Naukowiec jako temat literacki

kaligrafia1Pamiętam filmy radzieckie z dawnych czasów, najczęściej akcja działa się w jakimś „instytucie” (pomijając liczne filmy o tematyce wojennej). Czasy „radzieckie” dawno już przeminęły, a czy teraz naukowiec jest atrakcyjnym tematem literackim? Już nie serialowym (bo w serialach królują lekarze i toporna prowincja na warszawską nutę), ale takim pisarskim (czarno na białym i na papierze).

Naukowcy z racji zawodu dużo piszą, ale są to zazwyczaj typowe naukowe publikacje, książki i podręczniki (pisane dla innych naukowców i studentów). Pytanie dotyka obecności tematu naukowca w „zwykłej” literaturze, pisanej dla rozrywki. Jest li że naukowiec atrakcyjny (płci dowolnej)? W sensie tematu literackiego….

Na spotkaniu olsztyńskiej kawiarni naukowej, w czasie Olsztyńskich Dni Nauki, poruszony był temat naukowców z Warmii i Mazur. Wielcy naukowcy doczekali się opracowań… historycznych. Czasem jednak temat „naukowca” trafia do powieści. Przykładem jest najnowsza książka mrągowskiej pisarki Katarzyny Enerlich (zobacz zapowiedź spotkania z Autorką).

Co wynika z nauki dla przeciętnego człowieka? Co z uczonych książek pisanych po angielsku (bo to międzynarodowy język współczesnej nauki) lub niezwykle trudnym językiem naukowym, upstrzonym od niezrozumiałych terminów fachowych, jeśli na co dzień w mediach używany jest niezwykle uproszczony i ztabloidyzowany język? Ba, nawet w książkach naukowych z jednej dyscypliny liczne są błędy w zakresie innej dyscypliny. Kilkakrotnie pisałem już o błędach (humanistów) w nazwie gatunkowej „homo sapiens” (zamiast poprawnie Homo sapiens). Przecież już nawet naukowcy różnych specjalności przestają się nawzajem rozumieć – bo każda dyscyplina dopracowała się własnego, specyficznego słownictwa, znaczeń i kontekstów. Niczym pomieszanie języków u budowniczych wieży Babel…

Czy w uroczej bajce o pszczółce Mai musi być tak dużo błędów merytorycznych (z entomologicznego i biologicznego punktu widzenia)? Błędów, które potem stają się stereotypami, mitami utrudniającymi zrozumienie zjawisk przyrodniczych. Czy dziwić się zagubieniu przeciętnego zjadacza chleba wobec problemu zmian klimatu, GMO, kryzysu ekonomicznego? Konieczne jest tworzenie takich edukacyjnych „parków rozrywki” jak Centrum Nauki Kopernik. Ale konieczne jest również podejmowanie trudnej ale i ryzykownej współpracy naukowców i pisarzy literatury pięknej i rozrywkowej. Konsultacje naukowe przy pisaniu prowincjonalnego romansu? A czemu nie? Czemu w tle, na trzecim planie, nie mają się pojawiać autentyczne zjawiska entomologiczne (zamiast wyssanych z palca czy zaczerpniętych z tabloidów lub telewizji banałów z błędami)?

Popularyzacja wiedzy nie jedno ma imię. Mnie tylko jedno mocno zastanawia czy kogoś najnowsza książka Katarzyny Enerlich zainteresuje entomologią, leśnictwem czy nauką uniwersytecką jako taką. Książki jeszcze nie czytałem, ale z wielką ciekawością i dreszczykiem emocji sięgnę po nią w najbliższych dniach. Między lekturą czytaną obecnie do poduszki: „Ekologia molekularna” Joanny R. Freeland, „Biologia systemów. Strategia działania organizmu żywego” L. Konieczngo, I. Roterman i P. Spólnika czy „Zoologia – stawonogi” pod red. Cz. Błaszaka. Że dziwny zestaw lektur? Dla naukowca dziwna wyda się „Prowincja pełna słońca”, dla innych te wszystkie „nudne”* zoologie czy ekologie molekularne. No cóż, naukowcy są czytelniczo niszowi :).

* Jakże może być nudna biologia systemów czy zoologia???!!! To jak fascynująca książka przygodowa. Trzeba umieć tylko taką literaturę faktu czytać i interpretować! Przecież i literatura piękna opowiada o realnym świecie, tylko za pomocą innych symboli i swoistego uogólnienia. We wszystkich książkach szukamy prawdy o ludziach, prawdy o świecie, prawdy o nas samych.

Mój dzień niepodległości (11 listopada)

Wraz ze studentami pedagogiki świętowałem Dzień Niepodległości (11 listopada) nad Jeziorem Kajkowskim (Sajmino) w Ostródzie, sprzątając las i brzegi jeziora. Te biało-czerwone rękawiczki to symbol codziennego, zwykłego patriotyzmu. Dbałości, aby ojczyzna była piękna, aby Mazury były rzeczywiście Siódmym Cudem Natury (co tam głosowanie, dla nas i tak Mazury są cudem!). Sprzątaliśmy razem… dla siebie. Były głównie śmieci po spacerowiczach, turystach i wędkarzach, torebki foliowe ze sklepu, puste butelki szkalne, plastikowe po napojach, opakowania po słodyczach, części garderoby.

więcej zdjęć:

Testy – sprawdzanie pamięci czy rozumienia?

„Nasze testy są zbyt skupione na sprawdzaniu pamięciowego przyswojenia informacji. Tymczasem obecnie uczniowie mają dostęp do różnorodnych źródeł informacji elektronicznej, w związku z tym informacje są szybko dostępne. Dlatego musimy oceniać zdolności, których nie można łatwo zdobyć i „umieścić w smart phone’ie”: wykorzystywanie wiedzy i umiejętności w celu rozwiązywania problemów lub nawet stawiania nowych pytań. Nasza praca w Harvard Project Zero przez ostatnie 40 lat była poświęcona programom nauczania, które wykraczają poza standaryzowane testy, a ukazują „przedstawienie zrozumienia” przez ucznia.”

Prof. Howard Gardner

W czasie moich zajęć ze studentami z przerażeniem obserwuję głębokie nawyki do mechanicznego zapamiętywania i odklepywania informacji. Trwały i systematycznie utrwalany defekt, przez wiele lat… System boloński i indywidualizacja zajęć są wprowadzane zbyt wolno a często tylko powierzchownie. Jakkolwiek Krajowe ramy Kwalifikacji wydają się bardzo sensowną i pożądaną reforma, to czy równiez nie będzie tylko pozorowanym reformowaniem uniwersyteckiej dydaktyki?

Na uniwersytecie idzie ku lepszemu. Z makulaturą.

Dzisiaj dostałem bardzo optymistycznego maila, z uniwersyteckiej listy dystrybucyjnej. Ważny, bo z informacjami od kanclerza. Jak przeczytałem, to się ucieszyłem. Co takiego radosnego miał do obwieszczenia kanclerz? Przeczytajcie sami:

"W celu pozyskiwania w większym stopniu surowców wtórnych na terenie uczelni zostały rozlokowane dodatkowo pojemniki do selektywnej zbiórki makulatury.
Pojemniki w kolorze niebieskim z napisem MAKULATURA zostały umiejscowione w następujących punktach Kortowa – przy kontenerach na odpady komunalne:
1. ul. Licznerskiego 4 (parking)
2. ul. Heweliusza 1
3. ul. Prawocheńskiego 15
4. ul. Prawocheńskiego 11
5. ul. Oczapowskiego 5
6. ul. Oczapowskiego 12B (Biblioteka Uniwersytecka)
7. ul. Obitza 1 (WNE)
8. ul. Oczapowskiego 14 (WMWet.)
9. ul. Dybowskiego 7 (UDR)
10.ul. Słoneczna 54 (RCI)
Szczegóły związane ze zbiórką makulatury zostały umieszczone w załączonej ulotce.

Z poważaniem
Dariusz Raubo
Z-ca Kanclerza"

No i jest znaczący postęp. Co prawda ja osobiście mam trochę daleko do najbliższego pojemnika, ale każdy krok w dobrą stronę cieszy. Bo przecież na codzień na uniwersytecie szło masę papieru do kosza ogólnego. Czy był bezpowrotnie tracony,

Co prawda cieszy, ale pozostaje niedosyt. Jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie małych pojemników do recyklingu w budynkach uniwersyteckich. Tak żeby student i pracownik mógł łatwo niewielkie porcje makulatury do odpowiedniego pojemnika wrzucić. A tak, to trzeba będzie sobie zbierać na kupce i specjalnie do zbiorczego pojemnika dyrdać.

I jeszcze mi się marzy, aby obok makulatury zbierać inne surowce nadające się do recyklingu. Owszem, jest to trochę wydatek materiałowy i wysiłek organizacyjny, ale przecież takie pojemniki już nawet w szkołach spotkać można, a nawet olsztyńskich urzędach (tak, jak na zdjęciach niżej).

Zatem gratulacje i… czekamy na więcej. Bo przecież UWM powinien świecić innowacyjnym przykładem i rozwiązaniami przyjaznymi środowisku. Wszak kształcimy studentów w zakresie ochrony środowiska na kilku wydziałach. Przecież szewc nie może bez butów chodzić!

Jak powstaje miasto: oddolnie czy odgórnie?

klodkaMiasto zaprząta uwagę wielu naukowców, i urbanistów, i ekologów, i architektów. Być może dlatego, że w ostatnich dziesięcioleciach aglomeracje znacząco się rozrastają a coraz więcej ludzi żyje w miastach. Co i rusz rodzą się projekty zbudowania miasta idealnego. Stąd zasadne staje się pytanie jak takie doskonałe dla ludzkiego życia miasto stworzyć. Powstało wiele zupełnie nowych miast, zaprojektowanych od samego początku aż po elektroniczne sterowanie lampami ulicznymi. Takie eksperymenty licznie powstają w bogatych krajach „roponośnych”. Z zaskoczeniem można zauważyć jednak, że te administracyjnie i odgórnie powstające twory nie są idealne do życia, zawsze coś w nich „uwiera”. Wszystko zależy od wyobraźni planistów, czy potrafią wyobrazić sobie rzeczywiste potrzeby i rzeczywisty rytm życia mieszczuchów.

Pretekstem powyższych rozważań są kłódki na moście przy zamku (zdjęcie powyżej). Jakiś czas temu pojawiła się światowa (globalna) moda, aby narzeczeni czy nowożeńcy przypinali kłódkę na moście a klucze wyrzucali w nieznane (np. do rzeki). Zamknięta kłódka ma być symbolem wiecznie trwającej miłości. Moda taka pojawiła się i u nas, zupełnie spontanicznie i oddolnie. Nikt nie składał podań, próśb z wieloma załącznikami, urzędnicy miejscy nie zlecali ekspertyz (koniecznie kosztownych, jak ta ze światłami przy INCE). Wiszące kłódki są przykładem oddolnej inicjatywy olsztyniaków. Tylko się cieszyć, bo finansują sami zainteresowani i nie proszą miasta o dotacje?

Niedawno przeczytałem, że urzędnicy miejscy zapragnęli usunąć te kłódki-samowolki. Bo ponoć zagrażają zabytkowemu mostowi. Czy jest ich tak dużo, że most się zawali? Czy wieszając niszczą balustradę, czy szpecą? Co najwyżej uszkodzeniu ulegnie farba – a ta nie jest w żadnym stopniu zabytkowa :). Wystarczy spojrzeć na zdjęcie, aby upewnić się, że wiele z tych kłódek jest po prostu piękna. Wiszące kłódki są nie tylko sentymentalną pamiątką zakochanych i nowożeńców, ale i atrakcją turystyczną. Takim klimatycznym pamiętniczkiem do poczytania. Dlaczego usuwać, to co tak spontanicznie i sensownie powstało? Bo obraża urzędniczą dumę i administracyjną rację stanu swoim samoistnym i bezzezwoleniowym powstaniem?

Usuwając kłódki (pewnie była lub będzie kosztowna ekspertyza jak to one szpecą lub niszczą zabytek…) zniszczą sentymentalną wartość sporej grupy mieszkańców miasta…. ale i bezsensownie trwonić będą fundusze, pochodzące z naszych podatków. Czyli wbrew mieszkańcom i na ich koszt! Może lepiej za to zakupić trochę rzeźb na skwery i do parków?

Czy ma prawo istnieć tylko to co odgórnie, instytucjonalnie i administracyjnie zaplanowane? Oczywiście, miasto sensownie bez instytucjonalnej opieki i zarządzania, istnieć nie może. Kolejny przykład, to dwa zdjęcia poniżej.251669_2078292130271_1634050064_2003987_2124560_n

A na zdjęciach od lat funkcjonujące przejście z osiedla Mleczna do Kortowa, przez osuszone dawne Jezioro Płucidugi Małe. Czasem jakieś służby nawet wykaszają na tej ścieżce „zielsko”, żeby przejść wygodnie było można. Raz nawet utwardzono żwirem i w jednym miejscu płytkami chodnikowymi – żeby można było przejść przez błoto. Codziennie przechodzi tą przydatną ścieżką wiele osób. Ale tego roku, w miarę wilgotnego, przy dawno zniszczonym systemie melioracyjnym, dawne jeziorko wylało i kompletnie zalało ścieżkę (mały fragment). I tak jest już od wielu miesięcy.

Gdy w październiku przyjechali studenci i wzrosła liczba ludzi „przełażących”, czepiając się płotu, samoistnie i stopniowo mieszkańcy ułożyli sobie przejście z kamieni, gdzieś znalezionych starych płytek chodnikowych i nawet porzuconej europalety. Wielomiesięczne czekanie na administracyjne zadbanie o potrzeby mieszkańców skończyło się niczym. Znowu spontaniczna i oddolna inicjatywa ludzi zapewniła w miarę bezpieczne przejście przez bajoro.

A ja się pytam, gdzie ci urzędnicy co kłódki zabierać z mostu chcą? Tu mogliby się znakomicie wykazać, odczytując realne potrzeby i czyniąc coś potrzebnego. Przecież woda wylała również „bez zezwolenia”, bez ekspertyz i zupełnie samowolnie.

Miasto na pewno nie może funkcjonować bez instytucjonalnego, odgórnego zarządzania. Ale czy kłóci się to z rozpoznawaniem oddolnych potrzeb i inicjatyw? Czy zamiast „zawracać Wisłę kijem” nie mądrzej byłoby instytucjonalnie wspierać społeczne i oddolne inicjatywy? Jeśli wiszące kłódki w czymś przeszkadzają, to minimalizować straty bez likwidowania społecznych inicjatyw. Skoro ludzie chcą wieszać kłódki, to może przygotować dodatkowe kratki-balustrady do wieszania? Widziałem taką na  przystanku autobusowy gdzieś w warmińskiej wiosce (tam rzeki nie było). Mamy nawet w Olsztynie źródełko miłości – całkiem zapomniane. Niech miasto tam kanalizuje potrzeby „kłódkowania miłości małżeńskiej”.

Potrzeba zupełnie nowej filozofii zarządzania miastem. Coś na kształt judo – nie walczyć z obywatelami, lecz wykorzystać ich kreatywność, siłę i energię!

Marzy mi się Olsztyn przyjazny olsztyniakom… Może trzeba zacząć od szkoleń dla urzędników różnych szczebli (łącznie z władzą najwyższą) w zakresie empatii i współpracy?

A gdyby władza czy to miejska czy spółdzielcza chciała wstępnie się empatycznie wykazać, to już podpowiadam. Na naszych olsztyńskich osiedlach brakuje ławek, do zwyczajnego posiedzenia. Emerytów ci u nas coraz więcej. A obok tych ławek jakiś stolik z szachownicą…

Zbyt śmiałe to marzenia?

O niżu demograficznym, e-learningu i Krajowych Ramach Kwalifikacji

W zależności jak spojrzeć na nasz uniwersytet, to widzi się albo szklankę do połowy napełnioną, albo w połowie pustą. Z jednej strony wielkie i drogie inwestycje, z drugiej stały ubytek studentów. Rozwój laboratoriów i bazy dydaktycznej i związane z tym pozyskiwane duże granty pozwalają optymistycznie patrzec na przyszłość uniwersytetu. Ale z drugiej strony stale ubywa studentów, i to bardzo niepokoi. Jaka przyszłość czeka uniwersytety? Rozwój, stagnacja czy powolne "zwijanie się"?

Całkiem niedawno, idąc do radia na krótki wywiad, rozmyślałem o e-learningu i o spadającej liczbie studentów. Długi, jesienny spacer sprzyja myśleniu. Nie kusi ani komputer, ani nowinki wyczytywane w internecie, ani pilne telefony. Nic nie niepokoi i nie rozprasza. Brak pokusy pośpiechu, jakże charakterystycznej dla naszych „zagonionych” czasów i wyścigu szczurów, w czasie którego skupiamy się na coraz szybszym biegu, ale nie mamy czasu zastanowić się nad kierunkiem "tego biegu". Co z tego, że szybko, jak nie koniecznie w dobrym kierunku? Czy te wielkie inwestycje są właściwe (a może to tylko zachwyt nad wydawaniem pieniędzy)? Czego potrzebuje współczesny rynek pracy i jaskie są oczekiwania społeczeństwa, które de facto finansuje uniwersytety? Dlaczego sensowne skądinąd postulaty i zalecenia Krajowych Ram Kwalifikacji tak wolno się materializują na warmińsko-mazurskim gruncie?

Od początku obecnego roku akademickiego wraz ze studentami zacząłem sprawdzać możliwości e-learningu z wykorzystaniem dwu różnych portali społecznościowych (zasoby open source). Taki eksperyment "na sobie". W tym sensie e-learning jest dopełnieniem zajęć a nie nich zastąpieniem. Ma ułatwić komunikację a nie stanowić nauczanie programowane. Ma ułatwić pracę zespołową, zorientowaną na cel a nie wypełnianie czasu od dzwonka do dzwonka. Bo przecież dodatkowo angażuje studentów poza zajęciami, w czasie dla nich indywidualnie dogodnym. Na razie jesteśmy w trakcie tego "eksperymentu", więc na wnioski i podsumowanie stanowczo za wcześnie. Jeszcze kilka miesięcy trzeba będzie poczekać…

Poprzez internetową komunikację chcę wspólnie ze studentami tworzyć i zarządzać wiedzą, przesyłać filmiki edukacyjno-dokumentacyjne, fotografie oraz pliki tekstowe z notatkami. Uczyć się wspólnie ze studentami? Tak, bo to także znak czasu, gdy niejednokrotnie uczeń w niektórych sprawach wie więcej niż nauczyciel. Bo młodzi ludzie szybciej opanowują nowe technologie (uczeń może uczyć nauczyciela – to dodatkowy aspekt tworzenia zespołu i pracy zespołowej). Na dodatek, z psychologicznego punktu widzenia, łatwiej uczniów i studentów zachęcić do autentycznych poszukiwań, kiedy samemu się jest w jakimś stopniu ignorantem i jest się ciekawym nieznanego. Kiedy się wiele jeszcze nie wie, wtedy łatwiej wczuć się w punkt widzenia ucznia-studenta i łatwiej mówić zrozumiałym dla niego językiem. Z tego powodu często młodzi pracownicy odnoszą większe sukcesy dydaktyczne niż ci doświadczeni z dużą wiedzą… Przewagą młodych jest "niewiedza" i wynikający z ciekawości poznawczej entuzjazm (autentyczny entuzjazm).

Jak się zastanowić głębiej, to wspólne poszukiwanie i odkrywanie głęboko tkwi w tradycji uniwersytetu. Bo gdy się uprawia naukę, a nie tylko przekazywanie dawno poznanych treści, to zawsze i naukowiec i student wobec autentycznego poznania jest ignorantem. Ten model nauczyciela-ignoranta coraz bardziej przenika jednak do szkół (i bardzo dobrze!). A wspólnemu odkrywaniu sprzyja kształcenie nieformalne i pozaformalne, czego znakomitym przykładem jest sukces warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. To pozaformalne laboratorium z własnej woli odwiedziło w ciągu roku ponad milion osób. Ludzie chcą się uczyć. To optymistyczna informacja dla uniwersytetu jako instytucji, oferującej usługi edukacyjne.

Uczenie się, poznawanie świata i nauka budzi niemalejące zainteresowanie szerokiego kręgu obywateli, od przedszkola do seniora. Jak to więc jest, że ubywa studentów a uniwersytety z niepokojem patrzą na „dziurę demograficzna”? Pracy w edukacji na pewno nie zabraknie, tyle tylko, ze „student” będzie zupełnie inny a i formy nauczania także się zmieniają. Te uczelnie, które to zjawisko dostrzegą, te poradzą sobie znakomicie z luką demograficzną wśród maturzystów. Nie tylko uniwersytety dzieci, uniwersytety trzeciego wieku czy studia podyplomowe, ale i najróżniejsze formy kształcenia na odległość z wykorzystaniem technik elektronicznych. Kształcenie ustawiczne i e-learning są przyszłością uniwersytetu, zwłaszcza w formie open source. Przecież misją uniwersytetu jest upowszechnianie wiedzy a nauka zawsze była w bardzo dużym stopniu open source :). Tak więc to tylko powrót do korzeni. A z czego się utrzymać, jeśli nie będzie "czesnego"? I z tym uniwersytety dobrze radziły sobie przez wieki.

Spacer jest dobry do refleksji, do przemyśleń i porządkowania myśli oraz doświadczeń. Bo innowacyjność to nie tylko budynki czy nowoczesny sprzęt. Bez kapitału ludzkiego nawet najnowocześniejszy sprzęt będzie się bezproduktywnie starzał w przestronnych budynkach, stając się swoistym muzeum techniki. Tak jak zakupiony telewizor, który nie rozpakowany kurzy się na strychu.

Rozum także może nieużywany "zakurzyć" się bezproduktywnie. Spacerów i ruchu nie zastąpią żadne blogi czy portale społecznościowe. Ani książki nie zastąpią dialogu z żywym człowiekiem. Inna sprawa, że mobilna edukacja ułatwić może kontakt w wiedzą pisaną elektronicznie nawet na spacerze  w lesie :).

Dlaczego w mediach dominuje krew i nieszczęścia?

„Wiadomości, które nas otaczają z telewizji, prasy, internetu są sensacyjne, złe, tragiczne, bo takie mają największą oglądalność."

Ale jeśli na co dzień

z mediów docierają głównie takie informacje, to z psychiką robi się coś złego. Potrzebna odskocznia do normalności, do prawdziwego życia.

Poza oglądalnością liczy się też sens i odpowiedzialność. W pogoni za oglądalnością skłaniamy sie do nienormalności. A człowiekowi potrzebna jest normalność, zwykłość. Inaczej nawet sensacyjność blaknie i wymaga coraz silniejszych bodźców.

Fakty, wiedza i mądrość

„Cenniejsza od faktów jest wiedza, cenniejsze od wiedzy jest zrozumienie, cenniejsza od zrozumienia jest mądrość.”

 

sentencja starożytna
I dodałbym jeszcze za Goethem:
„Nauczyciel , który potrafi zachęcić choćby do jednego dobrego działania, rozbudzić uczucie choćby do jednego dobrego wiersza, robi o wiele więcej niż ten, który wypełnia naszą pamięć niezliczoną ilością faktów, nazw i formułek .
W pełni się podpisuję pod taką koncepcją edukacji na wszystkich poziomach. Czasem kpimy z pamięciowej niegdysiejszej scholastyki. A co my w naszych szkołach, w wieku XXI, z komputerami, laboratoriami, książkami, bibliotekami robimy? Uczymy na pamięć i z tego odpytujemy. O ile jeszcze w średniowieczu, gdzie nie było dostępu do książek, uczenie się na pamięć miało sens – bo jeśli nie było w głowie to łatwo nie było można znależć – to w wieku XXI straciło jakikolwiek sens (poza treningiem mnemotechniki). W czym jesteśmy lepsi od naszych antenatów, że jestesmy pyszni i butni w swej pozornej nowoczesności?
Jedno pytanie mnie gnębi, dlaczego mimo tylu pób sensownego reformowania edukacji ciągle w szkolnictwie wszystkich szczebli staczamy się do nauczania na pamięć i odpytywania regułek? Możemy eksperymentować, dyskutować z całym światem (przez internet), a w olsztyńskich niektórych szkołach uczniowie uczą się na pamięć budowy mikroskopu… nigdy nie mikrospokując??!!! Po co komu taka teoretyczna wiedza? żeby dobrze test rozwiązać? Nic dziwnego, że mamy tak wielu bezrobotnych magistrów – ich wiedza jest tylko iluzją oderwaną od rzeczywistości i nieprzydatną w praktyce.
To sobie trochę pokrzyczałem "na puszczy"…

Szablak krwisty – myśliwy i drapieżca z centrum Olsztyna

Nazwa cokolwiek groźna, zwłaszcza, że dotyczy drapieżnika. Bowiem ważki są drapieżnikami, a o tu ważkę chodzi. Lecz nazwa „krwisty” odnosi się do koloru, co od razu widać, a nie jakiejs wyjątkowej, krwiożerczej natury.

Sympetrum sanguineum – szablak krwisty (po angielsku zwany ruddy darter), pospolity gatunek, rozwijający się w wodach stojących, z preferencją do małych zbiorników, takich jak stawy w środku miasta. Takie piękności można oglądać w środku Olsztyna. Czasem grzecznie na roślinie usiądą i z gracją pozują do zdjęć. Tak piękne i karmazynowe są tylko samce. Samice są mniej barwne, jasno-szaro-brązowe. Tak to już w przyrodzie się jakoś plecie, trochę inaczej niż u ludzi…

Jesienią także przyroda jest piękna, nawet w środku miasta. Co prawda inaczej już wygląda lecz jest się czym zachwycać.

ps. zdjęcie zrobione dużo wcześniej. Ale i późną jesienią różne owady spotkać można. Wczoraj na ścianie, przy drzwiach spotkałem biedronkę azjatycką – Harmonia axyridis, gdzieniegdzie wzbudzającą grozę wśród ludzi. Ale to już inna opowieść o gatunkach inwazyjnych.