Arcydzięgiel litwor – tatrzańskie ziele o magicznej (i nie tylko) mocy

Litworowka_2016Trwa dekada różnorodności biologicznej (2011-2020), ogłoszona przez ONZ a niedawno zakończył się Rok Oskara Kolberga. Są to wystarczające powody by w czasie Europejskich Targów Produktów Regionalnych wypowiedzieć się biologicznie i etnograficznie zarazem. Arcydzięgiel litwor znakomicie łączy dziedzictwo kulturowe z dziedzictwem przyrodniczym. Roślina niezwykła, która może się stać elementem wyróżniającym tatrzańskie dziedzictwo kulinarne.

Angelica archangelica opisana została przez Linneusza w 1753 roku. Ale wcześniej ta roślina już była znana i używana przez ludzi w wielu miejscach. Dlaczego Linneusz nazwał tak anielsko? Nawet arcyanielsko? To się wyjaśni w dalszej części. Obecnie częściej używana jest nazwa Archangelica officinalis (dawniej także Angelica sativa, nazwa wskazująca na roślinę uprawianą). Polskie nazwy ludowe są równie ciekawe: dzięgiel, dzięgil, dzięgielek, Dzyagyl, dzyengyl, cyngiel, dzięgiel wielki, dzięgielnica, dzięgiel lekarski, arcydzięgiel, angelika, litwor, lubszcza, anielskie ziele, archangielski korzeń, anielski korzeń. Część z nich to wykorzystanie nazw łacińskich, inne są tajemnicze i kuszą, aby poszukać ich pierwotnego znaczenia. Po chorwacku zwana jest trawą Świętego Ducha, po czesku korzeniem Świętego Ducha. Związek z duchowością ma na pewno. Ale jaki i dlaczego?

Arcydzięgiel litwor należy do rodziny baldaszkowatych (selerowatych). Występuje w stanie dzikim w górzystych i wilgotnych terenach Europy i na Syberii. W Polsce podgatunek typowy rośnie w Sudetach i Karpatach (na niżu – jak podają niektóre książki – prawdopodobnie jest zdziczały, czyli taki, który „uciekł z upraw” a pierwotnie tam nie występował). Podgatunek nadbrzeżny występuje w pasie wybrzeża bałtyckiego i w dolinach rzek. Arcydzięgiel litwor często jest mylony z popularnym w całym kraju arcydzięglem leśnym (dzięglem leśnym). Arcydzięgiel litwor to roślina dwuletnia, na dodatek uprawiana w wielu krajach. Dla ludów dalekiej północy arcydzięgiel litwor był w zasadzie jedyną rośliną, którą można było uprawiać w tamtym klimacie. Lapończycy gotowali świeże baldachy (kwiatostany) arcydzięgla w mleku reniferów, aż potrawa uzyskała konsystencję sera. U nas od dawna łodyga arcydzięgla była używana do zaprawiania wódek i likierów oraz kandyzowana do dekoracji ciast i tortów. I do odpędzania złych mocy.

W Polsce spotkać można inne, podobne gatunki (lub podgatunki): dzięgiel leśny (Angelica silvestris), rosnący w zaroślach i na podmokłych łąkach na terenie całej Polski oraz arcygdzięgiel nadbrzeżny (Archangelica litoralis), rosnący w wilgotnych lasach, podmokłych łąkach i nad brzegami wód, nad Bałtykiem na Pomorzu, rzadziej w głębi kraju.

Arcydzięgiel był i jest wykorzystywany nie tylko kulinarnie ale i leczniczo. Surowcem zielarskim są korzenie, łodyga i liście. Działa dobrze na żołądek (na trawienie), rozkurczowo, uspokajająco, moczopędnie, przeciwbólowo, przeciwbakteryjnie. Ale działa także fotouczulająco (odpowiedzialna jest za to furokumaryna) – zatem po spożyciu nie należy wystawiać skóry na bezpośrednie działanie słońca, bo mogą pojawić się stany zapalne. Wyizolowano z arcydzięgla ponad 100 różnych związków chemicznych, wykorzystywanych medycznie. Są to olejki eteryczne, związki kumarynowe i furanokumarynowe, garbniki, kwasy organiczne, flawonoidy i sole mineralne. Niektórzy twierdzą, że arcydzięgiel zawiera czynnik pobudzający wytwarzanie interferonu (sprzyja obronie organizmu przed wirusami). Dzięgiel to pewnie dawna nazwa ludowa i słowiańska. Arcydzięgiel, zapewne jest nazwą późniejszą, wtórną i powstała od nazwy łacińskiej, odnoszącej się do archanioła (nie wspominając o angelice).

A litwor? Cóż litwor znaczy? W dawnych słownikach można znaleźć informacje, że litwor to określenie ludowe, konkretnie nawet góralskie. Możliwe, że słowo „litwor” powstało jako zniekształcone „likwor”. Likwor to przestarzałe określenie na napój, zazwyczaj alkoholowy, napój babci (bo co dawne i przestarzałe to musi być babci lub dziadka). Wcześniej pojęcie to jeszcze oznaczało wódkę lub nalewkę, likier, wyrabiany dawniej, aromatyczny i słodki napój alkoholowy. Arcydzięgiel wykorzystywany był dawniej do wyrobów nalewek i napojów alkoholowych. Zapewne ze względu na jego aromatyczne właściwości. Natomiast kandyzowane łodygi używane były do ciast i wódek. Mamy więc zbieżność daleko idącą, aby uznać, że litwor wziął się od likworu. Wszystko zaczęło się od Arabów, którzy przejęli wiedzę po starożytnych Grekach i Rzymianach. Mowa o destylacji wina. We wczesnym średniowieczu, przy przejmowaniu wiedzy od Maurów, Europejczycy posiedli tajemnicę destylacji alkoholu. Zajmowali się tym alchemicy, poszukując kamienia filozoficznego i wody życia. Potem w klasztorach produkowano różne eliksiry i nalewki na z wykorzystaniem arcydzięgla. Nie dziwią więc nazwy odnoszące się do aniołów, Archanioła Gabriela czy Świętego Ducha. Likwory produkowali mnisi (i ewentualnie alchemicy). Niektóre likwory były pewną obroną przeciw czarom – niczym archanioł. Już sama nazwa Archangelica skłaniała by dodać tego zioła (roślinę) do likworów zabezpieczających przed złymi czarami. Likwor archangelika, likwor dzięgiel, arcydzięgiel likwor.

We wczesnośredniowiecznych klasztorach mnisi oraz alchemicy z destylowanego alkoholu sporządzali eliksiry lecznicze. A zatem najpierw były eliksiry (z nazwy arabskie). Potem pojawiły się już bardziej łacińskie w słowie likwory (liquori – płyny), będące swoistymi nalewkami. Później dodawano coraz to najróżniejszych ziół i tak powstawały likiery ziołowe – eliksiry życia (zdrowia). Jednym ze starszych i bardziej znanych są benedyktynki. Zapewne i naszego arcydzięgla dodawano to likworów. Nazwa więc mogła przejść i na roślinę – dzięgiel, arcydzięgiel, co do litworów jest dodawany – arcydzięgiel likwor, arcydzięgiel litwor (określenie podhalańskie).

Jeść na świeżo – to jest właśnie lokalne dziedzictwo. Korzystanie z surowców sezonowych i lokalnych. Ale lekarstwa potrzebne wtedy, gdy chorujemy, a nie gdy arcydzięgiel rośnie. Zatem pozostaje robić przetwory. Można albo zasuszyć albo od razu zakonserwować. Alkohol etylowy w większym stężeniu jest dobrym rozpuszczalnikiem (ekstrahuje z surowca roślinnego różne substancje) oraz jest jednocześnie dobrym konserwantem. Nic dziwnego, że od dawna wykorzystywany jest do różnych eliksirów leczniczych, zdrowotnych i likierów do delektacji. Nalewka z dodatkiem arcydzięgla stosowana jest na wiele różnych dolegliwości. Alkoholowe wyciągi z korzeni i owoców arcydzięgla w połączeniu z innymi surowcami roślinnymi, używane są do wyrobu aromatycznych wódek oraz likierów ziołowych np. sławnej benedyktynki. A teraz po międzynarodową sławę ubiega się podhalańska litworówka, która ma szansę stać się produktem regionalnym.

Arcydzięgiel litwor jest gatunkiem chronionym więc go zrywać, niszczyć ani pozyskiwać ze stanowisk naturalnych nie wolno. Można pozyskiwać jedynie z upraw. Z owoców dzięgla leśnego wyrabia się proszek przeciw owadom. Młode pędy także są wykorzystywane jako warzywo, a korzenie do wyrobu nalewek. Na dalekiej północy, Samowie, przez nas Lapończykami zwani, wytwarzali z łodyg tej rośliny prosty klarnet o nazwie fadno. Stare opisy przedstawiają fadno jako prosty klarnet o tęsknych tonach, sprawny muzycznie jedynie przez czas, gdy łodyga jest żywa. Ulotna muzyka, ulotny instrument. We Francji z arcydzięgla sporządza się smakowite konfitury, natomiast na północy Europy arcydzięgiel używany jest jako jarzyna. Skandynawowie wysoko ceniąc go jako lekarstwo, warzywo i przyprawę nadali mu nawet nazwę europejskiego żeńszenia.

Arcydzięgiel to już trochę zapomniana przyprawa kuchenna (korzeń i nasiona) oraz roślina lecznicza (korzeń, łodyga, liście, nasiona). Jest także rośliną ozdobną, uprawiana w ogródkach przydomowych. W średniowiecznych klasztorach arcydzięgiel był uprawiany i wykorzystywany pod nazwą ziela Świętego Ducha. Mnisi żuli kłącza i ziele arcydzięgla, wierząc że jest dobrym środkiem na długowieczność. W tamtych czasach skutecznie likwidował zapalenia jamy ustnej i dziąseł. Arcydzięgiel był składnikiem średniowiecznego leku, zwanego teriakiem, uniwersalną odtrutką i lekiem przeciw zarazie. Tych ostatnich w dawnych czasach nie brakowało. Skoro chronił przed zarazą to nic dziwnego, że uważano za przyczyniającego się do długowieczności.

Arcydzięgiel litwor działa uspokajająco podobnie jak waleriana. Pobudza wydzielanie soków, przez co ułatwia i przyspiesza trawienie, reguluje fermentację i usuwa nagromadzone gazy. To wszystko przez oddziaływanie na mikroflorę jelitowa (czyli bakterie i grzyby tam żyjące, w naszym wewnętrznym małym ekosystemie. Litwor wykazuje właściwości bakteriostatyczne (hamuje rozmnażanie bakterii). Przy dolegliwościach reumatycznych i stanach zapalnych korzonków nerwowych stosuje się spirytus arcydzięglowy do wcierania. W średniowieczu stosowano także zewnętrznie: „korzeń na szyję zawieszony zmartwienie odpędza i serce czyni wesołym”. Możliwe, że sama litworówka w jeszcze większym stopniu serce czyni wesołym i zmartwienie odpędza. Ale z lekarstwem trzeba ostrożnie, nie przedawkować. Bo zaszkodzi.

W arcydzięglu litworze jest duży potencjał, nie tylko kulinarny i leczniczy ale i kulturowy oraz gospodarczy. Uprawiany może być podstawą do różnorodnych regionalnych wyrobów, silnie kojarzonych z Podhalem.

Czym skorupka za młodu w mediach nasiąknie, tym później na ulicy trąci

13913544_10208987870807347_5882163322557166553_oCzas wakacji sprzyja wspominaniu. A wycieczki takie wspominanie dodatkowo prowokują. Odwiedzamy miejsca a jednocześnie przenosimy się w czasie. Chcę przypomnieć parę epizodów z dzieciństwa w konfrontacji z obchodzonymi uroczyście rocznicami państwowymi.

Górne zdjęcie wykonałem na wycieczce, w małym miasteczku, na bocznej ulicy. Stary, rozwalający się dom, miejsce okazjonalnych spotkań, chyba młodzieży. I miejsce bazgrania po ścianie. Zazwyczaj w takich miejscach są brzydkie, niecenzuralne słowa i „zaklęcia” klubów sportowych. Czasem inne wyartykułowanie tego, co w duszy gra lub co się bezmyślnie powtarza.

Tego „napisu” (namalowanych znaków) nie zrobili ani niemieccy turyści ani imigranci. To namazali nasi, tutejsi. Symbol niemieckich faszystów i obok polski znak, polskich faszystów-nacjonalistów (Polska dla Polaków itd.). I to w miasteczku, które nadzwyczaj ucierpiało w czasie niemieckiej, faszystowskiej okupacji. W bardziej oficjalnym miejscu jest pomnik, tych co zginęli z rąk niemieckich faszystów. Czy przejmować się jakimiś napisami na przystanku lub na ruderze? Przecież to margines, patologia. Tak? To dlaczego takie znaki widzę na firmowanych przez rządzące Prawo i Sprawiedliwość (legalna władza, wybrana, jakby nie patrzył!) uroczystościach narodowych i państwowych? Czym skorupka na podwórku nasiąknie, nasączana medialną, oficjalną propagandą, tym na ulicy trąci. I nie tylko napisami. Jacy bohaterowie takie i zabawy…

1 sierpnia 2016 rok, Warszawa, masowe i uroczyste obchody wybuchu Powstania Warszawskiego. Dużo ludzi. Krwawa i tragiczna ofiara Polski w nieludzkiej wojnie. I takie same znaki na oficjalnych pochodach nacjonalistów (zdjęcie niżej, pobrane z internetu). Swastyka oficjalnie jest zakazana, ale pojawia się w nowej wersji, słowiańskiej, polskiej. Afirmacja i legalizacja podwórkowej chuliganerii? Uzewnętrznienie nastrojów?

13872986_430697373772068_67540319831035724_n

W czasach mojego dzieciństwa na podwórku, a zwłaszcza w czasie wakacji, bawiliśmy się w Indian. Winnetou. Gumka od wecków na głowie, zatknięte pióro gęsie, czasem bocianie, albo zwykle, od gołębia. Łuk z patyka i … walka o sprawiedliwość i wyzwolenie uciśnionych. Jacy bohaterzy takie i zabawy… Czasem bawiliśmy się w wojnę, walczyliśmy oczywiście z „niemcami-faszystami”. Dlaczego taka tematyka? Bo takie filmy „leciały” w telewizji, takie czytaliśmy książki. Bym zapomniał, był jeszcze Zorro.

Młody człowiek chce stanąć bohatersko po stronie dobra. Bohaterów i wzory czerpie z mediów (literatury, lektur szkolnych)… i rozmów domowych. Choć bardziej z mediów. A czym nasiąknie, tym potem żyje. Polscy nacjonaliści wzorują się także na faszystach. Są obecnie oficjalnie gloryfikowani jako patrioci… Co musieli czuć żyjący powstańcy warszawscy, gdy widzieli faszystowskie znaki… z którymi walczyli? Co czują ludzie, znający historię, gdy patrzą na telewizyjne relacje z Warszawy? Co czują owi „patrioci” przechodząc z faszystowskimi znakami i gestami obok pomników ofiar faszystów.

Rodzice – patrzcie w co i jak bawią się Wasze dzieci na podwórku. Przejdźcie się po zakamarkach uliczek i zaułków. Takiej Polski chcecie? Ona już wyłazi na ulicę. To nie jest zabawa. To jest życie.  Jacy bohaterzy takie i zabawy…

W domu nie mam telewizora. Ale w czasie wakacyjnych podróży mam okazję zobaczyć co „nadają” w państwowej telewizji. Tak siermiężnej, prymitywnej i wypaczającej propagandy dawno nie widziałem. Przypomina mi to czasy „głębokiej komuny”. Zakłamywanie historii idzie szeroką falą. Tego nie robią kosmici, za tą wykrzywiającą propaganda stoją konkretni ludzie. Z imionami, nazwiskami, z rodziną…

Jacy bohaterzy takie i zabawy…

źródło zdjęcia (dolnego)

Kolczasty pasożyt co straszy w jeziorze Jasnym i o tyfusie od zielonych jabłek

Kiedyś każde jezioro, bagno, uroczysko, miało swojego utopca, rusałki czy inaczej zwanego demona, co na życie ludzi czyhał. Dzisiaj również wymyślamy strachy, czasem w dobrej, wychowawczej intencji. Przykładem jest Bosmina co na zdrowie kobiet ponoć czyha. I to w Jeziorze Jasnym. Czy ta Bosmina to jakaś nowa, współczesna rusałka, samowiła, południca czy inna latawica? Zaraz wyjaśnię.

Czasem w argumentacji, zwłaszcza z dziećmi, idziemy na skróty. Zamiast długiego uzasadnienia (bo wymagałoby to naświetlenia wielu spraw) straszymy policjantem, kominiarzem i czym tam tylko jeszcze, co pod ręką jest: „jak nie będziesz grzeczny to cię ten pan zabierze.”

Z dzieciństwa pamiętam smak niedojrzałych, zielonych jabłek papierówek. Kwaśne, małe, ale myśmy na podwórku zrywali i zjadali. Bo to były pierwsze owoce. Dziecięca niecierpliwość. Rozsądku w tym nie było, bo gdyby poczekać, to byłoby więcej większych i smaczniejszych owoców – rozpływających się w ustach delikatnych papierówek. Trochę było w tym syndromu wspólnego pastwiska.

Dorosły jest wybredniejszy w smaku, kwaśnego jabłka nie zje. Ale dzieciaki to inna kategoria. Myśmy jedli, czasem po pierwszym ugryzieniu – wyrzucali. Dorośli nas straszyli, że od jedzenia zielonych (niedojrzałych) jabłek można dostać tyfusu. Nie wiem, czy w to wierzyli, czy to był tylko „tani” sposób na ochronę niedojrzałych owoców. Intencje z tym tyfusem niby dobre – wychowawcze i dla ochrony jabłek, by miały czas dojrzeć. Ale myśmy i tak jedli, tylko z uzasadnieniem, że nie wolno po zielonych jabłkach pić zimnej wody – bo dopiero wtedy na tyfus zachorujemy. A poza tym, było już dawno to po wojnie, żadnego tyfusu na oczy nie widzieliśmy, więc nie był dla nas groźny.

Może ktoś tę bujdę z tyfusem wymyślił, by owoce chronić… ale potem takie zabobony żyją swoim życiem. Są rozpowszechniane… z pokolenia na pokolenie. A jak ktoś odkryje fałsz, to brak zaufania rozciąga na szersze spektrum zjawisk i… osób. Niby więc intencje dobre ale skutek bywa opłakany. W dalszej perspektywie. Może więc warto włożyć wysiłek i nie tylko dziecku od razu uzasadnić prawdziwy sens oszczędzania niedojrzałych jabłek? Przy okazji można uczyć odpowiedzialności za wspólne dobro. Trudne. Wymaga wysiłku w wielokrotnym argumentowaniu. Ale daje trwały efekty na lata, nie tylko w odniesieniu do niedojrzałych papierówek.

Po tym dłuższym (ale uzasadnionym) wstępie pora przejść do rzeczonej Bosminy. Na Facebooku pojawiła się gorąca prośba: „Stanisław Czachorowski – wzywam na pomoc w objaśnieniu tego stworka z Jasnego.” Chodziło o tego stwora, zamieszczonego na ilustracji wyżej. Z początku nie zrozumiałem w pełni sytuacji. Bo, to co widać, to przecież skorupiak, wioślarka (Cladorera). Bardzo oryginalny kształt pozwolił odszukać i doprecyzować, że to z rodziny Bosminidae, rodzaj Bosmina, gatunek najprawdopodobniej Bosmina coregoni. Zajrzałem na podlinkowany film, z wykładem, gdzie Bosmina jako groźny pasożyt się pojawiła.  I tam usłyszałem niezwykłą informację, że oto ta Bosmina występuje w Jeziorze Jasnym (to akurat nie jest nic dziwnego) i że jest kolcogłowym pasożytem, zagrażającym kobietom, które w jeziorze by się kąpały. Sugestia była jednoznaczna i poparta autorytetem pracownika Parku Krajobrazowego. Że niby jest mała, ta Bosmina, i żyjąc w kwaśnych wodach jeziora dystroficznego może przenikać do narządów rodnych kobiety i tam dalej żyć w środowisku kwaśnym, stając się pasożytem.

Teraz zrozumiałem alarmistyczny wpis na Facebooku z prośbą o wyjaśnienie. Kobiety mają prawo być zaniepokojone. Bać się czy nie bać, choć to nie demon lecz zwierzę? Co prawda o czymś takim (pasożytnictwie bosminy) nigdy nie słyszałem. Bosmina wydawała mi się po prostu planktonicznym skorupiakiem i nic więcej. Ale skoro ponoć można w jeziorze zarazić się rzęsistkiem pochwowym (nie weryfikowałem tego poglądu, ale wielokrotnie go słyszałem z różnych ust), to może i coś z tym skorupiakiem może być na rzeczy. Szybko sięgnąłem do internetu oraz książek hydrobiologicznych i parazytologicznych. Ani śladu o przypadkach bytności bosminy (skoro nazwę spolszczam, to pisane już z małej litery, bo przecież krowa, koń i okoń też piszemy małą literą, wyżej używałem nazwę Bosmina jako nazwę własną, tak jak imię – nie odnosi się to do nazwy naukowej) w kobiecym ciele, ani tym bardziej jakimkolwiek pasożytowaniu.

Obejrzałem ponownie podlinkowany film. Tym razem nie tylko krótki fragment o opisywanym skorupiaku ale całość, by poszukać dodatkowych szczegółów i zrozumieć kontekst. Okazało się, że opowieść o pasożytniczym skorupiaku referujący usłyszał od pracownika Parku Krajobrazowego Pojezierza Iławskiego, gdy ten „nakrył” ich na kąpieli w rezerwacie. Jezioro Jasne ma czystą wodę, ale jest rezerwatem. Kąpiel jest zabroniona. Bo kapiący się ludzie nie tylko zakłócają ciszę i przyrodniczy mir, ale i nieświadomie eutrofizacją wodę (wprowadzając biogeny), co jest zgubne dla przyrody całego ekosystemu jeziornego. Najprawdopodobniej historię o bosminie wymyślili pracownicy parku by odstraszyć od kąpieli w rezerwacie. Zapewne człowiek bardziej dba o własne zdrowie niż o wspólne dziedzictwo przyrodnicze (bioróżnorodność). Musiałby taki przeciętny turysta zrozumieć czym są jeziora oligotroficzne i dystroficzne, czym jest i jakie skutki przynosi eutrofizacja i jak człowiek do tego się przyczynia.

Raz puszczona bujda (nawet w dobrych intencjach) skutecznie się rozprzestrzenia, narastając stopniowo legendą. A czy chroni jezioro? Nie jestem pewien, Mężczyzn nie odstraszy. Ponadto może ktoś się nie wykąpie, ale wysika się nad jeziorem. Dostarczy biogenów (azot i fosfor). Lub wyrzuci śmieci do jeziora. Kolczasty pasożyt w ten sposób mu nie zaszkodzi, ale ekosystem jeziora na pewno na takim procederze straci.

Skoro już wiemy że Bosmina coregoni nie jest groźnym dla człowieka pasożytem, to dowiedzmy się o tych skorupiakach czegoś więcej. Na stronach angielskojęzycznych dowiedzieć się można że ma nazwę water flea. Pchał wodna? Ale jest to określenie wszystkich wioślarek. W naszych wodach spotkać możemy pchlicę wodną (Podura aquatica), ale to jest „owad” bezskrzydły, skoczogonek. Również dla człowieka w pełni bezpieczny – nazwę swą wzięła od sposobu poruszania się po powierzchni wody. Nawet Erazm Majecki w swym „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” z 1894 roku nie odnotowuje polskiej nazwy dla rodzaju Bosmina. Podaje tylko czeską nazwę – chobotnatka. Też uroczo. Natomiast nasza słoniczka odnosi się do innego gatunku.

Bosmina coregoni Baird, 1857 (synomim Eubosmina coregoni) – to pełna nazwa gatunkowa tytułowego kolczastego „potwora”. Oczywiście pewności całkowitej nie mam, że to ten gatunek. Bo nie jestem specjalistą od skorupiaków i planktonu a oznaczałem tyko na podstawie dostępnych mi książek. Bosminidae żyją w pelagialu i litoralu jezior oraz innych w zbiornikach wodnych (jeden żyje w wodach morskich). Występują na wszystkich kontynentach (poza Antarktydą). Na świecie znanych jest 18 gatunków, w Europie – 8, a w Polsce cztery. Bosmina longispida występuje w północnej Polsce a B. maritima w wysłodzonych wodach Morza Bałtyckiego. Pozostałe gatunki są pospolite: B. coregoni i B. longirostris.

Bosmina coregoni występuje w wielu odmianach (różniących się morfologicznie), charakterystycznych dla różnych typów troficznych jezior. Na dodatek tak jak i u innych gatunków z rodzaju Daphnia, występuje cyklomorfoza – w ciągu roku kolejne pokolenia różnią się wyglądem. Zmienia się np. kształt głowy. Dawniej naukowcy tłumaczyli to zjawisko zmianami w temperaturze i gęstości wody, obecnie popularniejsze jest wytłumaczenie ekologiczne: obroną przed małymi drapieżnikami (pozorne zwiększanie wielkości ciała i utrudnianie schwytanie). Bosmina coregoni występuje także w Północnej Ameryce, gdzie dostała się jak gatunek zawleczony, najprawdopodobniej z wodami balastowymi. Tam jest gatunkiem obcym.

Ale to nie wszystkie niezwykłości związane z bosminą. Należy do tych planktonicznych skorupiaków, które wykonują dobowe wędrówki do góry i w kierunku dna. W nocy podpływają ku górze, gdzie jest więcej pokarmu (fitoplankton) natomiast w ciągu dnia kryją się głębiej, gdzie światło nie dochodzi. Dla takiego małego skorupiaka codzienna wędrówka w górę i na dół, kilkanaście metrów, to duży wysiłek. Ale jeść się chce a drapieżnik groźny. Te dobowe, pionowe wędrówki także tłumaczone są unikaniem drapieżników. Szczątki bosminy dobrze zachowują się w osadach dennych, dlatego wykorzystywane są przez hydrobiologów w różnorodnych analizach paleolimnologicznych. Bosmina coregoni zanika w miarę eutrofizacji jezior a jej miejsce zajmuje B. londirostris. Zatem kąpiel w Jeziorze Jasnym (rezerwat przyrody) groźny jest nie dla człowieka ale dla tejże Bosmina coregoni.

Myślę, że warto odwoływać się do poczucia odpowiedzialności za otaczającą nas biosferę i bioróżnorodność. Wystarczy moim zdaniem solidna edukacja by w poczuciu odpowiedzialności turyści nielegalnie nie kąpali się w rezerwacie. Ani innych złych dla przyrody działań nie podejmowali. Trudniejsza droga, ale skuteczniejsza w długiej perspektywie czasowej.

ps. Jeśli napisać – bosmina, to oznacza zwierzę (nazwa spolszczona), jeśli Bosmina – to imię własne domniemanego wodnego demona, a jeśli Bosmina – to oznacza naukową nazwę rodzajową. Niewielka różnica w pisowni a wiele zmienia w odbiorze. Tak jak laska i łaska. Jedna kreseczka, jedna litera.

Fot. Krystyna Kasprzak z prezentacji, wyświetlanej na ekranie

Jak uratowałem nastrosza co ludzi po nocach straszył, z dygresją o naukowym wolontariacie

13654325_1633941596921958_6642302751422808682_nDziało się to pod koniec lipca Roku Pańskiego 2016. Wieczorem, w telefonie zadźwięczał komunikat z Facebooka. Alicja T. z: Agnieszka P.-C.: „Stanisław, coś nas odwiedziło i śpi, mamy zwiewać?” Do tej przynaglającej prośby dołączone było zdjęcie owada, wyglądającego niesamowicie. Zanim odpisałem już rozgorzała dyskusja: „Marta F.: Ja tam bym uciekła ….”.

Owszem, była jeszcze inna alternatywa zgubna dla tego owada – w sumie człowiek jest większy i nie będzie uciekał ze swojego domu…. Z byle powodu. Swego bronić trzeba….

Szybko więc pospieszyłem z pomocą i wyjaśnieniami, że to na pewno motyl nocny, ćmą czasem zwany (do światła często przylatują, tak jak chruściki – Trichoptera). A dokładniej zawisakiem. To dziwne ułożenie skrzydeł jest typowe dla nastroszy. Nastrosz ale nie znam gatunku, trzeba sprawdzić.

Nocna pora sprzyja wyobraźni. Nastrosz się nastroszył i nastraszył. Wobec nowego i nietypowego jesteśmy nieufni a wiele różnych owadów nam po prostu wadzi: gryzie, kłuje, krew wysysa. Z podejrzliwością patrzymy na nowe dla nas stworzenia.. Podobnie zaniepokojony głos zaalarmował mnie równo trzy lata temu, i też dotyczyło nastrosza: Nastrosz topolowiec i prognoza pogody… ze zmorą w tle

Kilka dni temu kolega z pracy (nie entomolog) przyniósł mi owada nieco „rozplaskanego”, z prośbą o rozpoznanie i wyjaśnienie czy to coś groźne było. Kolega był na wycieczce w lesie i coś mu za koszulę wlazło, drapało i miał wrażenie, że chce ugryźć. Po bliższych oględzinach okazało się, że to jakiś roślinożerny ryjkowiec (chrząszcz). A więc zupełnie niegroźny. No cóż, żyjemy w mieście, z przyrodą, także i tą sześcionogą, mamy znacznie mniejszy kontakt niż nasi przodkowie. Przyroda za oknem jest dla egzotyczna niemalże. Ale kto pyta nie błądzi a internet z Facebookiem jest dobrym środkiem komunikacji.

Wróćmy do nastrosza, po moim wyjaśnieniu Agnieszka P-C napisała „Oczywiście że darowałyśmy mu życie, nawet uratowany został przed kotem.” I tak, dzięki Facebookowi uratowałem życie nastroszowi. Ale konkretnie jakiemu gatunkowi?

Rano zasiadłem do komputera i jeszcze raz obejrzałem zdjęcie. Jest nie najlepszej jakości. Widać nieco zniszczone skrzydła z osypanymi łuseczkami i postrzępionymi brzegami. Znaczy motyl jest mocno „zlatany”, swoje przeszedł (a w zasadzie przefrunął). Wygląda na nastrosza osinowca (Laothoe tremulae) lub nastrosza topolowca (Laothoe populi). Na zdjęciu nie widać nasady drugiej pary skrzydeł, co pozwoliłoby jednoznacznie rozpoznać gatunek. Najpewniej jest to samica i to nastrosza osinowca. Tak wnioskuję po ubarwieniu skrzydeł, tułowia i odwłoka.

W przyrodzie o obiektywną pewność jest trudno. W podejściu naukowych typowe jest to, że brak ostatecznych odpowiedzi. Zastosowanie dodatkowych metod, pozyskanie nowych danych umożliwia weryfikację wcześniejszych hipotez. Naukowa prawda nigdy nie jest ostateczna, zawsze coś można uzupełnić a nawet diametralnie zmienić – bo decydują nie tylko pojedyncze obserwacje ale i kontekst teoretyczny (paradygmat czyli kontekst interpretacji).

Nastrosze dość dziwnie układają skrzydła: tylna para jest z przodu – robi to rzeczywiście niesamowite wrażenie czegoś niezwykłego, nietypowego. A do tego owad jest stosunkowo duży. Nastrosz osinowiec jest gatunkiem rzadkim. Ten fakt zmusza do ostrożności we wnioskowaniu, bowiem statystycznie łatwiej byłoby spotkać pospolitego nastrosza topolowca niż rzadszego nastrosza osinowca. Rozmieszczenie nastrosza osinowca jest środkowo-wschodnio palearktyczne. W Polsce notowany ze wschodniej części kraju. W naszym regionie notowany (a więc u nas ma swoją zachodnią granice zasięgu występowania). Skoro zatem zdjęcie pochodzi z Olsztyna, to nastrosz osinowiec jest możliwy. Nie obala to naszej hipotezy (że na zdjęciu jest nastrosz osinowiec).

Dorosłe postacie omawianego gatunku pojawiają się od początku maja do początku czerwca. Z kolei nastrosz topolowiec w formie imaginalnej pojawia się od początku maja do początku sierpnia. Zatem okres pojawu bardziej wskazuje na topolowca niż osinowca. Niemniej skrzydła motyla, uwiecznionego na zdjęciu wskazują na „wylatanie”, a więc owad jest „stary”. Nie wyklucza to więc nastrosza osinowca (nie falsyfikuje naszej hipotezy co do identyfikacji gatunku), który przetrwał aż do koca lipca.

Dla porządku dodam, że gąsienice żerują na osice. Są ślicznie zielone z kolorowym deseniem.

Czy można jakoś bardziej uwiarygodnić hipotezę, że na Zatorzu, pod koniec lipca, moje znajome widziały nastrosza osinowca? Kolejnego zdjęcia się nie da zrobić – motyl odfrunął. Na dołączonym zdjęciu dobre cechy diagnostyczne nie są widoczne. Co zatem można jeszcze zrobić? Trzeba poszukać innych informacji i sprawdzić, czy ten gatunek w tym rejonie występuje (może ktoś widział, może zrobił zdjęcia, jeśli nie w stadium imago to w stadium gąsienicy?). Nie wiem czy udałoby się dotrzeć do innych obserwacji, innych osób z tego roku. Gdyby udało się potwierdzić występowanie nastrosza osinowca, wtedy hipoteza nasza byłaby nieco wzmocniona. Ewentualnie można w roku kolejnym specjalnie szukać obu gatunków w Olsztynie: nastrosza topolowca i osinowca.

Można także obejrzeć zgromadzone kolekcje i szukać dodatkowych cech diagnostycznych, które dałoby się zastosować do załączonego zdjęcia. Podobnie mam z chruścikami. Klucze oparte są o genitalia – tych niestety na zdjęciach nie widać. Zatem trzeba opracować klucz-atlas na podstawie rysunku i ubarwienia skrzydeł, i to pierwszej pary, bo to one są na zdjęciach widoczne. Takie narzędzie ułatwiłoby identyfikację chruścików a tym samym możliwość pozyskania wielu danych z całego kraju. Specjalistów jest zbyt mało, by mogli wszędzie dotrzeć. Ponadto otwierałyby się kolejne perspektywy dla naukowców-wolontariuszy (amatorami zwanych). Każdy może w badaniach naukowych uczestniczyć i pomagać w zbieraniu wartościowych danych. Na przykład takie obserwacje pomocne mogą być w monitorowaniu i dokumentowaniu zmian zasięgów występowania w miarę ocieplania się klimatu lub innych antropogenicznych przekształceń środowiska.

Jesteś na wakacjach, nasz ze sobą telefon komórkowy? Możesz włączyć się w monitoringowe badania naukowe. Potrzebna tylko odrobina wiedzy i… komunikacji. Nawet Facebook do tego się przyda.

Czytaj także: Owadomotyl czyli nastrosz topolowiec jako nocna moczytrąbka

Tulipina czyli gorzkie i kręte drogi poszukiwań kulinarnych

13095848_1047463645315521_8849496352094343176_n

Tulipina to trujący związek, występujący w tulipanach. Notowano zatrucia u zwierząt domowych, które zjadały tulipany. Wcześniej pisałem już o odnalezionym, starym przepisie kucharza na sok z dzikich leśnych tulipanów (linki na dole tekstu). Trucizna, deser czy eksperymenty kulinarne? W globalnym świecie na co dzień cieszymy się niewyobrażanym bogactwem smaków i kompozycji kulinarnych. Na nasze doznania pracowały tysiące pokoleń naszych przodków, którzy z głodu i ciekawości próbowali chyba wszystkiego. Nauczyli się nawet konsumować rośliny i zwierzęta trujące… przez lata doskonaląc sposoby przygotowania.

Próbowali z głodu, magii i szukając zdrowia. Dlaczego magii? Bo dla naszych przodków świat duchowy i realny przenikały się, stapiały w jedno. Magia bardzo podobna jest do inżynierii – także stara się za pomocą różnych działań wpłynąć na rzeczywistość. Czasem nawet to działało. I nie myślę tylko o efekcie placebo ale biologicznym działaniu ziół. Tyle tylko, że błędna teoria (podejście teoretyczne, model świata) inaczej wyjaśniała działanie lecznicze ziół i niejednokrotnie prowadziła na manowce.

Ale wróćmy do tulipiny i  dzikich tulipanów (leśnych – na zdjęciu wyżej, zdjęcie nadesłane przez czytelniczkę mojego bloga). Po moich publikacjach na blogu o żółtych, leśnych tulipanach,  w komentarzach (i na e-maila) czytelnicy nadesłali wiele informacji o miejscach występowania tejże rośliny. Zastanawiałem się, czy dzikie (botaniczne) żółte tulipany naturalnie występowały w lasach północnej Polski, czy też jako dzikie (bo innych nie było lub były bardzo drogie) były uprawiane i „zdziczały” a dużo stanowisk przetrwało do dzisiaj. Licznie podobno występują na Żuławach. Delta Wisły stosunkowo niedawno została osuszona i zagospodarowana. Dlatego mogły się tam pojawić jedynie jako przydomowe, ogródkowe uprawy, sztucznie wprowadzone (Holendrzy przywieźli je ze sobą, ze swojej ojczyzny?). Po dawnych mieszkańcach żuławskich wsi pozostały pamiątki – stare nagrobki oraz rozkwitające po zimie rośliny cebulkowe. „Cykliczny wysyp kwiatów na dawnych grobach dokumentuje wiarę w zmartwychwstanie i życie wieczne, do którego śmierć jest tylko bramą.”  W podobny sposób wiele gatunków roślin zadomawia się w naszym krajobrazie, czego przykładem są archeofity. Ale jest jeszcze jedna możliwość, bazująca na prawidłowości dziczenia ras hodowlanych. Możemy obserwować to na przykładzie naszych miejskich gołębi. Pozostawione same sobie, po latach swobodnego krzyżowania się, powróciły do ubarwienia dzikiej formy.

Tulipomania rozkwitła w XVII wieku. W pewnych okresach niektóre odmiany kosztowały majątek. Moda minęła. Dawni mieszkańcy Prus Wschodnich odeszli. Być może tulipany pozostawione same sobie  „zdziczały”, wracając do swojej pierwotnej, niewyselekcjonowanej przez człowieka, formy? Mówiąc językiem biologicznym – zmienił się nacisk selekcyjny. Pewną wątpliwość co do takiej interpretacji budzą małe i izolowane populacje dzikich, leśnych tulipanów. Czy do powrotu do formy dzikiej nie jest potrzebne krzyżowanie się różnych odmian?

Ale wróćmy do trującej tupiliny. „Tulipan ogrodowy (Tulipa gesneriana) jest trujący, ponieważ cała roślina zawiera trujący alkaloid tulipinę. Tulipina działa toksycznie na rdzeń przedłużony oraz zakończenia nerwów czuciowych a także pobudzająco na wydzielanie gruczołów, podobnie jak akonityna. Poza tym wywołuje ciężkie uszkodzenia serca. Zatrucia mogą się zdarzyć wskutek pomylenia cebulek tulipana z cebulą jadalną (cebule tulipanów mają jednak inny kształt, zwykle są mniejsze i nie mają charakterystycznego zapachu cebuli). Możliwe są także przypadki zjadania kwiatów przez dzieci.” Czy tego nie wiedział kucharz, przygotowujący sok z dzikich tulipanów?

A może wszystko zależy od ilości? Kiedyś kandyzowano nawet konwalię majową. I zjadano. Też roślina trująca. Czy sok z leśnych tulipanów (ściśle miodowy wywar) mógł być trujący? Podobne związki do tulipiny występują w wawrzynie (listek bobkowy – liści wawrzynu na co dzień używamy w naszej kuchni)). Liście zawiera do 3% olejków, w skład których wchodzą m.in.: cyneol, terpeny, geraniol itd. W większych ilościach liść laurowy jest toksyczny. Olejki eteryczne zawierają znaczną ilość goryczy i garbników – stąd charakterystyczny ostry i gorzki smak. Ale przecież odrobina goryczy w potrawach jest przez nas pożądana. Zwłaszcza w przetworach. Suszone liście są używane jako przyprawa do bigosu, gulaszu, mięsa, marynat itd. Liście odstraszają szkodniki – wkładane są do szaf, gdzie przechowuje się żywność. Znajdują też zastosowanie w perfumerii. Tyle dobrego… ale nadmiar może szkodzić.

Podobnie jest z wieloma ziołami – nadużywanie zamiast wyleczyć może zaszkodzić zdrowiu i życiu. Potrzebna jest wiedza. A na tę wiedzę pracowaliśmy przez tysiące lat i tysiące eksperymentów. Przypomnę, że wiedza to nie tylko zbiór faktów ale i teoria, porządkująca te fakty w spójny i całościowy system. Eksperymentowano na samych sobie. Z bardzo różnymi skutkami. Nasza dzisiejsza rozkosz podniebienia okupiona została wieloma ofiarami. Można to sobie uzmysłowić na przykładzie pomyłek przy zbieraniu grzybów – co roku słyszymy o zatruciach, w tym nawet śmiertelnych.

Czy sok z dzikich tulipanów warto przywrócić lokalnej tradycji kulinarnej (dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze)? Kuszące. A może trzeba wpierw dokładniej zbadać zawartość i efekty obróbki kulinarnej? Bo przecież ważna jest nie tylko sama zawartość związków potencjalnie toksycznych w surowych owocach, kwiatach czy roślinach. Istotne jest to, co się dzieje podczas obróbki kulinarnej (termicznej i innej). Gastronomia wiele trucizn i niejadalności zamienia w zdrowe rozkosze podniebienia.

Więcej artykułów o dzikich, leśnych tulipanach

Nadrzewek długoskrzydły czyli o dźwięcznym przemijaniu pór roku

12472488_10206329721378358_2178847553860680109_n

Zmienność fenologiczną przyrody widać nawet w mieście (wystarczy tylko patrzeć przed siebie a nie np. w telefonie łowić pokemony). Po zmieniających się gatunkach kwitnących roślin (barwy), po zapachu i po dźwiękach. I po gościach, odwiedzających nasze domy.

Wczoraj rano znalazłem przy progu małego, martwego „pasikonika”. Taka miniaturka pasikonika zielonego (czytaj więcej o pasikoniku). Ale miał skrzydła, więc to owad dorosły. U prostoskrzydłych nie ma przeobrażenia, więc larwy są podobne do dorosłych (ewentualnie odwrotnie). Nie mają tylko skrzydeł. Oczywiście cecha ta jest zwodnicza bowiem niektóre gatunki nawet jako dorosłe (stadium imago) są krótkoskrzydłe lub bezskrzydłe… więc wyglądają jak larwy.

Dzisiaj natomiast znajoma umieściła na fejsbooku zdjęcie tego samego gatunku. Też jest się „wpakował” do domu. Po konsultacjach eksmitowała go na balkon. I u mnie i u niej akurat trafił się samiec (co można nawet na zdjęciu rozpoznać po aparacie kopulacyjnym). Gatunek też łatwo ustalić – Nadrzewek długoskrzydły (Meconema thalassinum).

Taki mały pasikonik. Może młody i urośnie? Przypomnę, że owady w stadium imago nie rosną. Jego wielkość jest cechą charakterystyczną. Już raz ten gatunek odwiedzał mój dom (Nadrzewek długoskrzydły, terkotliwy drapieżnik podobny do pasikonika zielonego).  Poprzednim razem była to samiczka.

A dlaczego piszę o dźwiękach pór roku w tytule? Bo nie tylko ptaki dźwięki wydają ale i owady. Zazwyczaj w pełni lata słyszymy wieczorami pasikoniki. Nadrzewek w stadium imago pojawia się już pod koniec lipca. Towarzyszy nam aż do października. Czyli wszystko się zgadza (fenologicznie). Co do dźwięków to już gorzej, bowiem nadrzewek nie gra (nie stryduluje). Nie na „skrzypek”. Za to bębni. Wabi samiczkę bębniąc tylnym odnóżem w podłoże (zazwyczaj jest to liść). Nadrzewek jest mały (10–17 mm), więc ciszy nocnej nam nie zakłóci, zwłaszcza w mieście. Jego bębnienie przypomina warkot lub terkot, ale można usłyszeć z odległości ok. 1 metra.

Nie usłyszymy zatem nadrzewka,  chyba, ze specjalnie wybierzemy się na jego nocne koncerty miłosne (miłosne, bo wabi samiczki w wiadomym celu). Nadrzewek długoskrzydły żyje na drzewach, głównie na dębach. Aktywny jest nocą, zjada mszyce i żywi się spadzią. Być może zjada także i komary. W tym przypadku warto by mieć takiego nadrzewka w domu, lub przynajmniej w sąsiedztwie. Ale musza być drzewa. To jeszcze jeden aspekt dobrodziejstw z drzew w mieście.

Zapalone światło w domu i otwarte okno najpewniej zwabiło rzeczonego nadrzewka do mnie. Za późno go znalazłem, by pokazać mu drogę za drzwi.

Rozejrzyjcie się po swoim domu, zobaczcie ile małych gości nas odwiedza. Nie wszystkie w celach dokuczliwie konsumpcyjnych tak jak komary…

Fot. Anna Mikita, Olsztyn

O malowaniu słoików, odbieraniu świata przez fakty i teorię oraz o poczuciu niezwykłości

10544782_10203528772373298_6940365852535361572_nNie liczą się tylko same obiektywne fakty ale także teoria, którą „obserwujemy” owe fakty. Świat obserwujemy nie tylko szkiełkiem i okiem ale i teoria (paradygmantem). Dlatego wielu patrzy na to samo, a „widzi” różne rzeczy, inaczej opisuje to, co przed nami. Wiedza ludzka nie jest tylko sumą faktów i wiadomości. Paradygmat (teoria, model świata) dziedziczymy wraz z kulturą, w relacjach z innymi ludźmi. Opinia innych ma dla nas znaczenie. Ważne jest więc to, wśród jakich ludzi przebywamy, z im się komunikujemy. Bo to od nich „załapujemy” wszy, mikroorganizmy i idee.

Mój wakacyjny odpoczynek wiąże się także z malowaniem butelek i słoików. Wreszcie mam trochę czasu na rozmyślania przy malowaniu.

Poczucie wyjątkowości sprawiają sławne osoby (tytuły. stanowiska, nagrody, statuetki). Bo skoro inni już dostrzegli wielkość i niezwykłość danej osoby to i dla mnie, słuchacza-odbiorcy, oznacza to chwilę wyjątkową, wartościową, niezwykłą. Czuję się dowartościowany obecnością tejże osoby, czuję się uczestnikiem czegoś ważnego i wyjątkowego. Świat odbieramy nie tylko przez obserwowane fakty ale i przez teorię (paradygmat, całościowy model), zgodnie z którą interpretujemy to co widzimy. Zatem zdajemy się na zapowiedź, anons, że oto ktoś sławny przed nami stanie, coś powie, zaśpiewa itd., lub samemu trzeba tej niezwykłości poszukać i wydobyć…dostrzec w zapowiedzi wystąpienia, wydarzenia, na podstawie aktualnie doświadczanego kontaktu z dana osobą. Jedni potrzebują etykietki-anonsu, inni sami potrafią dostrzec i wydobyć..

Nastawienie jest ważne dla odbioru i emocjonalnej oceny. To tak jak ja wydobywam niezwykłości w startych (pospolitych) butelkach, z czegoś z pozoru byle jakiego, pospolitego, nieważnego. Po nałożeniu farby staje się słoik czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym, unikalnym rękodziełem. Tak trzeba zapowiedzieć mówcę. Wydobyć coś niezwykłego, zauważyć i zaanonsować. Pomóc innym spojrzeć na rzeczywistość inaczej. Mam na myśli upcykling oraz zapowiedź referatu czy naukowego, Wbrew pozorom to zbliżone zjawiska…

Rewitalizacja miasta z zielenią w roli głównej

13691094_10208870332148954_4756998348915225841_oCieszy każda dobra rewitalizacja śródmieścia z zielenią w tle. Nie tylko odnowione elewacje kamienic, ale i usunięty fragment „betonu”, zasadzone drzewa, trochę zieleni i ławeczki. Aż chce się do takiego miejsca przeprowadzić. Zamieszkać. I siłą rzeczy płacić tu podatki.

Zastąpienie fragmentu betonowego chodnika odkrytą glebą z zielenią to zwiększenie powierzchni wsiąkania wody. Ma znaczenie w czasach gwałtownych opadów. Im więcej wsiąknie tym mniej muszą przyjmować kanały przeciw burzowe. Były planowane lata temu ale teraz, wraz ze zmianami klimatu, zwiększyła się intensywność opadów. Więc nie są w stanie odprowadzić nadmiaru wody siecią kanalizacji. Ponadto szkoda tej wody, gdy jej coraz bardziej brakuje.

Jak podrosną zasadzone lipy to będą dawały upragniony cień w nagrzanych miastach. A gdy zakwitną to przecudny zapach wypełni całą ulicę. Mam jedynie nadzieję, że odkrytej powierzchni będzie wystarczająco dużo by rosnące drzewa miały wodę. Inaczej albo uschną albo trzeba podlewać.

A pod drzewem ławeczka. By odpoczywać i cieszyć się pięknym widokiem. Mały skwer zamiast parkingu. Dobry kierunek zmian, by ludziom w mieście żyło się przyjemniej. Jeszcze tylko tę zrewitalizowaną przestrzeń wypełnić kulturą i życiem społecznym. Od nowa nauczyć się siedzieć na ulicznej ławce, najlepiej w czyimś towarzystwie.

I może „chwasty” dzikie rośliny wyrosną i uchowają się przez czyszczącymi motykami porządkujących zieleń miejską….

Naukowcy zastąpili uczonych

klodkaJeszcze na początku XX wielu Steinhaus upierał się przy terminie „uczony”, dystansując się do słowa „naukowiec” (argumentował, że przecież nie ma sztukowca tylko artysta). Jednak dzisiaj w pracy na uczelni nie oczekuje się uczonych – oczekuje się sprawnego przetwarzania tego, co owi uczeni/naukowcy wymyślili, sprawnej realizacji grantów, zdobywania punktów. Bezsprzecznie są więc na uczelni naukowcy. To nie tylko kwestia semantyki. Uczelnie zmieniły się w korporacje. Nie chcę tego wartościować. Tak po prostu jest.

Zostało jeszcze sporo w tradycji z dawnego cechu średniowiecznego, ale bardziej w celebrze niż sposobie działania. Uniwersytety wymyślają się na nowo, już jako korporacje.