Kubecznik co wspomnienia przyrodnicze z dzieciństwa przywołał

perydioleKilka dni temu na Facebooku zobaczyłem dwa niezwykłe zdjęcia pani Katarzyny Witkowskiej, przedstawiające grzyba o nazwie kubecznik pospolity. To znaczy nazwę poznałem dopiero po doczytaniu, ale sam obraz przywołał wspomnienia z dzieciństwa, kiedy rodziły się moje zainteresowania przyrodnicze.

Nie wiem kiedy to było, czy w szkole podstawowej, czy w szkole średniej. Nie pamiętam co było impulsem, być może jakaś książka. Założyłem zeszyt, gdzie zacząłem prowadzić notatki z obserwacji przyrodniczych. Kiedy zakwitły rośliny (obserwowane koło bloku lub na spacerze nad Wisłą), jakie widziałem ptaki itp. Przerysowywałem skamieniałości znalezione na kupie żwiru itd. Nie było dużo tych notatek. A w Imielnicy (pod Płockiem) na działce znalazłem dziwne grzyby. Były jakieś inne od wszystkich mi znanych, więc zrobiłem rysunek. Wtedy nie wiedziałem co to był za dziwny gatunek. Zeszyt chyba zaginął, ale rysunek został w pamięci. I gdy zobaczyłem zdjęcia pani Witkowskiej – wspomnienia wróciły.

Przy okazji poszukam tego zeszytu. Wszystko w nim było, notatki przyrodnicze, wiersze, jakieś bazgroły. Jak znajdę to zamieszczę mój rysunek, tu na blogu. W innym zeszycie zapisywałem obserwacje migracji ślimaków winniczków. Byłem na wakacjach, na wsi. A w krzakach i chaszczach spotkałem winniczki. Zrobiłem plan terenu (gdzie odbywały się przeliczne zabawy w Robinsona i wiele innych przygód wakacyjnego dzieciństwa), nadawałem nazwy „geograficzne”, a spotykane ślimaki oznaczałem numerami, rysując ołówkiem cyfry na ich muszlach. Notowałem gdzie je spotkałem (do tego potrzebne były mi owe „nazwy geograficzne” – o GPS wtedy nikt nie słyszał). A potem ponownie szukałem i notowałem miejsce powtórnego spotkania. Chciałem sprawdzić jak daleko mogą wędrować i ile ich jest. Codziennie spotykałem inne ślimaki (powtórnych spotkań było niewiele). Albo ich tam było rzeczywiście dużo, albo ołówkowy grafit szybko się ścierał. Może i ten zeszyt z wakacyjnymi obserwacjami i „naukowymi” notatkami się gdzieś zachował? Może teraz potrafiłbym opracować te obserwacje i wyciągnąć jakieś sensowne wnioski?

Niebawem Noc Biologów, wielu młodych (ale i także dorosłych) ludzi przyjdzie posłuchać wykładów, uczestniczyć w doświadczeniach i pokazach. Może i w kolejnych głowach narodzi się pasja naukowa i zaczną uczyć się naukowej rzetelności notowania obserwacji i eksperymentów. Bardzo bym chciał.

Coś wypada napisać o kubeczniku, uwiecznionym na zdjęciu (wnętrze owocnika z perydiolami). Kubecznik pospolity (Crucibulum laeve (Huds.) Kambly) to grzyb z rodziny pieczarkowatych (Agaricaceae). Po raz pierwszy gatunek ten opisany został w 1778. Nie jest jadalny więc w pospolitych atlasach grzybów go nie znajdziecie. Jest saprofitem, rozwija się na szczątkach drewna, opadłych gałęziach, spotkać go można w zaroślach, lasach, nad potokami, przy drogach. Ja spotkałem w szopie… Nie wiem czy został tam na patyku przyniesiony czy się rozwinął w szopie. Kubecznik pospolity jest gatunkiem szeroko rozprzestrzenionym. Występuje głównie na półkuli północnej (Ameryka Północna i Środkowa, Europa, Azja), ale spotkać można go też w Australii i Nowej Zelandii. W Polsce jest gatunkiem pospolitym. Ale ja w naturze widziałem go tylko raz, kilkadziesiąt lat temu. Może nie wiem gdzie i kiedy go szukać?

Przyroda nieustannie się zmienia. Warto prowadzić systematyczne obserwacje i notować je w dowolnym notatniku. Nawet zwykłym zeszycie. A współcześnie możemy dokumentować także fotograficznie.

*  *  *

Znalazłem! (6 maja 2016), notatki z roku 1977.

kubecznik

Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia 2015

szopkaNa nadchodzące Święta Narodzenia Pańskiego przesyłam Wam życzenie spokojnych i pełnych refleksji dni. Odpocznijmy od komputerów, internetu i codziennych swarów. Podzielmy się opłatkiem i miłością (a nie lepszych i gorszych, którzy nieustanie się zwalczają). Niezależnie od pogody niech Święta Bożego Narodzenia 2015 będą dla nas wypełnione rodzinnymi rozmowami i radością.

I szczęśliwego, Nowego Roku (2016) !

Rodzice, Samorządowcy, Nauczyciele, wszyscy którym zależy na dobru polskiej edukacji!

Jeśli się pisze, a ktoś czyta, to i reakcje są. Czasem formie facebookowych lajków, czasem udostępnienia i upowszechnienia wpisu, czasem komentarzy czy nawet przedruku w innym miejscu. A czasem w formie dłuższych listów. Po kilku tekstach o gimnazjach otrzymałem obszerny list z załącznikami z Mławy. Pierwszy publikuje, a wszystkie dotyczą edukacji i gimnazjów.

S.Cz.

ratujmy_gimnazjum

Rodzice, Samorządowcy, Nauczyciele, wszyscy którym zależy na dobru polskiej edukacji!

Dla dobra Polski, dla przyszłości naszych dzieci, wzywamy do wspólnej obrony przed likwidacją polskich gimnazjów. Wzywamy do ratowania szkół podstawowych i liceów przed pogorszeniem warunków wychowania i nauczania.

Reformy ostatnich lat pogłębiły zły stan polskiej oświaty. Narzucenie obowiązku szkolnego 6-latków doprowadziło do stłoczenia dzieci z 4 roczników w klasach I–III szkoły podstawowej. W wyniku obecnej reformy w jednej szkole, w gorszych warunkach znajdą się małe dzieci i młodsza młodzież.

Pomimo niżu demograficznego, w szkołach średnich liczba uczniów zwiększy się nawet o 1/3. Pogorszą się warunki bezpieczeństwa i nauczania, zwiększy się liczba uczniów w klasach, opóźni się czas kończenia zajęć. Obecne klasy V i VI szkoły podstawowej w 2019 roku staną się jednym, podwójnym rocznikiem!

Ponadto, likwidacja gimnazjów pogłębi proces „zwijania” polskiej prowincji. Pozbawi polską wieś kolejnych, ważnych instytucji integrujących społeczność gminną. Młodzież będzie zmuszona o rok wcześniej rozpocząć dojeżdżanie do szkół na własny koszt pogarszającą się komunikacją PKS.

Przy właściwej sieci szkół, przejście dziecka z podstawówki do gimnazjum umacnia więzi społeczne, pozwala na swobodny wybór rodzaju szkoły. Rozbicie dotychczasowych więzi koleżeńskich następuje dopiero wraz z przejściem do szkoły średniej. Likwidacja gimnazjum przyspiesza ten proces o rok. Zmusza do wcześniejszego wyboru szkoły średniej i profilu kształcenia. A te decyzje mocno rzutują na dalsze losy edukacyjne i przyszłą pozycję na rynku pracy.

Nie jest przypadkiem, że to właśnie na Północnym Mazowszu bronimy polskiego gimnazjum. To tutaj, w Płocku w 1180 roku powstała pierwsza w Polsce szkoła średnia I etapu tzw. trivium. To tutaj, w Mławie w 1906 roku, w zaborze rosyjskim, powstała polska szkoła ponadpodstawowa, nazwana w 1916 roku Gimnazjum Filologicznym. W niepodległej II Rzeczypospolitej uporządkowano strukturę szkół z podziałem na podstawowe oraz średnie: gimnazjum i liceum, z „małą” i „dużą maturą”. Stąd po 1934 roku powstało Państwowe Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Wyspiańskiego.

Dopiero w okresie PRL stalinowska reforma z 1948 roku wygasiła gimnazja, wprowadziła dwuszczeblowy system szkolnictwa. Po upadku komunizmu, w niepodległej Polsce, odtwarzano tradycyjne polskie instytucje: urząd Prezydenta RP, Senat, samorządy. W 1999 roku rząd Akcji Wyborczej Solidarność przywrócił trójszczeblowy system szkolnictwa, z gimnazjami we wszystkich gminach. W powiecie mławskim powstało 17 gimnazjów. W ciągu szesnastu lat swojego istnienia, tworzone w trudnych warunkach, odegrały ważną rolę w rozwiązaniu problemu kształcenia pokolenia wyżu demograficznego. Dostosowały się do specyfiki kształcenia 13 – 16 latków.

Reforma ministra Mirosława Handke wyrastała z badań pedagogicznych. Oparta była na zasadzie spiralności, sprzyjającej stopniowemu rozwijaniu wiedzy i umiejętności. Wprowadziła ona trzyletnie cykle pokoleniowe dopasowane do dynamicznego tempa dorastania dzieci i młodzieży. Warto wrócić do jej zasad!

Obecny zamiar dwuszczeblowego kształcenia, uzasadniający likwidację gimnazjów, to rozwinięcie szkodliwej reformy minister Katarzyny Hall. W roku 2008 wprowadziła ona liniowy, 4-letni cykl programowy, niesprzyjający rzeczywistemu uczeniu się: sztucznie połączyła 3-letnie gimnazjum z 1. klasą liceum.

W przededniu ponownej próby likwidacji polskiego gimnazjum wzywamy do wspólnego działania rodziców, samorządowców, nauczycieli, a także wszystkich tych, którzy chcą reformować, a nie wygaszać polskie szkoły! Wszystkich, którym bliska jest edukacja narodowa oparta na niepodległościowej tradycji, a nie na restytucji systemu oświatowego z okresu PRLu. Tworzymy inicjatywę „Brońmy gimnazjum – ratujmy polskie szkoły”. Zapraszamy na spotkanie: 15 grudnia b.r. (wtorek) w Mławie w auli PWSZ ul.Warszawska 52, o godzinie 16.30.

Wiesław Popek, Dyrektor Zespołu Szkół w Strzegowie

Witold Okumski, Radny Rady Powiatu Mławskiego Dyrektor Zespołu Szkół w Radzanowie

Tomasz Chodubski Radny Rady Powiatu Mławskiego Nauczyciel I Liceum Ogólnokształcącego im S. Wyspiańskiego w Mławie

12395619_917104078339501_1331128549_n

Żeby gadanie nie było tyko pisaniem

kawiarnia_barczewo1

W tytule bloga jest „gadanie”, ale przecież jest to pisany blog (z małymi wyjątkami), Zamiast do słuchania zmuszam do czytania i oglądania zdjęć. W każdym razie są to opowieści o moich poszukiwania, także edukacyjnych. Do tego, żeby gadanie było także i gadaniem sensu stricte wszystkie techniczne środki mam od dawna. Potrzebne tylko decyzje…. w moim mózgu i dostrzeżenie tych możliwości. A potem pozostaje po prostu spróbować. Więc już teraz próbuję (efekt widoczny niżej).

Wyrosłem w kulturze słowa pisanego. Ale świat się zmienił zasadniczo. Technologia umożliwia to, co dawniej było nieosiągalne. I jest jeszcze jeden powód, by się w końcu rozgadać. Zmiany jakie dokonują się w edukacji wymuszają poszukiwanie nowych form. Brakuje oferty dla osób dorosłych. Nie zaspokajają jej ani uniwersytety trzeciego wieku ani dotychczasowe formy upowszechniania nauki. Jedną z możliwości są kawiarnie naukowe i różnorodne centra nauki. Kolejny krok w tworzeniu warunków edukacyjnych..  nauki dla dorosłych.

W nowym roku spróbuję zrealizować kolejne, małe działania, zmierzające do tworzenia kawiarni naukowych na tak zwanej prowincji, jako wyraz zmian, wynikających z trzeciej rewolucji technologicznej. Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry, ale dlatego, że ma dobre warunki do wzrostu. Twórzmy więc warunki  i dobra przestrzeń edukacyjna. Nie chodzi więc o wymyślanie kolejnych programów czy tworzenie nowych instytucji. Wiedza w małych porcjach w rozproszonych formach i z aktywnym udziałem odbiorców tej wiedzy poszukuje odpowiednich warunków w przestrzeni. Kolejny krok w materializowaniu nauczeństwa.

A tymczasem przesyłam wideokartkę dla kawiarni naukowe w Barczewie. Nie mogę być fizycznie na czwartkowym spotkaniu, niech więc choć tak włączę się do dyskusji.

Duchowość, wirusy i głupota

filizanka_i_ciatskoGłupota to błędna ocena rzeczywistości. Tak jak np. wada wzroku nie pozwala dobrze rozpoznać i ocenić tego, co nas otacza. Jestem krótkowidzem, dlatego noszę okulary, korygujące moją wadę. Z głupoty raczej nie zdajemy sobie sprawy, więc odpowiednich „okularów” nie poszukujemy.

Wyobraź sobie, że jesteś w obcym terenie, gdzieś w lesie lub nieznanym ci mieście. Ale masz mapę, więc sobie poradzisz i wszędzie trafisz. A co jeśli to nie jest mapa z tego miasta (miejsca)? Pozostanie złudzenie, że wszystko jest dobrze, tylko ciągle drogi znaleźć nie będziesz mógł. Błądzenie zapewnione, bo mapa oddaje błędną rzeczywistość. Jest złym, nieadekwatnym modelem otaczającej rzeczywistości. Sama mapa nie jest zła, tylko nieświadomie stosowana jest do poruszania się w niewłaściwym miejscu. To tak jakby wkładać ubrania do lodówki, myśląc że to pralka (w sumie podobne urządzenia). Tym jest głupota – niewłaściwą oceną rzeczywistości: albo model świata jest nieodpowiedni, albo nie potrafimy zastosować odpowiednich „map”.

Przez większość ewolucyjnego czasu żyliśmy w hordach-plemionach. Zarówno nasi ewolucyjni przodkowie, jak i sam Homo sapiens. Żyliśmy w grupach około 150 osobników łowców-zbieraczy czy myśliwych. Konkurowaliśmy o zasoby z innymi hordami-grupami. I szorstka była to przyjaźń, mimo, że stanowiliśmy jeden gatunek. Tę naszą pierwotną naturę możemy obserwować obecnie u naszych dalekich ewolucyjnych krewniaków: szympansów czy pawianów lub u lwów (te ostatnie żyją w znacznie mniejszych grupach). Obcy to wróg – zabić lub przepędzić. Obcy zapach, obca kultura, obcy język. Żyjąc przez setki tysięcy lat w takich hordach, w dużym stopniu wyizolowanych od innych krewniaków, tworzyliśmy własny język, obyczaje, własną rozpoznawalną kulturę (identyfikacja: kultura niczym zapach, odróżniający od obcych). Nawet na małym obszarze, np. Papua-Nowa Gwinea co wioska to inny język. Jak się porozumiewać? Istna wieża Babel. Nijak nie można się dogadać – znacznie łatwiej walczyć ze sobą.

Być może z tego dawnego okresu bierze się nas stosunek do kobiet. Horda nie mogłaby ewolucyjnie funkcjonować bez wymiany genów. Inna grupa-horda to śmiertelny wróg, ale samce można pozabijać a kobiety porwać. Zdobyta kobieta zawsze będzie więc podrzędną istotą (usprawiedliwiona przemoc). Czy jak u lwów, gdy nowy samiec zabije lub przegoni dawnego pana haremu, przejmuje we władanie wszystkie samice… ale młode lwiątka (potomków dawnego króla sawanny) od razu zabija. Wracając do człowieka i stosunku do kobiet – zmieniły się warunki, zmieniły się społeczeństwa, kobiet już nie porywamy (przynajmniej w naszej kulturze). Dawne modele zachowania stały się nieadekwatne. Stąd współczesna emancypacja kobiet i brak akceptacji dla przemocy domowej.

W czasie pierwszej rewolucji technologicznej, w neolicie, gdy powstało rolnictwo i zaczęły kształtować się zupełnie inne społeczeństwa, nastąpiła duża ewolucyjna zmiana. Ludzie zaczęli żyć w większych społecznościach i premiowana była współpraca. Pojęcie „swój” znacznie się rozszerzyło. O ile koczownicy prowadzili wojny by fizycznie zlikwidować inne grupy, to rolnicy toczyli wojny by zdobyć teren i ludzi (środki produkcji). Rolników może dziwić brutalność i okrucieństwo koczowników – są z innego świata, niekompatybilnego. Inne kultury inne cywilizacje. Inne światy… w których poprawne poruszanie się zapewniają zupełnie inne mapy kulturowe. Społeczeństwa rolników musiały zmniejszyć agresję jednostek a zwiększyć współpracę, także poprzez rozszerzenie pojęcia „swój” na innych. Krąg swojaków znacznie się zwiększył, a zmniejszył krąg wrogów.

Można powiedzieć, że religia (a przynajmniej niektóre systemy religijne) jest sposobem na życie w nowym, dużym społeczeństwie. Nie wróg a bliźni… mimo, że różni się kolorem skóry, językiem, zwyczajami. Premiowana była nie wojowniczość a umiejętność negocjacji, dyskusji, nie pokonywanie w walce na śmierć i życie ale przekonywanie w rozmowie. Zupełnie inny typ bohatera, już nie krwawy wojownik, ale mędrzec, uduchowiony pustelnik. Tak rozumiana religijność nie tylko ułatwia tworzenie dużych cywilizacji i współpracujących społeczeństw. Jest w jakimś stopniu dobrym przystosowaniem biologicznym (ewolucyjnym) do życia w nowych warunkach coraz bardziej globalnego świata. Alternatywą są nieustanne wojny, podsycane atawistycznym poczuciem plemienności. Wspomniane przystosowania ewolucyjne dotyczą w największym stopniu kultury a zapewnia to religia, duchowość (przynajmniej niektóre z nich). Być może w jakimś stopniu zmiany dotyczą naszego biologicznego podłoża i pracy mózgu (umiejętność współpracy, tłumienie agresji itd.).

Ewolucja jest procesem ciągłym. Nie od razu dawne, korzystne w innych warunkach, cechy znikają. Głęboko zakorzeniona w nas plemienność ujawnia się w tworzeniu obrazu wroga. Musi być zły, niedobry, wstrętny. Bo tak łatwiej z nim walczyć. Ale świat bardzo się zmienił. Te ewolucyjne przystosowania są nieadekwatne do obecnego środowiska i świata kulturowego. Jak zła mapa, nie z tego miejsca. Religijność ułatwia dostrzeżenie bliźniego w drugim człowieku.

Atawistyczne ujawnianie się plemiennej wrogości co jakiś czas się uwidacznia w życiu społecznym. Krwawi przywódcy wojowników ciągle na nowo budują obraz śmiertelnego wroga, którego trzeba nienawidzić i zwalczać. Pokonać i eliminować, z odwołaniem do najgłębszych emocji o podłożu moralnym. To jest zła mapa, nie pasuje do współczesności. Można porównać do głupoty, opisanej na wstępie.

Na zakończenie jeszcze informacja z laboratoriów. Naukowcy z USA odkryli wirusa, który… ogłupia ludzi. Wirus ten atakuje ludzki mózg i obniża jego sprawność. Odkryto go (tego wirusa) podczas badań drobnoustrojów, znajdujących się w naszych gardłach. Wspomniany wirus nigdy wcześniej nie był notowany u ludzi, rozmnaża się w glonach. Zarażone nim osoby, niezależnie od wykształcenia i wieku, wolniej przetwarzały informacje wizualne i osiągały niższe wyniki w zadaniach mierzących koncentrację. Wpływa na zachowanie, funkcje poznawcze i wyobraźnię przestrzenną. Ciekawe jak dochodzi do zarażenia? Być może byłby to pierwszy udokumentowany przypadek, że „głupotą” można się zarazić.

Bogactwem Śląska nie jest już węgiel !

slask_kapital_2Miałem przyjemność uczestniczyć (z wykładem plenarnym) w Gliwicach w Konferencji i Targach „Edu IT. Nowe technologie w edukacji.” Pośród wielu inspiracji (niebawem opiszę tu na blogu) spotkało mnie duże zaskoczenie. Inaczej wyobrażałem sobie Górny Śląsk i miasto znane z kopalni węgla. Na własne oczy zobaczyłem, że obecnie bogactwem Śląska wcale nie jest węgiel. Bogactwem jest kapitał ludzki i nowe technologie.

Konferencja odbywała się w budynkach dawnej kopani węgla. Ale po rewitalizacji mieszczą się tu różne urzędy i instytucje edukacyjne. Między innymi Śląska Sieć Metropolitalna. W konferencji brało udział ponad 600 osób: nauczycieli, władz oświatowych, przedstawicieli samorządu i biznesu. Miałem okazję zobaczyć rewelacyjne, nowe technologie i uczestniczyć w ważnych dyskusjach, dotyczących przyszłości edukacji. A za oknem… kilka budynków firm, związanych z nowymi technologiami. To one dają pracę i tworzą bogactwo. Gdzieś w pobliżu jeszcze widać hałdę, pozostałość po dawnej węglowej świetności. Symbolicznie oddaje to, co się w gospodarce współczesnej dzieje: nie surowce i energia ze źródeł odnawialnych ale nowe technologie, które potrzebują zupełnie nowych surowców: kapitału ludzkiego. Nowoczesność karmi się edukacja i wiedzą.

Śląsk jest już inny, inny niż ten z naszych wyobrażeń, karmionych przeszłością. Na tegorocznej Barbórce – jak wspominali miejscowi – 50% uczestników było… z Warszawy. Oni jeszcze nie dostrzegli zmian cywilizacyjnych i dokonującej się trzeciej rewolucji technologicznej. W zasadzie powinni się udać na jakiś event do skansenu lub muzeum techniki….

Na dolnym zdjęciu drukarka 3D, drukująca gliną. Więcej zdjęć z konferencji

slask_kapital_1

Straszenie koziułką czyli komarnicą

koziolka

Strach ma wielkie oczy. Niegrzeczne dzieci straszyło się różnymi postaciami czy potworami. Teraz straszymy się owadami, czego przykładem jest zamieszczona ilustracja, znaleziona na Facebooku. Jak widać, wiedza przyrodnicza przydatna jest nie tylko artystom (czytaj: Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście) ale i straszącym. Komary są krwiopijne, to fakt. I wszystkie do nich podobne owady wzbudzają strach, na przykład ochotki (Chironomidae), czy takie duuuże „komary”, że aż strach. Mam na myśli komarnice czyli koziułki z rodziny koziułkowatych (Tipulidae). Trochę pokrojem przypominają komary, ale są zazwyczaj dużo większe. A jak duże i podobne do komara, to już straszne niesłychane. Bo tak duży to musi porządnie ukąsić i wypić z ćwiartkę krwi…

Na rysunku ewidentnie jest koziułka (komarnica). Więc spać można spokojnie. Na dodatek krwiopijne są samice, nie samce. Zatem trzeba zmienić nie tylko rysunek ale i podpis, zwłaszcza jeden fragment na „będę patrzyła”.

Polskie ślimaki co polskimi wcale nie są

polskie_slimakiSłowa „polski, narodowy, patriotyzm” są ostatnio często używane , w powiązaniu z nadawaniem im wartości pozytywnych. „Polskość” ma uzasadniać sens działań i usprawiedliwiać wszelkie poczynania. Na przykład mają być media repolonizowane (cokolwiek miałoby to znaczyć). No cóż, często (jeśli nie najczęściej) są to frazesy, za którymi kryje się ignorancja i głupota. Słowo wytrych, które ma nas skłaniać do akceptacji wszelkich działań. Dla ilustracji swojej myśli posłużę się przykładem … przyrodniczym. Analogia daleka, ale wnikliwy umysł szybko zrozumie sens przekazu.

Kilka dni temu w sklepie spotkałem ciekawy produkt, opatrzony kartką „polskie ślimaki”. Pomyślałem, że chodzi o ślimaka winniczka (Helix pomatia). Ucieszyłem się, że to produkt lokalny i produkowany z „tutejszych” ślimaków. Przyjrzałem się opisowi i od razu zwróciła moją uwagę błędnie zapisana nazwa gatunkowa: „helix aspersa”. Już wielokrotnie pisałem o błędach w nazwała naukowych (łacińskich). Pierwszy człon nazwy (rodzajowy) powinien rozpoczynać się wielką literą, a cała nazwa powinna być napisana kursywą: Helix aspersa (mała ale jakże istotna różnica). Pamiętałem, że w Polsce żyją dwa gatunki z rodzaju Helix. Ale ten drugi jest pod ochroną i żyje na południu Polski. Więc po powrocie do domu zacząłem poszukiwania.

W Polsce występują dwa gatunki ślimaków, które wykorzystywane były (i są) w celach kulinarnych: powszechnie znany ślimak winniczek Helix pomatia i mniej znamy ślimak żółtawy Helix lutescens. Zatem co to za gatunek ten Helix aspersa? Z całą pewnością nie jest polski. A przynajmniej do tej pory nie był. W przyrodzie jednak zmiany zachodzą bardzo szybko….

Jak niezwłocznie w internecie wyszukałem, jest to ślimak hodowlany, pochodzący z północnej Afryki. Zatem jego „polskość” najpewniej sprowadza się do hodowania w Polsce. Produktem lokalnym zapewne więc jest. Ale to w pełni imigrant – że posłużę się takim społecznym porównaniem (jakże współczesnym). Co więcej, nosi on obecnie naukową inną nazwę, Cornu aspersum (O. F. Müller, 1774) synonim Helix aspersa Müller, 1774. Co oznacza ta nazwa? Pierwsze dwa wyrazy to nazwa gatunkowa ślimaka, w nawiasie znajduje się nazwisko badacza, który opisał ten gatunek, i rok w którym praca się ukazała. A w nawiasie, by zaznaczyć, że nazwa rodzajowa uległa zmianie w wyniku naukowej rewizji. Stało się to w 1988 roku (w wyniku rewizji i uznania, że gatunek powinien być umieszczony w innym rodzaju, ze względu na znalezione różnice). Starsza nazwa jest od tego momentu synonimem (proszę zwrócić uwagę, że nazwisko nie jest ujęte w nawiasie). Język naukowy jest bardzo precyzyjny. Dlatego nazw gatunkowych nie można zapisywać dowolnie, wszystko ma swoje znaczenie i pozwala bezbłędnie zidentyfikować gatunek biologiczny. Minimum zapisu maksimum treści. Przy zachowaniu precyzji.

Błędnie zapisana nazwa na puszcze nieco razi, ale pozwala na identyfikację gatunku ślimaka. Jego polskość – tak podkreślana w sklepie – jest problematyczna i myląca. Ale zapewne obecnie bardzo słuszna ideowo i łatwiej sprzedać. Takie czasy, takie czasy….

Gdy szukałem informacji o tym afrykańskim ślimaku – antropochorycznym, gdyż rozprzestrzeniany jest przez człowieka (tak samo jak nasz rodzimy winniczek, który na Warmię i Mazury dotarł w średniowieczu wraz z zakonnikami), dotarłem do takiej informacji w internecie (i aż mi włosy stanęły dęba z wrażania):. „Ślimak hodowlany Helix Aspersa Maxima pochodzi z rodziny Helicidae. Znany jest jako Ślimak afrykański, duży szary, gros gris. Został sprowadzony do Francji z Afryki Północnej. Tempo jego wzrostu jest szybsze niż w przypadku ślimaka Helix aspersa muller oraz Helix Pomatia (winniczek), co wpływa na decyzję, który z tych gatunków hodować. Dodatkowym aspektem jest fakt, że winniczki są w Polsce pod ochrona i mogą być pozyskiwane ze środowiska naturalnego tylko przez jeden miesiąc w roku. Odmiana Helix Maxima potrzebuje jednego sezonu tj. od wiosny do jesieni, by uzyskać odpowiednią.”

Istne pomieszanie z poplątaniem. Trudno powiedzieć co to jest „Helix Aspersa Maxima” czy to podgatunek Helix aspersa maxima czy też „Maxima” to odmiana hodowlana tego ślimaka. „Helix Pomatia” powinien być zapisany jako Helix pomatia. A „Helix aspersa muller” to błędnie zapisana nazwa, gdzie nazwisko badacza zostało zapisane małą literą. Naukowa ignorancja. Ponadto w języku polskim nazwy gatunków zapisujemy małą literą, a więc nie „Ślimak afrykański” tylko ślimak afrykański.

Ignorancja w wiedzy przyrodniczej jak i w sprawach społecznych wygląda równie karykaturalnie. Nadużywanie słowa „polski” (z odmianami „narodowy”) powinno budzić w nas czujność: jakie to oszustwo ktoś nam chce wcisnąć.

Aby dowiedzieć się więcej o tym ślimaku polecam encyklopedyczne hasło na angielskojęzycznej Wikipedii (w polskiej jeszcze nie ma). Gatunek obecnie kosmopolityczny i w jakimś sensie „udomowiony”. Można powiedzieć, że to dawny imigrant z Afryki, który dość dawno zadomowił się w Hiszpanii i Francji. A obecnie jest „polski”. Nie wiem jak smakuje, ale nie omieszkam sprawdzić. Dla smaku nie ma znaczenia, czy opatrzony zostanie etykietką „polski”, lecz jak został przyrządzony. Natomiast jego „afrykańskość” nie umniejsza lokalności, jeśli u nas był hodowany.

Głos w sprawie gimnazjów

lawkawarszawaPrzenoszę z komentarza (wpis Gimnazja – czy warto je likwidować?), głos w dyskusji o gimnazjach. Autor „Realista”. Poprawiłem jedynie niektóre literówki i formatowanie tekstu (w komentarzach nie ma możliwości formatowania), dodałem wyróżnienia przez pogrubienie tekstu. Pani minister edukacji zapowiedziała szeroką, społeczną debatę o edukacji, więc już teraz się włączam, upowszechniając komentarze publikowane na moim blogu. By były bardziej widoczne.

„A ja pracuję w oświacie i mam doświadczenie we wszystkich typach szkół. Uważam, że gimnazja są bardzo potrzebne. Mieszkam w niewielkiej miejscowości i widzę, jak bardzo dobrym rozwiązaniem jest przejście uczniów szczególnie z małych szkół podstawowych, w których uczą się w oddziałach 4,5,6-osobowych, często w klasach łączonych, do normalnych klas liczących około 20 uczniów. Tutaj mają wreszcie z kim się rozwijać, na wycieczkę pojechać, do teatru, na ciekawy projekt, poza tym mają świetną bazę – hale sportowe, Orlik, basen, pracownie przedmiotowe, tablice interaktywne, dzienniki elektroniczne, dzięki którym nauczyciel ma łatwy kontakt z rodzicami. Łatwiej zaplanować i realizować przedsięwzięcia wychowawcze, stworzyć uczniom propozycje, które ich zainteresują.

Znacznie gorzej było to robić w ośmioklasowej szkole podstawowej, bo uczeń 7, 11 i 15-letni to zupełnie inne „światy”. Nikt też nie zwraca uwagi na rozwój społeczny uczniów z małych szkółek. Kiedyś dzieci z nich nie odważyły się pójść do liceum, technikum, bo nie znały swojej wartości, nie miały do kogo się odnieść, poza tym odnalezienie się nagle w wieku 15 lat w ogromnym zespole szkół średnich, 650 uczniów, było dla nich szokiem, horrorem. A sprawdzian w 6 kl., egzamin po gimnazjum musi wbrew temu, co mówią wszyscy, według mnie zostać zachowany. Szkoła w swojej pracy edukacyjnej, uczeń w swoim rozwoju – nabywaniu wiadomości i umiejętności musi mieć się do czego odnieść. Szkoła musi wiedzieć, czy zmierza we właściwym kierunku, czy jej praca – stosowane metody, praca z uczniem zdolnym i tym z trudnościami przynosi efekty, czy może jednak musi szukać nowych rozwiązań.

Bardzo dobrze służą temu analizy EWD, które pozwalają prześledzić rozwój każdego ucznia. Jeśli się to wszystko rozwali, można już dziś zakładać, że będziemy sobie spokojnie, bez pośpiechu, bez wymogów uczyć, a po skończonym etapie edukacyjnym wartość stawianych szóstek i przekonanie, że jest się najlepszym w danej szkole, może się okazać nieporównywalnie niska w porównaniu z trójkami ucznia z innej szkoły. Krótko mówiąc, w sprawdzianach i egzaminach chodzi o ich porównywalność – są one wystandaryzowane i jednakowe dla uczniów w całej Polsce, podobnie jest z maturami i choćby nie wiem jak nauczyciele ze szkół średnich przeciwko temu się buntowali, matura poprawiana zewnętrznie jest czymś najlepszym, co mogło się młodym ludziom przydarzyć – nie ma już miejsca podczas rekrutacji na studia na korupcję, znajomości. Kiedy ja zdawałam na studia, było to nagminne i wiadomym było, że niektórzy (wcale nie najlepsi) musieli się na nie dostać.

Jeśli idzie o sprawdzian po szkole podstawowej i egzaminy po gimnazjum błąd polega na tym, że samorządy, szkoły, kuratoria przywiązują do nich zbyt dużą wagę. Wnioski na temat pracy szkół wyciągane są tylko na podstawie tych twardych danych, bo tak najłatwiej. Zupełnie nie bierze się pod uwagę środowiska uczniów, ich trudności, potencjału wsparcia rodziny. Zbytnie przywiązanie kuratoriów, organów prowadzących, rodziców do wyników sprawdzianu i egzaminów powoduje pojawienie się wyścigu szczurów, rankingu szkół, bo co ma zrobić dyrektor, jeśli jest przez organ prowadzący rozliczany z twardych wyników, goni nauczycieli, a nauczyciele gonią uczniów. Stąd potem w szkole pojawia się wariactwo polegające na tym, że nauczyciele w niektórych szkołach podstawowych co miesiąc przeprowadzają testy mierzące wiedzę, co niektórych uczniów stresuje. Jednak zrezygnować całkowicie z testów, które naprawdę są już bardzo dobrze, starannie przygotowane, wypróbowane, jest kompletnym błędem, bo obudzimy się za jakiś czas z „ręką w nocniku”, bez jakiejkolwiek porównywalności w nauczaniu.

Wyniki sprawdzianów i egzaminów nie powinny być upubliczniane przez OKE dla wszystkich. Szkoły powinny otrzymywać swoje wyniki i dla odniesienia tylko średnią krajową, wojewódzką, ewentualnie powiatową. Pozwoli to uniknąć niezdrowego porównywania, wyścigu i kuriozalnych praktyk w niektórych szkołach. Zachować sprawdziany i egzaminy jednak trzeba, żeby szkoły uzyskiwały zewnętrzną informację, co do swojej pracy.”

Wiara w sprawczość słowa czyli trawa nie rośnie od ciągnięcia do góry za źdźbła

11025909_10205219894410292_8247597237269812112_oPrzykład aktualny i znamienny, więc wykorzystam go do opowiedzenia o rzeczy znacznie ogólniejszej i ponadczasowej. Nowa władza (PiS) często mówi o wielkich planach i wielkich rzeczach, a to że nakręcony zostanie wielki, patriotyczny film w stylu hollywoodzkim (w domyśle, że będzie arcydziełem i miliony ludzi obejrzy), a to że napisana będzie nowa konstytucja na miarę XXI wieku itd. Zamiary słuszne i szlachetne, ale trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie z entuzjazmem za źdźbła do góry. Rośnie dlatego że się podlewa, nawozi, chroni przed zalaniem betonem itd. Czyli to nie wzniosłe pokrzykiwania ale stworzenie dobrych warunków przesądza, że rodzą się rzeczy wielkie i dające sławę.

Każdego dnia wielu poetów pisze wiersze i zasiada do pisania z zamiarem stworzenia arcydzieła. Ile z nich w rzeczywistości jest arcydziełem? Ułamek promila? Podobnie z kompozytorami, malarzami. Początkowy silny entuzjazm, przekonanie o własnej wielkości i własne mniemanie co do słuszności zamiaru nie gwarantują sukcesu.

O wielkości filmu można powiedzieć po, a nie przed. Podobnie z przełomową konstytucją czy reformami. Żeby trawnik urósł, trzeba podlewać, nawozić, tworzyć dogodne warunki. Potrzebna wiedza przyrodnicza i cierpliwość. Zrobić swoje i czekać. Szarpanie za źdźbła spowoduje tylko pourywanie i zniszczenie, zadeptanie trawnika. Nie entuzjazm i chęć szczera zrobi z ciebie oficera, że się odwołam do dawnego sloganu, nieco sparafrazowanego.

Kiedy zapał wyprzedza wiedzę dochodzi do katastrofy. W pewnym sensie to syndrom młodości – brak wyobraźni co się może stać i brak dobrej oceny rzeczywistości, przy jednoczesnym entuzjazmie do dokonania czegoś wielkiego, przyczynia się do wypadków, kalectwa i śmierci. Entuzjazm i dobre intencje są ważne. Ale potrzebna jest też wiedza.

W omawianym przykładzie jest też ogromna wiara w sprawczość słowa: wystarczy coś powiedzieć (zrobimy wielki film) aby się ziściło. Wydać polecenia i pilnować czy zostanie zrobione. Wiara w magiczne działanie słowa, wypowiadanego jak zaklęcie w bajce o czarodzieju. Jeśli nie powstaje to poganiać kijem i szukać winnego. Tak jak w leninowskim Związku Radzieckim dość szybko rozgłoszono, że w miarę postępów rewolucji opór reakcji się wzmaga. Co było wytłumaczeniem braku wcześniej zadekretowanych sukcesów oraz pretekstem do wzmożenia terroru. Bo winny musi się znaleźć i musi być ukarany. Przecież wypowiedziane słowo było wzniosłe, więc nie w nim leży przyczyna niepowodzeń…

Podobnie dzieje się w edukacji. Wydaje się nam, że wystarczy powiedzieć czy napisać w programie, aby słowo stało się ciałem. Fałszywe słowo, nieadekwatne do sytuacji, nigdy nie staje się ciałem. Staje się jedynie powodem do frustracji. Entuzjazm, krzyki, poganianie kijem, kary itd. nie skutkują, gdy nie rozumie się zachodzących zjawisk. By skutecznie działać potrzebna jest szeroka wiedza a nie znajomość odpowiednich zaklęć (słów uznanych za ważne i wielkie, np. ojczyzna, patriotyzm itd.).

Jeśli coś nie działa tak, jakbyśmy chcieli trzeba się zastanowić i lepiej poznać zjawisko. Nawet szybkie, zdecydowane i z entuzjazmem podejmowane działania nie przyniosą sukcesu jeśli nie wynikają ze zrozumienia rzeczywistości.