Rumian, rumianek i maruna czyli o przybyszach i miedzach

rumianki

Nie wszystko co ma białe płatki i żółty koszyczek to rumianek. Choć i samego rumianku więcej niż jeden gatunek. Łączy te kwiaty pokrewieństwo, podobieństwo i to, że wiele to archeofity i antropofity, czyli gatunki które kiedyś z człowiekiem przywędrowały. Takie dawne gatunki obce, które całkiem się „oswoiły”. Mają także właściwości lecznicze…. mimo, że uważane za chwasty, a więc coś „zbędnego”.

Rumian szlachetny zwany także rumiankiem rzymskim – Anthemis nobilis L., po rosyjsku zwany pupaszką, silnie aromatyczne ziele, uprawiane a z czasem zdziczałe w chwast się obróciło :). Jest rośliną leczniczą, czasem uprawianą jako ozdobna. Zawarte w tej roślinie olejki eteryczne używane bywają w kosmetyce.

Rumianek pospolity (Matricaria chamomilla L.) romaszką apteczną zwany przez naszych wschodnich sąsiadów, też jest silnie aromatycznym zielem. W Polsce jako chwast polny, ale niegdyś sprowadzony przez człowieka, uznawany za archeofita. Roślina lecznicza, wykorzystywana i do dzisiaj. Natomiast olejki eteryczne pozyskiwane z rumianku używane są do wyrobu likierów oraz do… farb do malowania na porcelanie.

Maruna bezwonna (Matricaria inodora) zawiera – jak nazwa wskazuje – mało elejku eterycznego, dlatego mniej pachnie. Ale i tak pięknie wygląda – prowincjonalnie i rustykalnie. Spotkać ją można na polach, w ogrodach, rumowuiskach, przy drogach a nawet na nasypach kolejowych.

Historia przemija. Rumian i rumianek znane już w czasach rzymskich. Przywędrowały do nas wraz z rozwijającą się ludzką cywilizacją. Rosną w krajobrazie rolniczym, gdzieś na miedzy, przy drodze, na przychaciach. Skrywają właściwości lecznicze jak i urodę prowincjonalnego klimatu. W pośpiechu mijane. Trzeba zwolnić, aby zapach poczuć i o bogatej historii tego „zielska” porozmyślać. I o przemijającym życiu osiedleńców i wysiedleńców we współczesnej Europie. I na Warmii.

Banalne, wiejskie kwiatki… Banalne? Kocham taką prowincjonalną „banalność”.

Świat zazdrości Polsce studentów

Polsce świat zazdrości tego, że mamy dużo studentów, że chcą się uczyć, studiować. Na przykład w Hiszpanii, po gimnazjum 30% młodzieży kończy naukę, strategia UE zakłada 10%, a w Polsce zaledwie 5 % kończy naukę na tym poziomie, czyli 95% kształci się dalej! Maturę zdaje u nas ok. 81% licealistów, a 50% idzie na studia.

Czy warto się uczyć, czy warto iść na studia?
Edukacja, jako jedna z form usług, okazuje się ważnym elementem gospodarki opartej na wiedzy. Budżet UWM jest większy niż Elbląga i Ełku razem wziętych. Edukacja w szerokim rozumieniu, wraz z kształceniem ustawicznym i nieformalnych jest szansą dla naszego regionu.

Nauka i kultura widoczne są coraz bardziej w przestrzeni publicznej. Przemysłu polskiego nie widać, ale kulturę i owszem. Kapitał ludzki jest naszym bogactwem, mimo, że edukacja wyprzedziła zmiany w gospodarce (stąd frustracja absolwentów).

Czaj, czajnik, czajna

czajnikikwiaty

Z wielką lubością zagłębiam się w lekturę i podróż w czasy dawno niebyłe. Wraz z Heleną z Jaczynowskich Roth, podróżuję po kresach, miejscach mi bliskich (Książka pt. Czasy, miejsca, ludzie – wspomnienia z kresów wschodnich, Wyd. Literackie, 2011).

W tej wakacyjno-czytelniczej podróży odnajduję swoje dzieciństwo oraz słowa zapomniane, przebrzmiałe, takie jak na przykład „czajna”. O czaju i czajniki wiedziałem, ale o czajnie – nie (zob. ukropek, bawarka) .

„Każdy znawca starej daty to potwierdzał. Żaden czajnik nie dorówna samowarowi. Zapewne i gatunki herbaty były inne, aromatyczne, transportowane z Chin do Europy lądem, karawaną wielblądów, końmi, koleją, a nie morzem, które smak wyciąga. Czajniczek porcelanowy wyparzano, zalewano z kraniku z samowara i stawiano na górnym otworze samowara (…). A jak szumiał, grał, śpiewał. (…) Były i samowary olbrzymy w bufetach kolejowych i w tzw. czajnach (czajna to po polsku herbaciarnia), to jest knajpkach dorożkarskich i w dawnych karczmach.”

Ja piłem tylko herbatę z samowara elektrycznego…. Czytanie wspomnień to możliwość poznania dawnego życia. Ciężkiego, trudnego, pracowitego, ale jakże pięknego. Bez wysiłku piękno nie smakuje tak głęboko i aromatycznie.

Na bok trzeba jednak odłożyć chwilowe wakacje, wypełnione malowaniem i czytaniem. Trzeba do pracy, bo ekolog ma wakacje zazwyczaj bardzo pracowite. Musi liczyć swoje komary, chruściki i motyle. A propos wodnych „robali” wczoraj na moim ulubionym bagienku Płucidugi znowu larwy kałużnic masowo wychodziły. Tym razem kos się nimi dokarmiał.

Wakacyjne malowanie a hipoteza egoistycznego genu

Naszło mnie na malowanie. Tak ze trzy razy do roku ogarnia mnie malowanie butelek i słoiczków. Część z nich to znalezione w lesie i terenach zielonych śmieci. Z mojej strony to nie tylko recykling ale przede wszystkim reusing. Moje malowane butelki i słoiki mają głównie charakter użytkowy. Takie tam drobne czynienie świata piękniejszych…

Znacznie ciekawsza jest sztuka pokazana na zdjęciu (znalezione gdzieś w internecie). To prawdziwe, bezinteresowne czynienie świata piękniejszym, gdzieś w nowojorskich (chyba) zapyziałych uliczkach, brzydki szary beton i obrzydliwe płoty, a jakiś artysta ozdabia je swoimi szydełkowanymi dzianinami, płotowymi serwetkami. Zupełnie nietrwałe i jakieś nieziemskie. Po co? Przecież zniszczą za jakiś czas…

Skąd się bierze chęć altruistycznego upiększania świata? Przecież to zupełnie "pod prąd". Zło, brzydota i destrukcja wydają się samoistne. Ale piękno i dobro także. I to jest sprzeczne z hipotezą egositycznego genu. Urąga mitowi walki na kły i pazury, egoistycznego zagarniania pod siebie, koncentrowania się na sobie, swojej korzyści, swojej przyjemności.

Znamy już genom człowieka, przecież teraz niezwykle łatwo byłoby wskazać mityczne, dawkinsowskie "egoistyczne geny", które niby tak zawzięcie nami kierują. Egoistyczne geny znakomicie tłumaczą – na gruncie socjobiologii i antropologii ewolucyjnej – egoizm, walki, destrukcję. Ale m.in. bezinteresowne upiększanie świata stanowi problem. Wszelkie próby interpretowania doborem krewniaczym okazują się iluzoryczne. Przy tak wiekiej znajomości genomu ludzkiego jak i genealogicznie udokumentowanej przeżywalności i śmiertelności, powinno być niezwykle łatwo wskazać te egoistyczne geny i matematycznie i demograficznie wykazać ich rozprzestrzenianie się. Ciagle jednak "egoizm genów" pozostaje zaledwie inspirującą hipotezą.

Piękno i dobro nieustannie się odradza. Dlaczego?

Odkryłem Miłosza, tak dla siebie, europejskiej tożsamości i dla bloga

Lektury szkolne dają ogólną informację, że coś jest. Może wtedy, w czasach szkolnych, nie jest moment odpowiedni, może czasu nie ma na wgłębienie – bo jest tylko zaliczanie? Coś w pamięci zostaje, ale na odkrycie trzeba poczekać. Z bagażem doświadczeń widać więcej i czuć można znacznie głębiej.

A dzisiaj rano odkryłem Czesława Miłosza. Dojrzewało to jakiś czas, aż czytając wkładkę do Tygodnika Powszechnego, poświęconą Miłoszowi i jego twórczości, odkryłem, że u Miłosza znajdę odpowiedź na nurtujące mnie pytania. W poniedziałek pobiegnę do biblioteki…

"Wiedzieć i nie mówić:

tak się zapomina.

Co jest wymówione, wzmacnia się.

Co nie jest wymówione, zmierza do nieistnienia."

Warto więc pisać tego bloga, rozmyślać pisaniem w każdej postaci, w tym tej papierowej. Ale wracam do Miłosza. Od jakiegoś czasu w radiowej dwójce czytają "Dolinę Issy", te fragmenty oczarowały mnie. Zapragnałem sam przeczytać całość. W czasie najbliższego urlopu wybieram się do Wilna, a podróż planowana jest już od roku. To będzie trochę podróż sentymentalna, z rodzinnymi spotkaniami (podbudowane genealogicznymi i historycznymi materiałami), ale i turystyczno-rekreacyjna. I w końcu u Miłosza znalazłem wątem "tkanki łącznej", międzykulturowego tworzenia pogranicza, ślady Rzeczypospolitej Obojga Narodów. I nagle inaczej odniosłem się do niemieckojęzycznych Warmiaków, Mazurów czy nawet Ślązaków. Trzeba czasem spojrzeć gdzieś dalej, by zobaczyć lepiej, to co pod nogami.

Odkryłem Miłosza z kresowego sentymentu i tęsknoty za Wileńszczyzną. Ale odkryłem dla zrozumienia współczesnej i przyszłej mojej europejskości.

Czuję, że Miłosz umocni moją wamińskość. Na tym polega uniwersalizm. Globalizm łączy się z lokalnością (globlokalizm).

Jak żyć, by moje życie było szczęśliwe czyli społeczeństwo oparte na wiedzy

Umiejętność poznawania i odkrywania świata jest ważną kompetencją (umiejętnością) w społeczeństwie wiedzy. Teoretycznie nabyć ją można na uniwersytecie w toku kształcenia formalnego, ale także nieformalnego lub pozaformalnego. Istotą uniwersytetów jest autonomia małych grup poszukujących prawdy. Te grupy to grona eksploratorskie (badawcze w naukach ścisłych) lub dyskusyjne (np. w naukach humanistycznych), tworzone nie tylko jako formalne grupy zajęciowe ale i jako koła naukowe czy grupy i spotkania nieformalne. Celem ich jest poszukiwanie prawdy i obiektywizm w dochodzeniu do prawdy. A więc zadaniem uczelni jest rozbudzić chęć poszukiwania prawdy i nauczyć metodologii poszukiwania wiedzy i obiektywizmu.

To samo dotyczy wszystkich poziomów kształcenia, od przedszkola poczynając. Nie chodzi o wtłaczanie wiedzy encyklopedycznej – tak jak zapisywanie plików danych na dysku komputerowym – ale o uczenie uczenia się i poznawania. Wszczepianie ciekawości, krytycyzmu, motywacji do poszukiwania prawdy o świecie i praktycznych rozwiązań.

Warszawskie Centrum Nauki Kopernik oraz różnego rodzaju pikniki naukowe zyskały uznanie i naśladownictwo w całej Europie. Nie jesteśmy więc tacy całkiem w ogonie innowacyjności i edukacyjnej transformacji.

Jest jednak jeszcze dużo do poprawienia, zwłaszcza konieczne są zmiany sposobu przyswajania wiedzy – więcej studiowania (a więc więcej samodzielności i samoodpowiedzialności za cele i proces), a mniej uczenia w sensie podawania wiedzy gotowej. Teraz jest niestety odwrotnie. Uczenie to bierne wykonywanie poleceń w zakresie celu i szczegółów.

Profesor-wykładowca zazwyczaj zwraca się do wielkiej liczby słuchaczy (chyba, że na wykłady nie uczęszczają wszyscy). Do rozbudzania ciekawości i uczenia jak się uczyć potrzebny jest osobisty kontakt. A ten możliwy jest tylko w małych grupach i z możliwością tworzenia takich grup ad hoc, nawet na spotkaniach w kawiarni. Uniwersytet to sposób myślenia a nie budynki, to sposób wykorzystania przestrzeni publicznej.

Celem istnienia uniwersytetu zawsze było wszechstronne kształcenie człowieka, rozbudzanie głodu wiedzy i pragnienia jej samodzielnego poszukiwania pod kierunkiem mistrza. Samemu wybieraj sobie mistrzów do mniejszych i większych zadań, wtedy będziesz studiował a nie tylko uczył się (w sensie być nauczanym).

W centrum nowoczesnego myślenia (i uniwersytetu) powinny rodzić się nieustannie pytania: jak żyć, by moje życie było szczęśliwe. Jeśli potrafię odpowiedzieć na to pytanie, potrafię odpowiedzialnie pokierować swoim życiem, znajdę pracę itd.
Współcześnie uniwersytet to nie jest szkoła zawodowa, ale swoista inicjacja do dorosłości w społeczeństwie wiedzy. Pytanie „jak żyć” powinno powracać w czasie całego studiowania. To zupełnie cos innego od pytania „jak zdać egzamin”, „jak zaliczyć”, „jak zakuć”.

Struktura paratroficzna biocenozy czyli o krętych drogach języka naukowego

Pojęcia są elementem całości, w tym przypadku teorii i paradygmatów. Używanie pojęć (terminów) to nie tylko moda ale i efekt całości.
Zmieniają się paradygmaty ale i zainteresowania badawcze. Używamy częściej słów związanych z tym co robimy, czym się interesujemy. Jeśli jakieś pojęcie jest rzadziej używane, nie jest przez to mniej ważne naukowo, nie jest „bełkotem” naukowym”. Co najwyżej nie jest zrozumiałe, tak jak słowo w obcym języku.

Nauka to nie jest chwilowa moda czy plebiscyt. Nieobecność na pierwszych stronach gazet nie oznacza braku ważności i sensu. Nauka nie powstaje w głosowaniu lubię/nie lubię. Nauka to nie Wikipedia, gdzie istnieje tylko to co internetowe i ma najwięcej kliknięć.
Odkrycia zakonnika, Grzegorza Mendla, przeleżały niezauważone (nie komentowane, nie rozwijane) przez kilkadziesiąt lat. Potem dopiero „odkryte” i dostrzeżone ponownie.

Pewne terminy i pojęcia obecne w starszych podręcznikach, np. adjutoryzm, biochora, sozologia, dziś wydają się przestarzałe i nieaktualne, dla niektórych nawet jawią się jako „bełkot naukowy”.
Przykładem takiego nieco zapomnianego terminu jest „paratroficzna struktura biocenozy”. Pojęcie to powstało, gdy rozwijała się ekologia jako nauka i intensywnie badano strukturę ekosystemów. Po pierwsze wyróżniono strukturę troficzną (pokarmową), określaną także jako pierwszorzędowa (bo najważniejsza). Za drugorzędową uznano strukturę konkurencyjną, a więc oddziaływania między gatunkami o charakterze antagonistycznym (konkurencyjnym). Za trzeciorzędową i jednocześnie najsłabiej wtedy zbadaną – uznano strukturę paratroficzną.

Na przestrzeni lat badacze z jednej strony zainteresowali się innymi zagadnieniami (przez co program zbadania interakcji paratroficznych nie został zrealizowany), z drugiej użyto innych określeń i koncepcji dla interakcji międzygatunkowych. Dlatego nie znajdziemy (przynajmniej ja nie znalazłem, szukając teraz niezbyt dokładnie) we współczesnych podręcznikach do ekologii, takich jak „Podstawy ekologii” E. Oduma, „Ekologia. Eksperymentalna analiza rozmieszczenia i liczebności” Ch.J. Krebsa, „Życie i ewolucja biosfery – podręcznik ekologii ogólnej” J. Weinera, „Ekologia – krótkie wykłady” A. Mackenzie i in., „Podstawy ekologii” J. Banaszaka i H. Wiśniewskiego, czy „Kompendium wiedzy o ekologii” pod red. J. Strzałko i T. Mossor-Pietrzaszewskiej.

Paratroficzną strukturę biocenozy odnaleźć można w „Ekologii ogólnej” P. Trojana, wydaną w 1980 r. (wydanie czwarte).
W ujęciu prof. Trojana „Paratroficzna (pozapokarmowa) struktura biocenozy” to powiązania biotyczne innego rodzaju niż troficzne i konkurencyjne. Często związki takie powstają w wyniku zależności pokarmowych, które nie mają charakteru eksploatacyjnego. Służą jedynie za źródło substancji pobudzających, są więc przekazywane jako inhibitory. W jakimś sensie odbywa się konsumpcja, ale nie ma ona znaczenia troficznego lecz informacyjno-sterujące. Wśród powiązań paratroficznych w biocenozie wymieniana jest melitofagia (zjadanie pyłku roślinnego), ale nie dotyczy pszczół (bo dla pszczół nektar i pyłek są podstawową bazą pokarmową). W paratroficznych oddziaływaniach pyłek pobudza rozwój jajników. Trojan do struktury paratroficznej zalicza także allelopatię.

Według tej koncepcji zależności paratroficzne między organizmami prowadzą do ustalenia się stosunków jakościowych i ilościowych w obrębie biocenozy i stanowią narzędzie realizacji oddziaływań konkurencyjnych oraz przesłankę formowania się sieci strukturalnej w biocenozie o charakterze trzeciorzędowym.
Współcześnie interakcje między gatunkami ujmuje się łącznie z konkurencją, bazując na pojęciu zysku i straty. Mamy więc neutralizm, konkurencję, drapieżnictwo, pasożytnictwo, amensalizm, protokooperację, mutualizm, komensalizm. W tym systemie zniknęła allelopatia i antybioza jak i interakcje paratroficzne. Podobnie jak nie jest stosowany termin „sozologia” (dużo poprawniejszy dla wielu współczesnych znaczeń "ekologia", ale zapomniany).

W zupełnie nowym i błędnym znaczeniu o strukturze paratroficznej pisze prof. R. Andrzejewski w haśle „ekologia” w internetowej Encyklopedii PWN
„Ekosystem ma specyficzną budowę; składa się na nią: struktura troficzna, polegająca na tym, że różne grupy organizmów są zjadane przez inne grupy, struktura paratroficzna, polegająca na tym, że populacje różnych gatunków konkurują ze sobą o zasoby, które dostarcza ekosystem (np. pokarm, przestrzeń, światło) lub współdziałają ze sobą (m.in. tworzą dla siebie odpowiednie warunki środowiska, wzajemnie się bronią)."

Takie ujęcie miesza pierwotne rozróżnienie konkurencji i interakcji paratroficznych: „struktura paratroficzna – trzeciego rzędu – zależności pokarmowe typu nie eksploatacyjnego; pobieranie substancji pokarmowych nie uszczupla zasobów energetycznych tych populacji, które są ich producentem lub dawcą np.: pyłek, nektar, wydzielina mszyc (mrówki korzystają z wydzieliny mszyc).”

Powiązania paratroficzne między gatunkami w biocenozie opisał Chajłow w 1971 r., określając mianem wtórnej sieci troficzne. Ale samo pojęcie i przykłady struktury paratroficznej pojawiały się w odniesieniu do biocenoz morskich (lata 40-60 XX w.) wśród badaczy „zachodnich” (nie można więc uznać za termin tylko funkcjonujący w krajach związanych z ZSRR). Dlaczego struktura paratroficzna zniknęła z zainteresowań ekologów? Bo po pierwsze ekologia oceanów rozwijała się osobno i czasem modniejsze stają jedne szkoły, czasem drugie. W międzyczasie zmienia się język nauki.
Ponadto model interakcji korzyśc/strata przewiduje trzy sytuacje 0, -, + co przy dwóch analizowanych gatunkach i uwzględnieniu dodatkowych elementów daje 8-9 możliwości: neutralizm, antagonizm (kilka typów), protekcjonizm (kilka typów). Niemniej niektóre oddziaływania wcześniej opisywane i definiowane "się zapodziały".

Ślad po strukturze paratroficznej został w niektórych wydaniach encyklopedycznych, np. „Ekologia – Słownik encyklopedyczny”, Wyd. Europa, Wrocław 2006: „paratroficzna struktura biocenozy, wtórna sieć troficzna, sieć paratroficzna – (…) powiązania biotyczne między gatunkami (…) wynikające z zależności pokarmowych niemających charakteru eksploatacyjnego. Polegają na tym, że pobieranie substancji pokarmowych przez jedną grupę nie uszczupla zasobów energetycznych populacji, która jest ich producentem i dawcą [dzisiaj chętniej użylibyśmy terminu komensalizm, ale nie było by to poprawne – S.Cz.]. Przykładem powiązań paratroficznych jest krótkotrwały melitofagizm występujący u niektórych owadów (…). Metabolity obce mogą być też używane jako substancje stymulujące.”

Przeciętny Polak używa (i zna) tylko część bogatego słownictwa języka polskiego. Ale jeśli nie zna i nie używa, czy to znaczy, że pozostałe słowa (i związne z nimi pojęcia, znaczenia) nie istnieją? Lub że są bełkotem?

Paź królowej na ul. Iwaszkiewicza

pakrolowej

Wczoraj, w samo południe, gdy wracałem do domu, spotkałem pazia królowej (motyl o naukowej nazwie Papilio machaon). W środku miasta, fruwał sobie przy chodniku. Zaskoczenie było podwójne.

Gdy rano szedłem do pracy, w swoim dzikim zakątku przyrody jakim jest osuszone Jezioro Płocidugi, zauważyłem innego pięknego motyla – mieniaka tęczowca (Apatura iris). Pomyślałem sobie wtedy, że być może warto byłoby zacząć opisywać i dokumentować bardziej dokładnie przyrodę jednego fragmentu miasta (umieszczając zdjęcia i opisy gdzieś w internecie). Byłaby to motywacja do zrobienia zielnika oraz mniej lub bardziej naukowej dokumentacji gatunkowej jednego fragmentu przyrody oraz odnotywywanie wieloletnich i fenologicznych zmian. Taki pamiętnik przyrodniczy – tak jak kiedyś historia naturalna. Miałby to być przy okazji przykład i swoista propozycja dla amatorskich obserwacji przyrodniczych, ale wartościowych naukowo. Może udałoby się zachęcić innych do podobnych uporządkowanych obserwacji.

I gdy tak rozmyślałem od kiedy i jak się za to zabrać, i przypominając sobie, jakie gatunki roślin i zwierząt już tu obserwowałem, przypomniałem sobie pazia królowej. Niegdyś motyl ten był wśród  gatunków chronionych. Piękny  i duży. W latach 90. widziałem kilka na ul. Żołnierskiej – też w centrum miasta. Wtedy byłem jeszcze bardziej zaskoczony. Rozmyślałem o procesach synurbizacji (ewolucyjnego procesu przystosowywania sie gatunków do miasta) i prowadzonych w tym zakresie badaniach w Olsztynie. Pomyślałem sobie „szkoda, że tego pazia widziałem daleko od mojego Jeziora Płocidugi – nie będzie okazji o nim wspomnieć.”. A kiedy kilka godzin później wracałem do domu, przed moje oczy wyleciała piękna samiczka pazia królowej. Czy nie jest to jakiś znak?

Najpewniej populacja pazia królowej obecna jest w Olsztynie i okolicach. Gąsienice rozwijają się prawdopodobnie w pobliskich ogródkach działkowych.

Olsztyn jest jednak piękny. Bo spotkać można tu niesamowicie unikalną i piękną przyrodę. Żeby tylko „postępowcy betonowi” nie wycięli wszystkich drzew, nie zalali wszystkiego betonem i asfaltem…

ps. powyższe zdjęcie zrobione dużo wcześniej, w Łajsie. Wczoraj nie miałem aparatu pod ręką, a pazie do duże i szybko fruwające motyle. Komórką nie da się zrobić wyraźnego zdjęcia.

Winni są Ruscy, Niemcy, Żydzi lub agenci, czyli o niezbędnym koźle ofiarnym

Za psychiatrą Thomasem Szaszem „tendencja do kreowania kozłów ofiarnych i następnie rozprawiania się z nimi stanowi cząstkę ludzkiej natury. W ten sposób każda grupa szuka ocalenia przed dezintegracją. Społeczeństwo oczyszcza się przenosząc swoje lęki i konflikty na obraz mistyczny (kozła ofiarnego).”

Ryszard Kapuściński

Już w wieku szkolnym czy przedszkolnym szuka się winnego "to nie jak, to on". Instytucji kozła ofiarnego często towarzyszy teoria spiskowa. Atrakcyjna, bo jest tajemnicza, niezwykła, a opowiadajacy ją ustawia się w elitarnej grupie dobrze poinformowanych, wtajemniczonych nie-frajerów. I nie trzeba myśleć, cały wysiłek idzie w kierunku dopasowywania jakichkolwiek informacji jako potwierdzenia "spisku". Czy to z UFO czy z końcem świata, czy z kryzysem, biedą i wszelkimi niepowodzeniami. Jest odkryty spisek lub wiedza tajemna, jest wskazany winny i już nic nie trzeba robić. Bo przecież chodzi o to, by być w centrum uwagi, a nie o to, by zaradzić sytuacji.

Psycholodzy wskazują, że w każdej, nawet najmniejszej grupie społecznej przyporządkowywane są role społeczne, nawet wbrew woli zainteresowanych. Jest więc lider, jest i szara eminencja, błazen no i oczywiście czarna owca. Robi za lokalnego kozła ofiarnego. On/ona jest wszystkiemu winien, wszelkim niepowodzeniom, tym małym i tym dużym. Chyba, że akurat znajdzie się wroga zewnętrznego, wtedy wewnątrzgrupowa czarna owca może trochę odetchnąć w spokoju. Bo wtedy winnni są Ruscy, Niemcy, Żydzi, ekolodzy, studenci i kto tam tylko, kogo akurat nie lubimy.  

Ślimak to ma klawe życie, zwłaszcza w parku

W olsztyńskim Parku Centralnym już spacerują, na razie ślimaki. Ten na zdjęciu to śliniak wielki o dostojnej, łacińskiej i zarazem naukowej nazwie Arion rufus (ewentuanie to Arion lusitanicus, bo gatunki te łatwo pomylić). Gatunek synantropijny. Zjada co popadnie, nie tylko rośliny ale i czasem drobną padlinkę. Jednym słowem czyściciel.

Ślimak to ma klawe, bo powolne życie. Nigdzie się nie spieszy. Nic dziwnego, że jest w logo cittaslow. Bo liczy się nie tempo życia a jego jakość. Może w ślad za tym ślimakiem i my zaczniemy bywać w olsztyńskich parkach, ożywiając w ten sposób przestrzeń publiczną?