Instrukcja obsługi Bamboo Spark wraz z refleksjami o myśleniu wizualnym oraz komunikacji międzyludzkiej

bamboo_sparkDo komunikacji skutecznej potrzebna jest wyobraźnia i empatia (wyćwiczone neurony lustrzane, jakby napisali neurobiolodzy). Najłatwiej się o tym przekonać czytając instrukcję obsługi całkiem nowego dla nas urządzenia. Czyli takiego, z którym jeszcze nie mieliśmy odczynienia, zatem i nie bardzo wiemy jak się tym posługiwać. Instrukcje piszą ci, którzy i tak wiedzą jak to działa (więc im są niepotrzebne), dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą. Jako biolog wielokrotnie miałem przyjemność (czasem wątpliwą) korzystania z różnych kluczy do oznaczania gatunków istot żywych. Dobrze napisany klucz (instrukcja do rozpoznawania i identyfikowania gatunków) jest zrozumiały dla tego, który pierwszy raz z danymi organizmami się spotyka (jednak znacznie częściej wymaga już sporego doświadczenia i wiedzy). Ale jest i wiele źle napisanych. Po prostu niekomunikatywnie. Podobnie jest z instrukcjami.

Autorom nie brakuje wiedzy merytorycznej… ale czasem brakuje wyobraźni i empatii. Niespełna rok temu Kupiłem Bamboo Spark (na zdjęciu wyżej), zachęcony prezentacją na konferencji naukowej a potem filmikami reklamowymi, które wyglądały pięknie (w sieci). Ale ja nie potrafiłem poprawnie skorzystać z tego urządzenia. Szukałem w sieci, ale znalazłem tam tylko „recenzje” niezwykle pochlebne i równie mało przydatne. Aby innym oszczędzić stresów na końcu zamieszczę moją instrukcję obsługi, niezbyt doskonałą, ale pisaną z perspektywy tego, który nie wiedział jak.

Ale najpierw kilka dygresji. Zrozumienie jest ważne, zrozumienie jak działa a nie tylko że trzeba wcisnąć taki lub inny guzik. Przypomina mi się z czasów szkolnych moja przygoda z fotografią (analogową). Odbierając jakieś zdjęcie do legitymacji szkolnej, w zakładzie fotograficznym zobaczyłem jak jakiś klient rozwija rolkę filmu, by wskazać które zdjęcia ma fotograf wywołać. Widziałem negatyw. Za jakiś czas dostałem aparat fotograficzny (małoobrazkowy). Kupiłem w sklepie rolkę kliszy, poczytałem o czułości itd. oraz zrobiłem trochę zdjęć. I żeby sprawdzić jak wyszło… wyjąłem film z aparatu i rozwinąłem film. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem matową taśmę a zdjęć ani jednego. Spróbowałem jeszcze z raz z kolejną rolką filmu. Rezultat taki sam. To, co widziałem w scence u fotografa, nijak nie chciało u mnie zaistnieć. Naśladowałem czynności bez zrozumienia procesu… Dopiero za jakiś czas, w szkole średniej zająłem się fotografią ze zrozumieniem. Filmy w ciemni wkładałem do pojemnika, by je utrwalić a z negatywów, na powiększalniku i z odpowiednimi odczynnikami wywoływałem zdjęcia. Młode pokolenie, wychowane na fotografii cyfrowej zapewne nie rozumie o czym piszę, ale mniejsza o to.

W czasie konferencji, przy stoisku zapoznałem się z działaniem elektronicznego notatnika Bamboo Spark. Wydał mi się dobry do notowania ręcznego i szybkiego przenoszenia do komputera. Trochę się dopytałem. Ale osoba prezentująca nie powiedziała mi kilku ważnych rzeczy (a ja nie wiedziałem, że powinienem o nie zapytać). Zapewne wydały jej się oczywistymi. A ja kupiłem sobie ten drogi gadżet. Rozpakowałem w domu i spróbowałem uruchomić i wykorzystać. Nie jest taki prosty jak piszą (i pokazują na reklamowych filmikach) w obsłudze i stosowaniu. Interfejs dla mnie okazał się nieintuicyjny. Być może dlatego, że do tej pory głównie korzystałem ze sprzętu dostosowanego do oprogramowania Microsoftu. A najwyraźniej sprzęt i oprogramowanie Bamboo Spark jest w stylu pracy Apple.

Kolejna trudność to niekompatybilność sprzętowa. O tym nie uprzedził mnie sprzedawca ani witryna sklepowa ani dostępne w sieci poradniki-omówienia blogowe. Zobaczyłem kabelek ze złączem USB. Pomyślałem, że podłączę do laptopa i będę mógł przerzucać pliki z „notesu”. Nic z tych rzeczy. Kabelek służy jedynie do ładowania baterii owego Bamboo Spark. Telefon, jakim dysponuję jest na systemie Windows, a przed rokiem nie było dostępnego oprogramowania (teraz nie sprawdzałem jeszcze). Na szczęście miałem tablet na Androidzie. Więc z pomocą syna udało mi się z trudem rozgryźć instrukcję, zainstalować i użyć. Jednak po kilku próbach z notowaniem, nawet wykorzystaniem notatek na blogu, zarzuciłem. Drogi gadżet okazał się mało użyteczny i mało wygodny.

Jak wygodnie przenosić odręczne notatki do Internetu? Okazało się, że wystarczy zrobić zdjęcie zwykłym aparatem telefonicznym i korzystając z mobilnego Internetu wysyłać, gdzie tylko dusza zapragnie lub za pomocą przewodu z USB przerzucać do laptopa. Owszem Bamboo Spark daje inne możliwości ale przy swej uciążliwości ze zrozumieniem jak to wszystko działa, zalety nie były tak duże, bym na stałe korzystał. Leżał w kącie i obrastał intelektualnym kurzem.

Po blisko roku znowu powróciłem do tego urządzenia, a to za sprawą myślenia wizualnego (ryślenie, myślografia). Wreszcie znalazłem (dostrzegłem) jakieś sensowne zastosowanie. Samo przenoszenie notatek odręcznego pisma dla siebie samego było zbyt mało użyteczne by zaprzątać siebie głowę tym kosztownym gadżetem. Natomiast rysowanie i notowanie graficzne, by dzielić się z innymi, wydało mi się dobrym i użytecznym zastosowaniem.

Sięgnąłem po urządzenie i instrukcję… I znowu schody. Kilka godzin rozwiązywania łamigłówki. Bo ani instrukcja nie była użyteczna, ani dostępne materiały w sieci. Ten, co opracował, wiedział co i jak. I jemu ta instrukcja się najwyraźniej podobała. Ale warto przypomnieć, że instrukcja jest dla tego, co jeszcze nie wie i chce się dowiedzieć. Najwyraźniej producent i handlowcy nie troszczą się o klienta. Niech se kupi i się martwi. Po kilkunastu godzinach klątwowania, próbowani, wreszcie jako tako zrozumiałem o co chodzi i i jak na prawdę tym się posługiwać. Wadą Bamboo Spark jest to, że dla notowania wizualnego zbyt mały jest obszar roboczy (format połowy kartki czyli A5). Trzeba byłoby pisać małymi literkami albo oddzielnie rysować części, które się potem poskłada. Teraz już wiem, że przydałby się większy model. Ale wtedy nie będzie tak użyteczny w noszeniu w torbie. Ponadto nie będę kupował nowego skoro mam ten.

bamboo_komunikacjaWydaje mi się wygodny do pracy zespołowej i dzielenia się z innymi. To znaczy próbuję wykorzystać do opracowywania notatek graficznych (przykład obok), które prześlę np. studentom lub współpracownikom, do dalszego wykorzystania.

Czyli tak, notowanie w Bamboo Spar (do 50 stron się zmieści w podręcznej pamięci). Notes estetyczny, niewielki i lekki, więc zawsze zabrać można i nosić w podręcznej torbie. Potem, w dowolnym momencie (w trakcie wykładu lub po) można przerzucić do smarfonu lub tabletu. Ten pierwszy jest mały i za wiele się na jego ekranie z plikiem graficznym nie popracuje. W tablecie, jako większym obszarze roboczym, można notatki nieco skorygować, uzupełnić kolorami itd.

Trzeba pamiętać jedynie, że używa się aż trzech różnych programów(skojarzonych ze sobą) – to dodatkowy kłopot w zrozumieniu działania i zapamiętaniu, co w którym da się zrobić.

Prosto z tabletu (program Inkspace, wcześniej była ikonka pomarańczowego B, więc za jakiś czas też się może zmienić) można wyeksportować pojedyncze notatki w formacie jpg, png czy PDF (jest jeszcze format will, ale to wewnętrzny i tylko do używania w obrębie aplikacji skojarzonych z tym sprzętem). Najłatwiej było mi wyeksportować plik graficzny od razu do Facebooka, np. do grupy (osoby, dla których przeznaczony) oraz do wirtualnego Dysku Google (czy poczty elektronicznej lub galerii obrazów na tablecie – stąd już mogę sobie przerzucić przez kabelek do laptopa). Format will umożliwia wyeksportowanie do chmury (inkspace.wacom.com) oraz do innego programu notatnika (Bamboo Paper – ikona z niebieską literką B – zdjęcie niżej). Trzy różne programy-miejsca, podobne lecz różne interfejsy. Trochę trwało, zanim się połapałem. O wyjaśnieniu takich oczywistości w instrukcji nie ma mowy. Szkoda.

Czyli już na tablecie można trochę te notatki obrobić, połączyć w jeden notatnik (kilka oddzielnych kartek, dodać zdjęcia) i zapisać-wyeksportować np. w pliku PDF. Można także zamienić odręczne notatki w plik tekstowy (o ile oczywiście program dobrze odszyfruje nasze pismo). Jeszcze nie nauczyłem się dobrze korzystać z tych trzech różnych programów (z chmurą włącznie).

ikony

Zatem za pośrednictwem tabletu udało mi się poprzez Facebook, Dysk Google i chmurę (można zainstalować program na laptopie z Windowsem i połączyć się z inkspace.wacom.com ) pobrać pliki graficzne na własny komputer i dalej już w znanych mi obszarach, funkcjonować.

Teraz muszę tylko poćwiczyć i dopracować tworzenie notatek wizualnych, by po przesłaniu ich do grupy studentów stanowiły formę kart pracy na zajęcia lub notatek wizualnych z wykładów (streszczenie). Poćwiczę, poeksperymentuję i za jakiś czas zdam relację. Niech i inni sami nie odkrywają ukrytej Ameryki po raz setny.

Obiecana Instrukcja dla Bamboo Spark

Rysowanie jest proste, włączyć – jak się świeci na niebiesko dioda, to rysuj. Naciśnij gdy skończysz na jednej stronie i rysuj na następnej. Przechowuje do 50 stron, więc można sporo zanotować.

Włącz tablet/smartfon. Włącz program Inkspace (wcześniej była ikonka z pomarańczowym B, teraz jest kropelka nad rombem). Program sam przypomni o włączeniu Bluetooth. Sparuj czyli przenieś notatki z notesu na tablet. Procedurę parowania trzeba robić za każdym razem, a ja myślałem, że tylko raz a potem to wystarczy tylko nacisnąć (tak jak w filmiku reklamowym). W tym czasie nastąpi przeniesienie notatek na tablet – w programie widać będzie wszystkie pojawiające się strony. Można palcem lub rysikiem dopisywać i wygumkowywać czyli dokonać korekty. Można fragment wyciąć i przesunąć w inne miejsce notatek. Można eksportować w formatach: jpg, png, pdf i will (do tego co zainstalowane na talbocie, np. FB, poczta elektroniczna, Google+, Google Dysk). Żeby wyeksportować do chmury w inskpace.wacom.com to trzeba wybrać eksportuj will.

Teraz otwórz program Bamboo Paper. Tu już można więcej, można użyć kolorowego długopisu czy markera (za dodatkowe funkcje trzeba zapłacić ekstra). Można wejść w chmurę inkspace i tam dokonywać drobnych zmian, eksportów itd. W chmurze można pracować na laptopie, po wcześniejszej instalacji oprogramowania.

Jak nauczę się pracy z tym urządzeniem i skojarzonymi z nim programami, to opiszę ponownie (już bardziej dokładnie i przejrzyście). Muszę po prostu zrozumieć jak to działa. W pełni a nie tylko pobieżnie.

inkspace

parowanie

Niżej  obszar roboczy w chmurze:

chmura1

O rozumieniu słów, soku z tulipanów, włosach Wenery i ukropku czyli herbacie

andantium

W moim ulubionym programie radiowym usłyszałem mądre słowa: „Nie wystarczy znać słowa, trzeba rozumieć ich znaczenie”. Znaczenie słów zależne jest od kontekstu, w którym są umieszczone (w wypowiedzi) i w którym są usłyszane. Kontekst zależy od mówiącego (kodującego) jaki i od słuchającego (odkodowującego). Kontekstów może być dużo, nawet intonacja głosu może zmienić sens i znaczenie pojedynczego słowa. Ale i różne subkultury (czy grupy zawodowe) mają swoje rozumienie słów (swój żargon). Cukiernik inaczej zrozumie „zrobić loda” niż młodzież na ulicy.

Kultura i język się zmieniają, zatem w różnych czasach te same słowa mogą mieć różne znaczenie, różne rozumienie. Dzisiejszy kontekst tych samych słów (nie znaczy, że tych samych desygnatów) zmienia się. Nauka stara się uczynić język (naukowy) precyzyjnym. Dlatego podawane są definicje czyli jak w danym tekście rozumiane jest konkretne słowo. Metodologia naukowa doszła do tego po wiekach dyskusji i zbędnych kłótni (nieporozumień). W życiu codziennym rzadko uzmysławiamy sobie, że nie wystarczy znać słowa. Zapominamy, że równie ważne jest ich rozumienie. Na tym polega wykształcenie, żeby używać z sensem i rozumieniem. Jeśli przysłuchać się dyskusjom polityków i celebrytów w mediach, można odnieść wrażenie, że rozumienie słów jest na bardzo niskim poziomie – używane są dowolnie i często w złym kontekście. Tyle tytułem wstępu (może trochę za długiego).

Kilka razy pisałem o tajemniczym soku z tulipanów. Dalej jest dla mnie zagadką, do czego był używany: czy jako lekarstwo, czy dodatek smakowy do deserów czy jako trucizna. Zapomniany eksperyment dawnych poszukiwań. Szukając śladów innych soków kwiatowych trafiłem także na inne, zapomniane już soki z fiołków, dziewanny i syrop kapilarowy. Ten ostatni przypomniał mi moje dawne poszukiwania źródeł herbaty z mlekiem czyli bawarki.

Syropy kwiatowe zachowywały zapach kwiatów, co wykorzystywane było w gastronomii. Ale miały także właściwości lecznicze (domniemane czy rzeczywiste). Konkurentem konserwowania cukrem były nalewki (konserwowanie alkoholem). A że dawniej cukier był drogi to syropy robione na bazie miodu. Samo zdrowie.

Syrop kapilarowy dawniej robiono z rośliny, paproci zwanej niekropień, z których niekropień właściwy (Adiantum capillus-veneris) zwany jest właśnie włosami Wenery. Niekropień właściwy, andantium rozwichrzone to gatunek szeroko rozprzestrzeniony na świecie. Występuje w zachodniej Azji, w południowej Europie, Afryce. W Polsce czasami był i jest uprawiany jako roślina doniczkowa (rośnie w półcieniu), czasami dziko rośnie jako efemerofit.

W starych książkach wyczytać można, że niekropień „kwitnie od maja do sierpnia i liścia nie roni”. Niekropień to paproć. Jakżeż może kwitnąć? Kwiat to współcześnie dobrze zdefiniowane pojęcie biologiczne, znane uczniom szkoły podstawowej (czyli praktycznie wszystkim). Na zdjęciu obok paproć niekropień właściwy.., „Liści nie roni”, to znaczy najpewniej, że nie zrzuca liści na zimę. Ale co znaczy kwitnie? Czy że w tym czasie rośnie czy że wydaje zarodniki? „Właściwości lekarskie Kapiloru każdemu są wiadome: robią z niego syrop, na piersi pomagający” (w rozumieniu przeziębień chyba, zapalenia oskrzeli czy coś podobnego). Do dzisiaj przekonanie o leczniczych właściwościach włosów Wenery nie przetrwały. Dlaczego dawniej uważano, że ma właściwości lecznicze? Być może to przeżytek dawnego myślenia magicznego, przywiązywania znaczenia do nazwy i domniemanego powiązania z demonami, siłami duchowymi i magią. Wieloletnia praktyka a najpewniej weryfikacja naukowa i medyczna nie potwierdziła przypuszczenia o wartościowych leczniczych właściwościach syropy z niekropienia (syropu kapilarowego). Być może podobnie było z syropem z tulipanów. Ani w medycynie ani w gastronomii nie przetrwała tradycja używania. Ludzkość eksperymentuje z wieloma gatunkami. O niektórych zapominamy, do innych ponownie wracamy.

Andantium wymieniane jest jedynie jako jeden ze składników przeciwłupieżowy płynu tonizującego o nazwie Derforforante. Można także znaleźć informacje o właściwościach włosów Wenery: ściągające, antyseptyczne, łagodzące ból, powstrzymujące powstawaniu łupieżu, antyoksydant. A zastosowanie znajduje obecnie w kosmetyce, gdzie stosowany jest przy schorzeniach skóry głowy takich jak łupież i łojotok.

Ale dlaczego piszę o soku kapilorowym, gdy w tytule jest herbata z mlekiem czyli bawarka? Bo niektórzy wywnioskowali, że bawarka pochodzi od Bawarii, powołując się na zapis z XIX książki: „Bavaroise czyli bawarska herbata, Xiążęta barwascy w Paryżu u Prokopa kazali sobie dawać herbatę z sokiem kapilarowym. Przyjęty i u nas ten napój, zwłaszcza podczas Małachowskiego sejmu. Lepiej wszakże robili i robią ci, którzy zamiast obcych listków, opłacanych drogo, w potrzebie rumianku, szałwii, mięty, dziewanny, bratków, betoniki, melisy, Weroniki, róży, poziomek suszonych itp.” (dzieło Łukasza Gołębiowskiego z 1830 r. „Domy i dwory”). Z tego fragmentu, wyrwanego z kontekstu, rzeczywiście można pomyśleć, że bawarska herbata to może bawarka (herbata z mlekiem). Ale w tej samej książce, kilka wersów wyżej opisana jest herbata z mlekiem. Skoro więc autor wymienia osobno bawarkę jako herbatę z mlekiem i bawarską herbatę jako herbatę z syropem kapilarowym, to są ro różne rzeczy i różne napoje. Na dodatek opis owej bawarskiej herbaty wskazuje, że jest to herbata bez mleka ale za to z syropem roślinnym – herbata z syropem kapilarowym tak jak z innymi ziołowymi, na przeziębienie szykowanymi. Teraz już z fiołków (bratków), dziewanny zazwyczaj nie pijamy. Ale herbatę z lipą jak najbardziej. Bavaroise (herbata bawarska) wymieniona jest obok herbaty, kawy, czekolady, grogu i innych napitków czy nawet lodów. Nie jest więc synonimem herbaty ani jej odmianą. Dalej w cytowanej książce jest o herbacie pijanej z mlekiem (ale ani razu nie pada stwierdzenie, że jest to bawarka). Z innych źródeł wiemy, że zwyczaj pijania herbaty z mlekiem do Polski przyszedł z Wielkiej Brytanii, a nie Francji.

slownik_Doroszewskiego

Kiedyś znalazłem w książce kucharskiej wzmiankę, że bawarka miała także nazwę ukropek. Maria Disslowa, w książce kucharskiej z 1935 r., opisuje ukropek (bawarka) jako napój sporządzony z połowy szklanki śmietanki i połowy szklanki wrzącej wody oraz kawałka cukru (wtedy powszechny w użyciu był cukier w głowach, więc się go najczęściej w kawałku brało do ust i popijało – zbyt długo trzeba byłoby czekać na rozpuszczenie w filiżance z herbatą ). Ale sam przepis wskazuje na fakt, iż pierwotnie bawarka (ukropek) nie była sporządzana na bazie herbaty. Ukropek oznacza także i współcześnie regionalną zupę (woda, śmietana, czosnek i omaszczone słoniną).

Słowo ukropek przypomniało mi się gdy dotarłem do wzmianki o ukropku jako herbacie (fragment zamieszczony u góry). Dawniej jako chiński ukropek czyli herbata. Może dlatego, że gorący napój? Może dlatego, że wcześniej takich gorących i zaparzanych płynów nie zwykliśmy pijać (za wyjątkiem może leczniczych ziół)? W każdym razie wzmacnia to przypuszczenie, że bawarka, czyli herbata z mlekiem, pochodzi od ukropu, ukropka czyli może oznaczało białą warkę (wrzątek, ukrop) lub rozbawiane (rozcieńczane) mleka gorąca wodą lub gorącą herbata.

Więcej na ten temat, we wcześniejszych tekstach:

Cierpimy na nadmiar, także informacji

14444847_10209484172454578_1420755242180590460_oŻyjemy w czasach obfitości. To znaczy niektórzy żyją w nadmiarze (w skali całej Ziemi i ludzkości). Nadmiarze konsumowanych kalorii i.. informacji. Nadmiar kalorii szkodliwy jest przy siedzącym trybie życia. Bo kiedyś ruszaliśmy się znacznie więcej. I mniej jedliśmy. Z konieczności. Z biedy i warunków środowiskowych.

Żyliśmy także w mniejszych grupach. Dlatego do naszego mózgu docierało mniej informacji. Patrzyliśmy na świat wokół nas w czasie rzeczywistym i rozmawialiśmy z ludźmi, żyjącymi blisko nas. Teraz, dzięki mediom, kontaktujemy się z bez porównania większą liczbą osób. Dużo więcej spotykamy w pracy i na ulicy, bo większość z nas żyje w miastach. Świat obserwujemy w sposób skondensowany i przyspieszony – często bez związku z czasem rzeczywistym. Z prasy, radia, telewizji i przede wszystkim z Internetu (a teraz mamy go w każdym niemalże telefonie i w każdej chwili) dociera do nas masa informacji. Niektórzy szacują, że dziennie dociera do nas 34 gigabajtów danych, co odpowiada 100 tysięcy słów.

Media konkurując o naszą uwagę, preferują informacje z dużą dozą emocji: wypadki, zbrodnie, wojny, przestępstwa, skandale, miłość, jedzenie itd. Zatem duża część z tych informacji podnosi nam ciśnienie i poziom cukru we krwi. To fizjologiczna odpowiedź na stres i emocje. Tyle tylko, że ewolucyjnie nie jesteśmy przystosowani do stresowania się w pozycji siedzącej. Tak więc i nadmiar kalorii i nadmiar stresujących informacji przyswajamy w pozycji siedzącej. Bardzo niewygodnej pozycji do radzenia sobie ze stresem w przypadku Homo sapiens.

Naukowcy coraz częściej podkreślają, że ilość bodźców i informacji, które codziennie wchłaniamy, zaczyna przekraczać możliwości adaptacyjne naszego organizmu. Prof. Ryszard Tadeusiewicz pisze wręcz o „smogu informacyjnym”, przez analogię ze smogiem, będącym produktem procesu spalania byle czego (efekt to zanieczyszczone powietrze). Ważna jest też jakość tej informacji. Tak jak już wspomniałem wyżej, media zabiegając w konkurencji o naszą uwagę, oferują nam dużo krwi, seksu i najróżniejszych emocji (nieustannie potęgując i podnosząc skalę tych emocji). Działa to na nas mobilizująco, zarówno w układzie nerwowym jak i hormonalnym. Jesteśmy gotowi do walki lub ucieczki. Albo miłosnych uniesień. W każdym przypadku dawniej oznaczało to ruch. Stąd przygotowanie biologiczne organizmu do dużego wysiłku. A tu nic, my siedzimy. Biologiczna nieadekwatność do stylu życia. Ten rozdźwięk jest coraz większy.

Ewidentnie potrzeba nam ciszy (wyciszenia) i ruchu. Bo na razie nie jesteśmy przystosowani biologicznie do środowiska, które sobie tworzymy. Ewolucja zadziała… ale potrwa to długo i połączone będzie z selekcją…. Nasi przodkowie w swoim życiu nie dostawali takiej porcji wrażeń: pięćset trupów, 2 tysiące scen przemocy, 60 ostrych scen erotycznych, pół tysiąca wulgarnych słów – to wynik tygodniowego monitoringu największych polskich stacji telewizyjnych. Od ponad dwóch lat nie mam telewizora, więc ta nadmiarowa stresowość nie dociera do mnie. Ale dociera przez internet i radio…. Na szczęście w mniejszej porcji i mocno przefiltrowane.

Sami sobie stworzyliśmy nadmiarowość kalorii i stresujących (mobilizujących) informacji przy jednoczesnym zmniejszeniu ruchu. Nasze środowisko jest inne niż to, do którego ewolucyjnie przystosowali się nasi przodkowie. Zatem albo sami się biologicznie zmienimy (czekając na efekty ewolucji lub wspomagając je kierunkowymi modyfikacjami genetycznymi lub medycznym suplementowaniem) albo zmienimy styl życia (nasze środowisko). To drugie jest łatwiejsze. Wymaga tylko wiedzy i woli działania. I z tym jest największy problem. Bo nawet nie możemy zmienić śmieciowego jedzenia w szkolnych sklepikach. Już wydawało się, że poprzedni rząd coś zrobił w tym kierunku ale obecna władza szybko się z tego  wycofała. Cofnęliśmy się do punktu wyjścia… Niestety. A to przykład jeden z wielu.

Ale wróćmy do biologicznego przystosowania (adaptacji). Zmiany nie są takie powolne jakby nam się zdawało. One są już widoczne. Zwrócili na to uwagę australijscy naukowcy. Przy nadmiarze mobilizujących bodźców następuje zobojętnienie (spadek wrażliwości, reaktywności). Wcześniej reakcja na widok cierpiącej osoby, by ruszyć jej z pomocą, następowała zaledwie po 1–2 sekundach. Tymczasem naukowcy zaobserwowali, że aby mózg współczesnego człowieka zareagował na taki widok na poziomie emocjonalnym, potrzebuje aż 6–8 sekund. Ten czas ciągle się wydłuża. Młode pokolenie wychowane na multimediach nie tylko wolniej emocjonalnie reaguje ale także ma kłopoty z empatią (wolniej uczą się interpretować myśli i uczucia innych ludzi, wczuć się w ich stan emocjonalny). Tak jak żołnierze z syndromem pola walki – obojętnieją. Młode pokolenie potrafi dużo zapamiętać, ale nie potrafi z tej wiedzy (informacji) skorzystać w działaniach praktycznych. W zasadzie obserwuję to już na poziomie uniwersyteckim (u studentów).

I do takiej rzeczywistości musi dostosować się współczesna edukacja. Takich mamy uczniów, dojrzewających w takim a nie innym środowisku społecznym i informacyjnym: nadmiar kalorii, nadmiar stresujących informacji, niedosyt fizycznego ruchu.

Na zdjęciu wyżej bajka edukacyjna, forma małego teatrzyku ilustracji, japońskie kamishibai. Przy nadmiarze elektroniki zainteresowaniem cieszą się w edukacji stare, mniej pobudzające, formy przekazu. Być może jest to jedna z form społecznej reakcji na niedobrą sytuację. Pojawia się moda na kamishibai, ryślenie, myślografię oraz na manuśle...

Dziady i Halloween czyli kołtun, kołdun, kałdun i kałdunia – co mają ze sobą wspólnego i z wiedźmami?

pierogiW rozważaniach nad ty co rodzime a tym co obce bój toczymy: czy obchodzić Dziady czy Halloween. Czy może Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych? I co jest zabawą, zwyczajem kulturowym a co jest wiarą i czymś poważniejszym?

W języku jak w genach, sporo zachowało się dawnej historii. Słowa zmieniają się nieco – tak jak geny, czasem zmieniają funkcje i relacje z innymi elementami. Lepiej rozumiejmy słowa jeśli potrafimy je umieścić w dawnym kontekście. Tak jak gatunki w ekosystemie.

Przeszukując encyklopedie w różnych językach w poszukiwaniu źródłosłowu czarownic i wiedźm – natknąłem się w języku rosyjskim na колдун, (kołdun – zamawiacz, zaklinacz, przepowiadacz) i колдунья (чаровница) — kołdunia jako synonim czarownicy – kobiety uprawiającej magię (kołdostwo – колдовство). Zabrzmiało znajomo. Ale co kołdunia i kołdun (rodzaj męski) ma wspólnego z kołdunami-pierożkami czy dawnym kołtunem na głowie?

Jak dobrze poszukać, to się związki znajduje. Kołdun, kołdunia, kołdostwo odnoszą się do czarów i osób je wykonujących. Jedno z wielu słów w Słowiańszczyźnie. Te akurat obecne u Słowian Wschodnich. „Колдовство́ (чародейство, ведовство, волхование волшба, волшебство занятие магией как ремеслом, при котором колдун заявляет о контакте сосверхъестественными силами (демонами, духами предков, природы и другими)” (za rosyjskojęzyczną Wikipedią).

Czarownica po rosyjsku to ведьма, колдунья w wierzeniach ludowych to kobieta umiejąca czarować, rzucać czary, zaklęcia, ale także волшебница (od słowa wołchw), колдун, чароде́йка, чародейка. W potocznym znaczeniu i w przenośni wiedźma w rosyjskim także oznacza kobietę starą i brzydką (bo zło zawsze jest brzydnie i odpychające, w naszym języku podobnie). W języku rosyjskim etymologia słowa kołdostwo jest niejasna, ale przypuszcza się, że pierwotnie oznaczało tyle co zamawiać (заговаривать), natomiast kołdun, kołdunia oznaczałoby: zaklinacz, zamawiacz (заклинатель, заговариватель). Inni autorzy wywodzą z zapomnianego już, staroruskiego słowa кълдъ (колд) „колдун, волшебник“ „говорящий“».- oznaczającego wołchwa. Andrzej Szyjewski w Religii Słowian (Wyd. WAM, Kraków 2003) wspomina także o określeniu kudieśnik, którym posługiwano się na północy Rusi, a oznaczającego czarownika, osobę rzucająca czary oraz wróżąca. Zatem kołdun, kołdunia oznaczałoby wróżbitę, zaklinacza, czarownika (słowami wpływającego na świat demoniczny by zmieniać rzeczywistość, by na nią wpływać).

Prawdopodobnie pojęcia kołdun i kołdostwo u wschodnich Słowian sformułowało się pod wpływem wyobrażeń o wołchwach, żercach, „kapłanach” pogańskich, którzy mogli prorokować, wieszczyć oraz zaklinać przyrodę i dychy. Wołchować oznaczało mówić niejasno (Слово волховать — «говорить сбивчиво, неясно»). Z kolei Rosjanie słowo czary wywodzą z indoeuropejskiego rdzenia, oznaczającego czynić (Устаревшее «чары», «колдовство, волшебство», восходит к др.-рус. Чаръ («колдовство, заклинание») > ст.-слав.*čarъ, которое в свою очередь восходит к индоевропейскому глаголу *kuer («делать»).).

Jeszcze na moment powrócę do wiedźmy, które to słowo do polskiego trafiło ze wschodu. Wiedma (wiedźma) to ta, co umie, zna, wie: «Ведовство» произошло от глагола «ведать», которое является исконно русским словом общеславянского происхождения (др.-рус. вѣдѣти, ст.-слав. Вѣдѣти «знать, уметь»).

Ale wróćmy do określenia kołdun, kołdunia. Skojarzenie pierwsze jest z brzuchem, kałdunem. W słowniku etymologicznym języka polskiego (A. Brucner) takie znajdujemy objaśnienie: Kałdun – trzewia, brzuch, wnętrzności, „żagle kałdoni wiatr – w znaczeniu nadyma, rozdyma. Zatem kałdun to ciepłe wnętrzności i duży brzuch. Tak używamy na co dzień. Ale i myśliwi używają kałduna na określenie wnętrzności upolowanej zwierzyny. We współczesnym słowniku języka polskiego kałdun posolicie (i rubasznie) oznacza duży brzuch, a w gwarze łowieckiej ciepłe wnętrzności zwierzyny łownej.

Co wspólnego może mieć brzuch i wnętrzności z kołdunem jako zamawiaczem, wróżbitą? Ano to, że dawniej Słowianie (i nie tylko Słowianie) wróżyli z wnętrzności zwierząt ofiarnych. I w tym przypadku to określenie kałdun na duży brzuch lub wnętrzności (zwłaszcza ciepłe czyli świeżo wydobyte) wzięłoby się od wieszczenia i wieszczącego kołduna, a nie odwrotnie. Chyba, żeby jednak…

Z kolei kołduny (w szczególności litewskie) to pękate pierożki z mięsem. Ciepłe i pękate. Na zdjęciu akurat zwykłe pierogi (ale za to z makiem, także dawniej uważanym za magiczny), inaczej ulepione. Kołduny wschodniosłowiańskie inaczej są lepione, inną techniką stąd inny mają kształt.

I pora na kołtun… na głowie. Ale jeśli głębiej sięgniemy to kołtun oznaczał coś więcej niż tylko pozlepiane włosy (często za sprawą wszawicy). Kołtun to efekt działania czarów i rzuconego uroku. Kołtun w definicji słownikowej to po pierwsze zbity kłąb brudnych włosów na głowie, powstający w przypadkach szczególnych zaniedbań higienicznych, połączony zwykle z wszawicą. Po drugie w rozumieniu potocznym i zazwyczaj używane w liczbie mnogiej, kołtuny to brudne, rozczochrane włosy oraz coś skłębionego, zmierzwionego. W ujęciu medycznym (za Wikipedią) „kołtun (łac. Plica polonica– kołtun polski, Plica neuropathica, ang. Polish plait), zwany także gwoźdźcem, goźdźcem lub pliką – sklejony łojem i wydzieliną wysiękową (np. z powodu wszawicy) pęk włosów na głowie, powstały na skutek braku higieny lub niekorzystania ze szczotki bądź grzebienia. Powstawaniu kołtuna sprzyjało także powszechne wśród chłopstwa noszenie czapki”. Niezbyt chwalebna dla Polaków to definicja. W XVIII i XIX wieku uważano kołtun za chorobę, która miała przybyć na ziemie polskie ze wschodu. Ale jak się przekonamy kołtunienie włosów było znane i praktykowane wśród Germanów. A współcześnie kołtun nazywany … dredami. Też celowo i dla urody wykonywane.

Niekiedy kołtun był zapuszczany celowo poprzez intensywne pocieranie włosów i niszczenie przez to ich struktury, co powoduje ich spilśnienie – w tym wypadku nie ma to związku z zaniedbaniami higienicznymi. (…) Takie właśnie celowo hodowane kołtuny noszono na Pińszczyźnie i Mazowszu jeszcze na początku XIX w.” Etnograficznie zachowane zwyczaje przyczyniły się do powstania medycznego określenia z Polską w nazwie.

Można się teraz zastanowić po co celowo hodowano i noszono kołtun? Czy dla urody, tak jak współcześnie nosimy dredy? Czy też miało to związek z jakimiś praktykami magicznymi? Chyba to drugie: „Stare przesądy medyczne zabraniały obcinania kołtunów z obawy przed negatywnym wpływem na zdrowie (zaburzenia psychiczne, ślepota). Noszenie kołtuna miało chronić przed chorobami i diabłem. Najdłuższy zachowany kołtun znajduje się w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, pochodzi z XIX w. i po rozwinięciu ma 1,5 m długości.” Kołtun znany był plemionom germańskim, żyjącym nad Renem i w Bawarii. Najwyraźniej we Wschodniej Słowiańszczyźnie dłużej te zwyczaje przetrwały. Nazwa kołtun pochodzi od rosyjskiego kiełtania (kołysanie). Kołtuny nazywano także skrzatami, goźdźcem, gośćcem (czy ma to coś wspólnego z guślarzem i gusłami?), wieszczycą, dobrodziejem, kołtkami, kraczycami. MNiezwykle ciekawy jest związek ze skrzatami i wieszczycą. Pierwsze to demony domowe, zmitologizowane duchami przodków – a więc jest jakiś związek z tytułowymi Dziadami. Wieszczyce – jako jedno z określeń kołtuna na głowie – kojarzą się z wieszczeniem i… kołduniami (wieszczkami-czarownicami).

A związek z wszawica i brudem? Ci co nosili dredy wiedzą, że pielęgnacja spilśnionych włosów jest dużo trudniejsza – nie da się wszy gęstym grzebieniem wyczesać ani innych zabiegów zrobić. Stąd może wtórnie kołtun skojarzono z brudem i wszawicą. W każdym razie walka z zabobonnym kołtunem w XIX wieku była zawzięta i żmudna – ludzi z kołtunem nie wpuszczano do urzędów, trafiających do szpitala od razu nożyczkami kołtuna pozbawiano.

W dawnych wierzeniach w jakiś sposób  kołtun miał chronić przed chorobą czy złym. W jednej z książek znalazłem opis, że kołtun to taki demon, co jak wejdzie w człowieka, to trzeba jeść, tyle ile on zapragnie. Stąd może jakiś związek z brzuchem i kałdunem? Współcześnie powiemy – pogardliwie kołtun o człowieku zacofanym, ograniczonym intelektualnie; obskurant. Zapewne to ślad zwalczania zabobonów, związanych z noszeniem kołtuna.

O sprowadzenie kołtuna (mody na kołtuna, wierzenia w ten zabobon) obwiniano Tatarów i Żydów, ale przecież wcześniej znano i u plemion germańskich. Raczej jest więc to pozostałość po dawnych czasach pogańskich i jakichś zabiegach magicznych, przed złem chroniących, a przynajmniej przed chorobą. O sprowadzanie kołtuna podejrzewano też złe duchy i czarownice. Tu więc dochodzimy do jakiegoś związku kołtuna z czaronicami czyli kołduniami. Ale wiele dawnych informacji, zapisanych w różnych miejscach, wskazuje, że kołtun umyślnie hodowano – „skrapiano włosy lepkimi substancjami, winem, wywarem z mchu, no i przede wszystkim unikano grzebienia. Nie należy włosów czesać przez kilka tygodni, włożyć między nie wosku z paschy i włosy wydobyte z woreczka, a głowę zmyć albo skropić barwinkiem – zalecał przepis na hodowanie kołtuna, a kmiecie powtarzali rymowankę: „Kołtonie, kołtonie, wloześ mi na głowe, dopóki tam siedzis, to będę mioł zdrowi”. [źródło].

Pierwotna funkcja magiczna (szamańska) kołtuna uległa zapomnieniu. Być może uważano, że kołtun to wyciąganie choroby z człowieka (wierzono, że mieszkają w nas różne robaki, choroby wywołujące – można powiedzieć że jakiś prekursor teorii hologenomu 🙂 ). Być może był elementem odczyniania od uroków, wykonywanych przez kołdunie-czarownice? Albo też że przez owe kołdunie-czarownice czy czarowników był wywołany. Jako rzucony urok. Kołtun to bestia w człowieku mieszkająca, której „czego się zechce, trzeba jej dać, aby szkody nie uczyniła”.

Gdy w kulturze zapomnieniu uległa funkcja magiczna, skupiono się na zwalczaniu tejże choroby „Występował tak powszechnie, że w jego zwalczaniu wyspecjalizowała się oddzielna grupa znachorów, „gościarzy”. Po odmówieniu modlitw skrapiali włosy cierpiącego barwinkiem moczonym w winie lub myli głowę grochowianką i chmielem moczonym w wodzie. Inni wosku święconego kawałek wkładają we włosy, poczem zazwyczaj w kilka dni gościec się zwija”. A może od dawna znachorzy leczyli z chorób i urocków, których zewnętrznym, widocznym objawem był kołtun?

W pomrokach dziejów i języka gnie etymologia kołtuna i kołduna. Czy kołtun wywoływały złe wiedźmy-kołdunie czy też raczej one jako znachorki-szeptuchy leczyły? I nad tym można się zadumać, jedząc ciepłe kołduny w rosole (w czasie listopadowego zimna dobrze coś ciepłego zjeść), w czasie Dnia Zadusznych czy Dziadów ostatnio Halloween nazywanymi. Jeśli zagłębić się w historię i etnografię Indoeuropejczyków, to Halloween bliskie jest naszym Dziadom. Trochę więc bezsensowne jest publiczne piętnowanie zabaw halloweenowych – są bardziej nasze niż się wydaje (ale to dłuższa opowieść). Czym innym jest jednak zabawa, inspirowana poplkulturą, czym innym wiara i Wszystkich Świętych. Choć w kulturze i tak się splatają. Jak geny w genotypie czy gatunki w ekosystemie.

Manuśle czyli myślenie wizualne 3D

manusleSpada czytelnictwo (nie wierzę!), ale jeśli tak, to bardzo dobrze, bo to oznacza postęp. Postęp w komunikacji międzyludzkiej. Poza przekazem multimedialnym można wykorzystać także i manuśle (zaraz wyjaśnię co to jest, cierpliwości – czytaj do końca, ilustrowany przykład obok).

Odkrywamy czasem to, co istnienie od dawna w naszym życiu. Ale uległo zapomnieniu. Wraca do nas najczęściej pod postacią angielskich nazw (sketchnoting, graphic recording, graphic facilitation). Lepiej się jednak zapamiętuje we własnym języku, zapamiętuje ze zrozumieniem, z głębszymi powiązaniami z innymi pojęciami. Bo łatwiej tworzą się skojarzenia. Stąd czasem warto tworzyć słowa własne a nie tylko przejmować z ogólnego obiegu. Dlatego wymyśliłem manuśle, rękosięgi i grafonspekty. Prawie jak Klapaucjusz w Cyberiadzie. Przynajmniej dla siebie samego. Ale mam nadzieję, że i komuś innemu się spodobają. Tak jak już istniejące i dobrze funkcjonujące ryślenie czy myślografia (nie ja to wymyśliłem, ale trafne i używam – poetycko piękne słowa).

Powszechne jest narzekanie na spadek czytelnictwa. A przecież mamy nadmiar słów pisanych i czytanych. W epoce dominacji słowa i myślenia słowami odkrywamy inne kanały informacji i inne sposoby myślenia, uczenia się, zapamiętywania. One istniały od zawsze. Teraz je doceniamy (po chwilowym zapomnieniu). Bo mamy nadmiar monopolu słownego. A monokultura upośledza. Różnorodność jest efektywniejsza. Tak jest z myśleniem wizualnym, myśleniem obrazami. Zawsze istniało, ale w kulturze dominacji słowa pisanego i czytanego zostało po części zapomniane, zepchnięte na margines, także w praktyce szkolnej.

Pamięć – wizualna, dźwiękowa, dotykowa. Poznajemy całym sobą: patrząc (i widząc całościowo obrazy), słuchając (nie tylko treść ale i dźwięki), działając całym sobą (ruch i notowanie) oraz słowami. Szkoła ma nadmiar słów. A mózg pracuje całościowo. Słowa to tylko część mózgu. Szkoła pisana-czytana sprzyja tylko części populacji. Inne sposoby myślenia i inteligencji spycha na margines.

Wiedza to z całą pewnością słowa, ale wiedzę zdobywamy także poprzez ruch (ćwiczenia, eksperymenty, działania manualne), czy w relacjach społecznych poprzez dyskusje (rozmowy i dialog z innymi). Na powrót odkrywamy i ponownie wprowadzamy do szkoły i edukacji pozawerbalne przekazy informacji. Do niektórych te kanały informacji docierają sprawniej.  Po prostu pełniej wykorzystujemy możliwości mózgu. A nie ma ludzi jednakowych, różnimy się znacznie od siebie także w preferowanych kanałach informacji.

Myślenie wizualne i manualne w szkole industrialnej (klasy, program, lekcje) zawsze gdzieś było na obrzeżach, ale było nieświadomie dyskredytowane. Bo przecież trzeba czytać i pisać, pisać i czytać. Same słowa, zdania, teksty. W tym znaczeniu spadek (domniemany) czytelnictwa w ogóle mnie nie martwi. Osobiście sądzę, że czytamy i piszemy znacznie więcej niż nasi przodkowie. Tyle, że nie czytamy tylko na papierze ale i na ekranach smartfonów, tabletów itd.

Wypunktowania w tekście są formą myślenia wizualnego, nieliniowego. Szczątkowego ale jednak. Myślenie z natury jest nieliniowe, skojarzeniowe. Jest jak sieć. Do rozwiązania można dojść różnymi drogami. Pismo alfabetyczne jest myśleniem liniowym, jest jak sznurek, jak nić Ariadny (można dość tylko jedną jedyną drogą). Pozwala przekazać coś daleko (na dużą odległość przestrzenną i czasową). Zawiera duży poziom abstrakcji. Pismo ma niezaprzeczalne walory w komunikacji na odległość i komunikacji asynchronicznej – przekaz dociera tam, gdzie głos i wzrok nie sięga i tam, gdzie sami nie dotrzemy z opowieścią ustną, z przykładem, demonstracją. Pismo pozwoliło na znaczne rozszerzenie komunikacji i rozwój cywilizacji. Możemy odczytać cudze myśli po setkach lat i tysiące kilometrów dalej.

Ale teraz, dzięki technice: internet, multumedia – telekomunikacja zawierać może także obrazy, dźwięki i filmy. To znaczny postęp i dopiero się go społecznie uczymy. W tym sensie uważam ewentualny spadek czytelnictwa za postęp. Bo wcale nie musi oznaczać spadku komunikacji i wymiany myśli.

Już wcześniej dostrzegliśmy mind-mapping (nieliniowe mapowanie myśli). Teraz modne staje się dostrzeganie myślenia wizualnego (ryślenie, myślografia) oraz myślenia manualnego, włączającego drobne działania rękodzielnicze. Mam na myśli lapbooki. Mini-książki ręcznie robione, do wewnętrznego użytku (uzupełnienie bezpośredniego kontaktu). Takie myślenie wizualne 3D. Mapy myśli robimy głównie dla siebie, z niepełną informacją, wymagającą dopowiedzenia. Są w jakimś stopniu konspektem, mapą po której idziemy po własnym rozumowaniu, znajdujemy skojarzenia i opowiadamy pełnymi zdaniami. Tworzymy dopiero opowieść. Mapa myśli bez opowieści autorskiej jest jak scenariusz bez filmu, albo nuty bez muzyki.

Teraz, dzięki technice, wracamy do dawnych możliwości komunikacji, jakie wykorzystywaliśmy przez setki tysięcy lat. Nie musimy tylko pisać, możemy przesłać film. Pismo pozwalało na asynchroniczną komunikację. Teraz wzbogacone jest łatwo przesyłanymi obrazami, dźwiękiem i filmem. Tak jakbyśmy byli obok. To znacznie szerzej niż pismo.

Zatem nie ma co lamentować nad spadkiem czytelnictwa. Zastanówmy się raczej czy jest spadek komunikacji międzyludzkiej. Bo to byłoby dopiero groźne. Powtarzam się? Ale powtarzanie jest istotą uczenia się. Tak jak i wykorzystywanie wszystkich zmysłów: słowa, obrazy, działania.

Lapbook pozwala na wydłużone przebywanie z (własnymi) myślami, z problemem (zagadnieniem): zapisujemy, organizujemy relacje przestrzenne z różnymi pojęciami, wycinamy, składamy(różne origami), sklejamy. I to, co dla mnie ważne – recyklingujemy. Tworzymy z tego, co pod ręką. Dajemy drugie życie teczkom biurowym, kolorowym papierom, tasiemkom, wycinkom z gazet, sznurkom od bukietów z kwiaciarni. I rysujemy, malujemy. Myślenie manualne, czyli słowa, obrazy ale także działanie. Przykładem są lapbooki. Można poszerzyć je (wykorzystać) o mały teatrzyk (rękodzielnicze kamishibai). A więc jeszcze więcej.

Ale jak nazwać to coś, co jest lapbookiem? Pamiętacie szkolne ściągi? Najważniejsze z punktu widzenia edukacyjnego jest… robienie tych ściąg. Bez korzystania w czasie egzaminu. Bo przygotowując przetwarzamy treści, piszemy, wybieramy rzeczy najważniejsze do zapisania, manualnie przygotowujemy harmonijki, rolki itd. Przypominamy sobie treść, dokonujemy syntezy, aktywnie przepisujemy, manualnie działamy. Wiele zmysłów jest zaangażowanych – cały mózg. Najlepiej, jeśli te „ściągi-repetytoria” wykonujemy z innymi ludźmi. Gdy musimy komuś opowiedzieć. A zatem to nie ściąga tylko repetytorium sposób aktywizującego uczenia się i porządkowania wiedzy, myśli, pomysłów. Konspekt wypowiedzi 3 D.

Ryślenie, myślografia, rysnotki – to neologizmy dla nazwania myślenia wizualnego, notowania i odczytywania mind-mappingu (nielinearne mapowanie myśli). To widzenie całości (w czasie wypowiedzi), konspekt nieliniowy, łatwy do modyfikacji za względu na czas (gdy musimy nagle skończyć) i zdarzenia na sali (improwizujemy i modyfikujemy, dostosowując się z wypowiedzią do tu i teraz). Notatki-konspekt w formie kartek czy Power Pointa uniemożliwiają widzenie całości, trudno wiedzieć w jakim momencie  „zwoju papirusowego” jestem (można numerować slajdy, ale to nie to wystarczy). Trzeba przewinąć całość by dojść i pokazać coś z końca, albo z początku. W rezultacie w takiej powerpointowej wypowiedzi jesteśmy bardziej czytnikiem niż twórca. To utrudnia modyfikację i dostosowanie się do dialogu. Prezi wbrew pozorom jest takie same.

Książka z kartek była dużym postępem w stosunku do papirusowego zwoju. Tak samo myślenie wizualne jest niejednokrotnie wygodniejsze od liniowego, przewijanego jak papirus Power Pointa.

Jak po swojemu nazwać lapbook (emocjonalnie i koncepcyjnie oswoić)? Najbardziej podoba mi się nazwa manuśle – myślenie manualne. Inne słowa, jakie wymyśliłem to: manualsiążka, rękosięga, rękosiąga, manusiąga (manualna ściąga). Albo ksiąga – książka i ściąga. Nakosiążka (książka na kolana) – niemalże bezpośrednie kształcenie. Grafonspekt też mi się podoba. Graficzny konspekt 3D. Bo nie tylko elementy graficzne ale i przestrzenne, wykonane w ramach domowych prac ręcznych. Najlepiej z materiałów z recyklingu – dodatkowo pobudza wyobraźnie i kreatywność.

Lapbooki najbardziej efektywnie wykorzystywane są w nauczaniu domowym. Niejako z konieczności. Ale w kontakcie z małymi grupami i przy wzrastającej indywidualizacji nauczania manuśle mogą znaleźć znacznie szersze zastosowanie.  Przede wszystkim to efektywna metoda do indywidualnych (lub grupowych) powtórzeń. Chcę wprowadzić ryślenie i manuśle do praktyki akademickiej, tak jak gamifikajcę (dwa lata temu). Kto stoi w miejscu ten się nie rozwija. A ja mam wrażenie, że dydaktyka akademicka zatrzymała się na etapie kserokopii i PowerPointa.To były nowinki… ale 20 lat temu!

Zanim jednak coś przekażę-pokaże studentom, sam na sobie sprawdzam. Sam na sobie eksperymentuję. Dlatego ćwiczę ryślenie (jako przypomnienie sobie mind-mappingu) oraz manuśle. Próby wdrożenia pokażę w swoim czasie. Gdy spróbuję zrealizować to ze studentami i wmontuje w program konkretnego przedmiotu. Jest pomysł, ale teraz potrzebne wdrożenie…

Ryślenie czyli myślograficznie i lapbookowo

myslografia1Najcenniejszą rzeczą jaką możemy komuś zaoferować (dać) to czas i zainteresowanie (uwaga). Czas i poświęcona uwaga w świecie pośpiechu i elektronicznych gadżetów są towarami deficytowymi. W świecie kopiuj-wklej informacje łatwo upowszechniać. Wkleić można dowolnie długi tekst… i go odczytać. Wyszukać można dowolną prezentację, nieco zmodyfikować. I wyświetlić. Nowinki sprzed dwudziestu lat nie robią już wrażenia… Dydaktyka akademicka zatrzymała się na etapie kserówek i Power Pointa.

A w tytule są trzy neologizmy. Świat zmienia się tak szybko, że język za zmianami nie nadąża. Wymyślamy więc nowe słowa, które mają opisać nową rzeczywistość. A przynajmniej nieco zmodyfikowaną. Dwa polskie słowa i trzecie angielskie. Nie rozumiemy ich – bo nowe. A mimo to intuicyjnie rozumiemy. Nawet to angielskie. Tak mniej więcej.

Wspomniane neologizmy pokazują jak szybko zmienia się kultura. Odnoszą się do czegoś, co już było. A wraca w nowej postaci. Mam na myśli myślenie wizualne i rękodzieło. W świecie powszechnej elektroniki, ekranów dużych i małych, łatwej komunikacji i kopiowania, nawet tego co na antypodach, wartości nabiera autentyzm, unikalność i czas.

Ryślenie to połączenie rysowania i myślenia. Podobnie z myślografią – myślenie i grafika. Oba słowa są próbą swojskiego opisania myślenia graficznego. Towarzyszyło nam zawsze. Przypomnijcie sobie swoje bruliony czy notatki ze szkoły, studiów, zebrań służbowych. Te nieśmiało dorysowywane różne elementy. Nie tylko słowa ale i rysunki. Nieśmiało i wstydliwie ukrywane. Bo przecież porządna notatka to słowa, ubrane w zdania lub skrótowe wypunktowania. Współczesna nauka pokazała jednak, że myślimy także obrazami. A jeden dobry (trafny) obraz wart stu słów. Obrazami myśleliśmy nawet jako analfabeci. Wybierz się do starego kościoła i zobacz obrazy. To były opowieści dla analfabetów. A jeszcze wcześniej były rysunki w jaskini. Teraz doceniliśmy ich wartość. Bo wiemy jak funkcjonuje nasz mózg i nasza pamięć.

myslografia2A lapbook? To taki analogowy laptop czy smartfon. Książka na kolana. Notatka do powtórzeń. Nowa generacja ręcznie robionych „ściąg”. Propozycja dla nauczycieli i uczniów. Nowa generacja notatek, wymagających manualnego i artystycznego zaangażowania. Nie tylko pismo ale i nożyczki, klej, składanie papieru (origami w najprostszej postaci). Kiedy ręce i wyobraźnia pracują mózg ma czas na refleksję.

Kiedyś, wiele lat temu, byłem na kursie szybkiego czytania z mind-mappingiem (rysowania myśli wg pomysłu Tony Buzana). Stosowałem w praktyce, ale po jakimś czasie „oklapnąłem” i tylko stosowałem w wersji szczątkowej. Weszły komputery i Power Point. Jednostronicowe mapy myśli, stanowiące konspekt wykładu (referatu, wystąpienia), zamienione zostały na „papirusową”, rozwijaną elektronikę. Dużo nowych możliwości, ale i ograniczenia w improwizacji. Swoiste zniewolenie. Nawet Prezi nie uwolniło od tego elektronicznego kagańca myśli i wypowiedzi. W skrajnych przypadkach zobaczyć możemy wykładowcę, który siada przy biurku i czyta slajdy. Czasem coś pokazuje na ekranie monitora. W sumie dla samego siebie, bo na ekranie nie widać. I można czytać cudzą prezentację, pobraną gdzieś z Internetu. Zakłócony kontakt z publicznością (upośledzony) i nuda. Przysłowiowe pożółkłe kartki z notatkami zastąpiły czytane prezentacje (slajdy z Power Pointa).

Myślografia przypomniała mi wizualne notowanie w nowej wersji. Usłyszałem kilka miesięcy temu na konferencji i zobaczyłem w internecie. Trafiła na przygotowany i podatny grunt. Kupiłem sobie notatnik-szkicownik. Jeszcze mazaków odpowiednich nie kupiłem, korzystam z tego, co w szufladzie znalazłem. Zacząłem notować. Z początku bardzo nieśmiało, z obawami. Systematycznie nabieram jednak odwagi – to ma być dla mnie a nie na pokaz. To ma być narzędzie użyteczne a nie publiczne. Myślografię, ryślenie wykorzystuję głównie do spisywania pomysłów dydaktycznych (niektóre kartki zostały już wyrwane i powędrowały do innych teczek, tematycznie pogrupowanych materiałów), konspekty książek czy innych opracowań oraz drobnych pomysłów dydaktycznych. Wykorzystuję więc głównie dla siebie, indywidualnie. I do tego służy myślenie wizualne. Jako wsparcie własnej pracy. Niektórzy nauczyciele przygotowują pomoce (skechnotki) by wdrożyć uczniów do takiej formy notowania, uczenia się i powtarzania. Ich prace są pomocami dydaktycznymi. Mam nadzieję, że i ja niebawem opracuję takie „karty pracy”. Będzie to ryślenie akademickie. Bo niby dlaczego uniwersytet ma być dydaktycznie zapóźniony w stosunku do szkół?

Dlaczego ryślenie czy lapbooki (jak nie wyjaśniłem dobrze, to wygooglaj sobie – to proste) cieszą się takim zainteresowaniem? Bo to coś innego, świeżego. I rękodzieło. W tle pokazuje, że poświęcamy czas. Że wymagało przygotowania. A w czasach smartfonów rękodzieło wzbudza uznanie. Jest wyjątkowe. Niewerbalnie pokazuje – poświęcam Wam czas. I uwagę, bo specjalnie na tę okazję przygotowałem coś wyjątkowego. Przygotowałem się, bo rękodzieła nie można pobrać z chomikuj.pl czy z innego repozytorium. Trzeba zrobić samemu. Za każdym razem. I wzbudza współcześnie uznanie tak jak kaligrafia. Kiedyś powszechna i jedyna… teraz niszowa i unikalna.

Moją uwagę zwróciły rysunki na tablicy (jednej z nauczycielek, stosujących myślografię). Jednorazowe myślenie wizualne. Kolorową kredą na zwykłej tablicy. Na uczniach też to robi wrażanie. Robią zdjęcia smarfonami (jako forma notatki). Nawet rękodzieło jednorazowe i ulotne (bo tym są napisy i rysunki na tablicy) można łatwo utrwalić w epoce cyfrowej i mobilnego internetu. Wraca stare ale w zupełnie nowej formie upowszechniania wiedzy. Kiedyś miałem starą książkę metodyczną dla nauczycieli. Poświęcona była rysowaniu na tablicy. Dawno już oddałem do antykwariatu. W czasach gdy do użytku wchodziły rzutniki pisma. A potem komputery. Kreda i tablica wydały mi się archaizmem….

Rok temu kupiłem sobie Bamboo – myślałem właśnie o schematach i rysunkach, które łatwo można przenieść w rzeczywistość cyfrową. Powstało kilka prac… i przyrząd leży, przykrywając się kurzem. Z jednej strony niekompatybilność sprzętu, z drugiej brak inspiracji. Ale teraz, po bezpośrednim kontakcie z myślografią i lapbookami, z nowym zapałem i nowymi pomysłami wracam do tegoż sprzętu elektronicznego. Po prostu dostrzegłem nowe możliwości.

Lapbook chcę wykorzystać jako propozycję dla studentów, nową wersję CV i manualnego e-portfolio na rozmowę kwalifikacyjną… Napiszę o tym innym razem, jak już przygotuję i przećwiczę ze studentami. Albo narysuje lub stworze bajkę kamishibai.

Warsztat miejski – znakomita reaktywacja podwórka.

14711467_1807846306163257_2233203172457641799_oKiedyś na podwórku zdobywaliśmy kompetencje społeczne. Wymyślaliśmy zabawy, ustalaliśmy reguły i sami pilnowaliśmy ich przestrzegania. Nie obywało się bez gniewu i zabierania swoich zabawek i pójścia na swoje podwórko. W podwórkowej szopie uczyliśmy się majsterkowania, robiliśmy karmniki, zabawki i różne eksperymenty. Okazja do pozaformalnej edukacji politechnicznej. Pomagali starsi koledzy, jakiś wujek, sąsiad itd. Na wsi kowal, stolarz, garncarz. Tego już nie ma. warto odtworzyć w nowych realiach.

Zniknęły podwórka. To znaczy są… ale puste. Brakowało ich w edukacji. Okazuje się jednak, że powracają, w zupełnie nowej formie. Już nie tylko wielkie centra nauki ale i małe „warsztaty miejskie”. Pomysł jest na tyle rozwojowy, że warto go realizować w każdym miasteczku czy nawet na wsi. Takie skrzyżowanie domu kultury z edukacja politechniczną.

Na zdjęciu przykład z Gliwic.

„Warsztat ma być miejscem, gdzie ludzie z różnych dziedzin spotykają się, dzielą się swoimi doświadczeniami, realizują projekty, eksperymentują, łączą różne punkty widzenia. Miejscem dla każdego, kto ma w sobie pasję majsterkowania i tworzenia, niezależnie od wykonywanego zawodu, niezależnie od wieku.”

więcej: https://www.facebook.com/warsztatmiejski/

Czym się żywi zgniotek cynobrowy? (Z dygresjami o kontekście wiedzy i źródłach błędów)

800pxCucujus_cinnaberinus_partKilka dni temu zapytała mnie żona, „czym się żywi zgniotek cynobrowy” (zastanawiasz się czytelniku, co to ten zgniotek cynobrowy? Widać do szkoły nie chodzisz albo nie masz dzieci w wieku szkolnym). A wszystko za sprawą pojawienia się tego gatunku w podręcznikach szkolnych. Dlatego pytają nauczyciele, pytają uczniowie, pomagają sobie na portalach społecznościowych i forach dyskusyjnych. Przy okazji odkryłem dużą skalę kształcenia „horyzontalnego” (wymiana informacji między uczniami, w odróżnieniu od przepływu informacji pionowej, od nauczyciela do ucznia). Internet chcąc nie chcąc wypełnia ważną funkcję ułatwiania kształcenia poziomego, nieformalnego.

Skoro jest w podręczniku i na dodatek zasugerowana praca domowa… to informacji poszukują zarówno nauczyciele (muszą wiedzieć, czy odpowiedzi uczniów są poprawne) jak i uczniowie. Ci ostatni chyba sprawniej sobie radzą z wykorzystywaniem internetu do konsultacji. Wszyscy się uczymy.

Czym się żywi zgniotek cynobrowy? Proszę odpowiedzcie to na jutro a jak nie będzie zadania to 1 😦 liczę na odpowiedź.” A na pytanie „Jak zbudowany jest zgniotek cynobrowy?” ktoś szybko udziela odpowiedzi: „Należy do grupy owadów. Jest małej wielkości. Składa się z niewielkiej głowy, średniej wielkości tułowia, sześciu nóżek i cieniutkich czółek. Jego charakterystyczną cechą jest płaski tułów. Występuje w różnych zbiorowiskach roślinnych, także w lasach gospodarczych. Mam nadzieję że będzie dobrze też mam to zadanie :)”

Zacznijmy od pytania pierwszego (czym się żywi). W wyszukiwarce Google najwyższa pozycja to link do Encyklopedii Onet Wiem: „Zgniotek cynobrowy, Cucujus haematodes, chrząszcz z rodziny zgniotkowatych (Cucujidae). Ma 11-15 mm długości. Występuje pod korą drzew liściastych. Zarówno postacie dorosłe jak i larwy mają silnie spłaszczone ciało. Zgniotek odżywia się larwami korników i innych owadów szkodników.” Jak zaraz udowodnię, odpowiedź nie jest precyzyjna, nawet trochę błędna. I można nawet ustalić skąd się ta nieprecyzyjna informacja wzięła. Po drugie pomylone są nazwy gatunkowe. Zgniotek cynobrowy to Cucujus cinnaberinus, natomiast Cucujus haematodes to naukowa nazwa zgniotka szkarłatnego, mniejszego gatunku (więc może to ten bardziej żywi się larwami korników?).

Można się domyślać, że zgniotek cynobrowy jest drapieżnym owadem. Ale czy odżywia się larwami korników (czy jest w stanie do nich dotrzeć, przecisnąć się) i czy tylko owadami szkodnikami? Nie weryfikuje swoich ofiar pod kątem szkodliwy dla człowieka czy nie. Zje to, co upoluje.

W Encyklopedii Leśnej interesujący nas owad opisany jest nieco dokładniej: „Cucujus cinnaberinus (Scopoli, 1763) – chrząszcz z rodz. zgniotkowate (Cucujidae). Zasiedla suche lub obumierające drzewa, głównie liściaste, rzadziej iglaste. Zarówno postacie dojrzałe, jak i larwy żyją pod lekko odstającą korą drzew stojących lub leżących. Są one bardzo drapieżne i odżywiają się larwami i poczwarkami owadów podkorowych. Gatunek naturowy [znajduje się w załączniku do Natury 2000 – s.cz.] i chroniony.” Odpowiedź jest o tyle poprawniejsza, że wskazuje na miejsce życia ofiar- żyją pod korą. Zapewne więc trafią się i larwy korników, larwy innych owadów, uznawanych przez leśników za szkodniki jak i wszystkich innych. Ale i ta odpowiedź nie jest jeszcze pełna. Duża drapieżność larw wnioskowana jest chyba po ich dużej ruchliwości.

Skoro mamy najprostsze odpowiedzi (zaspokoją najmniej cierpliwych) to może poznajmy lepiej biologię tego rzadkiego gatunku. Zdecydowana większość uczniów, nauczycieli i rodziców zobaczy tego chrząszcza jedynie na ilustracji w książce lub na zdjęciu w internecie. A jeśli spotka to może pomylić z innym, podobnym (ale jeszcze rzadszym) gatunkiem – zgniotkiem szkarłatnym (Cucujus haematodes).

800pxCucujus_cinnaberinus_side

Cucujus cinnaberinus (Scopoli, 1763), zgniotek cynobrowy, gatunek saproksylobiontyczny, wybitnie leśny chrząszcz o skrytym trybie życia, uważany za relikt lasów pierwotnych. Dlatego uważany jest za gatunek wskaźnikowy. Dawniej rodzaj Cucujus nazywany był kleszczor (zapewne od charakterystycznych przydatków na ostatnim segmencie odwłoka u larw), zgnietek, zgniotek.

Zgniotek cynobrowego to chrząszcz o długości ciała 11–15 mm. Owady dorosłe (stadium imago) pojawiają się na przełomie lata i jesieni (inni autorzy wskazują, że obserwowane są w maju i czerwcu – ale to chodzi o owady, które przezimowały) i zwykle nie opuszczają miejsc swojego rozwoju, pozostając tam aż do wiosny (obserwowano jednak imagines w listopadzie, przy ciepłej pogodzie). Dlatego w tym czasie raczej ich nie widujemy (chyba, ze ktoś odłupie korę drzewa). Owady dorosłe obserwuje się zwykle dopiero w maju i w czerwcu. W późniejszym okresie pojawiają się bardzo sporadycznie, aż do całkowitego zaniku obserwacji.

Ciało tak larw jak i postaci doskonałych jest silnie spłaszczone. Stąd nazwa – zgniotek. Taka płaska budowa ciała jest przystosowaniem do życia pod korą i przeciskania się w wąskich szczelinach między korą a drewnem. Głowa jest duża z silnymi żuwaczkami. Oczy niewielkie, kuliste. Od góry głowa, przedtułów i pokrywy maja barwę cynobrowo-czerwonej. Spód ciała, żuwaczki i odnóża są czarne. Tak więc zgniotek jest cynobrowy (dla facetów po prostu – czerwony) widziany od góry, od dołu jest czarny. Na głowie, przedpleczu i pokrywach widoczna jest charakterystyczna mikrorzeźba. Błoniaste skrzydła drugiej pary są dobrze rozwinięte i dzięki temu chrząszcze dobrze latają. Tak przynajmniej wnioskujemy, bowiem rzadko obserwowane są chrząszcze latające.

Chrząszcze odbywają rójkę (lot godowy, w celach znalezienia partnera i kopulacji) w maju, wyszukując martwe drzewa, których łyko znajduje się już w stadium rozkładu, a drewno jest dopiero w początkowej fazie tego procesu. Muszą to być na dodatek grube (duże drzewa). Przypuszcza się, że samice składają jaja późną wiosną lub wczesnym latem. Aktywne chrząszcze widywana są w czerwcu.

Stadium larwalne trwa co najmniej dwa lata. Larwy mają ciało silnie zesklerotyzowane, bursztynowej barwy. Na końcu odwłoka występują charakterystyczne struktury sklerytowe (ważna cecha diagnostyczna). Największe osiągają 26 mm długości. U owadów stadia larwalne są zazwyczaj większe niż postacie dorosłe. Larwy żerują pod korą przez dwa lata. W niektórych opracowaniach podaje się, że larwy prowadzą drapieżny tryb życia, odżywiając się głównie larwami i poczwarkami innych owadów. W innych uważa się, że są grzybożerne ze skłonnościami do drapieżnictwa (zwłaszcza w stadium larwalnym). Starsze źródła podają, że zgniotkowate (Cucujidae) są drapieżcami korników i innych owadów, żyjących w środowisku pod korą ale może (pierwotnie) dotyczyć to innych gatunków niż zgniotek cynobrowy, bowiem informacja odnosi się do rodziny z kilkudziesięcioma gatunkami – współcześnie do rodziny zgniotkowatych zalicza się jedynie 4 gatunki z dwóch rodzajów. Być może ta starsza informacja, odnosząca się do całej, szerokiej w gatunki rodziny, jest źródłem informacji, że zgniotek cynobrowy żywi się larwami korników. Upraszczanie informacji (synteza) bez uwzględniania kontekstu może prowadzić na manowce. Ta sama nazwa rodziny… ale współcześnie zaliczane są 4 gatunki (w Polsce) a 30-40 lat wcześniej nawet kilkadziesiąt gatunków (obecnie wliczone do innych rodzin).

Podsumowując: czym się żywią larwy zgniotka cybobrowegosą saprofagami i drapieżnikami (czyli zjadają inne owady, grzyby i rozkładające się łyko).

Według nowszych, entomologicznych opracowań zarówno larwy, jak i owady doskonałe odżywiają się rozłożonym łykiem, poprzerastanym grzybnią (m.in. Aspergillus sp., Trichoderma sp., Ceratocystis sp.). Mogą też zjadać larwy i poczwarki owadów żyjących pod korą np. kózkowatych oraz wylinki larwalne i inne resztki pochodzenia zwierzęcego, znajdujące się pod korą. Larwy często spotykane są gromadnie. Zaniepokojone, reagują gwałtownymi ruchami na boki (głowy i tułowia). Wyrośnięte larwy budują pod korą jajowate komory poczwarkowe i przepoczwarczają się, co zajmuje, według różnych autorów, 6–7 lub 10-12 dni. Przepoczwarczenie następuje późnym latem w łyku, w miejscu rozwoju larwy.

Owady dorosłe i larwy żyją pod korą starych (grubych) drzew i ściętych pni (powalonym przez wiatr lub ściętych przez człowieka), przede wszystkim jodeł, buków, dębów, grabów i topoli. W Polsce zgniotek cynobrowy występuje głównie w górach (w Karpatach związany z niższymi położeniami górskimi, znany wyłącznie z kilku stanowisk w Beskidzie Niskim i Bieszczadach, jest przedmiotem ochrony w dwóch karpackich obszarach Natura 2000: „Ostoi Magurskiej” i „Ostoi Jaśliskiej”) i w Puszczy Białowieskiej, a więc tam, gdzie lasy zachowały się w najbardziej pierwotnym stanie (z dużą liczba dużych i martwych drzew). Martwe drzewa są atrakcyjne dla zgniotka po 2-3 latach od chwili obumarcia i atrakcyjność ta utrzymuje się przez okres około 8-10 lat. Czasem dłużej – uwarunkowane jest to czynnikami mikroklimatycznymi.

Siedliskiem występowania zgniotka są lasy, które zachowały choćby częściowo swój naturalny charakter. Spotykany jest także w lasach gospodarczych, jednak warunkiem jego utrzymywania się w środowisku leśnym jest obfite i stałe (ciągłe)występowanie obumierających i obumarłych drzew o większych pierśnicach, powyżej 30-40 cm, będących już w ostatnim stadium rozkładu (gatunek rozwija się pod korą martwych drzew, w których łyko znajduje się w mniej lub bardziej zaawansowanych stadium rozkładu, a drewno jest w początkowych fazach rozkładu).

Drzewami, pod korą których spotykana zgniotka, są głównie: topole osiki, dęby, klony, jesiony, wiązy. W Karpatach spotykany był również pod korą starych, martwych jodeł, sosen i świerków. Gatunek ten był obserwowany w borach sosnowych i jodłowych, grądach, buczynach, lasach łęgowych i wielu innych. Zasiedla drzewa martwe i obumierające, zarówno stojące, jak i powalone czy złamane, a stopień ich oświetlenia ma niewielkie znaczenie. Larwy zasiedlają drzewa należące do różnych gatunków iglastych oraz liściastych. Podstawowym warunkiem jest ciągła podaż martwych i obumierających drzew.

Jest to gatunek leśny, relikt lasów pierwotnych. Związany z zamierającymi lub martwymi starymi drzewami, o dużej średnicy i grubej korze, która nieco odstaje, a wilgotne łyko zasiedlone jest przez grzyby. Znajdowany pod korą drzew liściastych, rzadziej iglastych, zarówno stojących jak i leżących. Najczęściej osik, dębów, klonów, buka, wierzby iwy, jesionu, wiązu i trześni oraz jodły, świerka i sosny.

zgniotek_mapkaGatunek chroniony w Polsce. Zagrożeniem dla gatunku jest usuwanie z lasu martwych drzew, co drastycznie zmniejsza jego bazę pokarmową (i siedlisko), coraz bardziej izolując pozostałe jeszcze stanowiska. Gatunek ma największe szanse przetrwania na terenach leśnych rezerwatów ścisłych i w parkach narodowych. W użytkowanych gospodarczo drzewostanach należy pozostawiać pewien procent drzew martwych aż do ich całkowitego rozkładu, aby zapewnić siedlisko rozrodu i życia dla zgniotka cynobrowego. Do niedawna uważano, że zgniotek cynobrowy należy do reliktów lasów pierwotnych, i że jego rozsiedlenie w naszym kraju ogranicza się do północnego wchodu (Puszcza Białowieska) i gór (Sudety, Góry Świętokrzyskie, Karpaty). Jednak badania prowadzone od 2000 roku przyczyniły się do odnalezienia nowych stanowisk tego chrząszcza w wielu różnych rejonach, w tym także nad Wisłą w okolicy Nowego Dworu Mazowieckiego. Występowanie tego gatunku na innych stanowiskach w dolinie Wisły wydaje się więc prawdopodobne. Stwierdzenia te mogą mieć charakter reliktowy lub być efektem współczesnej dyspersji i rekolonizacji terenów leśnych (w miarę poprawy warunków siedliskowych).

Zgniotek cynobrowy wymieniony jest w załącznikach II i IV dyrektywy siedliskowej (Natura 2000). W polskiej „Czerwonej liście zwierząt ginących i zagrożonych” umieszczony z kategorią LC (najmniejszej troski), natomiast w Czerwonej liście IUCN – z kategorią NT.

Zgniotek cynobrowy występuje w Europie Środkowej i Północnej, zasięg występowania sięga Europy Południowo-Wschodniej oraz zachodniej Syberii

Na koniec kilka informacji o rodzinie zgniotkowatych (Cucujidae) – to mieszkańcy lasów (w większości). Chrząszcze żyjące pod korą drzew, gdzie polują in inne owady. Silnie spłaszczone ciało jest przystosowaniem do życia podkorowego. Większość gatunków żyje w krajach o ciepłym klimacie (gatunki tropikalne osiągają wielkość do 3 cm), w Europie Środkowej występuje około 50 gatunków, w Polsce – od czterech do kilkudziesięciu, w zależności od źródła – w wyniku rewizji część gatunków poprzenoszono do innych rodzin, zatem w starszych opracowaniach rodzina zgniotkowatych jest liczniejsza w gatunki). Zgniotkowate są zazwyczaj barwy brązowej, rzadziej niebieskiej czy czerwonej. Niektóre gatunki przystosowały się do siedlisk ludzkich, żyją w przechowalniach gdzie uważane są za szkodniki magazynowe. Przykładem może być Ahasverus advena oraz spichrzel surynamski (Oryzaephilus surinamensis). Ten ostatni to szkodnik magazynów żywności, przede wszystkim ryżu i mąki czy produktów mącznych, z którymi został zawleczony w różne części świata. Niektórzy autorzy zaliczają spichrzela do rodziny Sylvanidae.

Ilustracje – autor: Siga (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)%5D, via Wikimedia Commons

Mapka http://www.gios.gov.pl/siedliska/pdf/przewodnik_metodyczny_cucujus_cinnaberinus.pdf

Źródła informacji

Zbadaj to sam – rzecz o odkrzesłowieniu uczniów w szkole

ba1b7eb9b8ad142948e3b9dce300b4c6_LBez paniki –nie zamierzam zabierać krzeseł ze szkoły ani namawiać do wyrzucania ławek i krzeseł z polskich szkół. Jadę do Piły  (tam mnie jeszcze nie było) by dowiedzieć się co to jest Krajna (nie ma błędu nie o krainę chodzi), poznać projekt adoptowania małych rzek  oraz zobaczyć jak się robi lapbook. Do piły jadę z wykładem. Jednym słowem praktycznie i namacalnie uczyć się i uczyć. Jak na nauczeństwo przystało.

A o co chodzi z tymi krzesłami? To porównanie odnosi się do edukacji przyrodniczej poza murami szkoły i edukacji pozaformalnej. Czyli tego, co się dzieje w czasach coraz wyraźniej materializującej się trzeciej rewolucji technologicznej.

Szkoła musi się zmieniać nie dlatego, że coś źle zostało zaprojektowane, ale dlatego że zmienia się świat, w którym funkcjonujemy. Obecnie żyjemy na początku trzeciej rewolucji technologicznej i coraz bardziej odczuwamy znaczące rozproszenie i decentralizację, zarówno pozyskiwania energii jak i produkcji. Głębokie zmiany dotyczą także funkcjonowania społeczeństwa. Coraz większe znaczenie ma kapitał ludzki i innowacyjność, a mniejsze surowce i stare, konwencjonalne źródła energii.

Szkoła powinna się zmieniać (w sensie edukacja), ale nie każda zmiana jest dobra i nie każda zmiana jest pożądana. Szkoła powinna uczyć do świata, który się staje a nie świata, który kiedyś funkcjonował. Do tych zmian społecznych i gospodarczych dostosowuje się system edukacji (powinien by edukacja nie była archaiczna i niewydolna). Nowego znaczenia nabiera edukacja przez całe życie, edukacja rozproszona,  edukacja w małych porcjach i poza murami szkoły. I do tych zadań musimy budować nową przestrzeń edukacyjną – rozumianą szerzej niż tylko tradycyjną szkołę z epoki przemysłowej (druga rewolucja technologiczna). Rozproszenie kontaktów i wiedzy w internecie wymaga nowych kompetencji od współczesnego człowieka.

Trzecia rewolucja technologiczna ułatwia kontakty wielu do tej pory rozproszonym grupom ludzi (buduje nowe więzi). Na to nakładają się zmiany klimatu i wynikające z tego wyzwania dla współczesnych społeczeństw: szybkiego dostosowywania się do zmian w wielu wymiarach (tworzenie wspólnoty w nowych czasach). Jak przygotować do świata, którego jeszcze nie ma i dopiero się staje?

W sensie pedagogicznym nauczyciel powinien przyjmować rolę nie tyle mentora ale i ignoranta (wiem, że dużo nie wiem). Świat się tak szybko zmienia, że wszyscy musimy uczyć się przez całe życie. Wspólnie możemy odkrywać nowy świat i. Odkrzesłowienie szkoły oznacza uznać, że świat jest ciekawy a prawdziwe odkrywanie sprawia przyjemność. I odkrywać wspólnie z uczniami. System szkolny powinien w większym stopniu niż do tej pory skupić się na pokazywaniu nauki nie tylko jako produktu ale także jako procesu (skąd się bierze wiedza, skąd się biorą treści w książkach i dlaczego bywają różnie przedstawiane). Nie tylko skupiać się na budowaniu programów nauczania i siatki godzin a bardziej na daniu większej swobody nauczycielowi. Większej wolności i zaufania.

Najważniejsze w szkole, by nauczyciel czuł się dobrze (bo kapitał ludzki ważniejszy jest od infrastruktury). I sam był zaciekawiony odkrywaniem. Nauczeństwo, to neologizm dla zjawiska obserwowanego w edukacji, rodzącego się w czasie trzeciej rewolucji technologicznej. Termin nauczeństwo, nauczeń powstał analogicznie do prosumpcji, połączenie w jedno procesów nauczania i uczenia się.

Przykładem zmian jest podwórko, na którym kiedyś dzieci i młodzież sami rozwijali kompetencje społeczne, odbywał się rozwój ruchowy, poznawanie techniki i przyrody. Teraz musimy stworzyć przestrzeń edukacyjną w różnych miejscach (pikniki naukowe, centra nauki, „dzień pustej klasy”, trawnik w mieście itd.).

Wiedza jest systemem całościowym, w jednej głowie wszystko się nie zmieści dlatego kształcenie encyklopedyczne nie jest już efektywne. Ważniejsze by nauczyć metody poznawania świata (zdobywania wiedzy). Może się to odbywać w środowisku lokalnym i w odniesieniu do lokalnego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Nie wszyscy to samo, w tym samym czasie i w taki sam sposób.

Jednym słowem edukacyjne wagary :). czasem wyjść poza mury szkoły, fizycznie i mentalnie. By zobaczyć i współpracować. Ale edukacja to nasza wspólna sprawa i nie można nauczycieli i szkół pozostawiać samych z tym problemem. Wszyscy jesteśmy nauczycielami… a w zasadzie nauczniami.

Bo piękno jest po to by zachwycało

14706968_10209601832596008_3673992752470912771_oJuż po raz szósty Grupa A*R*T (Artystyczna Rezerwa Twórcza) zaprezentowała swój dorobek artystyczny. Do 20 grudnia w Bibliotece Uniwersyteckiej można podziwiać m.in. obrazy olejne, akwarele, rysunek, grafikę, malowane butelki, malowane dachówki, ręcznie wykonane kartki świąteczne, fotografie, rzeźbę i haft. Wernisaż tradycyjnie odbył się w dniu Święta Edukacji Narodowej.

Malujący naukowcy – czy to nie dziwne? Raczej typowe. Po pierwsze to ćwiczenie kreatywności – kompetencji w nauce bardzo potrzebnej. Po drugie, to poznawanie nowego. Niektórzy pracownicy emerytowaniu odkrywają świat w nowym dla siebie wymiarze. Eksperymentują, poszukują i zdają relacje ze swoich poszukiwań. Już nie w formie publikacji ale wystawy prac artystycznych. Swoje prace prezentują pracownicy, pracownicy z wyższym peselem i stypendyści ZUS jak i doktoranci. Sztuka daje możliwość zachowani kontaktu i rzeczywistego spełnienia wspólnoty akademickiej. Dalej jesteśmy razem, spotykamy się, tworzymy.

I w końcu miejsce – biblioteka. Nie tylko magazyn książek ale miejsce spotkania. Wielowymiarowego spotkania. Przestrzeń publiczna do wielowątkowej dyskusji. Wystawa prac artystów nieprofesjonalnych związanych z UWM na stałe wpisała się w kalendarz uniwersyteckich wydarzeń kulturalnych. Będzie ją można oglądać w Bibliotece Uniwersyteckiej do 20 grudnia. Po jej zakończeniu zostanie wydany album zawierający wybrane prace każdego z uczestników wystawy wraz z krótką notką o intencji autora w tworzeniu swoich prac oraz opis jego dorobku twórczego za ostatni rok. Wystawa organizowana jest pod egidą Stowarzyszenia Absolwentów UWM oraz ZNP. Patronat nad wystawą objął prof. Ryszard Górecki, rektor UWM.

Grupa A*R*T (Artystyczna Rezerwa Twórcza) powstała w 2011 r. z inicjatywy nieprofesjonalnych artystów, pracowników UWM w Olsztynie. Członkowie grupy wystawiają swoje prace w galeriach Biblioteki Głównej UWM w Olsztynie, w Klubie Baccalarium, w Starej Kotłowni oraz Olsztyńskim Planetarium Astronomicznym. Na sześciu dotychczasowych wystawach w Bibliotece Głównej swoje prace zaprezentowało już ponad 60 członków A*R*T. W grupie funkcjonują zespoły zajmujące się ikonami (A*R*T Ikony), fotografią (A*R*T Foto) oraz poezją (A*R*T Poetica). Podsumowaniem każdej z wystaw jest wydanie albumu, w którym zamieszczone są krótkie notki biograficzne artystów, informacje o inspiracjach twórczych oraz wybrane prace.

I ja tam swoje butelki prezentuję.

Czytaj  więcej o wystawie