O tym jak kałużnica wychodziła z kałuży

kaluznica1

Lubię moją drogę do i z pracy. Wiedzie przez osuszone jeziorko Płocidugi Małe. W wyniku samoistnego uszkodzenia odwadniającej melioracji od kilku lat osuszone jeziorko zmienia się w przepiękne rozlewisko. Jezioro się odradza, ale jeszcze do statystyk jeziorności Olsztyna nie zostało wliczone.

Kilka dni temu, w słoneczne południe, gdy wracałem z pracy zauważyłem kilka larw kałużnicy (Coleoptera: kałużnica czarnozielona Hydrophilus piceus L., kałużnica czarna Hydrophilus aterrimus), czołgające się po piaszczystej ścieżce. Wczoraj było podobnie. Larwy tego wodnego chrząszcza wychodzą z wody i szukają suchszego miejsca na przepoczwarczenie. Trochę je chyba sroki „przetrzebiły”, ale i tak zadziwia mnie ilość pełzających larw.

Najwyraźniej dawne osuszone jeziorko się renaturyzuje. Powraca nie tylko woda ale i dzika zwierzyna. Kilka lat temu gniazdował remiz, widywałem krążące błotniaki. W rowie melioracyjnym mnóstwo traszek i żab, o owadach wodnych nie wspominając. W trzcinach słychać nie tylko kaczki krzyżówki. Zimą widziałem norkę amerykańską i lisa. Zaglądają też i sarny. Kilka dni temu widziałem pięknego motyla mieniaka, a dzisiaj rusałkę admirał.

Piękna ta moja droga do pracy. Taka prowincjonalna i zarośnięta, uroczo zaniedbana. Nawet panów popijających trunki i zawzięcie dyskutujących spotkać można. Szkoda, że zostawiają dużo śmieci.

A kałużnica wcale nie żyje w kałuży. Wybiera zbiorniki trwałe, zarośnięte. Nazwy bywają mylące. Dorosłe chrząszcze też widywałem, „na przelotach”, w czasie ich migracji. Więcej o kałuznicy.

kaluznica

Blogi, a stan czytelnictwa, czyli o tym że i tak więcej czytamy!

filizanka_i_ciatskoByć może Polacy mniej książek czytają (a czy dawniej czytali więcej? Wątpię!), ale za to więcej piszą. Piszą teksty krótkie, smsy, blogi. Zamiast tasiemcowych powieści powstają krótkie aforystyczne*, czy mottowate* teksty, krótkie okolicznościowe wierszyki, połączenie obrazu z tekstem (np. typu demotywatory). Zupełnie nowy rodzaj ekspresji, w dużym stopniu jest to ekspresja artystyczna.

„Blogi i blogowanie to niezwykłe zjawisko socjologiczne XXI wieku, w którym Polska zajmuje wysokie trzecie miejsce. W tym wirtualnym świecie przeważają pamiętniki, jednak obok blogów książkowych żaden Internauta nie może przejść obojętnie”. (Cytat stąd wzięty)

W dniu 27 czerwca 2011 w serwisie blox.pl mój blog uplasował się na 74 pozycji, wśród najczęściej czytanych (spośród 235769 innych blogów z tej przestrzeni blogowej). Samych blogów, pisanych przez Polaków jest dużo więcej. Siedemdziesiąta czwarta pozycja to z pewnością bardzo wysoka „poczytność”, ale raczej jest to chwilowe. Klikalność się zmienia. To, że ktoś kliknął, zwabiony tytułem wpisu, nie znaczy, że przeczyta do końca. Są zapewne i stali czytelnicy – z nimi jest możliwy dialog nie tylko poprzez komentarze. Możliwa jest stymulacja i próba kontynuacji, dopowiadania. Ślady stałego czytelnictwa odnajduję czasem przypadkowo w różnych miejscach, zakładkach, czy „polecanych” miejscach.

Blogi są jak gazety – przemijające. Trwałości szukamy w papierowych książkach. Czytanie z monitora ma coś z pośpiechu, przeglądania. Książkę czytać można spokojniej, łatwiej się skupić i przyswajać znacznie dłuższe teksty i trudniejsze fragmenty (trudniejsze, bo wymagające pozaksiążkowego „domyślenia”).

Co czytam najchętniej? Literaturę faktu. Po pierwsze książki historyczne i regionalne. Szukam w nich odpowiedzi skąd się wziąłem, próbuję uzupełnić swoje poszukiwania genealogiczne Czachorowskich z Czachorowa (a także po kądzieli) w znacznie szerszej perspektywie. Ponadto szukam identyfikacji europejskiej i regionalnej. Dzięki tym lekturom czuję się Warmiakiem z ponad 500 letnią tradycją. Po drugie sięgam do książek biologicznych, entomologicznych i ekologicznych. To jest związane z zawodem i zainteresowaniami. Sięgam po wspomnienia, biografie i autobiografie naukowców (szukam odpowiedzi czy jestem typowy czy nietypowy), szukam śladu i głosu mojego pokolenia oraz mojego zawodowego klanu. I po trzecie sięgam do książek filozoficznych (w tym teologicznych), w szczególności dotyczących filozofii przyrody. To taki mój dialog z samym sobą i moimi pytaniami o świat. A po czwarte czytam literaturę piękna, tę klasyczną jak i współczesną. W jakiejś części to rozrywka… ale i próba dowiedzenia się o świecie realnym poprzez pryzmat innego języka, innego sposobu opowiadania o tej rzeczywistości.

Chyba nie czytamy mniej niż nasi rodzice czy dziadkowie. Po pierwsze dlatego, że więcej jest umiejących pisać i czytać (analfabeci nie czytali). Po drugie książek jest więcej, łatwiejszy do nich dostęp i są relatywnie tańsze niż kiedyś (albo my jesteśmy znacznie bogatsi). I po trzecie wreszcie czytanie odrywa się od papieru. Czytamy więcej liter z wyświetlaczy komórkowych i ekranów komputerowych. Sam w domu nie mam już miejsca na książki i coraz poważniej zastanawiam się nad e-bookami. Ogromna oszczędność miejsca. Tylko jakoś nie mogę się przełamać. Fizyczny kontakt z drukowaną książką z zapachem papieru, estetyką ilustracji jest jakiś romantyczny. Trudno mi się rozstać…

A zatem mierzenie czytelnictwa liczbą sprzedanych książek w księgarniach nie jest wiarygodne. Bo nie tylko czytamy to, co kupimy w formie papierowej. Nie można czytelnictwa mierzyć także liczbą wypożyczeń w bibliotekach z dwóch powodów: mamy więcej własnych książek i jest mniej bibliotek, zwłaszcza na wsiach i na prowincji.

ksiazkinastole

Na fotografii zdjęcie z olsztyńskiej kawiarni. Zachęca do spokojnego, prowincjonalnego czytelnictwa, nieopodal kwiaciarni i przepływających turystów. Lubię takie miejsca.

* takie tam słowotwórstwo, w próbie opisanie nowych zjawisk.

Świat wysokiej i rosnącej konsumpcji

„Świat rozwinięty to świat wysokiej i rosnącej konsumpcji. Świat nierozwinięty to świat stałego niedostatku.”

„Cechą gospodarki niedorozwiniętej jest to, że nie jest w stanie sama z siebie generować czynników rozwoju (…) w świecie rozwiniętym obserwujemy stały rozwój.”

Ryszard Kapuściński

Problemem prowincji, tej małej i tej kontynentanej, jest to, że młodzi i zdolni odpływają. W skali globalnej świat rozwinięty a w skali regionalnej – metropolie, wysysają i drenują kapitał ludzki. Najpierw młodzi wyjeżdżaja na studia, a potem już nie wracają. Jak więc mają się rozwijać peryfieria?

Patrząc na warminskie i mazurskie miasteczka widać rozwój, ale zapewniony przez unijne programy pomocowe. Żeby jeszcze młodzi, zdolni, kreatywni tam zostawali, to może przałamana zostałaby bariera rozwoju?

Jaka powinna być rola uniwersytetu? Jak kształcić, aby absolwenci czuli się silni i kompetentni i aby chcieli wracać ze swoistą misją na peryferia? Żeby tam czuli się dobrze i pewnie.

Wierzący prostaczkowie i niewierzący intelektualiści?

"Nie jest tak, że to jedynie ludzie prości, niewykształceni i mieszkający na wsi w Boga wierzą, a wybitni uczeni i intelektualiści są niewierzącymi.
"

Zbigniew Kubacki SJ (Przegląd Powszechny, czerwiec 2011)

„Wielu z największych intelektualistów jest ateistami, także w Ameryce, wielu – to osoby wierzące, także w Europie. Potwierdza to, że tak samo dzisiaj, jak wczoraj, żadna wiedza nie jest w stanie tego rozstrzygnąć.”

Andre Comte-Sponville (ateista)

można i tu: Bajer M., 2010. "Jak wierzą uczeni. Rozmowy z profesorami"

Tu na razie jest śmietnisko ale kiedyś będzie park (centralny)

Park Centralny w środku miasta i w zakolu Łyny nie może powstać już od kilkudziesięciu lat. Teren w sercu miasta, tuż obok ratusza, urzędu wojewódzkiego, na tyłach luksusowej galerii handlowej  przez lata przypominał wysypisko śmieci i koczowisko bezdomnych. Ale rozpoczęły się konsultacje społeczne w sprawie planów zagospodarowania. Może coś się wreszcie ruszy.

Pamiętam ten teren sprzed wielu lat, gdy na początku lat 90. XX w. dawne WSP starało się o przejęcie tego terenu i stworzenie ogrodu botanicznego. Powstał nawet projekt. Dzikie ogródki działkowe zlikwidowano, zapowiadało się ciekawie. Ale lata mijały, część terenu przeznaczono pod zabudowę (przy. ul Kościuszki), śmieci przybywało. A teraz za sprawą budowy domów pojawia się gruz i wylewany beton "w krzaki". (więcej zdjęć ze stanu obecnego parku)

Na potrzeby konsultacji społecznych w terenie, maleńki fragment nieco uporządkowano: wycięto chaszcze, postawiono kilka workowych koszy na śmieci. Z nowej koncepcji parku najbardziej podoba mi się przejście pod mostem. Bo to ułatwi komunikację pieszym i rowerzystom. Jednocześnie stworzy oś spacerową wzdłuż rzeki Łyny. W planowanym Parku Centralnym doskonale słychać dzony z katedry i kuranty także z wieży ratoszowej. Jednocześnie teren jest izolowany od ulicznego hałasu. Zapowiada się urokliwie. Jeszcze tylko jakaś muszla koncertowa dla muzyki instrumentalnej i będzie gdzie wypoczywać w przestrzeni publicznej.

Teren jest mocno przekształcony, zagruzowany. Wszystko więc można dowolnie zmieniać, bo nie ma tu dzikiej przyrody, a jedynie ruderalna i regeneracyjna. Ale z całą pewnością warto zachować stare drzewa. Bo są piękne i na pojawienie się kolejnych trzeba będzie długo czekać. A czasu się nie kupi, nawet za największe pieniądze.

Czekam więc na Park Centralny. Czekam na miasto-ogród.

Gotowe prace dyplomowe czyli nie kupuj tego, co masz za darmo

Jakiś czas temu, szukając informacji w Internecie o chruścikach trafiłem na pewną stronę. Aż mnie zatkało. Zobaczyłem tytuły moich (to znaczy wypromowanych przeze mnie) prac magisterskich. A przy każdej cena (żenująco niska!). Ktoś sprzedawał cudze prace dyplomowe. Treść strony nie budziła wątpliwości co do celu i oferty: „Nasza oferta skierowana jest do wszystkich osób, którzy stoją przed problemem napisania swojej pierwszej pracy dyplomowej.”

Kuriozalne jest to o tyle, że wszystkie te prace bezpłatnie – jako materiały – dostępne są na mojej stronie, w formacie PDF (to forma wirtualnej biblioteki). Kupiłby rzeczywiście tylko idiota. „Na naszej stronie można znaleźć materiały do prac, wzory gotowych prac magisterskich, inżynierskich, dyplomowych.” Oferujący zapewniają, że po kupieniu dany temat jest skreślany. Sugerują więc jakoby niepowtarzalność i oryginalność oferty.

Pro forma na dole strony znajduje się komunikat:

„Plagiat jest zabroniony! Zakupione materiały, można wykorzystywać tylko i wyłącznie w celach wzorcowych (pomocowych), by nie łamać art..272kk oraz Prawa Autorskiego. Nie ponosimy odpowiedzialności za wykorzystywanie materiałów w celach niezgodnych z obowiązującym prawem.”

Wynika z tego że ewentualnego „klienta” podwójnie oszukują, raz, że niby dostaje coś oryginalnego, specjalnie dla niego przygotowane, dwa że za plagiat nie ponoszą odpowiedzialności. Kupujesz i ponosisz całkowitą odpowiedzialność.

Co prawda zgłosiłem rzeczną stronę na policji, ale nic z tego chyba nie będzie wynikało. Pewnie leży w szufladzie, bo strona po ponad trzech tygodniach cały czas funkcjonuje…

 

Przy moich pracach nie znalazłem oznaczenia, że już ktoś kupił (przy innych, pedagogicznych – było to zaznaczone w kilku miejscach). Prace biologiczne trudno splagiatować, bo jest to konkretny eksperyment, w tym przypadku konkretne miejsce, daty, wymagana jest bardzo specjalistyczna wiedza. Czy przy popełnianiu plagiatu zmieniana jest nazwa rzeki czy jeziora, daty poboru chruścików itd.? Byłoby do dodatkowo szkodliwe fałszerstwo naukowe. Jaki promotor mógłby się na to nabrać? Chyba tylko taki, który chce być „nabrany”, który udaje, że nie widzi jawnego oszustwa.

Zaintrygowany problemem wpisałem do wyszukiwarki „gotowe prace magisterskie”… i zbaraniałem. Pojawiło się znacznie więcej stron i to bardzo sprytnie i profesjonalnie przygotowanych. Nie tak prymitywnie ordynarnych ale z ofertą pisania prac dyplomowych, nawet fragmentami. Czyli można przynosić swojemu promotorowi pracę po kawałku, rozdziałami, uwzględniać jego uwagi itd. W takim przypadku rzeczywiście trudno się zorientować ewentualnemu promotorowi. Jest to jakiś rodzaj dodatkowych korepetycji z pisania pracy.

„Mając świadomość tego, iż w Polsce powstaje co roku wiele bardzo dobrych prac naukowych, stworzyliśmy serwis, który umożliwi szerszemu gronu osób dotarcie do konkretnych prac. Za pośrednictwem naszego portalu możesz sprzedać również swoją pracę.”

Na niektórych obejrzanych przeze mnie stronach zamieszczono ofertę dla studentów, aby swoje prace „sprzedawali”. Jest to więc zachęcanie do przestępstwa. Może to wszystko funkcjonować chyba tylko dzięki powszechnemu przyzwoleniu na ściąganie, na nieuczciwość.

To nie jest przykład upadku obyczajów. Sam w dawnych czasach pamiętam maturę i gremialne, społeczne przyzwolenie do ściągania. Ktoś kto nie chciał ściągać, nie przygotowywał ściąg… był po prostu dziwadłem, bo przecież „wszyscy tak robią”. Teraz ten problem jest po prostu bardziej widoczny, bo w globalnym Internecie. Być może teraz bardziej nam ta nieuczciwość ciąży i społecznie coraz bardziej na to się nie godziny. Zatem postęp a nie upadek.

Taką mam nadzieję.

Wspomniane strony to w jakimś stopniu fachowe korepetycje przy pisaniu prac dyplomowych, prac zaliczeniowych, referatów. W jakimś sensie to elektroniczny tutor. Taki pozauczelniany e-tutor.

Leczyć należy nie tylko objawowo (coraz powszechniejsze na uczelniach programy antyplagiatowe). Liczne internetowe oferty sprzedaży gotowych prac to niedowład współpracy z promotorem i brak instytucji tutora. Skoro płacisz za studia (poprzez podatki na „darmowe studia” lub czesne), to po co korzystasz z dodatkowych i płatnych korepetycji? Usługa niepełnowartościowa? Chyba, że chcesz wyłudzić, „kupić” dyplom.

Wynika z tego tyle, że koniecznie trzeba studentów nauczyć pisać, bo nie potrafią i kupują zarówno prace zaliczeniowe, jak i dyplomowe, czy nawet prezentacje multimedialne. Po prostu trzeba dać im wędkę, bo po to idą na studia, aby się czegoś nauczyć a nie zdobyć papier.

Gotowe prace mgr są jak sylikonowe implanty przy powiększaniu piersi – mają robić za wizerunek, ale są szkodliwe. Ponadto prędzej czy później uwierają i wychodzi prawda na jaw, że to sztuczne, że brak umiejętności.

Jeżeli promotorowi za opiekę nad pracą licencjacką do pensum liczy się 2 godziny to czego się spodziewać? Udawana zapłata to i udawana praca. Dokładnie jak w czasach realnego socjalizmu, powszechne udawanie i stwarzanie pozorów.

Gotowe prace dyplomowe na sprzedaż obnażają słabość merytoryczną i umiejętności promotorów, bo ci nie potrafią zapewnić rzetelnej i opłaconej usługi, bo sprzedają bubel. Tak jak w czasach PRL-u, kupujesz towar, np. mieszkanie, samochód, i zaczynasz remont, poprawiasz usterki. Dwa razy płacisz za to samo. Tylko po co? Może zamiast dopłacać na lewo za usuwanie usterek od razu wybrać rzetelniejszego i lepszego usługodawcę? Takiego, który nauczy.

We wspomnianych stronach uwidacznia się aspekt globalizacji korepetycji. Wiedza kosztuje, a korepetycje zawsze towarzyszyły edukacji. Tyle tylko, że korepetycje nie są oszustwem i nie są plagiatem.

Jak przeciwdziałać? Konkurencją! Podnosić systematycznie jakość kształcenia, tworzyć gotowe poradniki w systemie open source lub e-learningu. Czyli rozwijać zasoby i kwalifikacje kadry. Na dobrej uczelni dajemy Ci pełnowartościowy produkt (w postaci wiedzy i umiejętności) a nie bubel. Nie musisz niczego „naprawiać” ani „na lewo” dokupować. Dajemy ci usługę pierwszej klasy a nie bubel. Bez mrugania okiem (wiem, że ściągasz ale udaję, że nie widzę. Obie strony udają, ze "wysoki poziom").

Dostrzeżenie takich plagiatotwórczych stron może przerażać. Ale stłuczeniem termometru nie uleczy się choroby. Dostrzec i dociekać przyczyny, a nastęnie poprawiać jakość kształcenia. Aby studenci nie musieli "na lewo" sztukować swojego wykształcenia. Dyplom jako poświadczanie kwalifikacji (walidacja) a nie potwiedzenie, że się coś opowiadało i się odpytywało, że się delikwenta należycie "przeczołgało".

Zawodówka czy uniwersytet? Globalna unifikacja i lokalna kompartymentacja tożsamości.

Żyjemy w świecie nieustanego pomnażania, wszystkiego więcej: pracy, towarów, informacji, czasu wolnego, bezrobotnych, emerytów, jedzenia, śmieci, problemów, hałasu… Ludzie mają kłopoty z uporządkowaniem tego świata, czują się zagubieni, tym bardziej, że działają pod presją czasu: szybciej, bo inni cię wyprzedzą….

Umiejętność odnalezienia się w tym nieuporządkowanym nadmiarze jest jedną z ważniejszych kompetencji, jaką kształcić może współczesny uniwersytet. Jest to obecnie chyba ważniejsza kompetencja, jakiej oczekuje od absolwentów i społeczeństwo i rynek pracy. Kształcenie zawodowe w wieku XXI nie jest już uczeniem dokręcania jednej śróbki czy obsługi jednego typu tokarki.

Z globalizacją wiąże się dynamiczna unifikacja w wielu sferach naszego życia. Ale równocześnie coraz silniej rodzi się lokalne poczucie odmienności i własnej tożsamości. Globlokalizm to dwa wymiary globalizacji: unifikacja całości i kompartymentacja lokalna. Sam tego doświadczam na sobie i obserwuję od kilkudziesięciu lat w najbliższym otoczeniu. Nie trzeba jeździć daleko, by widzieć globalne procesy zachodzące we współczesnym świecie. Prowincja to nie miejsce geograficzne, to „prowincjonalizm” jako sposób myślenia strachliwego i oderwanego od rzeczywistości. Trzeba tylko umieć dostrzegać. A do tego potrzebny jest dobry paradygmat i wizja całości, które wynikają z komunikacji z szerokim światem. Ta komunikacja możliwa jest dzięki nie tylko nowoczesnym tele-mediom, ale i zwykłej empatii czy umiejętności obserwowania. Wspomnianej umiejętności obserwowania można nauczyć się na dowolnej dyscyplinie. Tak jak lepienia garnków można nauczyć się na różnym surowcu ceramicznymi i różnorodnym (nawet lokalnym) wzornictwie.

Wiedza ma porządkować to co chaotyczne i niejasne. Porządkowanie nadmiaru, klasyfikowanie, definiowanie – tego powinien uczyć współczesny uniwersytet. Bo taka umiejętność (kompetencja) potrzebna jest i hydraulikowi i mechanikowi samochodowemu i kucharzowi.

Celem UE jest najbardziej konkurencyjna i dynamiczna gospodarka świata, gospodarka oparta na wiedzy, a nie na taniej sile roboczej (np. niewolniczej pracy). My jesteśmy uczestnikami i współtwórcami tego europejskiego celu. Możemy być biernymi i narzekającymi obserwatorami lub czynnymi współtwórcami. Do każdego z nas należy wybór miejsca i roli. Bierność też jest decyzją z określonymi skutkami.

Konkurencyjna gospodarka oparta na wiedzy jest wystarczająco ambitnym celem, aby był on pociągający i porywający. Zwłaszcza młodych. Tylko musimy im o tych celach mówić i sami ich być świadomi. Szkoda, że o celach krajowych ram kwalifikacji i sposobach dochodzenia do tego celu tak mało mówi się i pisze w środowisku akademickim… W świecie nadmiaru, pośpiechu i … braku studentów nie mamy czasu na dyskutowanie o sprawach najważniejszych dla uniwersytetu?

Przypomina mi się pewna anegdota. Z wielkim mozołem dwóch ludzi piłuje drzewo. Trzeci przygląda się i mówi: „panowie, macie tępą piłę dlatego wam tak wolno i ciężko idzie. Dlaczego nie przerwiecie pracy i nie naostrzycie narzędzia.” Drwale odpowiedzieli „nie mamy czasu, mamy dużo drzewa do popiłowania.”

Warto się zatrzymać, przemyśleć, podyskutować, aby potem lepiej i wydajniej pracować. Bo szybciej wcale nie znaczy szybciej i więcej, czasem oznacza gorzej, mniej i wolniej. Tożsamość i kondycja współczesnego uniwersytetu warta jest zatrzymania i przedyskutowania, zwłaszcza w i z udziałem środowiska akademickiego.

Puls Olsztyna – a ja się czuję jak na egzaminie

Dzisiaj po raz już chyba trzeci odwiedzę studio Radia Planeta-fm, aby zauczestniczyć w sobotnio-niedzielnym Pulsie Olsztyna. Rozmowa przy mikrofonie przez około godzinę, gdzie wprowadzaniem i inspiracją są czytane fragmenty olsztyńskiej prasy. Formuła audycji narzuca szybkie odpowiedzi na bardzo różnorodne tematy. Trudno znać się na wszystkim a milczeć nie sposób. Sytuacja bardzo stresowa (czemu więc sam dobrowolnie na nią się zgadzam?). Czuje się jak student na egzaminie. Przecież można popełnić błąd przejęzyczenia lub zbyt szybkiego myślenia. Czasu się nie cofnie, publicznbość słuchaczy duża, więc stres jest czymś oczywistym.

Niech będzie to pocieszeniem dla studentów, że "kadra egzaminacyjna" ma także swoje różnorodne egzaminy. Stres wpisany jest w nasze zycie. Lepiej więc nauczyć się żyć ze stresem i umieć go okiełznać – trening czyni mistrza, więc warto ćwiczyć i trenować, mimo potu i "psychicznego bólu". Bo nie da się przed nim uciec ani na bezludną wyspę, ani jak Kubuś Puchadek, chowając głowę pod podyszkę. A błędy zawsze można naprawić (choć to również kosztuje).

Nie warto bać się życia: bo nie wyjdziezsz na ulicę ze strachu przed wypadkiem, nie skoszkutesz obiadu z obawy przed trucizną czy EHEC, bo nie ożenuisz się/wyjdziesz za mąż ze strachu, że to może nie jest ta jedyna miłość… Może i błędu nie popełnisz… ale i głębokiej przyjemności nie poznasz… Warto ryzykować i być odowiedzialnym za siebie i innych.

Europejskie ulice w Boże Ciało

"Nie wstydzę się Jezusa" to taka niekonwencjonalna akcja, w której wziąłem udział. Skojarzyła mi się z dzisiejszym wyjściem katolików na ulicę (Boże Ciało). A także ze zbliżającą się polską prezydencją w Unii Europejskiej.

Bo Europa jest projektem, który cały czas się tworzy. Europejskość narodziła się w 732 r., kiedy to chrześcijańscy wojownicy w bitwie z arabskimi najeźdźcami starli się pod Poitiers, nazywając siebie Europejczykami. W jakimś sensie i dziś obawiamy się islamskiej "inawzji". Tyle, że zupełnie coś innego stanowi o europejskości niż strach i fobia. W obawie przed imigrantami z Afryki Północnej zagrożony jest układ z Schengen.

Unię Europejską wymyśliło trzech katolików: Francuz – Robert Schuman, Włoch – Alcido de Gasperi i Niemiec – Konrad Adenauer. Teraz i Polacy stają się współtwórcami Europy, oby Europy solidarnej. Jednoczącej się Europie warto przypominać o wspólnych, pozaindywiduwalnych, społecznych i kulturowych korzeniach. Dlatego i ja "nie wstydzę się Jezusa" :).

"Miłość, braterstwo, solidarność, poszanowanie godności ludzkiej, ale także respektowanie fundamentalnych zasad etycznych w życiu publicznym i politycznym – dzięki tym wartośiom Europa mogłaby charakteryzować się nie tylko wysokim rozwojem ekonomicznym, ale także głębią życia duchowego." (ks. Władysław Zuziak, Tygodnik Powszechny).

Nie mam zwyczaju się obnosić ze swoimi przekonaniami. Ale są chwile, w których nie wolno się "ukrywać" i chować po kątach. Tak jak w ulicznej procesji na Boże Ciało. 

Teoria spiskowa i wiejski głupek, czyli jak sprawdzić samodzielność myślenia

butelkawojcieLepiej nie wiedzieć, być może wystarczy jakaś teoria spiskowa i jeden wróg lub kozioł ofiarny. Wtedy świat jest prostszy, niczego nie trzeba się uczyć, niczego rozpoznawać, zawsze i na wszystko jest to samo (dowolne) wytłumaczenie, to samo narzekanie.

Dłuższy czas temu brałem udział w szkoleniu, prowadzonym przez Duńczyków. Rzecz była o zarządzaniu i edukacji. Czy warto było się uczyć? Po tym rocznym kursie … tylko narosła moja frustracja. Bo patrząc na szkolnictwo wyższe w moim bliskim otoczeniu bardzo wyraźnie dostrzegłem nieefektywność, a nie byłem w stanie wiele zmienić… Nie byłem w stanie przekonać do sensownych i niezbędnych zmian. Może więc lepiej być niedouczonym i niekompetentnym? Taki wesoły, wiejski głupek?

Teraz dyskutowany jest kolejny projekt zmian w szkolnictwie wyższym, a nosi on miano „krajowe ramy kwalifikacji”. Celem tym – zdawałoby się oczywistych zmian – jest przeniesienie uwagi z procesu kształcenia na efekty kształcenia. A zatem zacząć oceniać efekty a nie sam proces: nie jest ważne to co powiedzieliśmy studentom i jak organizowaliśmy „opowiadanie”, ale co osiągnęliśmy. Czyli skupienie się nie na sobie a na efektach kształcenia. Niby oczywiste, przecież garncarza oceniamy nie po tym jak się do lepienia zabiera, ale jakie garnki sprzedaje. Nie ważne ile raz ptak zamachał skrzydłami, ważne jak wysoko się wzniósł i dokąd doleciał.

Zmiany w szkolnictwie wyższym nie dlatego są niezbędne, że kiedyś wymyślono wadliwe szkoły i wadliwe uniwersytety. Zmiany w procesie edukacji są potrzebne, bo zmieniły się warunki. Zimą nie dlatego zmieniamy odzież na cieplejszą, bo letnia była źle zaprojektowana i uszyta. Po prostu inne warunki pogodowe się pojawiły. Podobnie w społeczeństwie weszliśmy w nową fazę rozwoju a w postindustrialnej gospodarce znacznie ważniejszy jest sektor usług związanych z przetwarzaniem informacji. Obecnie widoczna jest przewaga dzięki wiedzy teoretycznej oraz innowacjom, a nie dzięki taniej sile roboczej.

Gremialny powrót do zawodówek to porażka. Nie dorośliśmy do postindustrialnej gospodarki? Zmiany zapoczątkowane przewrotem z 1989 przyniosły w Polsce także koniec epoki industrialnej. Obserwowaliśmy upadek wielkich zakładów przemysłowych i intensywny rozwój nowoczesnych technologii informatycznych. Dawniej zaledwie 5,5 % populacji Polaków miało dyplomy uczelni wyższych i był to chyba najsłabszy wynik w Europie. Po roku 1989 Polacy masowo zaczęli się dokształcać na poziomie wyższym. Teraz cała Europa zazdrości nam studentów. Tyle tylko, że zmiany edukacyjne wyprzedziły gospodarkę. To jak jakbyśmy wykształcili kierowców, a nie ma jeszcze dla nich samochodów…

Proponowane najnowsze zmiany, znane pod nazwą krajowych ram kwalifikacji zmuszają nas, ludzi uniwersytetu, aby dostosować efekty dydaktyczne do potrzeb studentów, a nie studentów do zainteresowań wykładowców! Musimy więc wyobrazić sobie kompetencje niezbędne na współczesnym rynku pracy i dostosować metody dydaktyczne do tych potrzeb. A że nikt nie lubi się zmieniać, to i opór środowiska może być duży. Przecież łatwiej zastosować starą, niezniszczalną teorię spiskową.. np. że winni Rosjanie, Niemcy, albo, że studenci są głupi i nie chcą się uczyć. Możliwości teorii spiskowych jest wiele. Jest na co ponarzekać i przy okazji wytłumaczyć przed sobą brak sukcesów i odpływ studentów … do innych uczelni.

Twórczość osiąga się kształtując samodzielność myślenia. Własne, należycie uzasadnione zdanie jest przejawem twórczego umysłu. Zatem logicznym jest rozwijanie samodzielności myślenia a nie zmuszanie do wkuwania i recytowania (odtwarzania informacji). Pozostaje tylko problem jak sprawdzić samodzielność myślenia? Zamiast się trudzić, rozwijać i eksperymentami poszukiwać nowych narzędzi, może uczepić się swojej-starej teorii spiskowej, swoich starych kozłów ofiarnych i być beztroskim jak wiejski głupek?

Mimo ryzyka i niepopularności ja jednak będę podejmował kolejne próby dołączając do niepopularnych reformatorów, bo jak mówi stare przysłowie, lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Przecież nie o chwilowy poklask chodzi…