae), znany był od dawna entomologom. Duże zainteresowanie pojawiło się po opublikowaniu krótkiego filmiku na portalu społecznościowym. Opisany został przez Linneusza w 1763 roku pod nazwą Phalaena gangis. Późniejsze synonimy to: Creatonotos continuatus Moore, 1877, Noctua interrupta Linnaeus, 1767 i Creatonotos flavoabdominalis Bang-Haas, 1938 (nazwisko i rok po nazwie gatunkowej oznaczają autora lub autorów i rok opisania, publikacji – pełna nazwa gatunkowa zawiera właśnie nazwisko lub skrót i rok). Wymienieni wyżej naukowcy raczej widzieli owady zasuszone, spreparowane i na ich podstawie dokonywali opisu. I dlatego nie dostrzegli tych „owłosionych ołówków”. Dlaczego? O tym za nieco niżej.

Rodzina niedźwiedzówkowatych występuje także w Polsce. Wiele z nich to pięknie ubarwione motyle nocne, gąsienice są zazwyczaj mocno owłosione (te liczne włoski to obrona przed drapieżnikami – nie wszystkie ptaki chcą jeść takie włochate i kłujące stworzenia).

Creatonotos gangis żyje w Azji południowo-wschodniej i zachodniej Australii. „Wygląda trochę jak połączenie stonogi, gąsienicy i ćmy.” Tak określano w różnych miejscach w sieci owego motyla. Swoją drogą skoro zdobył już taką sławę, to powinien doczekać się polskiej nazwy. W „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych …” Erazma Majewskiego z 1894 roku znajdują się polskie nazwy dla gatunków z rodzaju Phalaena. Nazwa rodzajowa jest opisywana jako: ćma, miernica, zanocnica. Konkretne gatunki już z nazwami takimi jak jedwabnik, prządka, wierzbowiec, mniszka itd. Phalaena gangis nie występuje. Ani kolejny synonim Noctua interrupta. Trzeba więc ukuć nazwę polską.

Te dziwne, włochate organy występują u samców, noszą nazwę coremata (organy zapachowe, nazwa pochodzi z języka greckiego i oznacza „odkurzacze do pierza”), nie są to odnóża, tak jak można znaleźć w wielu mniej profesjonalnych miejscach w sieci, obecne są na końcu odwłoka, wydzielają feromony. W Słowniku Entomologicznym Razowskiego (PWN, 1987) znajdujemy nazwę korema (corema, sacculi lateralis) „parzysta boczna kieszeń w VII, VIII i IX pierścieniu [segmencie – S.Cz.] odwłokowym samców licznych motyli, zawierająca pęk zmodyfikowanych łusek; narząd rozprzestrzeniający zapachy.” U naszego bohatera kieszeń ta może być uwypuklana na zewnątrz. Na jednym z filmików można zobaczyć jak entomolodzy z Australii, wstrzykując martwym motylom płyn, sztucznie doprowadzają do „wynicowania”. To dydaktyczna demonstracja budowy tegoż organu. Korema występują u co najmniej kilku innych gatunków, ale nie są tak duże jak u Creatonotos gangis. Stąd nie zwracały publicznej uwagi w mediach społecznościowych.

Gąsienice, brązowo owłosione, polifagiczne (czyli odżywiają się wieloma gatunkami roślin), są traktowane jako mało ważne szkodniki orzeszków ziemnych, ryżu, sorgo, kawy, słodkich ziemniaków, lucerny itd. Większe szkody mogą czynić w uprawach granatów (chodzi o drzewa z owocami granatów a nie o broń zaczepną czy obronną).

Feromony samców, produkowane w koremie, noszą nazwę hydroxydanaidal (nie znam polskiej nazwy, może jest, może hydroksydanaidal?). Jeśli w diecie larw znajdują się odpowiednie alkaloidy pirolizydynowe (gorzki smak, potencjalnie toksyczne), to dorosłe już owady produkują więcej feromonów hydroksydanaidalowych (ponad 0,4 miligrama). Jeśli w diecie gąsienic nie ma tych alkaloidów, to korema nie osiąga dużego rozmiaru i substancje zapachowe nie są wydzielane. I tu doszliśmy do trucizny, która zamieniana jest w afrodyzjak (w zasadzie feromon). To co miało odstraszać staje się niezwykle pożądane w życiu Creatonotos gangis. Feromony pozwalają odszukać partnerów do reprodukcji, nawet jeśli są oddaloni o kilka kilometrów. Chemiczna komunikacja jest potrzebna by tak małe organizmy mogły się odnaleźć w wielkim świecie. Tak jak my odnajdujemy swoje „drugie połowy” w globalnej wiosce.

Rośliny produkują alkaloidy jako truciznę, mającą odstraszyć lub choćby „zniesmaczyć” roślinożercom posiłek. Ale jak widać zawsze znajdą się jakieś ewolucyjne przystosowania do znoszenia tej trucizny. Co więcej, owady potrafią wykorzystać ją w swoim metabolizmie. Larwy gromadzą w ciele a po przepoczwarczeniu dorosłe samce wykorzystują do produkcji feromonów, zwabiających samice. Są więc ewidentnie bardziej atrakcyjne. Co cię nie zabije to cię wzmocni – pasuje jak ulał do biologii tej niezwykłej i już sławnej ćmy, Inne gatunki owadów potrafią gromadzić w swoim ciele alkaloidy (lub inną broń chemiczną roślin) przez co same są trujące dla drapieżników. Trucizna, która chroni. 

Więcej na temat ćmy Creatonotos gangis

 

O modliszce, co sesję zdjęciową w telewizji miała

 23550202_10213194747016623_1885009330140447778_oOcieplenie klimatu sprzyja niektórym gatunkom. Przykładem jest modliszka, która od kilku lat coraz częściej jest widywana daleko na północ od swoich dawnych siedlisk. Nieodmiennie wzbudza zainteresowanie. Raz, że spotkanie nietypowe, dwa że owad piękny i niezwykły sam w sobie.W tym roku dostałem kilka informacji o spotkaniach z modliszką w północnej Polsce. Ale te zdjęcia są niezwykłej urody. Modliszka pozowała i… trafiła do telewizji. Gwiazda, jak nic.

Taki list dzisiaj dostałem:

Panie Profesorze

Przesyłam Panu zdjęcia (zatrzymane w kadrze) królowej owadów Modliszki, wykonane w dniu 1.10.2016 w Białymstoku przy ul. Kaszmirowej 23 przez moich znajomych. Zdjęcia zostały wykonane w przydomowym ogrodzie i były publikowane w TV.

Z poważaniem Jerzy Romańczuk

P.S. Życzę dalszej popularyzacji wiedzy przyrodniczej.

Europejska Noc Naukowców i bajka o chruściku z Jeziora Czarnego

22042249_10212810275925086_9013861102005371864_o

O chruścikach, owadach wodnych z rzędu Trichoptera, opowiadałem już na różne sposoby i w różnych gremiach: w terenie na ćwiczeniach ze studentami, warsztatach bentologicznych, z foliami na rzutniku pisma (konferencje i zajęcia dydaktyczne, teraz już rzutniki pisma wyszły z użycia), z rzutnikiem multimedialnym na konferencjach naukowych, zajęciach dla studentów i wykładach popularnonaukowych dla uczniów, dorosłych i seniorów. Ba, malowałem chruściki na butelkach, kamieniach i dachówkach, tocząc przy okazji odpowiednie rozmowy. A w Europejską Noc Naukowców 2017 (29 września) po raz pierwszy o chruścikach opowiem w formie… bajki kamishibai. Sam namalowałem ilustracje (ciężko było, ale się podszkolę jeszcze). Tu mała dygresja – lekcje plastyki są w szkole przydatne, bo nie wiadomo co się w życiu przyda…

Z kamishibai zadebiutowałem rok temu, też na Nocy Naukowców. Opowiedziałem bajkę o cytrynku latolistku, która powstała we współpracy z ODN Target (Poznań). Potem kilka razy jeszcze występowałem przed dziećmi w różnych miejscach i edukacyjnych okolicznościach. Pokusiłem się także o przygotowanie wykładu dla studentów (było o komunikacji i stylach prezentacji, wykorzystałem myślografię). Niedawno przedstawiłem kamishibai na zajęciach z hydrobiologii dla studentów z Japonii… A teraz będzie premiera z opowieścią o chruściku z Jeziora Czarnego. Siwe włosy a ciągle się uczę. Takie czasy, takie czasy… Nowe formy edukacji i upowszechniania wiedzy są niezbędne bo świat wokół nas się zmienia bardzo szybko. Więc trzeba się uczyć, ćwiczyć, eksperymentować. I dzielić się doświadczeniem ze studentami oraz nauczycielami.

21125542_10212580533501669_6683019017086393624_o

Na Noc Naukowców 2017 przygotowałem z różnymi osobami (lubię wsporacować) kilka propozycji. Już od lata można oglądać wystawę dachówek, Molariusz Warmińsko-Mazurski, powstałą w czasie Tygodnia Bibliotek, we współpracy m.in. ze studentami kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Na bazie tych dachówek powstała gra edukacyjna, w której można zauczestniczyć w godzinach 16.00 do 20.00 (Tajemnica Moli Książkowych z Uniwersyteckiej Biblioteki). 

O 16:30 będzie premiera bajki kamishibai pt. „O chruściku z Jeziora Czarnego”). Ponownie bajki tej można będzie wysłuchać o godz. 19.00. 

W godzinach 17:00-19:00 – odbywać się będą warsztaty konstrukcyjne „zrób sobie chruścika” – szycie i klejenie maskotek w kształcie chruścików, które poprowadzi pedagog i pisarka Anna Mikita. Można będzie także oglądać prawdziwe chruściki pod powiększeniem oraz na tablecie obejrzeć filmy o chruścikach.

Natomiast o godzinie 20.00 pojawią się … Wiedźmy i czarownice w laboratorium. 

Zapraszam zatem na wspólne (rodzinne) poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego oraz dyskusje o edukacji (i o chruścikach). Porozmawiajmy o przykładach wspólnych zabaw, nauczeństwa i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Jak blisko domu obserwować przyrodę i jak z niczego można zrobić zabawkę edukacyjną oraz tworzyć opowieści o przyrodzie (wykorzystując mobilny internet).

Chruściki to owady wodne (a ściślej amfibiotyczne), które w stadium larwalnym żyją w środowisku wodnym a dorosłe żyją na lądzie i prowadzą zazwyczaj nocny tryb życia. Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne i norki. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie tam, gdzie są sprzyjające warunki (siedlisko wodne) – spotkać je można w całym kraju. Domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni.

Jakie chruściki żyją w Jeziorze Czarnym? Do tej pory udało się ustalić, że w Jeziorze Czarnym w Olsztynie występują: Leptocerus tineiformis, Triaenodes bicolor, Ylodes simulans, Mystacides longicornis, Athripsodes aterrimus, Oecetis furva, Agraylea multipunctata, Limnephilus flavicornis (ten jest bohaterem bajki edukacyjnej), Limnephius politus, Limnephilsu extricatus, L. lunatus, L. rhombicus , Nepmotaulius punctatolineatus, Glyphotaelius pellucidus, Anabolia laevis, Oxyethira sp., Agraylea multipunctata, Orthotrichia sp., Cyrnus crenaticornis, Holocentropus picicornis, Agrypnia varia, Agrypia picta (oznaczenie niepewne), Phryganea grandis.

Czytaj więcej:

Modliszka pod Ełkiem

modliszka

„Szanowny Panie Profesorze! Przeglądając informacje o modliszkach, natrafiłem na Pana artykuł, mówiący min. o tym,że modliszka na północy Polski to rzadkość. Pozwoliłem sobie, przesłać Panu, jedno ze zdjęć, zrobionych dziś tj. 10 09 2017 r niedaleko Ełku nad jeziorem Selment Duży. Mam nadzieję, że przyda się w pracy naukowej. Z wyrazami szacunku Jerzy Owsianka.”

Jakkolwiek do pracy naukowej mi się nie przyda, bo zajmuję się nieco inna grupą owadów, to do popularyzacji wiedzy na pewno. A umieszczone dane dokumentacyjne z pewnością wykorzystają inni specjaliści. Zatem z całą pewnością się przyda. Dziękuję i pozdrawiam.

Zmiany klimatu uwidaczniają się nie tylko w katastrofalnych zjawiskach pogodowych ale i w zmianie zasięgu występowania gatunków. Modliszka jest gatunkiem południowym i ciepłolubnym. Wcześniej jej tu nie było, teraz cieszy oko przyrodników. Niezwykłe owady można oglądać na spacerze a nie tylko w książkach czy filmach przyrodniczych. 

Miejcie oczy szeroko otwarte, przyroda się zmienia. Nieustannie. Warto te zmiany dokumentować i opisywać. To na podstawie tych danych można będzie wyciągać wnioski co do zmian i zjawisk bardziej ogólnych. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. A w dobie trzeciej rewolucji technologicznej uczymy się nowych, szybszych form komunikacji. 

 Czytaj także:

55 malowanych dachówek w Oranżerii Kultury czyli synergia

dachowkaodwagiTytułowych 55 dachówek zostało pomalowanych drugiego września 2017 r. (coś na sympatyczne rozpoczęcie roku szkolnego) w Oranżerii Kultury w Lidzbarku Warmińskim. Stare dachówki pochodziły z różnych domów w Lidzbarku. Ale to dopiero początek przygody z dachówkami.

Głównym tematem spotkania była różnorodność biologiczna w ogrodzie. Dlatego malowaliśmy kwiaty, owady, ptaki. Czyli wszystko to, co w ogrodzie można spotkać. Malowaniu towarzyszyły opowieści. Ale więcej było malowania niż rozmów o bioróżnorodności. Poczucie sprawstwa (mogę pływać na świat i są od razu widoczne efekty) wciąga i mocno angażuje. Uczestnicy w większości przyszli rodzinnie. Rodzice przyprowadzili dzieci ale sami się mocno zaangażowali w rozwijanie dawno zapomnianych pasji (zobacz więcej zdjęć z malowania w Oranżerii Kultury ).

Każdy może malować. Bo głównym celem jest spotkać się w przestrzeni publicznej i być razem. Kiedyś spotykaliśmy się by drzeć pierze, łuskać fasolę czy szatkować kapustę. Teraz nie mamy takich agrarnych możliwości więc wymyślamy nowe. Bo człowiek jest istotą społeczną. Malowaliśmy na starych już nie potrzebnych dachówkach. Cel dwojaki: aby w tle pokazać, że nie ma rzeczy niepotrzebnych i nie tylko recykling ale i reusing ma sens. W tym przypadku to nawet upcykling. A po drugie, w nawiązaniu do surowca z odzysku, wyrzuconego… pokazać, że nie ma ludzi zbędnych i niepotrzebnych. I rzeczom i ludziom niechcianym można nadać nowy sens. A może raczej go odszukać. I można o tym wzniośle i uczenie mówić. A można działać i uczestniczyć, zamiast słuchać przeżywać i doświadczać.

Przy okazji takie wspólne, rodzinne malowanie to ośmielenie do sztuki. Głównie dorosłych, bo dzieci szybciej i łatwiej się angażują. Są bardziej otwarte i odważne. Ale jak wynikało z rozmów i wpisów do pamiątkowej kroniki, dorośli odkryli w sobie dawno zapomnianą radość z malowania. I że potrafią, że jest to przyjemne. Radość widoczna była w oczach i artykułowanych wypowiedziach. Jest sens się spotykać – malowanie jest tylko pretekstem do rozmów o świecie i o wartościach. Dzieci są bardziej śmiałe w eksperymentowaniu, bez skrępowania, „marnują” dużo farby. Dorośli bardziej przewidują przyszłość, stąd oszczędniej używają farb. Nie chcą, by się marnowało. Wiedzą, że wszystko kosztuje czas i pieniądze.

Dzieci nie mają takich oporów. Eksperymentują, malując nawet palcami. Są odważniejsze i nie boją się, że coś zepsują. A nadmiar farby brudzi nie tylko ceratę, ale i ubrania. Praca z dziećmi jest trudniejsza. Wróciłem z poplamionymi spodniami i koszulą. Na pewno nie tylko ja…

Fajnie mieć dzieci, przy których można się otworzyć. Dorośli w pojedynkę może mniej śmiało by przyszli. Dziecko jest swoistym alibi, dodaje odwagi, łatwiej się wycofać, gdyby atmosfera była mniej przyjazna (ja tylko przyprowadziłam dziecko na zajęcia …). Dzieci ośmielają dorosłych w otwarciu się i spróbowaniu tego, czego się dawno nie robiło. I pomagają odkrywać przyjemność z malowania i odkrywania swoich talentów. Wniosek taki, że edukacja pozaformalna w grupach różnowiekowych i pokoleniowych ma sens.

W przestrzeni publicznej maluję już od dawna. Sztuka jest tylko środkiem – celem jest spotkanie w przestrzeni publiczne i rozmowy z wykorzystaniem różnych kanałów. O głębszym sensie takich warsztatów lub nietypowych wykładów pisałem już wielokrotnie i prezentowałem na Festiwalu Filozofii. Zacząłem malowanie na butelkach (z recyklingu, znalezionych w lesie i jeziorze). Ale farby do szkła dłużej schną. Dobrze się pracuje z dorosłymi lecz z dziećmi jest to trudniejsze (więcej wybrudzonych ubrań, rąk i twarzy). Od kilku lat maluję na kamieniach i starych dachówkach. Farby akrylowe szybciej schną, co jest ważne w przypadku udziału dzieci. Mniej się brudza i łatwiej wyczyścić ze skóry i ubrania.

W tym roku malowanie kamieni nabrało wymiaru społecznego. Na przykład Kamienie z Morąga są społecznie zaangażowane.

A co się stanie z 55 dachówkami z Oranżerii Kultury? Zostaną polakierowane i wystawione. Albo w formie daszku albo zostaną poumieszczane między kwiatami w ogrodach. Będzie okazja na kolejne spotkanie, tym razem autorzy przybędą na wernisaż. Z liczną publicznością. Być może dachówki lidzbarskie posłużą do zainscenizowania gry terenowej z ukrytym, tajemniczym przekazem (zobacz Molariusz na Nocy Naukowców). Się okaże.

Wspomniałem w tytule o synergii. Spotkanie ludzi otwartych i dyskutujących (nie tylko werbalnie) tworzy nową wartość. Coś dodanego, coś co jest więcej niż sumą pojedynczych pomysłów. Ludwik Fleck pisała o tym jako kolektywie myślowym (odnosił do nauki). Sam pomysł malowania kamieni z naciskiem na edukację nie tylko przyrodniczą jest efektem synergii, powstałej na wielu spotkaniach. Tak i teraz wykorzystanie dachówek w Oranżerii Kultury dojrzewa, jako efekt synergii. Niebawem zobaczymy co się z tego wylęgnie. Na pewno coś społecznie wartościowego i pięknego.

wpisydachowkowe

Przeżyć spotkanie z modliszką !

modliszkagizyckoSpotkanie z modliszką zwyczajną (Mantis religiosa L.) jest bez wątpienia przeżyciem. I mam na myśli nie jakiegoś owada, ale nasze emocje. Modliszkę znamy z książek i filmów, jako niezwykle sprawnego drapieżnika o dość niezwykłych zwyczajach (o tym piszę niżej). Dlatego spotkanie jej w bezpośrednim kontakcie wywołuje emocje. Rzadki owad, niezwykły i zazwyczaj widywany tylko w różnorodnych mediach (książki, telewizja, internet).

Pan Marek Holub z Giżycka spotkał modliszkę… i przeżył. Co by nie było spotkanie tak niezwykłego owada w północnej Polsce jest przeżyciem. Ale jak wszyscy wiemy, modliszki w czasie miłosnych amorów zjadają swojego partnera (samca). A skoro przeżył… to znaczy że nie został zjedzony. To oczywiście żart, bowiem modliszki mimo że są drapieżne, do nie atakują człowieka. Żart można pociągnąć dalej, skoro przeżył spotkanie z modliszką, to znaczy nie że miał z nią amorów. I dzięki temu przeżył powrót do domu (nie zginął z ręki partnerki).

Ostatnio dostaję sporo informacji i zdjęć modliszek, spotykanych w różnych miejscach Polski. Tak też dotarło do mnie zdjęcie z Giżycka (niższe zdjęcie zrobione w Kozienicach przysłał p. Krzysztof Główczyński). Kiedy trzy lata temu po raz pierwszy zamieściłem na swoim blogu zdjęcie z modliszką, spotkaną w Olsztynie (Modliszka w Olsztynie czyli zaskakujące skutki zmian klimatu), nie spodziewałem się kolejnych doniesień. Obserwacje wpisywane są w komentarzach. Najwyraźniej ten południowy gatunek szybko rozprzestrzenia się na północ. Jest jednym z wielu przykładów jak przyroda reaguje na ocieplenie klimatu. Z podobnych przyczyn świerk ma coraz gorsze warunki i dlatego zanika. Wymiana gatunków w lasach potrwa kilkaset lat. Duże skutki będą widoczne już po kilkudziesięciu. Sukcesja w lasach trwa znacznie dłużej (rośliny nie poruszają się a drzewa są długowieczne). Zwierzęta są szybsze w dyspersji.

Modliszka jest bardzo charakterystycznym owadem, łatwym do rozpoznania. Dlatego nawet amatorzy mogą wyśledzić to zwierzę. Co prawda do internetowych doniesień niespecjalistów zawsze należy odnosić się z pewną rezerwą (ktoś może świadomie tworzyć nieprawdziwą informację), to jednak liczba doniesień z różnych miejsc jest tak duża, że wyklucza pomyłki. Nie jest możliwe, aby wszystkie te informacje odnosiły się do owadów, które przypadkowo uciekły z hodowli. W najbliższej okolicy Olsztyna dotarła do mnie informacja o spotkaniu ostatnio modliszki w Nowej Wsi oraz Giżycku.

Modliszka zwyczajna jest gatunkiem wybitnie ciepłolubnym (preferuje suche i ciepłe stanowiska), w Polsce osiągała północną granicę swojego występowania (do niedawna stwierdzana jedynie w Kotlinie Sandomierskiej). Piszę w czasie przeszłym, bo skoro obserwowano ją koło Białegostoku, to być może jest i w krajach ościennych, na północ od nas. W Europie Środkowej modliszka występuje na silnie nasłonecznionych polanach i obrzeżach lasów z wrzosowiskami i murawami napiaskowymi. Zdjęcia, jakie do mnie docierają, najczęściej przedstawiają modliszkę na ścianie domu. Może ją tam najłatwiej zaobserwować? Ale może wybiera miejsca najbardziej nasłonecznione i wygrzane.

Modliszka jeszcze do niedawna była uznawana za gatunek silnie zagrożony wyginięciem w Polsce (kategoria EN), a jej nieliczne stanowiska położone były w Kotlinie Sandomierskiej. Obserwacje z ostatnich lat wskazują, że modliszka zwiększa obszar swojego występowania Grzegorz Łazarski, w notatce opublikowanej w 2016 roku, na łamach czasopisma „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” wspomina o nowych stanowiskach tego gatunku na Wyżynie Małopolskiej. Ale podaje także informacje o obecności modliszki na Wyżynie Lubelskiej, w Karpatach, Wzniesieniach Południowomazowieckich, Niziny Śląskiej, Górach Świętokrzyskich, i dalej na północ: z okolic Warszawy, Puszczy Białowieskiej, Olsztyna, Białegostoku.

21175545_1536327209765275_289104030_nModliszka jest jednym z wielu gatunków owadów, które rozszerzają zasięgi swojego występowania na północ (niedawno pisałem o długoskrzydaku sierposzu). Jednym z powodów jest ocieplenie klimatu (ciepłe zimy sprzyjają przetrwaniu jaj modliszki). Specjaliści wskazują także na zwiększoną dostępność dogodnych siedlisk: zbiorowisk ekotonowych i otwartych, jak i wzrost powierzchni odłogów. Ocieplenie klimatu jest zagrożeniem dla jednych gatunków (wycofują się na północ) ale dla innym sprzyja.

Głównym zagrożeniem dla modliszki jest zalesianie odłogów i pól na ubogich glebach oraz wypalanie trwa. Swoją sławę modliszki zawdzięczają nie tylko charakterystycznemu wyglądowi, ale przede wszystkim przerażającemu zwyczajowi pożerania samca przez samicę podczas kopulacji.

Swoją nazwę zawdzięcza ułożeniu odnóży pierwszej pary – niczym modląca się mniszka. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny, często zastyga w bezruchu, czekając na ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. A ona po prostu cierpliwie i w bezruchu czeka na ofiarę do zjedzenia. Poluje na owady i pająki, siedząc nieruchomo na niskich roślinach i czekając, aż ofiara przybliży się na tyle, żeby można było ją pochwycić parą przednich odnóży. Jedzonko samo przychodzi, nie trzeba za nim ganiać…

Modliszki znamy z ich drapieżnych zwyczajów oraz faktu zjadania samca po kopulacji (kopulacja trwa długo, czasem kilka godzin). Samce są zazwyczaj mniejsze od samic. Dlatego łatwo mogą paść ofiarą żarłocznej samicy. Do kanibalizmu częściej dochodzi w przypadku modliszek trzymanych w hodowli. W przyrodzie samcom łatwiej umknąć. Niemniej – jak twierdzą biolodzy – nawet po utracie głowy kopulacja trwa dalej. A nawet dekapitacja przyspiesza zaplemnienie. Zdawałoby się dziwny zwyczaj.

Płciowość jest w jakimś sensie rozrzutnością przyrody: bo rola samca sprowadza się zazwyczaj do zapłodnienia. Cały koszt wyprodukowania jaj (znacznie większe od plemników, a więc potrzebują więcej energii) spoczywa na samicach. W rezultacie za liczbę potomstwa odpowiada zaledwie połowa populacji. U gatunków dzieworodnych wszystkie osobniki produkują potomstwo. Czysty zysk? Ale w ewolucji pojawiło się rozmnażanie płciowe (kosztowne). Jakie są z niego korzyści? Zwiększona różnorodność i rekombinacja materiału genetycznego. Jest to szczególnie ważne w zmieniającym się środowisku. W tym przypadku mniej znaczy lepiej (a więc więcej).

Modliszka nie jest jedynym przypadkiem, gdy samica pożera samca po kopulacji (częste spotykane także u pająków). Spełnił swoją rolę i „nie jest potrzebny”. Ale jego biomasa może się przydać (swoiste alimenty). Zatem samiec bohatersko poświęca się dla swojego potomstwa (najedzona samica złoży więcej jaj). Inną formą energetycznej inwestycji samców w potomstwo jest opieka nad jajami lub młodymi. Te formy spotyka się u różnych gatunków zwierząt. Nie chcesz się opiekować potomstwem? To cię zje samica.

Jakieś skojarzenia i analogie? Jest powód do rozmów towarzyskich. Wiedza przyrodnicza się przydaje także w kontaktach społecznych.

 

Edukacyjne kamienie w przestrzeni publicznej

dialogDo tej pory malowałem na kamieniach lokalną różnorodność biologiczną, głównie rośliny i owady. W mojej intencji miały być elementem edukacyjnym i jednocześnie przyrodniczym street-artem. Wykorzystywałem także jako element gry terenowej z elementami questingu – by nadać mały element przygody w poszukiwaniu kolejnych kamieni i odgadywaniu gatunków. By zainspirować do poszukiwania wiadomości na temat spotykanych „chwastów i robali”. W społecznych plenerach w parku czy na trawniku, wspólne malowanie było zakończeniem opowieści o motylach czy niezwykłych chwastach, zwieńczeniem akcji zakładania miejskiej łąki itd. Leżąc w parku czy na trawniku nieustannie zachęcały do kontynuacji i kolejnych spotkań. Wspólne malowanie to pretekst do bycia razem i tworzenia choćby efemerycznej wspólnoty.

Na lipcowym plenerze w Zastawnie odkryłem coś jeszcze. Malując słowa można wykorzystać kamienie, fragmenty dachówek czy okruchy betonu do edukacji społecznej. Pomysł ten podsunęły mi projekty „kufra z marzeniami” czy „koszyka dobrych życzeń” (z którymi wcześniej miałem przyjemność się zapoznać). Nie jest więc to całkiem nowy pomysł. W przyrodzie i ludzkiej kulturze dominuje wszak ciągłość i nieustanne przetwarzanie. Nieustanna ewolucja.

szukajPokruszone stare dachówki, fragmenty doniczek… to niepotrzebne nikomu elementy. Niejako „zepsute”, zbędne, odrzucone na śmietnik. W ujęciu społecznym dobrze to ilustruje ludzi „niepotrzebnych”, wykluczonych, wyalienowanych. We współczesne Polsce nawet większość jest wyrzucona poza nawias, poza naród, nazwana kanaliami, zdradzieckimi mordami, obrażana na wszelkie sposoby. Może dlatego temu „gorszemu sortowi” akcja malowania i pisania na kamieniach czy starych dachówkach przypadła szybko do gustu? Taki drobny street art z edukacyjnym przesłaniem, najszybciej zakorzenił się w Elblągu i Morągu (zobacz Elbląg, oarz „kamienie przemówiły„, plener w Zastawnie).

Malowane kamienie i fragmenty ceramiki, potłuczone dachówki, gliniane garnki czy donice. Ze słowami ważnymi dla wszystkich „potłuczonych” i „wyrzuconych”, z ich marzeniami. Jeszcze tylko dodać element terenowej gry miejskiej i być może QR Kody, przekierowujące do szerszego opisu, a społeczne przesłanie będzie głębsze i pełniejsze.

Wakacje długie. Może się uda.

kamienie_z_parku_centralnego