Krajowe Ramy Kwalifikacji c.d.

Krajowe Ramy Kwalifikacji to opis wzajemnych relacji między kwalifikacjami, integrujący różne krajowe podsystemy kwalifikacji. Służy on przede wszystkim większej przejrzystości, dostępności i jakości zdobywanych kwalifikacji. KRK stworzone zostały między innymi dla potrzeb rynku pracy i spo¬łeczeństwa obywatelskiego. Ważny jest także fakt, że KRK zawierają opis hierarchicznego systemu poziomów kwalifikacji – każda kwalifikacja jest umieszczona na jednym z tych poziomów.”

Ten zwięzły język definicji kryje bardzo ciekawą treść…

Zazwyczaj zmian nikt nie lubi, nawet na zdawałoby się innowacyjnym uniwersytecie. Dlaczego chcemy zmieniać mimo, że boimy się zmian? W dużym stopniu przymusza nas sytuacja i czynniki zewnętrzne, takie jak niż demograficzny, rosnąca konkurencja w edukacji i oczekiwania społeczne.

Wraz z wprowadzaniem nowych zmian (krajowe ramy kwalifikacji) należy spodziewać się „biernego oporu środowiska” bo nikt nie lubi zmieniać, zwłaszcza siebie i swoich przyzwyczajeń. Chcemy niby lepszej jakości, ale żeby to jakoś stało się samo i bez zmieniania czegokolwiek. Trochę są to marzenia Kopciuszka, że przyjedzie książę z bajki. Jednak bez wysiłku i ryzyka niczego wartościowego się nie zbuduje.

Jakość to wewnętrzna dyskusja i świadomość o efektach kształcenia. Bez tego nie ma mowy o podnoszeniu jakości kształcenia. A z tą dyskusją i świadomością bardzo różnie na uniwersytetach bywa.

Czy i na ile rozpoczynające się zmiany, związane z Krajowymi Ramami Kwalifikacji, pozostana tylko na papierze, a na ile świadomie i szybko wdrożone na UWM? Obyś żył w ciekawych czasach. No i ciągle w takich żyję :). Z jednej strony satysfakcja w uczestnictwie w czymś ważnym i przełomowym, z drugiej zwykła zadyszka i brak sił…

Kładka na Jeziorze Długim, czyli rzecz o ekologicznym kontekście części i całości

Nawet piękna rzecz, ale jeśli powstaje w oderwaniu od otoczenia, w oderwaniu od całości, staje się tylko bublem. 

W ubiegłym tygodniu wybrałem się na wycieczkę rowerową nad Jezioro Długie, aby zobaczyć nową kładkę. Prezentuje się ładnie, ale… dojść i dojechać tam trudno. Z jednej strony zniszczony chodnik, z drugiej tylko dzika, wydeptana ścieżka. Przy jednym krańcu kładki duża hałda ziemi. Kosztowna inwestycja, ale jakoś jeszcze nie dokończona lub oderwana od otoczenia. Sprawia wrażenie zmarnowanych pieniędzy.

Liczę, że zostanie dokończona, a nie porzucona w takim stanie. Przydałoby się więcej informacji o tym, jak to finalnie będzie wyglądało i funkcjonowało. W obecnej formie otoczenia nic dziwnego, że irytuje olsztyniaków i pytają po co tyle pieniędzy wywalono w błoto.

Rzeczywistość i świat wokół nas nie jest tylko sumą części. Jest funkcjonalną, logiczną całością. Tak więc kontekst otoczenia ma znaczenie nie tylko w ekologii (szczególnie akcentowane w ekologii krajobrazu), ale i w życiu społecznym.

Cokolwiek czynisz, patrz końca… a więc musisz widzieć cel a nie tylko rytuał dodawania gadżetów, bitów informacji. Budowanie to nie tylko układanie cegieł jedna na drugą. Bez wizji celu, całości, z układania cegieł – nawet najlepszego gatunku – nic wartościowego nie powstanie.

Wieszczka północna i wieszczyca torfowiskowa czyli o chruścikach w sojuszu z demonami starosłowiańskimi

Oligostomis_cf._reticulata_uzytek_ekologiczny_Rozlewisko_Moraskie_29.04.2012_RG

Jak wygląda upiorna wieszczyca torfowiskowa? Nie taka ona straszna jak ją w legendach malują. Wyżej wieszczyca torfowiskowa, na zdjęciu wykonanym w Puszczy Białowieskiej przez Cezarego Bystrowskiego. Nieprawdaż, że piękna? (a tu więcej)

Co wspólnego mają chruściki z demonami starosłowiańskimi?

Według etnografa Sebastiana Flizaka, publikującego jeszcze przed II wojną światową, wieszczyca była w ludowych wierzeniach ludności Małopolski: istotą wyjątkowo chudą  „może być nią kobieta, krowa lub co bądź. Dawniej to słowo oznaczało upiorzycę (…) Jest to demon dzieci. Budzi je w nocy i ssie im piersi (…) jest ona niewidzialna, u ludu w okolicy Gdowa ślepa”. Jest więc wieszczyca demonem o słowiańskim pochodzeniu, odznaczającym się wampirycznymi skłonnościami i odpowiedzialnym za inne akty pozbawiania ludzi duszy i sił żywotnych.
Wieszczyca-chruścik tylko w stadium larwalnym jest drapieżna – zatem straszyć może tylko inne małe wodne bezkręgowce, którymi się żywi.

Zamieszczony na zdjęciu chruścik nie pozbawia duszy i sił żywotnych, wręcz przeciwnie, inspiruje do wycieczek po zabagnionych i „zakomarzonych” dzikich zakątkach przyrody. Trochę romantycznie i przyrodniczo.

W XIX i początkach XX w. wielu przyrodników nadawało nazwy owadom, czerpiąc inspiracje z ludowych demonologii. Stąd różne rusałki, świtezianki, topielice. Nie ominęło to i chruścików. W „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” Erazma Majewskiego z XIX w., jest zarówno wieszczka jak i wieszczyca, a obie nazwy odnoszą się do chruścików z rodzaju Neuronia. U trzech gatunków chruścików z rodziny Phryganeidae nazwa Neuronia występuje wśród starszych synonimów: Semblis phalaenoides, Oligostomis reticulata i Hagenella clathrata.
Trudno byłoby jedną, polską nazwę używać do trzech różnych gatunków. Trzeba jakoś „sprawiedliwie” rozsądzić i udokładnić nazwy dla tych gatunków. Wieszczka z kolei to w baśniach ludowych, czarodziejka, wróżka, kobieta umiejąca przepowiadać przyszłość. Na tym etapie trudno mi ustalić, która Neuronia odnosiła się do wieszczki a która do wieszczycy. Nie jest to chyba aż tak istotne. Ponieważ Semblis wyraźnie się w ubarwieniu różni od dwóch wymienionych gatunków, to skłonny jestem „wieszczkę” dla nie zarezerwować, a „wieszczycę” dla dwóch pozostałych.

Wspomniane chruściki z rodziny Phryganeidae (polska nazwa – chruścikowate) są drapieżne, ale do skłonności wampirzych im daleko. Także i do wróżek przepowiadających przyszłość im daleko. Zatem niech nazwy polskie takie będą:

  • Semblis phalaenoides – wieszczka północna, lub wieszczyca biebrzańska
    (a może coś z Tykocina w nazwie ująć?)
  • Oligostomis reticulata – wieszczyca rzeczna lub wieszczyca siateczkowa
  • Hagenella clathrata – wieszczyca torfowiskowa lub wieszczyca kratkowa (kratkowana, a może więzienna bo za kratami?).

Ciekaw jestem opinii czytelników, co do nazwy wspomnianych chruścików. Które wybrać, a może coś zupełnie innego?

Nazwa wieszczycy zachowała się także w polskiej nazwie motyla Clostera anastomosis z rodziny
(Notodontidae) – wzjeżka wieszczyca. Ale ponieważ dwuczłonowe nazwy są różne, więc pomyłki nie będzie.

Zatem do wieszczki północnej udać się trzeba będzie nad Biebrzę lub nad Narew do Tykocina. Bo tam ją ostatnio widywano. Natomiast wieszczycy torfowiskowej szukać trzeba będzie na różnych bagnach w całej Polsce. Z kolei wieszczyca rzeczna częściej spotykana jest w małych, śródleśnych rzeczkach.

Czego od entomologicznej wieszczki i wieszczyć można się dowiedzieć? Dużo o stanie zachowania przyrody, o zdrowiu ekosystemów wodnych, o renaturyzacji torfowisk, o metodach monitoringu wód w Europie. Tyle tylko, że trzeba umieć zadać właściwe pytanie i umieć zinterpretować niejednoznaczną odpowiedź. Bo jak na wieszczkę przystało, a tym bardziej wieszczycę, odpowiedź może być zagmatwana i wieloznaczna.

Będę więc od czasu do czasu mógł napisać, że szukam wieszczki na bagnach i wieszczyć w śródleśnych rzeczkach… Czyli tam gdzie ich spokoju strzegą przeróżne krwiopijne bestie, groźne w swej liczebności: komary, kuczmany, ślepaki, jusznice deszczowe, meszki.

ps. Teraz do „trudnych” słów entomologia, etymologia doszła jeszcze etnologia :).

oligostomis

Kura jest głupia, ale i tak mądrzejsza od fizyków

trzmielbodziszek2

Kiedyś fizycy wyliczyli, że trzmiel ma za małe skrzydła, żeby fruwać. Ale trzmiele o tym nie wiedzą i dlatego fruwają. To nie jest jednak przykład ignorancji naukowców. To przykład sprawdzania teorii: jeśli przyjąć takie a takie założenia to należy spodziewać się takiego a takiego skutku, rezultatu. Jeśli obserwacje nie zgadzają się z modelem, to znaczy, że jeszcze jakiś czynnik musi uczestniczyć w zjawisku. To znaczy, że coś nam umyka, że coś pominęliśmy.

Od lat młodzieńczych niepokojąco fascynowała mnie istota życia. Czym ono jest, jaka jest jego istota i jak to się ma do ewolucji wszechświata. Na studiach wykradałem czas, czytając samodzielnie różne przypadkowo zdobyte dzieła i rozważania. Wykradałem, bo między obowiązkowym wkuwaniem rzeczy niepotrzebnych…

Nurtował mnie problem entropii i drugiej zasady termodynamiki. Coś mi się tu mocno nie zgadzało w konfrontacji z życiem (w sensie biologicznym). Entropia powinna wrastać, a więc spadać uporządkowanie. Ale przecież w całej swojej historii życie to wzrost uporządkowania. Przez lata zajmowania się chruścikami, gdzieś na obrzeżach ciągle do tego wracałem. Teraz jestem coraz bardziej przekonany, że we współczesnej filozofii coraz więcej do powiedzenia ma biologia. A do wszechświata można przystawiać model biologiczny – model organizmu.

Dzisiaj zacząłem czytać książkę Seana Carrolla, pt. „Stąd do wieczności i z powrotem. Poszukiwanie ostatecznej teorii czasu”. Jak czytam, to piszę… na marginesach książki, czasem w notatniku. Teraz robię mały wyjątek w blogu (no cóż, lubię eksperymentować). Moje pisanie ołówkiem po książce jest jakimś sposobem dyskutowania, przetrawiania intelektualnego. Dla mnie książka jest dialogiem z autorem, z jego wypowiedziami, a nie nabożnym, nietykalnym piedestałem. Na cudzych książkach i tych z biblioteki nie bazgrzę (nie bójcie więc mi swoich książek pożyczać – ja także nie lubię, gdy ktoś moje książki napisami bezcześci). W razie potrzeby robię ksero i tam sobie gllossuję.

No ale wróćmy do czasu, entropii i książki Carrolla. „Jak wiadomo, z jajka można stworzyć omlet, ale nie można omletu zamienić w jajko. (…) Entropia w miarę upływu czasu wzrasta lub co najmniej pozostaje stała (…). A powód, dla którego entropia chce wzrastać, jest zwodniczo prosty: Jest więcej sposobów wprowadzania nieporządku niż sposobów zaprowadzania porządku, dlatego (jeśli nic poza tym się nie zmieniapodkreślenie S.Cz.) układ uporządkowany będzie w sposób naturalny dążyć do stanu bardziej nieuporządkowanego. Nie tak trudno rozbić jajko, ale delikatne poskładanie go z powrotem do pierwotnej postaci leży poza naszymi możliwościami.”

Przeciętna kura o tym nie wie i niemalże codziennie składa (dosłownie i w przenośni) jedno jajko… Owszem, to nie jest to samo, rozbite jajko, – jest nowe. Ale to tylko wskazanie, że trzeba być ostrożnym z fizycznymi, entropijnymi uogólnieniami.

Jak to się dzieje, że powstaje uporządkowane życie, i w miarę historii biosfery życie staje się coraz bardziej złożone, skomplikowane? Czyli jest to pytanie o to „jeśli nic poza tym się nie zmienia”, a odwołując się do wstępu, „dlaczego trzmiel fruwa, mimo że nie powinien”?

Gdzieś w głębi siebie od ponad 20 lat przeczuwam odpowiedź. Ciągle tylko nie potrafię tego nazwać, wyartykułować, poprawnie i jednoznacznie opisać, aby tym samym dać szansę innym na dialog z tymi przemyśleniami. Oderwane i luźne kroki… ciągle jestem daleko…

Plaga komarów, lobbing farmaceutyczny czy plaga ignorancji?

Od kilku lat w okolicach wiosny lub wczesnego lata pojawia się w mediach dyżurny temat komarowy (sezon ogórkowy?).  Jako entomolog regularnie jestem "zapytowywany" w tej sprawie. Dodatkowo kilka lat temu realizowałem mały projekt badawczy na zlecenie luksusowego hotelu SPA. Celem projektu było znalezienie ochrony przed owadami krwiopijnymi, z zastosowaniam metod przyjaznych środowisku, jako że hotel znajdował się na terenie parku krajobrazowego. Gdzieś został ślad w mediach i notesach dziennikarzy. Jestem więc lokalnie "dyżurnym ekspertem", choć ekspertem od komarów się nie czuję. Wolałbym opowiadać o chruścikach…

Media mają swoją specyfikę pisania krótkich tekstów z mniejszą czy większą nutą sensacyjnosci. Dlatego może pojawia się tendencja do pisania o pladze (wyjątkowej, niezwykłej, groźnej). W tym roku także. Ba, nawet olsztyńska telewizja ten temat podjęła w tym tygodniu. Ale odnoszę mocne wrażenie, że nie o dociekanie prawdy chodziło, ale o ilustrację do materiału telewizyjnego. Nagadałem się, a i tak wybrali mało istotne jedno zdanie, dygresję – tyle, że im ładnie się medialnie komponowało. No cóż, dziennikarze (tak jak i wszyscy ludzie) pytają tylko o to, co już wiedzą, co już troszkę znają. Wielką sztuką jest otworzyć "oczy" mediów na problemy, o których jeszcze nie wiedzą. Wtedy może zapytaliby…

Z racji swoich terenowych badań chruścikowych tej wiosny często bywam w terenie. A jako że chruściki to owady wodne, to często bywam w miejscach mocno zakomarzonych. Owszem, w tym roku też mnie komarzyce pokąsały. Ale nijakiej plagi nie widzę. Taka środowiskowa norma. Odpowiednio się ubieram, mam nawet moskitierę (ale w tym roku nie była nawet potrzebna), stosuję standardowe środki. A tych kilka-kilkanaście "ugryzień" żadnego kłopotu nie czyni.

Może więc dodatkowo komarowy i owadzi temat sprytnie podgrzewają firmy farmaceutyczne, oferujące środki antykomarowe i łagodzące skutki ukąszeń? Jak się dobrze postraszy, to towar z półek zejdzie :). Dwa przykłady z roku ubiegłego: przedruk 1, przedruk 2, a tekst pierwotny tu. Każdy wybiera to, co mu bardziej odpowiada.

Komary są w miejscach wilgotnych, zacienionych. Aktywne są o określonych porach dnia i w określonych stanach pogody. Podobnie z innymi krwiopijcami. Idąc do lasu z komarami, wystarczy zakładać odpowiednie ubranie, z rekawami i nogawkami. Wystarczy spojrzeć na leśników, w krótkich spodenkach i z odkrytymi ramionami nie paradują po lesie. Ludzie dawniej dobrze sobie radzili z tymi uciążliwościami życia w środowisku. Teraz jesteśmy chyba zbyt wydelikaceni, żyjąc w klimatyzowanych, miejskich pomieszczeniach. Byle drobnostki stają się "problemami". Nie mamy już większych zmartwień?

Wydaje się nam, że jesteśmy dużo mądrzejsi od naszych przodków. Ale sporo elementarnej wiedzy o tym, jak żyć w środowisku wiejskim, leśnym, nadjeziornym –  zapomnieliśmy. Dlatego z takim krzykiem reagujemy na komary, muchy czy osy. W jakimś sensie jest to plaga ignorancji. Wystarczy doczytać o komarach, aby je poznać i nauczyć się unikać przykrego kontaktu. Ta wiedza już jest, a w dobie powszechnego internetu, jest ona wyjątkowo łatwo dostęna. Potrzeba tylko chęci poszukania, potrzeba ciekawości a nie taniej sensacyjności.

A czy komary są w przyrodzie potrzebne? Może je całkowicie wytruć? Larwy żyją w drobnych zbiornikach wodnych, kałużach, odżywiają się brobnocząsteczkową materią organiczną, w tym bakteriami. Może więc przy okazji paniki przed nowym szczepem Escherichia coli warto przyponieć ekosystemową rolę larw komarów? Dodatkowo larwami odżywia się wiele innych zwierząt. Zbyt niebezpieczne byłoby więc drastyczne "tępienie" komarów. Na miejsce rodzimych gatunków mogłyby przybyć gatunki obce i inwazyjne, np. roznoszące choroby. Taki problem chyba zafundowali sobie Amerykanie – teraz mają u siebie goraczkę Zachodniego Nilu :). Lepiej więc mieć własnego, starego wroga (jak ująłby to Pawlak, myśląc o Kargulu), wyhodowanego na własnej krwi, niż zadobyć zupełnie nowego. Epidemia EHEC to efekt najprawdopodobniej zawleczenia do Europy afrykańskiego szczepu escherichii.

Plagi nie ma, ale jest za to o czym porozmawiać, tak jak o pogodzie czy "co tam panie u Chińczyków". Pogadać z sąsiadami czy przygodnie spotkanymi ludźmi na turystycznych wyprawach. Bez pośpiechu i wielkomiejskiego zaganiania. Na prowincji, siedząc na ławeczce, temat komarowy dobry tak jak każdy inny. Aby zagadnąć i rozpocząć rozmowę, poznawać ludzi. Słuchać a nie tylko komunikować…

Motyl na odchodach czyli entomologiczne mity i rzeczywistość

motylegowno

Muchy są wstrętne bo siadają na odchodach i nieczystościach. Co innego piękne motyle, te tylko spijają nektar z równie pięknych i pachnących kwiatów. Rzeczywistość entomologiczna jest jednak znacznie bogatsza. Muchy też są piękne, ale ich piękno widać dopiero pod dużym powiększeniem. A motyle…. siadają także na zwierzęcych odchodach. I żeby nie było wątpliwości zamieszczam zdjęcie.

Morał z tego taki, żeby nikogo i niczego nie przekreślać absolutnie. Nawet g…. może być do czegoś przydatne i schyli się po nie piękny motyl. Trzeba tylko większej uwagi i większej empatii.

ps. Entomologia to nauka o owadach. Nie mylić z etymologią.

Róże bez zapachu, EHEC i gatunki obce

Już dawniej spotkałem się z problemem róż bez zapachu. Selekcja tych pięknych kwiatów spowodowała pojawienie się wielu pięknych w kształcie i barwie kwiatów, ale prawie lub całkowicie bez zapachu. W rezultacie przemysł perfumeryjny ma problemy z pozyskaniem olejku różanego. Perfumiarze szukają dziko rosnących róż w Rumunii i Bułgarnii.

Kilka dni temu oglądałem program popularnonaukowy o różach. Prawie wszystkie, a przynajmniej zdecydowaną większość niemieckich róż hoduje się w… Kenii. Bo dobry klimat i niskie płace (tania siła robocza). Samolotami codziennie róże wożone są z afrykańskich plantacji do Niemiec. Ale żeby róże szybko nie przekwitały…. wyselekcjonowano odmiany bezzapachowe. A więc to nie przez przypadek, w zapatrzeniu na barwę i ksztat, ale żeby kwiaty dużo dłużej zachowały świeżość i dłużej mogły "leżeć na półkach". 

Od chyba dwóch tygodni żyjemy epidemią, wywołaną nowym szczepem  bakterii Escherichia coli oznaczanym skrótem EHEC. Naukowcy i służby sanitarne ciągle szukają źródła i przyczyny. Jak można wyczytać w doniesieniach prasowych, po analizie DNA owych bakterii wynika, że  jest to "mieszaniec" dwóch różnych szczepów tej bakterii (groźny bo "nowy"). Wydaje się zupełnie nowym szczepem, przynajmniej w Europie. Ale naukowcy informują również o tym, że ten zjadliwy szczep pałeczki okrężnicy (polska nazwa tej bakterii) znany jest ze środkowej Afryki, gdzie od dawna występuje i też jest chorobotwórczy. Jeśli to okaże się prawdą, to europejska fala epidemii byłaby tylko skutkiem zawleczenia do nas gatunku obcego. Być może to nie hiszpańskie ogórki a afrykańskie róże.

Już wielokrotnie w historii pojawianie się nowych dla danej społeczności chorobotwórczych bakterii powodowało groźne epidemie. W Europie "morowe powietrze" wielokrotnie przynosiło śmierć. Podobnie Europejczy zawlekli nieznane w obu Amerykach gatunki bakterii, powodując epidemie, w których zmarło 90% populacji Indian. Nowy "wróg" jest zawsze groźniejszy niż stary.

Gatunki obce i inwazyjne zawsze doprowadzają do dużych strat finansowych. Większe zwierzęta i rośliny łatwiej zauważyć. Bakterie tylko po skutkach możemy "dostrzec" (nie licząc naukowych metod z wykorzystaniem mikroskopów i biologii molekularnej). Szopa pracza czy norkę ameryklańską dużo łatwiej zauważyc niż małe owady czy tym bardziej bakterie. 

Globalizacja niesie wiele dobrodziejst m.in. w handlu, ale przynosi też nieoczekiwane skutki. Przemieszczają się nie tylko ludzie i towary, ale i gatunki, wywołując skutki ekonomiczne i epidemiologicznie. Dokładny monitoring przyrody to nie są fanaberie ekologów. Jeśli się lekceważy te "trzy żabki i dwa motylki", to potem płaci się znacznie wyższe koszty społeczne i ekonomiczne.

Preferowanie przy zakupach lokalnie wyprodukowanych towarów to nie tylko przeciwdziałanie efektowi cieplarnianemu (zużycie energii na transport), ale i zmniejszanie ryzyka zawleczenia gatunków obcych. Daleki transport to także preferowanie odmian zdolnych do długiego przechowywania na półkach sklepowych. Stąd pomidory o grubej skórce czy róże bez zapachu. Lokalne i nie-wielkoprzemysłowe róże pachną a pomidory i ogórki lepiej smakują (bo producent nie musi martwić się o długi transport i przechowywanie). I są z naszymi, lokalnymi mikroorganizmami. Bo tu nie chodzi o całkowite wyjałowienie żywności – do życia potrzenujemy mikroorganizmów. Bo jak powiedział by Pawlak "po co szukać nowego wroga, kiedy własny jest, na własnej krwi wyhodowany" ?

Artyści w przestrzeni publicznej Olsztyna

W Międzynarodowym Roku Wolontariatu starzy i młodzi artyści zdobywają przestrzeń publiczną Olsztyna. 4. Maraton Malarski 4-5 czerwca 2011 r. to nie tylko happening artystyczny i działalność wolontariatu na rzecz schroniska dla zwierząt. To także malowanie w duszy odwagi do aktywnego bycia w przestrzeni publicznej miasta. To także owoce z obecności UWM w Olsztynie i wymierne korzyści kapitału ludzkiego. Niepokorni i odważni ludzie są znacznie ważniejsi niż budynki i inwestycje w beton. Bez nich każda inwestycja będzie tylko martwym klockiem, surogatem rozwoju.

Ten niezwykły maraton udał się dzięki wielowymiarowej współpracy: młodzieńczej fantazji licznych wolontariuszy i artystów, wsparcia doświadczonych artystów z UWM i środowiska pozaakademickiego oraz mądrego mecenatu miasta.

c.d.n 🙂

Praca grupowa a praca zespołowa

„Praca grupowa polega na tym, że ludzie siedzą i każdy rzuca pomysł, co poprawić. Praca zespołowa – ktoś rzuca pomysł, a następny go rozwija. Nikt się nie boi, że ktoś mu ukradnie jego pomysł. Wszyscy zdają sobie sprawę, że pracują razem. Że pomysł jest efektem pracy zespołu. Nie zazdroszczą innym pomysłów, nie mają im za złe, wierzą w dobre intencje.”

Miłosz Brzeziński

Miasto w mieście czyli Olsztyn pofragmentowany

Olsztyn jako jedno miasto z centrum administracyjnym, kulturalnym i handlowym oraz satelitarnymi osiedlami-sypialniami i przedmieściami-sypialniami powoli odchodzi w przeszłość. Tak jak i inne chyba miasta jest coraz bardziej kulturalnie zdecentralizowany, pofragmentowany. Jednym słowem rodzą się nowe miasta w mieście. Mieszkający w podolsztyńskich wioskach-sypialniach czy osiedlach-sypialniach chcą mieć kulturę u siebie. Najpierw pojawiły się sklepy a teraz mieszkańcy chcą mieć kulturę u siebie. Jednym z ostatnich przejawów była chęć organizowania imprez Olsztyńskiego Lata Artystycznego nie tylko na olsztyńskiej starówce.

Proces emancypacji lokalności obecnie wyraźnie widoczny jest w kulturze. Stare miasto jest za małe na oczekiwania ponad 170 tysięcznego Olsztyna. Mamy coraz częstsze osiedlowe festyny, czy świata ulic. Ale widać te lokalna emancypację w przypadku Bartąga, Dywit i podolsztyńskich wsi. Tam się coraz więcej dzieje. Powstają teatry, organizowane są festiwale. Dla wielu mieszkańców Jarot bliżej jest do Bartąga niż na Starówkę.

W blokowiskach nie przewidziano przestrzeni publicznej a i historycznie się ona nie ukształtowała. Teraz artykułowane są potrzeby takich centrów życia lokalnego. Osiedle chce być miastem w pełni a nie tylko sypialnią, chce mieć swoją lokalność, swoją kulturę. Sypialnie chcą swoich scen, świąt ulic, kultury. Dzieje się to na fali odradzającego się życia lokalnego nie tylko na wsiach i miasteczkach. Święto ulicy Wilczyńskiego jest tego dobrym przykładem.

Jesteśmy bogatsi, mamy więcej czasu, chcemy szerzej uczestniczyć w kulturze a nie tylko siedzieć przed telewizorem. To swoiste przebudzenie i chęć wyjścia z przedtelewizornego fotela. To także przykład globalnego procesu odradzania się regionalności i lokalności. To po prostu globlokalizm.