Zalotka większa z Biskupca czyli coś na noc świętojańską

zalotkawiekszaZbliżająca się najkrótsza noc to nie tylko wyznacznik lata, ale także osadzona gdzieś głęboko w naszej kulturze noc Kupały, obecnie nocą świętojańską zwana. Frywolna nazwa zalotki jakoś od razu nasuwa skojarzenia mitycznej nocy Kupały… i entomologów.

Zalotka większa (Leucorrhinia pectoralis) to ważka, ważna bo umieszczona wśród gatunków „naturowych” (umieszczonych na liście Natura 2000). Z tego względu w ostatnim czasie wzbudza duże zainteresowanie przyrodników i wszystkich „inwentaryzatorów”. Zatem zainteresowanie m.in. tym gatunkiem nie wynika z frywolności nocy świętojańskiej tylko europejskiego monitoringu przyrody.

A nie pierwszy to przykład polskich nazw gatunkowych wśród owadów, które dzięki fantazji entomologów w mniejszym czy większym stopniu nawiązują do dawnych wierzeń, zwyczajów, czasem dowcipem okraszone.  Może więc w noc świętojańską warto się wybrać na bezkrwawe łowy, szukając przyrodniczych niezwykłości z intelektualnym podtekstem kulturowym (i etnograficznym). Szukając kwiatu paproci czy Kłobuka w dziupli, pośród świtezianek, rusałek, zalotek, bagieńców, wieszczyc, kosmarków, topielic itd., być może jakieś ważne konteksty kulturowe uda się odnaleźć.

Zamieszczona fotografia zalotki wykonano zastała przez p. Piotra Kwiatkowskiego nad jeziorem Kraksy koło Biskupca.

Gdacząca kura i metabolizm duszy

Kura, gdy zniesie jajko, to chodzi po zagrodzie i gdacze. Jakby całemu światu chciała objaśnić, wykrzyczeć – coś wartościowego stworzyłam, zniosłam jajko. A z tego jajka coś się wykluje. Chce się pochwalić swoim osiągnięciem.

Wieś jest moim wspomnieniem z dzieciństwa i wakacji. Leniwe, prowincjonalne życie z gdaczącymi kurami, piejącymi kogutami i muczącymi krowami. Wspomnienie zapachów, obrazów i odgłosów. Przywołana na początku kura i jej zachowanie, obecnie dla mieszczuchów może być obrazem obcym, nieznanym, niezrozumiały…

Naukowiec czy artysta, jak coś stworzy, jak zniesie swoje „jajko” , to też chodzi i „gdacze”:  opowiada, wywiaduje, wernisażuje, konferencjuje, czyli gdacze na swój, specjalistyczny sposób.

Chyba nie tylko organizm ma swój metabolizm (przetwarzanie materii, procesy biochemiczne, fizjologiczne, trawienie, wydalania, oddychanie itd.). Można chyba mówić i o metabolizmie duszy (przynajmniej w przenośni). Ale jak wygląda metabolizm myślowy? Co i jak jest pochłaniane, trawione, wydalane, jaka energia wprawia w ruch?

Gdakanie kury wykorzystuje gospodarz, wie, że może iść po jajko. A jak nie ma w gnieździe w kurniku, to poszuka w słomie, w stodole czy pod krzakiem. A kto i jak wykorzystuje „gdakanie” twórcy? Plagiator, konsument? Umieć się wsłuchać w gdakanie twórcy, zrozumieć, poznać i odróżnić gdakanie jajkowe od innego nieproduktywnego kokoszenia. Z obawy przed iluzorycznym "złodziejem" nie warto unikać "gdakania". Znacznie ważniejsi są odbiorcy-konsumenci. Bo przecież nie tylko dla siebie się tworzy.

Malowane baby czyli w poszukiwaniu identyfikacji regionalnej

Happening artystyczny pt. "Baba z Olsztyna czyli Olsztyn Babą stoi" to nie tylko uliczna zabawa i lansowanie pamiątki lokalnej. To fragment poszukiwania identyfikacji regionalnej wśród ludności napływowej w byłych Prusach Wschodnich. A także szersze zjawisko globlokalizmu integrującej się Europy.

Skończyłem właśnie czytać jedną z kolejnych książek, podejmujących problem wrastania w region i poszukiwania własnej tożsamości: Andrzeja Saksona "Od Kłajpedy do Olsztyna. Mieszkańcy byłych Prus Wschodnich: Kraj Kłajpedzki, Obwód Kaliningradzki, Warmia i Mazury". Artystyczny happening był znakomitą ilustracją treści przeczytanej książki.

Niezależnie od tego wątku poszukiwania identyfikacji, zakorzeniania się w regionie, wspomniany happening dobrze oddaje kulturotwórczą rolę uniwersytetu. To kolejny udany przykład kreaowania artystycznej przestrzeni publicznej, poszukiwania coraz to nowych form bycia ze sobą razem… na ulicy. Olsztyn coraz bardziej jawi się jako miasto nauki i sztuki.

Uniwersyteckie tutoriale

Zabiegam o tutorów i tutoriale już od 1999, wtedy gdy łączono dwie jednostki w Wydział Biologii. Uniwersytecka integracja dwóch różnych jednostek z ART i WSP zmuszała do ujednolicenia i przebudowania całej dydaktyki. Był więc „remont” wymuszony sytuacją. A skoro tak, to trzeba było wykonać dużą pracę dostrajania programów itd. Była szansa (niestety zmarnowana) na zrobienie od razu – przy takim samym mniej więcej wysiłku -czegoś przyszłościowego. Można było nie tylko zsynchronizować program, ale i doprowadzić do przewidywalnych i przyszłościowych zmian. Najwyraźniej jako środowisko nie dojrzeliśmy do tych zmian, mimo, że były one oparte na widocznych procesach i wdrożonych w innych krajach rozwiązaniach.

Należałem do tych nielicznych „wołających na puszczy.”

Trochę wcześniej był u mnie na rocznym stażu Amerykanin w ramach Korpusu Pokoju. Widziałem jak przez Internet zdaje egzaminy- stypendialne, rezerwuje lokum. Był po licencjacie i po rocznej przerwie chciał kontynuować studia. Miałem okazję zobaczyć system i zapoznać się z różnorodnymi rozwiązaniami. Korzystając z okazji pytałem o wiele szczegółów. Byłem także po rocznym kursie dotyczącym edukacji ekologicznej i tworzenia regionalnych centrów edukacji ekologicznych – kurs prowadzony przez Duńczyków w ramach programu PHARE.

W tym kontekście zarówno dwustopniowość jak i wybieralność zajęć oraz tutoriale wydawały mi się oczywistym kierunkiem zmian w polskiej edukacji na poziomie wyższym. Dlatego o nie zabiegałem.

Potem, systematycznie w ciągu ponad 10 lat funkcjonowania w uniwersytecie, postulowane m.in. przeze mnie rozwiązania, systematycznie były (z oporem) wdrażane. Bo wymuszały to kolejne standardy, komisje akredytacyjne, kolejne reformy a teraz wdrażanie systemu USOS. To takie wyrywanie zęba na raty. Wysiłek niewspółmiernie duży. Tak jakby ciagle mieć w mieszkaniu remont.

10 lat temu był czas wyżu demograficznego i szybkiego rozwoju szkół wyższych. Wtedy reforma byłaby w sprzyjających warunkach. Teraz to samo trzeba zrobić, ale w kryzysie demograficznym i silnej konkurencji, a więc „będzie bolało”. Wtedy mogliśmy być liderami, teraz jesteśmy maruderami ciągle z zewnątrz popychanymi…

Mamy kolejny impuls zmiany w szkolnictwie i nacisk na umiejętności. Budowa programów studiów na bazie efektów kształcenia”, najpierw standardy, sylwetki absolwenta, a dopiero potem dobieranie treści i kadry. Wszystkimi danymi i koncepcjami dysponowaliśmy już 10 lat temu. Zabrakło tylko odwagi na poważniejsze i początkowo męczące zmiany.
Teraz pojawia się kolejna okazja – wiodący ośrodek wyprzedza średnią przeciętna, sam inicjuje. Prowincjonalny uniwerek tylko robi to, co inni od góry mu każą…. Jakim jesteśmy uniwersytetem? Czas szybko pokaże.

Nasze koła naukowe w jakim sensie sa substututem uniwersyteckich tutoriali.

Tutor, tutorial: udział w wykładach, praca własna, seminaria, laboratoria. Tutorial to bliska współpraca mistrza i ucznia. W naukach humanistycznych student przygotowuje esej, w przyrodniczych wykonuje zestaw zadań czy eksperymentów. Tutoriale odbywają 2-3 razy w tygodniu, w gronie 2-3 studentów. Nasze koła naukowe zastępują nieobecne u nas tutoriale.

Idea tutoriali to nacisk na kształcenie umiejętności myślenia, analizowania, argumentowania, a nie na samo przekazywanie wiedzy (ważne co student będzie umiał, a nie co wykładowca powiedział, co student „przerobił” ). Wiedza – w sensie wiadomości jak i systemu spójnego tych wiadomości (powiązania pojęć i definicji) – jest niezbędna do obrony swojego zdania. Zatem student przyswajał będzie wiedzę niejako przy okazji (środek a nie cel).

W angielskich (i już szwedzkich) tutorialach student już od pierwszego roku uczestniczy w tutorialach (seminariach), student jest w stanie wykonać znaczącą część pracy samodzielnie (gwarantuje to selekcjonowany nabór). A co zrobić z nieprzygotowanymi do samodzielnej pracy? O tym trzeba zawczasu pomyśleć i stworzyć system wsparcia. A jeszcze lepiej przygotować do takiego studiowania w szkole średniej. Szkoła średnia nie powinna być tylko kursem przygotowawczym do zdawania testów czy matury.

Uczelnie przygotowują tutorów, tutor jest do dyspozycji 24 h na dobę, musi więc mieszkać na terenie kampusu – Kolegium. To coś więcej niz opiekun roku.

Sensem tutoriali jest rozwój studenta, wdrażanie do lektury książek, udziału w wykładach pogłębiających wiedzę (a teraz najpewniej wyszukiwania źródeł elektronicznych zarówno przez bibliotekę, jak i e-booki czy Internet – dostęp do wolnych zasobów jak i zasobów wykupionych przez uniwersytet. Wiedza jest coraz powszechniejsza, trzeba umieć się z nią oswajać, trzeba nauczyć studenta budowania siebie, rozwoju osobowości. Bo student to jest nie twardy dysk do zapisu informacji jak popadnie.

Wiedza ustawiczna, kształcenie ustawiczne to proces nieustannego dostrajania się w świata współczesnego, budowanie własnego zdania na argumentach a nie emocjach czy fobiach. Przebywanie z lepszymi czyni nas lepszymi. A czy pracownicy uniwersytetu są lepsi, żeby studenci chcieli z nami przebywać?

Kłobuk, Żmij, smoki i GMO

kogutlezanyO Kłobuku pisałem już kilkakrotnie, relacjonując swoje poszukiwania i odkrycia. Na europejską Noc Naukowców (we wrześniu) przygotowuję wykład o Kłobuku i GMO, jak również o ochronie drzew dziuplastych. Co ma Kłobuk do GMO i do ochrony przyrody, jak i do regionalnej maskotki? Wyjaśni się we wrześniu. Będzie i o głuszcu i o związku z dawną Słowiańszczyzną, o migracjach ludności, a ślady prowadzić będą przez Polesie i północne Mazowsze.

Poszukując związków etnologicznych, aby połączyć elementy kultury, baśni ze współczesną biologią, przeglądam sporo książek archeologicznych i historycznych. Czytam właśnie „Archeologię Polski wczesnośredniowiecznej” prof. Andrzeja Buko. I tam znalazłem ciekawy ślad.

„Można (…) nawiązać do mitologii ludowej i wątku żmija (nie mylić ze żmiją!) – opiekuna ogniska domowego władającego piorunami [znakomite nawiązanie do warmińskiego i mazowieckiego Kłobuka, sypiącego iskrami, demona domowego – s.cz.], patronującego płodności, walczącego z potworami wodnymi. Wątek ten szczególnie żywy jest w mitologii Słowian południowych, gdzie owa istota ornito- a nawet antropomorficzna była opiekunem najważniejszych dóbr życiowych: wód i zasiewów. „Żmij” pojawia się w postaci ognistej smugi lub ptaka o solarnym charakterze, np. orła lub koguta [tu mamy znakomite odniesienie do warmińskiego Kłobuka – s.cz.]. Przeciwieństwem Żmija jest smok – istota akwatyczna, strzegący dostępu do żywej wody i w niej zamieszkujący. Siłą, która go niszczy, jest ogień lub żar słoneczny. Żmij atakuje smoki pochłaniające i zatrzymujące wodę.”

W opracowaniach etnograficznych można znaleźć informację, że „kłobuk to kapelusz, wzgórze, wzniesienie, czarny kapelusz, nakrycie głowy duchownych, kołpak – nakrycie głowy pochodzenia tureckiego.” A może wcześniej jeszcze, sarmackiego, awarskiego z czasów podboju przez koczowników? Na północnym Mazowszu, tzw. Mazowszu Starym, zachowały się dwie wsie: Kłobukowo (gm. Tłuchowo), Kłobukowo-Patrze (gm. Brudzeń Duży).

Zanim uda się wylansować Kłobuka jako maskotkę regionalną w zupełnie nowym acz historycznym ujęciu z domieszką nowoczesnej biologii, trochę zdjęć Bab pruskich w Olsztynie . Może i tak uda się finalnie zrobić z Kłobukiem?

A co wspólnego ma Kłobuk z Babą pruską? Ano to, że ta baba to nie baba tylko chłop, i zwłaszcza z rogiem (obfitości) w dłoni nawiązuje do bardzo starego symbolu ludów indoeuropejskich. Znakomicie się demonologicznie i etnograficznie uzupełnia Kłobuk z Babą pruską. Do tego dołączę współczesną biologię i Genetycznie Modyfikowane Organizmy, w kontekście integrującej się Europy. Na razie nie zdradzę szczegółów tej opowieści :).

ps. na zdjęciu kogut z Łężan…

Prowincjonalne poszukiwanie sensu w cittaslow

"Sam fakt, że ktoś spróbuje używek, jeszcze nie determinuje jego losu. Los determinuje to, czy widzi sens w swoim życiu. (…) W tej chwili (…) ludzie nie wytrzymują presji sukcesu, stresu, lęku o przyszłość, nadmiaru oczekiwań i ambicji."

Ewa Woydyłło-Osiatyńska (Tygodnik Powszechny)

Jesteśmy jak rozpędzony samochód – jedziemy siłą bezwładu. Zryw i wysiłek był potrzebny w latach dorabiania się i wychodzenia z biedy materialnej i duchowej komunizmu. Już się dorobiliśmy, mamy dużo wszystkiego, cierpimy na nadmiar informacji, dóbr, kontaktów, wrażeń, spamu papierowego i elektronicznego, śmieci…

Indywidualnie wielu z nas odniosło sukces, a mimo to w bezładzie dalej uczestniczymy w wyścigu szczurów. Ciągle wydaje się nam zbiorowo i indywidualnie, że powinniśmy mieć dużo więcej, zwłaszcza więcej niż inni. Ale coraz śmielej przebija się nie tylko zmęczenie i wypalenie, ale i tęsknota za spokoną prowincją, gdzie życie płynie znacznie wolniej, gdzie można chcieć mniej ale za to przeżywać dokładniej i głębiej owo "mniej".

Tęsknimy za prowincją, gdzie mniej wrażeń… które można spokojnie przeżywać a nie "zaliczać".

Na prowincji – tak jak w pustelni – poszukujemy sensu. Tak jak w swoistym rezerwacie rozglądamy się za reliktowymi gatunkami, które w wielkim świecie dawno już wymarły.

Olsztyn pachnący lipami

259953_1935013708400_1634050064_1885713_2479247_n

Już od kilku dni Olsztyn wypełnia się zapachem kwitnących lip. Teraz dopiero zauważam te drzewa. Słodki zapach z podtekstem Czarnolasu, wyczuwalny w wielu miejscach, nawet w centrum. Jak dobrze, że te drzewa są w Olsztynie… Dopiero teraz odczuć można ich wartość. Potem, w czasie letnich upałów, na powrót dostrzeżemy ich wartość, gdy szukać będziemy cienia.

Jednej tylko lipy już nie ma, tej z dziedzińca zamkowego. Ale i tak niebawem Olsztyn wypełni się poezją śpiewaną, znakomicie komponującą się z pachnącymi lipami. Gdzieniegdzie przebija się nuta jaśminu. A jeszcze nie tak dawno bzy lilaki.

Zapachy Olsztyna… zmieniające się z porami roku. Oby jak najwięcej tych prowincjonalnie atrakcyjnych zapachów ocalało na długo. Trzeba sadzić nowe lipy, by zapach przetrwał dziesięciolecia.

Pisanie jest samotnością. Czytanie także…

Pisanie wiąże się z samotnością. Bo pisze się w samotności, sam ze sobą i z jedynie wyobrażeniem odbiorcy (trafionym lub zupełnie chybionym). Inaczej jest z mówieniem – tu od razu w języku ciała i w reakcjach werbalnych otrzymujemy informacje zwrotne. Możemy dopowiedzieć, wytłumaczyć, coś zmienić. Co raz napiszemy, to zostaje. Ale i czytamy w samotności. Sam na sam z tekstem, z autorem. Autor naszych myśli, reakcji, naszego głosu nie słyszy. Kiedyś mogliśmy napisać do autora list. Albo raczej pisaliśmy sami w samotności, jako głos w dyskusji.

Pisanie więc jest samotnością, jest rozmyślaniem w samotności za pomocą dłoni i liter. Czymś innym niż komunikacja ustna twarzą w twarz. Teraz, dzięki Internetowi, różnym blogom, Facebookom itd., w jakim sensie pisanie traci ze swej samotności. Ale tylko trochę.

Czy pisanie ma sens i jaki? Co z tego procesu samotnego tworzenia dociera do samotnego czytania? Ale ta pisana samotność przekracza czas i odległość w sposób niesamowicie skuteczniejszy niż mówienie twarzą w twarz. Pisanie umożliwia kontakt z ludźmi odległymi o tysiące kilometrów i setki lat.

Blog mój niniejszy przeglądano już blisko 70 tys. razy. W ostatnim roku ponad 28 tys. razy, ostatnio dzienie średnio blisko 100 odwiedzin. Ale odwiedziny nie oznaczają czytania. Dużo jest wejść przez Google. Ktoś czegoś szukał, ale nie wiadomo czy znalazł.

Pisanie różni się od bezpośredniej rozmowy tym, że powstaje w samotności. Nadawca nie widzi odbiorcy. Czasem pozytywny oddźwięk jest dopiero po śmierci pisarza. Czasem po kilku latach. Teraz, dzięki szybszej komunikacji, pisanie trochę zbliżyło się do języka mówionego. Poprzez komentarze na bloku lub przyciski „lubię” docierają w miarę szybko jakieś sygnały. Są one trochę niebezpieczne, bo mogą „skłaniać” do populizmu. Temu uległy chyba media, nastawione przede wszystkim na poczytność.

Pisanie w samotności. Ale nie oznacza, że piszący czy czytający jest samotny lub osamotniony. Ta samotność jest tylko w procesie pisania/czytania. To takie trochę wyjście na pustynię, aby wyciszyć szumy i usłyszeć głos wewnętrzny. Dobre dla higieny psychicznej.

„Teraz nowość wypiera jakość. Dziś nie pytają, czy to jest dobre, pytają – czy to jest nowe.”

Ryszard Kapuściński

Malwinka czyli o trudnych początkach entomologów z prowincji

malwinka

Gdy rozłożyliśmy tacki, aby wybrać wodne bezkręgowce z prób hydrobiologicznych pobranych w Jeziorze Długim, zjawiła się mała dziewczynka. Zapytała „a co to jest”, pokazując tłustym paluszkiem na larwę ważki. Jak się szybko okazało ciekawską była Malwinka. Właśnie wyszła z mamą z przedszkola i szła do domu. W ciągu kilku minut bez skrępowania zadała mnóstwo pytań i przyglądała się naszej pracy z uwagą. Opowiedziała także o swoich obserwacjach w lesie. Bo Malwinka lubi przyrodę. A w lesie spotkała ostatnio „szybczasa” i „powolniasa”. Oba to chrząszcze. Sądząc z opisu pierwszy do biegacz (chrząszcz z rodziny Carabidae), drugi to żuk gnojarz (rodzaj Geotrupes). Mama nie mogła odciągnąć Malwinki od obserwacji przyrody i wymiany doświadczeń z innymi entomologami (znaczy się nami). Obie spieszyły się do domu na obiad… Jedzenie, jedzeniem a ciekawość świata jest ważniejsza. Przynajmniej dla Malwinki.

Owady są wdzięcznym obiektem do obserwacji i zaspokajania immanentnej, wewnętrznej ciekawości. Szkoda, że tej ciekawości nie potrafimy utrzymać na należycie wysokim poziomie przez wiele kolejnych lat.

A nad Jezioro Długie wybrałem się, aby pokazać licealiście jak pobierać materiał chruścikowy do badań. Przygotowuje on pracę badawczą na olimpiadę biologiczną. Po maturze wybiera się na medycynę. Ale może i u lekarza zostanie jakaś pasja przyrodniczo-entomologiczna w przyszłości? Natomiast w samej pracy olimpijskiej ważne jest zapoznanie się z metodą naukową: wyborem problemu badawczego, doborem odpowiednich metod, wykonaniem obserwacji lub eksperymentu, przedstawieniem wyników, ich interpretacją i w końcu wyciągnięciem wniosków. Jak się tego nauczy nawet i na chruścikach z jeziora, to przyda się nie tylko w czasie studiowania ale i praktyki lekarskiej. Bo życie składa się z problemów a my musimy nauczyć się efektywnie je rozpoznawać i rozwiązywać.

Entomologowi z prowincji szczególnie jest trudno rozwijać swoją pasję. Niech przykładem będzie fragment listu od aktywnego naukowo entomologa:

„Niestety jest tak mało wiadomo o różnych ciekawych grupach owadów, że to aż przykro, ale takie są fakty. Cóż, mnie to nieprzerwanie fascynuje pójście z siatką i aparatem do lasu czy nad rzekę, chociaż przez wiele lat sam siebie uważałem za „szajbniętego”, zgodnie z opiniami moich kolegów np. z podstawówki. Przeżyłem to i w jakiś sposób się przebiłem, przez ten trudny okres, ale zawsze byłem „inny” dla grupy. Myślę że jest to trochę problem socjologiczny, jak nie poddać się grupie i rozwijać się w kierunku własnych pasji i zainteresowań. Myślę, że w obecnych warunkach jest jeszcze trudniej młodej osobie z tzw. prowincji, iść pod prąd ogólnych trendów, nie ciułać na jakąś brykę czy nowy komputer z grami. Miałem też kolegę w podstawówce, z którym się włóczyliśmy po lasach, teraz jest w Kanadzie, tynkuje, buduje, ale chyba nie jest szczęśliwy. C.B. „

Czy rodzicom oraz systemowi edukacji od przedszkola aż po uniwersytet uda się zachować poznawczą pasję pięcioletniej dziś Malwinki? I wielu innych, dziś młodych, a za lat 50-60 być może zgorzkniałych emerytów. Pasja poznawania świata przydaje się na emeryturze – jest celem i sensem życia, a to przekłada się nie tylko na  długość tego życia, ale i jego jakość. Aktywni umysłowo i duchowo ludzie żyją dłużej i są szczęśliwsi.

Logo Olsztyna z… chruścikiem

To niecodzienne logo Olsztyna przez moment zaistniało w trakcie maratonu malarskiego. Na wspólnym obrazie namalowałem jak zwykle chruścika. Przemijający to chruścik, tak jak przemijające są piękne chwile. Późniejsi domalowywacze dodali więcej elementów, a chruścik najpewniej zniknął pod farbą późniejszych okazjonalnych artystów.

Piękne chwile są przemijające jak przyroda czy chruściki. Pojawiają się i znikają. I nie problem w tym, że przemijają. Nie warto więc starać się je "zakonserwować", utrwalić. Trzeba dbać, aby pojawiały się nowe, kolejne piękne chwile. Nie ma więc sensu chronić przed przemijaniem, sens ma nieustanne tworzenie nowych, pięknych chwil.

W nowoczesnej ochronie przyrody nie chodzi o zachowanie obiektów ale o zachowanie procesów ekologicznych i ewolucyjnych. Podobnie w życiu codziennym warto dbać o proces a nie "zasuszanie" chwil. Czasu się nie zatrzyma. W przestrzeni publicznej także ważne jest, aby trwał proces. Może Olsztyn będzie takim klimatycznym miejscem, gdzie ciągle trwa malowanie… chwil pięknych i warościowych?