Zmrocznik przytuliak z Uroczyska Deresze

DereszeWiele par oczu potrafi zobaczyć więcej niż jedna para, nawet specjalisty. Dlatego rozwija się nauka obywatelska. To znaczy – wykorzystanie wiedzy i aktywności tak zwanych wolontariuszy. Mogą oni być w wielu miejscach jednocześnie, obserwować, dokumentować i przesyłać dane do ośrodków naukowych. Z dużej liczby danych, nawet obarczonych niedokładnością czy drobnymi błędami, można wykonać bardzo ciekawe analizy. Sam jestem zaskoczony informacjami, jakie pojawiają się w komentarzach i w korespondencji, w nawiązaniu do opublikowanych na blogu krótkich informacji przyrodniczych. Mimo że nie jest to żadna zorganizowana akcja udało się zebrać sporo interesujących informacji o zasięgu występowania niektórych gatunków owadów i roślin – widać przesuwanie się granic zasięgów.

Przykładem niech będzie zdjęcie gąsienicy motyla, które wykonano w Uroczysku Deresze (okolice wsi Giławy na Warmii). Wystarczy zwykły aparat fotograficzny, zintegrowany z telefonem komórkowym. Gąsienica zwróciła uwagę swoim nietypowym wyglądem i ubarwieniem. Nie trudno było ją rozpoznać, wystarczyło sięgnąć do entomologicznych książek – to, że akurat gąsienica jakiegoś zawisaka, to było widać na pierwszy rzut oka. Wystarczyło sprawdzić którego. Osobiście nigdy tego gatunku w terenie nie widziałem – jedynie namalowałem na butelce, bo niezwykle urokliwy.

Na górnym zdjęciu (fot. Katarzyna Przedwojewska) gąsienica zmrocznika przytuliaka (Hyles gailii syn. Celerio galii), motyla (nocnego, czyli ćmy) z rodziny zawisakowatych (Sphingidae). Dolne zdjęcie, już z postacią dorosłą, także jakiś czas temu otrzymałem (od pani Magdy Markiewicz z Motylarni w Marcinkowie k. Mrągowa). Ale niestety zbyt długo leżało w „szufladzie”. Tym sposobem jednocześnie opisuję znaleziska larwy i imago rzadkiego gatunku.

Zmrocznik przytuliak (podobny do niego jest zmrocznik wilczomleczek, znacznie częstszy i łatwiejszy do zaobserwowania) jest gatunkiem holarktycznym, czyli o szerokim zasięgu występowania. Występuje w całej Polsce. Jest jednak gatunkiem stosunkowo rzadkim, dlatego nie często jest widywany. Gąsienice żerują na wierzbówce kiprzycy (Chamaenerion angustifolium) oraz na przytulii pospolitej (Galium mollugo) i przytulii właściwej (Galium verum). Nazwę gatunkową motyl wziął od rośliny, przytulią zwanej, a nie od przytulania. Jeśli już to przytula się roślina. A zmrocznik – bo to typowy motyl nocny, aktywny o zmroku. Poza wymienionymi roślinami gąsienice czasami żerują także na innych gatunkach roślin zielnych.

13427848_1176582589061317_5097959965885545915_nDorosłe motyle można spotkać od początku maja do początku lipca, a jeśli występuje drugie pokolenie to także w sierpniu i połowie września. Gąsienice spotkać można od lipca do października (uwzględniając drugie pokolenie). Gąsienice żerują o zmierzchu i za dnia, w nasłonecznionych miejscach: przy rowach przydrożnych, przy torach i na łąkach. Spotkać je zatem można na śródleśnych łąkach, zrębach, nasłonecznionych stokach, parkach, ogrodach oraz przy drogach i torowiskach.

Przepoczwarczenie następuje w czasie zimy, w oprzędach na ziemi lub płytko pod jej powierzchnią.

Motyle dorosłe (imagines) latają w słoneczne dni i o zmroku. Samce przylatują do samiczek także w godzinach popołudniowych (co odróżnia je od innych zawisaków z grupy sphinksów).

Bibliografia:

Buszko Jarosław, Atlas motyli Polski. Część II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki, Warszawa 1997.

Heintze Jerzy, Motyle Polski, atlas, część pierwsza. Warszawa 1990

Zmrocznik przytuliak (wikipedia) https://pl.wikipedia.org/wiki/Zmrocznik_przytuliak

Mądziak malinowy czyli obcych od razu widać

dziwak_1Otrzymuję sporo różnych zapytań o identyfikację różnych gatunków i próśb o wyjaśnienie spotykanych niezwykłości. Niestety nie jestem w stanie na wszystkie te prośby odpowiedzieć od razu. Proszę mi wybaczyć. Zaległości przybywa.

Dzisiaj opiszę jedno, niezwykłe spotkanie z przyrodą. Zazwyczaj gatunki obce łatwiej zauważamy. Bo jest to coś nowego. O gatunkach pospolitych mało się pisze… Może należałoby częściej.

„Podczas moich bezskutecznych internetowych poszukiwań informacji na temat dziwnego grzyba, który wyrósł rodzicom na działce pod krzakiem agrestu, natknęłam się na Pana stronę. Może będzie Pan wiedział, co to takiego? Będę wdzięczna za informacje.

Pozdrawiam

Agnieszka Wojtanowska”

List otrzymałem we wrzeniu. Gatunek jest bardzo charakterystyczny. Początkowo myślałem, że to mądziak psi. Ale po zajrzeniu do fachowych książek okazało się, że to mądziak malinowy. Grzyb o mało przystojnym wyglądzie (tak jak sromotnik bezwstydny, czytaj:  Czarcie jajo czyli dlaczego przez owady tak cuchnie w lesie).  A o zapachu mało przyjemnym, podobnie jak i innych gatunek obcego grzyba (Okratek australijski w Szklarskiej Porębie oraz  Ośmiornica w lesie. Czy obcy przybłęda może być u nas gatunkiem chronionym?).

Tak jak wyżej wymienione mądziak malinowy (Mutinus ravenelii), zwany także czasem mądziakiem szkarłatnym, to grzyb z rodziny sromotnikowatych (Phallaceae). Pochodzi z Ameryki Północnej, u nas jest gatunkiem obcym. Podobny do niego jest mądziak śliczny (Mutinus elegans), również pochodzący z Ameryki Północnej. Rodzimym gatunkiem jest mądziak psi (Mutinus cannus).

Mądziak malinowy pochodzi z Ameryki Północnej, w Europie pojawił się w połowie XX wieku (pierwszy raz zanotowano w Berlinie w 1942 r.) W Polsce pierwszy raz zaobserwowano mądziaka malinowego w Krakowie w 1965 roku. Grzyb ten występuje w miejscach wilgotnych i bogatych w próchnicę: w szklarniach, wysypiskach śmieci, w parkach, na z łąkach, ogrodach i zanieczyszczonych lasach. Wydaje się, że preferuje wyższe temperatury. Dawniej był umieszczony na liście gatunków chroniony, ale od 2004 został z tej listy zdjęty. Uznany jest za gatunek obcy i ekspansywny.

Tak jak i inne grzyby z tej rodziny mądziak malinowy wydziela nieprzyjemny zapach, wyczuwalny z odległości kilku metrów, zwabiający muchy (gatunki żywiące się odchodami lub padliną). Nieprzyjemny zapach mądziaka malinowego przypomina zapach fekalii lub psującego się mięsa. Owady padlinożerne, zwabione miłym dla nich zapachem, siadają na owocniku mądziaka, a do ich odnóży przyklejają się zarodniki. Owady roznoszą zarodniki na dość duże odległości. Zaobserwowano, że owocniki tego grzyba są chętnie i bez szkody dla ich zdrowia zjadane przez psy. Być może podobnie jest z mądziakiem psim – stad jego nazwa.

Owocniki mądziaka spotkać można od czerwca do listopada.

Bibliografia

fot. Agnieszka Wojtanowska

Dachówki, butelki i sprzątanie świata 2016

butelki_z_daliamiTegoroczne Sprzątanie Świata – Polska 2016 odbędzie się w dniach 16-18 września. To już 23. edycja tej akcji, tym razem przebiega ona pod hasłem „Podaj dalej… drugie życie odpadów”.  Głównym przesłaniem akcji jest:

  • promowanie poszanowania zasobów i efektywnej segregacji,
  • unikanie odpadów – szacunek do przedmiotu,
  • uświadomienie Polaków o ich wpływie na środowisko i ilość wytwarzanych odpadów podczas codziennych czynności.

„Daj drugie życie przedmiotom, nie wyrzucaj ich pochopnie do kosza! Zrób wszystko, by odpad za szybko nie trafił na wysypisko!”

Malowanie zbędnych już butelek i słoików (śmieci?) jest całorocznym realizowaniem wyżej wspomnianego hasła. Podobnie z malowaniem dachówek – zamiast wyrzucać można nadać in inny sens, inną wartość. Mogą być jeszcze potrzebne. Butelkowy i dachówkowy upcykling to inne, praktyczne spojrzenie na świat. Zamiast nadmiernej konsumpcji… bycie ze sobą razem. Wspólne malowanie w przestrzeni publicznej to tworzenie relacji międzyludzkich zamiast tworzenia śmieci pokonsumpcyjnych.

Malowanie butelek i dachówek, pozornie prostych i banalnych czynności, niesie w sobie ukrytą, głębszą treść filozoficzną (o której pisałem już wielokrotnie). Sprzątanie Świata jest dobrą okazją przypomnieć tę treść. Na dodatek głównym motywem malowania jest lokalna różnorodność biologiczna. Taka przyrodnicza edukacja pozaformalna i nieformalna. Jest o czym porozmawiać w czasie malowania… i w czasie wystaw. Efekty są, na przykład widoczne w książkach beletrystycznych i na autobusowych przystankach. Rozchodzi się po świecie bez zbędnego napuszenia (tak realizowana edukacja pozaformalna jest po prostu skuteczna).

Malowane dachówki można będzie obejrzeć w czasie zbliżającej się Europejskiej Nocy Naukowców, 30 września: Noc Naukowców i bioróżnorodność na dachówkach malowana. Z kolei butelki i słoiki malowane w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii (Plener z daliami) pokażemy m.in. w czasie Nocy Biologów 2017 (styczeń). Zapraszam na wystawy, zapraszam do wspólnego malowania. A w czasie zbliżającego się weekendu gorąco namawiam do Sprzątania Świata. „Co roku w do akcji przyłącza się kilka milionów wolontariuszy – dołącz i Ty! Specjalnie dla Ciebie inicjatorka akcji, Mira Stanisławska-Meysztowicz wystosowała zaproszenie (zobacz też tegoroczne hasło).

Czynić świat piękniejszym i pełnym sensu… to takie proste. A jednocześnie takie trudne. We wspólnocie łatwiej. Więc zrób to z kimś. A jak dostrzeżesz piękno w znalezionych śmieciach, zabierz ze sobą i wykorzystaj w artystycznym upcyklingu. Okazji będzie wiele. Przyjdź ze swoją butelką, słoikiem czy czymś innym, i na wspólnym spotkaniu, w czasie rozmowy o przyrodzie i o ludziach, nadamy jej nową wartość. Bo nie ma rzeczy ni ludzi niepotrzebnych…

Puszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową czyli wystawa na Noc Naukowców

1dninauko2016tytulowyPuszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową, a na pewno europejską. Jest ostatnim fragmentem w miarę pierwotnej puszczy na nizinach. Jest europejskim laboratorium, w którym uczymy się jak rozsądnie gospodarować w lasach, także gospodarczych. Jest swoistym, ekologicznym „wzorcem z Sevres” a jednocześnie „magazynem gatunków”. I ja miałem przyjemność nie tylko odwiedzać Puszczę ale i prowadzić tam badania nad chruścikami. Stosunkowo pierwotny krajobraz powoduje, że ekosystemy wodne wraz z żyjącymi tam gatunkami (np. chruścikami) są dobrym punktem odniesienia do badania zmian antropogenicznych w wodach śródlądowych nizinnej części Europy.

W Puszczy Białowieskiej żyje wiele unikalnych gatunków zwierząt, roślin i grzybów, niektóre gatunki spotkać można tylko tu. Te gatunki mogą nam „się przydać”, zarówno w przemyśle farmaceutycznym, medycynie jak i szeroko pojętej gospodarce XXI w. Z tych właśnie powodów w wielu miejscach świata chroni się bioróżnorodność (różnorodność na poziomie genetycznym, gatunkowych oraz ekosystemowym).

Na zbliżającą się Europejską Noc Naukowców przygotowałem wystawę zdjęć z krótkimi opisami oraz QR Kodami, linkującymi do obszerniejszych artykułów  (wykorzystanie mobilnego Internetu). Funduszy starczyło na 6 plansz. Po wystawie 30 września można będzie plansze pokazywać w innych miejscach – łatwa do transportu i zawieszenia (jeśli by znalazły się fundusze to przygotuję kolejne plansze o przyrodzie Puszczy Białowieskiej z moimi zdjęciami).

Wystawa jest relacją z badań przyrodniczych, prowadzonych na terenie Puszczy Białowieskiej wraz z elementami kultury materialnej, zachowanej wokół Puszczy. Są to zdjęcia unikalnej przyrody Puszczy Białowieskiej oraz wyniki badań (linki), dotyczące owadów wodnych różnych siedlisk, ze szczególnym uwzględnieniem chruścików (Trichoptera). Uwzględnione zostało także siedlisko martwego drewna w Puszczy Białowieskiej i w lasach gospodarczych (warto ten wątek w przyszłości rozwinąć w postaci dodatkowych plansz). Przyroda może być podstawą rozwoju gospodarczego i rynkiem pracy dla społeczności lokalnej. Nie tylko w okolicach Puszczy Białowieskiej.

Bogactwo grzybów jest ogromne, jedna plansza poświęcona jest palcom umarlaka (lokalna nazwa grzyba).  Wiele z nich to gatunki saproksyliczne, żyjące na martwym drewnie. W naturalnym lesie martwego drewna jest dużo – stanowi ono ok. 30 % żywego drzewostanu (czasem nawet do 50%). W naszych lasach gospodarczych, gdzie martwe drewno jest usuwane a próchniejące drzewa wycinane, tych gatunków jest znacznie mniej bo uboższe jest siedlisko martwego drewna..

Rzadkie gatunki roślin, grzybów i zwierząt są atrakcją turystyczną. Nad rozlewiska Biebrzy i Narwi corocznie przyjeżdżają rzesze turystów oglądać dziką przyrodę. I to w miesiącach tradycyjnie „nieturystycznych”. Podobnie jest z Puszczą Białowieską i innymi parkami narodowymi. A my ciągle nie mamy swojego Mazurskiego Parku Narodowego… Przyroda wokół nas jest jak muzeum lub galeria sztuki. Potrzebny tylko dobry przewodnik, który nam o tym opowie lub aktualny „katalog wystawowy”.

Wbrew pozorom Puszcza Białowieska nie jest dziewiczym terenem. Nawet w rezerwacie ścisłym widać dawne działania ludzkie (na wystawie nie zmieściły się fotografie ilustrujące ten proces). Jednak skala zmian jest niewielka. W Polsce żyje około 35 tys. gatunków bezkręgowców, z których około 26 tys. to owady. W Puszczy Białowieskiej wykazano obecność 11 700 gatunków bezkręgowców, ale żyje tu najprawdopodobniej ich 22 tys. Sam,  w czasie badań zbiorników wodnych Puszczy, spotkałem dwa nowe dla Parku Narodowego gatunki chruścików. A wydawało się, że chruściki (Trichoptera) należą do dość dobrze poznanej grupy na obszarze Puszczy.

Puszcza w obecnych granicach to niewielki stosunkowo obszar. Dla zachowania tej unikalnej przyrody konieczne jest rozszerzenie granic obecnego parku narodowego. Nie kłóci się to z rozwojem gospodarczym. Przyrodnicza sława Puszczy Białowieskiej przyciąga nie tylko naukowców z całego świata, ale także i turystów. Rocznie sam park narodowy odwiedza ponad 100 tys. turystów z całego świata. Miejscowości i gminy, które wykorzystują turystykę przyrodniczą, wyraźnie się rozwijają. Te, które stawiają na przemysł drzewny, wyraźnie są w stagnacji gospodarczej. Tak więc rozszerzenie granic parku narodowego to nie tylko wartość naukowa i przyrodnicza ale to także wartość gospodarcza. W Puszczy Białowieskiej jest dużo martwego drewna. A jest to unikalne siedlisko dla wielu gatunków grzybów, bezkręgowców i ptaków. Ale taka sytuacja jest tylko w parku narodowym. Pozostała część puszczy przypomina las gospodarczy. Chodzi więc o to, aby sensowną ochroną objąć większe obszary Puszczy Białowieskiej. Rozszerzenie granic parku narodowego jest mądrą i długofalową inwestycją, która z pewnością nam Polakom się opłaci.

Badania nad larwami chruścików Puszczy Białowieskiej przeprowadzone zostały w 2010 roku w kilku ciekach (strumienie i małe rzeczki) oraz zbiornikach okresowych. Wcześniej badane były jedynie imagines odławiane do światła (Mohammad et al. 1987, Czachorowski 2001, Gutowski et al. 2009). W zebranym w 2010 r. materiale wykazano dwa gatunki Trichoptera nowe dla Białowieskiego Parku Narodowego oraz 10 nowych dla Puszczy Białowieskiej. Dwa nowe gatunki są typowym elementem małych, śródleśnych rzeczek o piaszczystym dnie.

Mam wielką nadzieję kontynuować badania nad chruścikami i wodnymi bezkręgowcami Puszczy Białowieskiej…

czytaj także: http://copernicanum.blogspot.com/2016/09/puszcza-biaowieska-dziedzictwo.html

O wiedźmach czyli ewolucji znaczeń i kontekście co zmienia znaczenie

czarownicazakopaneW czasie Europejskiej Nocy Naukowców w Olsztynie, 30 września będę miał krótki wykład o maści czarownic do latania, jako… produkcie kulinarnym, wykorzystanym w promocji turystycznej regionu. Maść czarownic ma intrygować i zaciekawiać, ale ponieważ czasem rodzą się nieoczekiwane skojarzenia i opaczne rozumienie treści, czuję się w obowiązku napisać więcej i bardziej dokładnie. By nie mylić etnologii z okultyzmem.

Słowa zmieniają swoje znaczenie tak jak gatunki zmieniają nisze i przystosowania do środowiska. Ewolucja kulturowa podobna jest chyba do ewolucji biologicznej, struktura pozostaje (słowo) ale zmienia się funkcja. Takim słowem jest na przykład wiedźma (wiedźmy). We współczesnej kulturze słowo wiedźma nabrała zupełnie innego znaczenia niż kiedyś – obecnie oznacza kogoś dobrego, znającego się na ziołolecznictwie, bliskiego przyrodzie itd. I w takiej zmianie znaczenia (funkcji) nie ma nic złego ani dziwnego. To normalny proces. Gorzej jeśli współczesne znaczenie przenosimy w przeszłość i interpretujemy niezgodnie z kontekstem miejsca i czasu. Wtedy zaciera się różnica między literacką fantazją a nauką i powstają dziwaczne hybrydy gatunkowe.

Wiedźma nie jest jedynym i pierwszym słowem, które zmieniło znaczenie. Na przykład kobieta – kiedyś określenie pejoratywne, dzisiaj odbieramy zupełnie dostojnie. Czy inne słowo: dziwka/dziewka – kiedyś oznaczało po prostu dziewczynę, dzisiaj na pejoratywny kontekst. Niby też dziewczyna (lub kobieta) ale o określonej proweniencji. Sam, z dzieciństwa pamiętam, jak dziadek w swojej chachłackiej gwarze mówił do nas „nie ruchaj” (w znaczeniu nie ruszaj). Myśmy odbierali to jako wulgarne określenie seksualne, pod nosem się uśmiechając bo naruszone zostało tabu. Teraz owo słowo ponownie utraciło swoje pikantne znaczenie (dlatego piszę wprost, bez wykropkowań). Ważny jest kontekst wypowiedzi. Słowo pojawiające się w określonym kontekście zaczyna zmieniać swoje znaczenie np.: pedał, zrobić loda itd. Uczymy się znaczenia słów w kontekście, w jakim są używane i w dopełnieniu do mowy ciała. A nie tylko przez ich definicję.

Współczesne znaczenie słowa wiedźma wywodzone jest od wiedza, wiedzieć. Czyli wiedźma to kobieta która wie, ma wiedzę. I to w kontekście wiedzy dobrej, w tym znaczeniu znającej się na ziołach i leczeniu. Czasem jednak takie tłumaczenie, zgodnie ze współczesnym rozumieniem słów i bez wiedzy o przeszłości, może prowadzić na manowce. Bo równie dobrze niewiasta oznacza kobietę, która nie wie a dziewica – ta która się dziwi. Łatwo zostać dziewicą, wystarczy się zdziwić. Czasem dowcipna zabawa słowna może nabrać własnego życia.

Interpretacje etymologiczne i etnologiczne nie są łatwe (nie zapominając o entomologicznych), bowiem nie wszystkie ślady zostały utrwalone w piśmie, są one fragmentaryczne i trzeba sporego wysiłku by coś z mniejszą lub większą pewnością ustalić. Tak jak z odtwarzaniem dawnego życia na podstawie skamieniałości. I jak to w nauce bywa, argumentacje są różnorodne, hipotezy różne a ustalenia zmienne. Trzeba więc szukać w wielu źródłach. Proste googlanie jednego słowa nie pomoże. Nie jestem etymologiem (jestem entomologiem, słowa podobne ale znacznie zasadniczo różne), do poniższej analizy wykorzystałem jedynie podręczne książki z domowej biblioteczki i opracowania oraz umiejętności stosowania narzędzi naukowego myślenia.

Aby sprawdzić, skąd się wzięło słowo wiedźma w języku polskim, sięgnąłem do „Słownika etymologicznego języka polskiego” Aleksandra Brücknera (pierwsze wydanie w 1927, moje reprintowe z 1974 roku). Nie wszystko tam dla mnie jest jasne i nie wszystko potrafię poprawnie zrozumieć i odcyfrować specjalistyczny i skrótowy żargon słownikowy). Z hasła w tym słowniku wynika, że wiedźma, pochodzi od słowa wiedma, które to słowo popularne było zwłaszcza w wieku XVII i wywodzi się z rusińskiego wied’ma (nie rosyjskiego ale rusińskiego, czyli współcześnie przykładalibyśmy do Ukrainy i ewentualnie Białorusi). Brückner stawia znak zapytania czy aby to słowo nie jest czasem własne (czyli polskie). Wskazuje także na czeskie słowo wiedi oznaczające niby wieszcze. Czyli wynikałoby, że wiedźma pochodzi bardziej od wieszczenia i wieszczki niż wprost od wiedzy. Owszem, żeby wieszczyć (wróżyć) trzeba mieć jakąś określoną wiedzę, trzeba „widzieć”. W każdym razie Brückner zasiał ziarno niepewności i zaciekawienia. Oczywiście w słowniku zawarte jest uogólnienie i brakuje danych wyjściowych, na których wspomniany autor oparł swoje wnioski i interpretacje. Teraz należałoby głębiej sięgnąć do języka rusińskiego (Łemkowie, Bojkowie, Ukraińcy), kultury i znaczeń by pełniej zrozumieć skąd się słowo wied’ma wzięło i co oznaczało w tamtej kulturze. Póki co nie mam takiej możliwości.

Według „Małego słownika języka polskiego” (PWN, Warszawa 1969, wydanie z 1989 r .) słowo wiedźma ma dwa znaczenia 1. wg dawnych wierzeń ludowych i w baśniach wiedźma to kobieta mająca związek ze złymi mocami, czarownica, zła wróżka 2. (pogardliwie) – kobieta zła i brzydka. Także używane w znaczeniu wyzwiska. Drugie źródło wskazuje na pejoratywne znaczenie wiedźmy, w odróżnieniu od współcześnie nadawanego znaczenia w popkulturze telewizyjnej (może po części za sprawą takich filmów jak Harry Potter). Z kolei „Słownik wyrazów bliskoznacznych” pod red. S. Skorupki (Warszawa 1990) dla słowa wiedźma jako bliskoznaczne podaje: czarownica, złośnica. Czyli też coś nieprzyjemnego.

Sięgając do starszych źródeł słownikowych odnajdujemy pejoratywne znacznie, ale we współczesnej kulturze już nabrało odcienia sympatii i akceptacji i swoistych konotacji „ekologicznych”. Różny czas to i różne znaczenie. Bowiem inny jest kontekst historyczny, społeczny i kulturowy. Potem zajmę się rozważaniami, dlaczego nastąpiła zmiana znaczenia i odbioru.

„Słownik etymologiczny języka polskiego” Izabeli Malmor z 2010 roku wiedźmę umieszcza wśród wyrazów pochodnych od słowa wiedzieć, obok powiedzieć, świadek, świadomy, w zestawieniu wiadomość, wiedza, wiedźma. Podaje także fragment tekstu źródłowego „Kłodę baranią wiedma w kocieł wwaliła” (Jakub Żebrowski, XVII w.). Natomiast samo słowo wiedzieć definiuje tak: 1. Być świadomym czegoś, zdawać sobie z czegoś sprawę, orientować się w czymś., 2. mieć wiedzę, wiadomości o czymś, 3. Dawniej też „znać”. 4. staropolskie (XV w.) także potrafić, umieć, móc. Etymologię słowa wiedzieć wywodzi od praindoeuropejskiego widzieć – nastąpiło rozszerzenie znaczenia: widziałem kogoś, coś czyli wiem o kimś, czymś. Niemniej na podstawie tego słownika współczesne powiązanie wiedźmy z wiedzą wydaje się jak najbardziej uzasadnione i poprawne,. Ciekawy jest natomiast trop powiązania ze słowem widzieć co może jakoś łączyć się z wieszczyć.

Więcej światła na omawiane zagadnienie wnoszą książki etnograficzne odnoszące się do wierzeń ludowych i słowiańskich. Tam wyraźnie widać powiązanie wiedźmy z półdemonami czy istotami złymi, pośrednimi między ludźmi a demonami. Moszyński w swojej „Kulturze Ludowej Słowian” słowa wiedźma używa jako synonim czarownica. Czary i czarowanie rozumie ów autor (opierając się na bogatych badaniach etnograficznych z końca XIX i początków XX w.) jako praktyki magiczne wykonywane na szkodę bliźnich. Ludowe rozumienie czarownicy (a więc i wiedźmy) wiąże się ze złem, wyrządzanym ludziom. Dlatego jest jednoznacznie pejoratywne. O tym dokładniej napiszę kolejnym razem.

Na koniec mała dygresja, nawiązująca do współczesnego popkulturowego wiązania czarownic, wiedźm itd., ze średniowieczem i paleniem na stosie przez świętą inkwizycję. To część współczesnej, kulturowej „mitologii”. Pozwolę sobie przytoczyć obszerniejszy fragment sprzeczny z tymi wyobrażeniami „Proceder topienia i palenia czarownic na stosach przywędrował do Polski w epoce renesansu [a więc po okresie średniowiecza – S.Cz.] prosto z Niemiec, nigdy jednak nie przyjął nawet w dziesiątej części takich rozmiarów, jak u naszych zachodnich sąsiadów… Oskarżenia o czary wnosiły osoby prywatne i rozpatrywały je sądy świeckie (a nie kościelne, jak zwykło się uważać). Pierwszą czarownicę spalono w Polsce w Chwaliszewie koło Poznania w 1511 roku. Ostatni zaś proces o czary, bardzo zresztą głośny, odbył się w Doruchowie w 1775 roku, kiedy to spalono czternaście kobiet.” („Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach”, Paweł Zych, Witold Vargas, Wyd. Bosz, 2015 r.). To kolejny przykład tego, że współcześnie popularne poglądy czasem dalekie bywają od historyczny realiów (czyli w skrócie od tak zwanej prawdy).

Najwyraźniej w naszym potocznym rozumieniu za średniowiecze rozumiemy to co było kiedyś, dawno temu, w zupełnym oderwaniu od historycznych epok.

W naszym regionie przypomina mi się spalenie czarownicy w Reszlu, sprzed dwóch wieków. Ale warto zaznaczyć, że nie była to wtedy Polska tylko zabór pruski i protestantyzm (ani czas ani kontekst nie dotyczył więc świętej inkwizycji). Na dodatek kobieta była podpalaczką. Tak więc skazano ją w zasadzie za podpalenie. Nazwano czarownicą… bo było to słowo, określające kogoś złego, omotanego siłami nieczystymi. No bo kto normalny podpalałby domy w mieście? Akurat chyba zrobiła to z zazdrości na niewiernym kochanku. To oczywiście zupełnie inna opowieść.

Na ilustracji czarownica lub wiedźma na miotle (w każdym razie jakaś baba) z Zakopanego.

Do pełnego poznania skąd się wzięło słowo wiedźma i co kiedyś oznaczało potrzeba większej ilości danych i przejrzanych źródeł. Zachęcam do włączenia się w poszukiwania wiedźmy. Zajrzyj do biblioteki, poszukaj w internecie i podeślij (np. w komentarzach) swoje ustalenia. Nauka to dyskusja i falsyfikowanie hipotez w dialogu i eksperymentach empirycznych.

c.d.n. i będzie o wiedźmach, czarownicach, dziwożonach, Babie Jadze i innych wstrętnych babach, czyli o przechodzeniu pojęć z mitologii do kultury. Tak jak gatunków z ekosystemów do ekosystemów i innych środowisk. Teraz też pojęcia zmieniają znaczenie przechodząc z mitologii do kultury. Zwłaszcza popkultury telewizyjno-festiwalowej.

Mocne rozpoczęcie roku szkolnego

wrzesien_wejscia_na_bllogW minionym tygodniu (początek września) na moim blogu odnotowałem 13 769 wejść (tak przynajmniej wskazuje licznik). To więcej niż przeciętnie w ostatnich miesiącach. Ale górki i dołki są czymś normalnym. Na dodatek popularność jest tylko elementem dodatkowym. Nie jest dla mnie wyznacznikiem tego co i jak mam pisać. Piszę bo chcę, niczego nie muszę. Dużo bardziej przydatne są bezpośrednie kontakty z czytelnikami. Bo rozmowa lub korespondencja to znacznie pełniejsza komunikacja niż sucha statystyka.

Kiedy zaczynałem, ponad 10 lat temu, średnio dziennie było kilka wejść. Potem systematycznie liczba wejść rosła. W ostatnim roku średnio było to 300-500 odwiedzin dziennie. I tylko czasem zainteresowanie wzrastało do kilku tysięcy. Za każdym razem wiązało się to z umieszczeniem tekstu (przedruk – o ile do internetu można takiego słowa użyć) gdzież w jakimś serwisie informacyjnym (wraz z linkiem). Czasami link zamieszczany był na jakimś forum dyskusyjnym lub w facebookowej grupie. Jest to jakaś forma ewaluacji – odbierania dalekich i mniej precyzyjnych sygnałów o odbiorze treści.

Pierwszy tydzień września – jak mogę wywnioskować ze statystyk i źródeł ruchu sieciowego – odnotował zwiększone wejścia z linków umieszczonych na Facebooku. I chyba dotyczył wpisu na temat modliszki. Sam tekst opublikowany był dwa lata temu. To przykład na to, że blog jako forma komunikacji nie jest ulotny i przemijający jakby się mogło wydawać. Dzięki wyszukiwarkom, słowom kluczowym a także różnym linkom na wielu portalach i serwisach, nawet do dawnych treści można dotrzeć i przeczytać. I zareagować. Pojedynczy wpis nie jest tylko czytany w ciągu kilku dni od napisania.

Statystyki bywają zwodnicze. Wejście nie oznacza czytania… więcej niż samego tytułu. Jakimś wyznacznikiem, poza statystyką, są polubienia poszczególnych artykulików (ale dotyczy tylko osób z kontem na FB), dalsze udostępniania na FB czy Google + a także wykorzystanie w formie „przedruku”. Raz opublikowany żyje swoim życiem. I są oczywiście komentarze. Ale i komentarze bywają zwodnicze, bo czasami mogę odnieść wrażenie, że komentujący przeczytał tylko tytuł… i dyskutuje ze swoimi wyobrażeniami o temacie a nie z rzeczywistym tekstem (wypowiedzą).

Teksty publikowane są na wolnej licencji – ułatwia to upowszechnianie treści. Blog jest swoistą formą upowszechniania wiedzy. Internet trochę ułatwia śledzenie efektu i wpływu. Wszystkiego jednak poznać się nie da. I bardzo dobrze.

Blogowanie jest dla mnie formą porządkowania myśli jak i sposobem komunikowania się nie tylko ze studentami ale i formą edukacji pozaformalnej. Blogowanie ma swoje ograniczenia. Ale ma niezaprzeczalny walor szybkiego i szerokiego docierania do czytelników. Czytelników bardzo zróżnicowanych zarówno w zakresie wiedzy ogólnej, wiedzy przyrodniczej jak i zawodu, wieku, kapitału społecznego itd. Mieści się w uniwersyteckiej misji  upowszechniania wiedzy. Odbiorca-student jest tylko dużo bardziej zróżnicowany, co wymusza uczenie się zupełnie nowych form wypowiedzi i prezentowania poglądów. W małych (krótkich) porcjach oraz do bardzo zróżnicowanego odbiorcy.

W ciągu dekady blogowania dorobiłem się nie tylko licznych czytelników ale własnych, osobistych hejterów. Nieliczni, ale są, wierni i zajadli. Piszą mi całkiem nową biografię. Sam jestem zaskoczony tym, co robiłem w ich mniemaniu. Mieć własnych hejterów to jednak coś. Czuje się doceniony. Najwyraźniej wywieram wpływ. A że docieram do różnych osób, o różnym poziomie wiedzy i kultury dyskusji, to i takie efekty „ewaluacyjne” się trafiają.

Festiwalowe budowanie kapitału naukowego na prowincji

kopernikkapitalUdział w konferencji to okazja do wysłuchania wykładów i dyskusji z ludźmi spoza własnego kręgu znajomości. Niby wszystko można znaleźć w Internecie bez ruszania się z domu. Ale skoro tak, to dlaczego tak niewielu z tego korzysta? Po drugie, kiedy sami szukamy to podążamy znanymi sobie ścieżkami. Konferencja to spotkanie nieoczekiwanego i nieznanego. Podobnie rozmowa kuluarowa – jest otwarciem się na nowe.

Także i po tegorocznej konferencji Pokazać-Przekazać wróciłem mocno zainspirowany. Poczułem, że uczestniczyłem w czymś, co na prawdę zmienia polską edukację w szerokim sensie. Teraz przez kilka miesięcy będę próbował zmaterializować inspirację z Centrum Nauki Kopernik. Zaproszę do współudziału w kolejnych eksperymentach i w podróży w nieznane swoich studentów. Mam nadzieję, że się włączą (ja oczywiście będę namawiał).

Jednym z ciekawych wątków, jakie usłyszałem, dotyczą kapitału naukowego. Po raz pierwszy usłyszałem o kapitale naukowych na wykładzie dr Ilony Iłowieckiej-Tańskiej. Ważne jest to, kogo uczeń zna. W tym kontekście czy zna osobiście jakiegoś naukowca, np. w rodzinie, wśród sąsiadów. Bo czym innym jest osobiście znać a czym innym czerpać wiedzę ze stereotypów.

Różnorodne festiwale nauki i pikniki naukowe już na trwałe wrosły w krajobraz Polski i regionu. Jednak zbyt często traktowane są jako rozrywka, z przymrużeniem oka. Kto by tam poważny się w to angażował. Niby trzeba bo wypada… ale nie ma komu poważnie się zaangażować. Jakieś wybuchy, show, koncerty i spotkania z gwiazdami… A przecież najważniejszą wartością jest bezpośrednie spotkanie z nauką i naukowcem, odwiedzenie prawdziwego laboratorium. Jest to szczególnie ważne na prowincji, w naszym regionie. Bo ilu mamy pracujących naukowców, tak aby dzieci miały możliwość spotkać naukowca w realu? Chyba jedyną szansą są właśnie festiwale naukowe, takie na przykład jak Olsztyńskie Dni Nauki i sztuki, Europejska Noc Naukowców lub Noc Biologów. Oraz wszystkie inne mniejsze formy, z kawiarnią naukową, gościnnymi wykładami w szkołach, wizytami szkolnymi w laboratoriach UWM w czasie całego roku. To nie spektakularne „wybuchy” i sceniczne show z udziałem gwiazd przesądzają o wartościach pikników naukowych ale właśnie możliwość spotkania i „dotknięcia” prawdziwego naukowca.

Bo nie o rozrywkę, wybuchy, koncerty i spotkania ze sławnymi (z estrady) ludźmi chodzi. Najważniejszy jest bezpośredni kontakt z nauką i naukowcami. To jest ważny element budowania społecznego kapitału naukowego. Ten ostatni właśnie decyduje o tym, że sięgamy po książki lub po informacje w Internecie.

Centrum Nauki Kopernik jest także ośrodkiem naukowym (a nie tylko edukacyjnym). Współpracuje z innymi międzynarodowymi instytucjami w rozpoznawaniu i budowaniu kapitału naukowego na każdym etapie kształcenia. Profesor Louise Archer z Kings College twierdzi, że kluczowy wpływ na aspiracje zawodowe uczniów ma poziom ich kapitału naukowego. Wspomnianym wielokrotnie kapitałem naukowym są zasoby determinujące to, jak dzieci i młodzież myślą o sobie samych i nauce. Na tak rozumiany kapitał naukowy składa się:

  • alfabetyzm naukowy, czyli to, co wiedzą uczniowie o nauce,
  • przekonanie o własnych kompetencjach naukowych, czyli m.in. to, co myślą o sobie pod wpływem ocen i opinii nauczycieli,
  • codzienne i niecodzienne praktyki związane z nauką: odwiedzanie muzeów, ogrodów botanicznych, skansenów i centrów nauki, uczestnictwo w kołach zainteresowań, śledzenie wiadomości dotyczących nauki w Internecie,
  • to, kogo znają, czyli prywatna relacja z osobami zajmującymi się zawodowo nauką.

Pisząc o znaczeniu kawiarni naukowych i pikników naukowych mam na myśli właśnie ten ostatni aspekt. Według danych z Kings College dzieci, które mają w najbliższej rodzinie naukowca lub badacza, niemal dwukrotnie częściej wykazują wysokie aspiracje, jeśli chodzi o własną przyszłość naukową. Współczesna gospodarka potrzebuje naukowo aspirujących młodych ludzi. Brytyjczycy zrobili badania i dostrzegli potencjalny brak w przyszłości wystarczającej liczby chętnych do kariery naukowej w różnorodnych laboratoriach przemysłowych, uniwersytetach itd. A dostrzegając te lukę już teraz, 20-30 lat do przodu podejmują odpowiednie kroki. Podobnie myślą w Korei Południowej. Bo może zabraknąć ludzi, którzy wiedzą jak działa smartfon (nie chodzi o korzystanie lecz rozumienie i możliwość ulepszania).

A jak jest u nas? Czy w ogóle dostrzegamy kapitał naukowy, budujący nowoczesną gospodarkę? Czy badamy poziom tego kapitału i podejmujemy wyprzedzające środki zaradcze?

Niezależnie od procesów globalnych i krajowych, na miejscu w Olsztynie oraz na Warmii i Mazurach, pozostaje robić to, co jesteśmy w stanie. Tu i teraz i siłami, jakimi się dysponuje. Kawiarnie naukowe, pikniki i festiwale naukowe nie są tak banalne i mało ważne jakby się wydawało. To nie tylko promocja uniwersytetu czy instytucji naukowych, to dobrze pojęta edukacja i kształcenie zawodowe szerokich mas społecznych. Zwłaszcza tych żyjących daleko od szosy i z niewielkimi szansami na awans społeczny (czy cywilizacyjny).

Tygrzyk paskowany czyli o tacierzyńskiej miłości i o potrzebie edukacji przyrodniczej

tygrzykKiedy w najpopularniejszych serwisach informacyjnych pojawiają się wiadomości przyrodnicze o różnych gatunkach roślin, grzybów i zwierząt, to się zazwyczaj cieszę. Ale czasem się smucę. Tak na przykład wczoraj sensacją dnia był „jadowity” pająk znaleziony w przenośnej toalecie. Wezwano straż miejską i weterynarza. Początkowo, widząc zdjęcie pająka pomyślałem, że jakiś taki podobny do tygrzyka paskowanego, pospolitego gatunku rodzimego pająka. Ale sądziłem, że skoro piszą w ogólnopolskim serwisie, to pewnie jakiś rzeczywiście jadowity i egzotyczny. Dopiero później doczytałem: „Żółto-czarnego pająka, przypominającego osę, znaleziono w przenośnej toalecie, stojącej nieopodal centrum Jeleniej Góry (woj. dolnośląskiej). Okazało się, że to jadowity pająk, którego ukąszenie może mieć poważne konsekwencje dla alergików. Pająka znalazł w toalecie kierowca autobusu miejskiego z Jeleniej Góry. (…)Tygrzyk z toi toia został przewieziony do schroniska dla małych zwierząt. Tam obejrzał go weterynarz. Pająk trafił do lasu”. (źródło)

Tyle ambarasu z powodu jednego pająka? Sezon ogórkowy czy… po prostu oderwanie współczesnego człowieka od otaczającej przyrody? Chyba jednak to drugie. Kiedyś mieliśmy znacznie większy kontakt z przyrodą. Była ona dla nas czymś oczywistym i dobrze znanym. Świat się zmienił, większość czasu spędzamy w domach, w samochodach i przed komputerem. Przyrodę znamy zazwyczaj z komputerowego, telewizyjnego czy smartfonowego monitora. To co dla naszych przodków było codzienną oczywistością dla nowego pokolenia staje się sensacją. Pomijając fakt, że przyroda się zmienia i jest gatunkowo i krajobrazowo inna niż ta, widziana oczami naszych ojców, dziadków i pradziadków.

Richard Louv w książce „Ostanie Dziecko Lasu” opisał „Zespół braku kontaktu z naturą” (Nature Deficit Disorder – opisuje zaburzenia w procesach poznawczych, emocjonalnych i rozwojowych dziecka, wynikające z braku kontaktu z przyrodą). Dostrzegając ten pogłębiający się brak niezbędnego kontaktu z przyrodą, jak grzyby po deszczy wyrastają np. leśne przedszkola. Nawet w Polsce już są uruchomione pierwsze, a będzie ich z pewnością więcej. W zasadzie park, las czy łąka jest jednym, wielkim interaktywnym Centrum Nauki. I to za darmo, bez inwestycji, bez budowania. Wystarczy skorzystać.

Sensacja z tygrzykiem uzmysławia mi jak duża jest skala przyrodniczego analfabetyzmu i jak wielki tkwi potencjał w szeroko rozumianej edukacji ekologicznej i przyrodniczej. Potrzeby są coraz większe. To jakaś perspektywa dla naszego regionu, i to nie tylko dla zielonych szkół, ale i innych form pozaformalnej edukacji przyrodniczej dla dużych i mały,

Pierwszy raz tygrzyka paskowanego Agriope bruennichi (rodzina krzyżakowate Araneidae) zobaczyłem jakieś 30 lat temu, na Mazowszu. W dzieciństwie nie widywałem. Dlatego wydał mi się bardzo egzotyczny. W tym czasie rzeczywiście w Polsce był stosunkowo rzadki, znalazł się nawet na liście gatunków chronionych. W ostatnich latach tygrzyki widywałem często w wielu miejscach (na spacerach i przy okazji badań terenowych). Stał się gatunkiem pospolitym nie tylko dlatego, że nauczyłem się go dostrzegać. Rzeczywiście jego liczebność wzrosła w ostatnich 20 latach, dlatego zdjęto go z listy gatunków chronionych. Być może ocieplenie klimatu miało na to wpływ i poszerzenie dogodnych dla tego gatunku siedlisk. W każdym razie teraz jest gatunkiem pospolitym, łatwym do zaobserwowania nawet w północnej Polsce. W ostatnich latach widać wyraźną tendencję ekspansji tego gatunki na północ (nie on jeden, przykładem może być także modliszka: Modliszka w Olsztynie czyli zaskakujące skutki zmian klimatu).

Wróćmy do tygrzyka, który zyskał tak duże medialne zainteresowanie. Jest bardzo charakterystycznie ubarwiony więc łatwo go rozpoznać. Samice są większe, dlatego to je zazwyczaj widzimy. Samce osiągają długość ok. 5 mm a samice nawet 20 mm. Są więc cztery razy większe. O konsekwencja tej różnicy napisze niżej.

tygrzyk2Tygrzyk jest przedstawicielem fauny południowej. U nas rodzaj Agriope reprezentowany jest przez jeden gatunek (właśnie tygrzyka paskowanego). W strefie tropikalnej i subtropikalnej występuje wiele gatunków z tego rodzaju. Samice budują okrągłe sieci (tak jak przystało na rodzinę krzyżakowatych), jednak łatwo zauważyć charakterystyczne, zygzakowate wzmocnienie. Już po samej sieci możemy rozpoznać tygrzyka. Na początku lat 80. XX wieku pisano o nim, że żyje na nasłonecznionych choć wilgotnych łąkach i nad brzegami wód. I że jest gatunkiem rzadkim. To ostatnie się zdezaktualizowało. Być może za sprawą globalnego ocieplenia klimatu.

Gatunek palearktyczny, w Europie występuje strefie umiarkowanej. W Polsce spotykany był częściej najliczniej na południu, głównie na porośniętych wysoką trawą, zarówno suchych, jak i wilgotnych łąkach, torfowiskach, nieużytkach, ogrodach, skrajach młodników, nad brzegami zbiorników wodnych. Ważnymi dla tygrzyków czynnikami środowiskowymi są nasłonecznione miejsca ze sztywną roślinnością zielną lub krzewiastą, na której rozpina swoją sieć.

Tygrzyki paskowane żywią się owadami, które wpadną w ich sieć. Najczęściej są to szarańczaki. A samice żywią się także samcami. I jest jeszcze kilka innych, sensacyjnie ciekawych elementów życia tygrzyków. Znacznie ciekawszych niż spotkanie w miejskim toi toiu.

Tygrzyki żyjące na północy są trochę mniejsze od tych południowych. U nas zazwyczaj tygrzyka spotkać można od lipca do października (wcześniej są małe i trudne do zaobserwowania). Czekają, siedząc na swojej sieci, skierowane głową w dół. Zaniepokojone wprawiają sieć w ruch (trzęsą nią), próbując odstraszyć intruza (zbyt dużego by zjeść) oraz stają się trudniejsze do wypatrzenia i zjedzenia przez drapieżnika

Okres godowy tygrzyków przypada na koniec lata. Mniejsze samce swoją obecność sygnalizują poprzez szarpanie nici. Nie chcą być zjedzone, zanim nie spełnią swej prokreacyjnej powinności. Ostrożnie zbliżają się do samicy. Jeżeli samica gotowa jest do kopulacji, pozwala samcowi wśliznąć się pod jej odwłok. Mały samiec ma więc problem jak rozpoznać, kiedy samica jest gotowa. W innym przypadku szybko zostanie zjedzony. Ale życie samca i tak jest przekreślone, bowiem zjadany jest zaraz po kopulacji, a czasami nawet w czasie jej trwania. Niemniej dochodzi do zaplemnienia i w ten sposób przekazania „samczych” genów. Parafrazując, jest to rodzicielska miłość z narażeniem życia. Dlaczego rodzicielska? Bo nakarmiona samcem samica może złożyć więcej i lepiej wyposażonych w pokarm jaj, a tym samym liczniejsze i silniejsze jest potomstwo. Taka tacierzyńska opieka i dbałość o potomstwo. I to z poświęceniem własnego życia. Bo rzadko który samiec przeżyje kopulację. Chyba tylko tam, gdzie siedlisko jest zasobne w pokarm a samica najedzona i syta. Tu mała dygresja, wyobraźcie sobie panowie, co by było, gdyby ludzie mieli podobne zwyczaje, a jak wiadomo kobieta w ciąży ma niespodziewane i zaskakujące zachciewajki pokarmowe… i z braku śledzi, kiszonych ogórków popijanych kolą w środku nocy… dobrała by się do nas. Bez porównania tygrzykom paskowanym płci męskiej jest trudniej w życiu…

Po kopulacji (mam na myśli oczywiście tygrzyki paskowane) i posiłku samica przędzie kokon, w którym składa jaja. W kokonie wylęgają się, a następnie zimują młode pajączki.

Jadowitość tygrzyka nie jest jakaś nadzwyczajna. Są w Polsce pająki, które kąsają boleśniej i z gorszymi konsekwencjami (czytaj: Spotkanie z jadowitym bagnikiem oko w oko).

Źródła informacji z kolorowymi ilustracjami (po datach wydań książek widać, że już dawno funkcjonuje nawet w popularnonaukowej literaturze, dostępnej w każdej bibliotece)

  • Świat zwierząt. PWRiL, Warszawa 1983.
  • Bellmann H., Pająki – najważniejsza gatunki krajowe. Multico (brak daty wydania, ale chyba lata 90. XX wieku).
  • Bellmann H., Owady . Multico, Warszawa 2007 . (często pająki spotkać można w książkach o owadach..)
  • Baehr B., Baehr, Jaki to pająk, Multico, Warszawa 2008

Co robi naukowiec w Centrum Nauki Kopernik?

czachorowskikopernikCentra nauki często traktowane są jako miejsca rozrywki i to dla najmłodszych. A jeśli już nawet uważamy je za miejsca edukacji… to także dla uczniów lub dorosłych w formie kształcenia pozaformalnego i ustawicznego. Ale po co do takiego Centrum Nauki Kopernik miałby wybrać się naukowiec? Powodów jest kilka i o nich opowiem.

Miałem przyjemność już trzeci raz uczestniczyć w konferencji „Pokazać-Przekazać”, organizowanej co roku przez CN Kopernik w Warszawie. W tym roku była to jubileuszowa, dziesiąta. Uczestniczyłem z różnych powodów. Po pierwsze zostałem zaproszony do przygotowania i poprowadzenia panelu dyskusyjnego pt. „Myślenie naukowe. Mamy je w naturze, czy musimy się go nauczyć?”. Więc niby jako ekspert, który ma coś powiedzieć, zorganizować, poprowadzić dla mniej obeznanych nauczycieli? Byłoby to błędne wyciąganie wniosków. Ani byłem mądrzejszy (bardziej doświadczony) od innych ani się taki czułem. Bo nie o transmisję wiedzy chodziło. W samych warsztatach uczestniczyli nie tylko nauczyciele ale i naukowcy, edukatorzy, przedstawiciele różnych instytucji. Byłem tylko jednym z uczestników tej niezwykle ciekawej dyskusji (napiszę o niej później, jak dokładniej przemyślę a wnioski i refleksje spokojnie „dojrzeją”).

Już wiele razy byłem uczestnikiem dyskusji panelowych, występując w roli eksperta-panelisty. Kilka razy prowadziłem takie dyskusje w formie tradycyjnej oraz w nieco odmiennej formie pracy w podgrupach i przedstawiania wyników dyskusji w szerszym gronie. Można powiedzieć, że mam już spore doświadczenie. Ale gdy rozmawialiśmy z organizatorami z Kopernika (długo przed konferencją), to padł pomysł zupełnie innego zorganizowania tej dyskusji. W formie w jakiej nigdy nie uczestniczyłem ani tym bardziej nie prowadziłem. Podjąłem wyzwanie i zrobiłem coś, czego nigdy wcześniej nie znałem. W uproszczeniu zrobiłem coś po raz pierwszy. Trudno więc byłoby uważać mnie za eksperta. Ale to typowe dla naukowców, bowiem najczęściej robimy rzeczy, na których się nie znamy. Bo na tym polega odkrywane by robić rzeczy nowe, po raz pierwszy, by eksperymentować. A jak już robimy rzeczy znane to nie jest to nauka tylko dydaktyka…

Jest więc już jasny pierwszy powód, dla którego pojechałem do Centrum Nauki Kopernik. Pojechałem jak do laboratorium by eksperymentować, także i na sobie. By poznać nieznane, ocenić, poddać refleksji i opowiedzieć o wynikach innym. Nie wszystkie eksperymenty się udają. Często popełniamy błędy, korygujemy je i dalej próbujemy. „Ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi”. Trzeba mieć więc odwagę do eksperymentowania i być gotowym na porażki. Oczywiście samej debaty i jej formy nie uważam za porażkę. Było to nowe doświadczanie, mocno inspirujące (w osobnym wpisie dokładniej je opiszę).

Czyli centra nauki są i dla naukowców by w zorganizowanej przestrzeni mogli eksperymentować. Bez konferencji w Koperniku chyba bym w ogóle nie wpadł (lub nie szybko) na pomysł, że można spróbować inaczej zorganizować dyskusję panelową. Ponadto, gdybym nawet miał taki pomysł, to trudno byłoby go zrealizować. A tu przyjeżdżają ochotnicy, gotowi się uczyć od innych i to na drodze eksperymentów. Otwarte umysły nauczycieli z różnych szkół i z całej polski, to tego naukowcy i przedstawiciele różnorodnych instytucji edukacyjnych. Społeczny potencjał o dużej mocy dyskusji i inspiracji.

Oczywiście, były bardzo ciekawe wykłady, jak to na konferencji. Już tylko dla nich warto było przyjechać… nawet pracownikowi uniwersytetu. My też przecież kształcimy i warto poznać zarówno najnowsze trendy teoretyczne, dotyczące edukacji (w tym zachodzących procesów) jak i poznać relacje z różnych prób i eksperymentów edukacyjnych. Poza panelem w nowej formie miałem okazję doświadczyć żywej biblioteki (w wersji popularnonaukowej). Coś na kształt stolika ekspertów. Sama „żywa książka” wydawała mi się sztucznym i dziwacznym pomysłem, zwłaszcza w odniesieniu do tematów naukowych (upowszechniających wiedzę). Zauczestniczyłem i… zmieniłem zdanie. Jest to inspirujący pomysł, który będę chciał w zmodyfikowanej formie zrealizować na dowolnej… konferencji naukowej. Albo w czasie dowolnego festiwalu nauki (np. najbliższa Noc Biologów). I chciałbym wprowadzić jako jeszcze jedną formę komunikacji naukowej (razem ze studentami na moim uniwersytecie dalej poeksperymentujemy z tą formą komunikacji i upowszechniania wiedzy). Zobaczyłem prototypowy eksperyment, mogłem w nim uczestniczyć. A to zupełnie coś innego niż przeczytać o eksperymencie w książce czy czasopiśmie. Uczestniczyłem także w warsztatach niby dla nauczycieli, w jednym z edukacyjnych laboratoriów. Mogłem poczuć się jak uczeń (załączone zdjęcie). Takie doświadczenie potrzebne jest wtedy, gdy samemu chce się organizować centra nauki lub laboratoryjne zajęcia w edukacji pozaformalnej. Po prostu jest to podglądanie jak to działa od strony uczestnika. Po drugie można sprawdzać na sobie jak działają nowe form edukacji. Od zaraz przyda się w dydaktyce akademickiej.

Centrum Nauki dla naukowca jest swoistą pracownią, laboratorium, majsternią, eksperymentatorium i inspiratorium zarazem. Zatem to nie tylko miejsce, gdzie wyłącznie dzieciaki i dorośli mogą poznawać wiedzę, eksperymentując na różnych eksponatach edukacyjnych. To nie jest park rozrywki, to jest laboratorium w szerokim tego słowa znaczeniu. Laboratorium ogólnopolskie. Osobiście uważam, że pracownicy uczelni wyższych częściej powinni tam bywać. A ja mam cichą nadzieję, że CN Kopernik zacznie organizować specjalne konferencje,  dedykowane dla mojego środowiska akademickiego

Samo Centrum Nauki Kopernik jest jednym, wielkim eksperymentem. Ważnym dla edukacji narodowej. To tu sprawdza się to, jak powinna wyglądać edukacja w epoce trzeciej rewolucji technologicznej. Co więcej, zbudowali nie tylko obiekt, w którym coś się dzieje. CN Kopernik jest już jednostką badawczą. Sprawdzają jak ludzie uczą się w takiej przestrzeni. Jest to więc laboratorium szkoły XXI wieku (a dokładniej przestrzeni edukacyjnej), w którym bada się cały proces. Czysta nauka. Nie tylko dla pedagogów i socjologów.

c.d.n.

I obiecany w czasie debaty link do grupy facebookowej: https://www.facebook.com/groups/867891563294414/ (debata o współpracy). Zachęcam uczestników do kontynuacji naszej dyskusji, dzielenia się wrażeniami. A kto nie uczestniczył… może włączyć się teraz.

25 lat Internetu w Polsce… i zmieniająca się szkoła

internetW sierpniu br. roku minęła 25 rocznica narodzin internetu w Polsce. Początku były skromne. Symbolicznie internet wiąże się z wolną Polską, III Rzeczypospolita. 25 lat to niewiele w skali czasu, ale w przecież tak wiele cywilizacyjnie. Wszystko się zmieniło. Nawet nie wiem już czy pisać „Internet” – tak jak dawniej, czy „internet” jak coraz częściej można spotkać.

Zmaterializowały się stopniowo dawne książki fantastyczno-naukowe. Ten nowy środek komunikacji zmienił sposób funkcjonowania społecznego. Niezwykły potencjał może osiągnąć dowolna grupa osób kolektywnie połączona dzięki komputerom i sieci internetowej. Widzimy to na co dzień. Nawet wojny i konflikty przenoszą się do sieci. Inteligencja kolektywna działa na zupełnie nowym poziomie. Tak jak w Cyberiadzie Stanisław Lema, gdy podłączeni ze sobą żołnierze i całe armie zaczynają funkcjonować zupełnie nieoczekiwanie.

A jak działała inteligencja kolektywna wcześniej? Na etapie hordy, plemienia, społeczeństwa industrialnego? Komunikacja była nie tylko realizowana za pomocą innych kanałów przekazy ale i wśród znacznie mniejszej liczny „podłączonych” mózgów (komunikujących się, współpracujących). Teraz nasze mózgi wspomagane są na dodatek elektronicznie. Prawdziwie inny świat. Widać to także w kulturze i życiu codziennym. Być może dawne prawa socjologii staną się nie do końca adekwatne w nowej, internetowej rzeczywistość funkcjonowania społeczeństwa.

Prawdziwie nowy świat w wielu wymiarach, z pozytywami i negatywami. Można to porównać do biologicznego pojęcia hologenomu – tworzy się swoista inteligencja zbiorowa, uwidacznia się efekt synergii na skalę internetową i globalną, złożona z niespokrewnionych elementów i w różnym stopniu zintegrowanych. Zachowanie tłumu, stada znacznie większego i połączonego słabszymi relacjami pozawerbalnymi. Ewolucyjnie przystosowaliśmy się do komunikacji językiem ciała. Przez komputer go nie widać (tworzymy zastępniki w formie np. emotikonów). Uczymy się nowych sygnałów. Zarówno tworzyć jak i odczytywać.

W grupie ludzie są silniejsi i bardziej przekonani o wartościach, jakie ich łączą. Odnajdują się ludzie o wartościach niszowych, wyjątkowych. Dzięki internetowi potrafią się odnaleźć i współdziałać w globalnym świecie miliardów ludzi na Ziemi. Grupa jest także tak silna, jak jej najsłabszy element. Tyle że w internetowym stadzie wypadnięcie nawet wielu pojedynczych elementów nie upośledza całości. Tak jak w hologramie czy ekosystemie. Dzięki internetowi nigdy wcześniej grupa nie przeżywała kontaktu tak pełnego i tak wyabstrahowanego z rozpraszającego otoczenia. Szumy i rozpraszanie bardziej generowane są w samym intrnecie. Komunikacja jest nieomal tak szybka jak myśl. Impulsy biegnące w neuronach przypominają te, biegnące w kablach. Albo odwrotnie. Biomasa współpracujących mózgów jest ogromna. I moc obliczeniowa czy raczej moc kulturowa także.

Dzięki internetowi integruje się zbiorowy, kolektywny super mózg, wymykający się regulacji i działa nieprzewidywalnie. W zupełnie nowy sposób. Dopiero odkrywamy jak on działa. I jak przyczynia się do nowych rewolucji społecznych, zmieniających oblicze polityczne świata. Bo zbiorowość internetowa wcale nie oznacza jednomyślność ani globalnego wszechporozumienia. Tak jak w ekosystemie. A mimo to działa. Siła wspólnot internetowych (tych chwilowych jak flashmob, jak i tych bardziej trwałych) tkwi w nieustannym osiąganiu porozumienia na przekór różnorodnym przeszkodom. Trwa nieustanne dyskutowanie. Uczymy się zbiorowo, popełniając różnorodne błędy. W kłótniach grupy się rozpadają. Ale potem znowu powstają. Jednostki systematycznie uczą się coraz lepiej i efektywniej współdziałać w takich cywilizacyjnie nowych grupach internetowych. Rozpadają sie więc grupy i powstawały nowe, bardziej spójne.

Tak jak podłączone komputery tak i „podłączone” sieciowo mózgi zwielokrotniają w internecie swoją „moc obliczeniową” (moc społeczną, moc kulturową). Grupa ludzi może razem działać i wykonywać jakieś zadanie, tak jakby była jednym, inteligentnym, samomonitorującym się i sterującym bytem, pracującym z jednym umysłem, a nie zbiorem niezależnych podmiotów intelektualnych. I znowu na myśl przychodzi mi porównanie do ekosystemu: wiele różnych, niezależnie działających osobników i gatunków a efekt wydaje się jakby był centralnie i całościowo zarządzany i sterowany.

Korzystanie z internetowych form międzyludzkiego kontaktu i związanych z tym zjawisk ułatwia jednostce sformułowanie własnych myśli i artykułowanie swoich opinii. Bo więcej „mówi” i pisze. Coraz bardziej określamy się w dialogu, tak jak chyba  nigdy do tej pory (ale może jest to wrażenie, bo nie znanym, nie pamiętamy tego świata przedinternetowego). W jakimś sensie utraciliśmy ciszę i wpadliśmy w gwar relacji i dyskusji. Jeśli dodać to tego telefonię komórkową i mobilny internet, to żadne wcześniejsze pokolenie nie pisało tak dużo jak obecne. Na pewno mniej milczymy, mniej mówimy ale z całą pewnością więcej piszemy.

Współpraca internetowa tworzy nowe formy, czego przykładem jest chociażby Nauka 2.0. Nauka 2.0 rozwija się na bazie nowych, internetowych narzędzi komunikacji i współpracy w sieci w formie blogów, różnych wiki czy portali społecznościowych. używanych przez naukowców. Rozwija się idea wolnego dostępu (Open Access, Open Data) oraz projekty współpracy naukowej pomiędzy akademikami i nie-akademikami (tzw. nauka obywatelska).

Dzięki internetowi zyskaliśmy niewyobrażalnie łatwy i ogromny dostęp do zasobów najróżniejszych informacji (prawdziwych, zmyślonych, zmanipulowanych). Nicolas Carr, amerykański badacz internetu twierdzi, że stan nadmiaru informacji prowadzi do cywilizacyjnego i ewolucyjnego cofnięcia się naszego gatunku. Coś na pewno ulega regresowi gdy równocześnie coś innego się rozwija. Trudno to teraz dobrze ocenić.

Powiększające się bogactwo zasobów w sieci, w tym zasobów na wolnej licencji i otwartych, z całą pewnością zmienia także szkołę i edukację w szerszym sensie. Tworzą się możliwości nowych relacji oraz zmianie ulega rola nauczyciela w klasie. No właśnie, czy na pewno już w klasie, tej tradycyjnej i z ławkami? Edukacja to nie tylko podręczniki szkolne i wiedza nauczyciela ale stale powiększające się zasoby, dostępne w sieci. Nauczyciel musi nie tyle nauczyć pisać i czytać, co poruszać się w gąszczu i nadmiarze informacji. Z tradycyjnej roli mentora nauczyciel przekształca się w przewodnika w społeczeństwie informacyjnym.

25 lat w życiu człowieka to tylko fragment (w życiu społeczny jeszcze mniej). Osiągniecie młodzieńczej dojrzałości. Co będzie dalej?