
W tradycyjnym modelu uczony jest przyzwyczajony do tego, że reprodukuje samego siebie: prowadzi badania, przez nie rozwija swą ofertę dydaktyczną, jest elementem intelektualnej elity kraju (regionu) i spotyka równie ambitnych młodych ludzi z poczuciem elitarności, z całego świata (przynajmniej w założeniach).
I tym studentom "przekazuje swoją pałeczkę" – odtwarza podobnego sobie uczonego.
Współczesny student jest już innym odbiorcą wiedzy. Przy masowości kształcenia trafia się średnia przeciętna populacji. Kiedyś byli to głównie bogaci (mieli pieniądze na studia i utrzymanie) lub zdolni i pracowici (potrafili dorobić swoją wiedzą na utrzymanie i naukę, lub zdobyć stypendium). Współcześnie obok wcześniej wymienionych dużo jest studentów normalnych, z przeciętnymi zdolnościami, z przeciętną zasobnością kieszeni własnej lub rodziców.
Dawniej uczelnia otrzymywała studentów mniej więcej już ukształtowanych i kompetencyjnie dojrzałych do samorozwoju i odpowiedzialności za siebie i swoją edukację. Matura rzeczywiście była egzaminem dojrzałości. Współcześnie uczniowie mają lekkie życie, mało obowiązków, mało trudności, w rezultacie okres pełnego psychicznego dojrzewania się opóźnił. Na studia przychodzą niejednokrotnie studenci jedynie nominalnie pełnoletni, a często jeszcze społecznie nie do końca dojrzali. Tak więc uczelnia nie dostaje 100% kandydatów już ukształtowanych. Wielu dopiero na studiach dojrzewa do odpowiedzialności za siebie samego i swoją edukację, za swoje życie. Nauczycielom akademickim jest trudniej niż dawniej, muszą wykazać się zupełnie nowymi umiejętnościami dydaktycznymi. Nie wystarczy tylko odpytywać, trzeba jeszcze wszczepić motywację i nauczać.
W szkole, ale i nawet na uczelniach wyższych, w zdecydowanie zbyt dużym stopniu uczy się definicyjnie. W rezultacie uczeń/student nie stara się czegoś zrozumieć tylko coś przyswoić (zapamiętać). Bardzo wyraźnie widać to na przykład na Wikipedii (pisana głównie przez licealistów i studentów), gdzie w ramach wolnej encyklopedii gromadzone są luźne informacje bez ich zrozumienia, kontekstu itd. Wikipedia stwarza tylko wrażenie encyklopedii naukowej.
Jak się przyswaja definicje to się zjawiska nie rozumie (delikwent potrafi z pamięci odtworzyć definicje ale nie rozumie w pełni jej sensu). Uczenie się definicji (zestawu pojęć danej dyscypliny) pobudza zaledwie do kondycji intelektualnej. Definicja może być jedynie punktem wyjścia do rozważań. A tych dyskusji i przemyśleń – po prostu z braku czasu i sił i nadmiaru informacji do pamięciowego ogarnięcia – brakuje. Pozostaje tylko po łebkach zapoznać się z wyrywkową definicją.
Ale po co więcej, jeśli nie można głębiej? Bo w tym sensie więcej znaczy mniej: więcej powierzchownych i niezrozumiałych informacji oznacza mniej wiedzy.
Dawniej każdy młody człowiek chciał rozwijać naukę – teraz chcą mieć pracę. Ale wspołcześnie ta praca wymaga kreatywności i ciągłego uczenia się. W pewnym sesie nie rózni się to od typowej pracy naukowe, też bazującej na kreatywności. Żeby się rozwijać (naukowo lub zawodowo) trzeba pokazać białe plamy w kontekście całości. Trzeba samodzielnie szukać materiałów, trzeba w końcu samodzielnie je interpretować.
Co to jest wykształcenie? Jak ktoś już trafnie zauważył „dobre wykształcenie to jest to, co zostaje, kiedy się zapomni wszystko, co było mówione na wykładach.”
Pozostaje zrozumienie problemu, mimo, że nie pamięta się już definicji. To jest tylko pozorne zapominanie. Ulatulą mało ważne szczegóły a zostaje najważniejsza treść. Zatem w kształceniu uniwersyteckim należałoby się skupić na tym co mniej widoczne i co trudniej egzekwować – na rozumieniu. W przestawianiu się na taką dydaktykę pomóc mogą Krajowe Ramy Kwalifikacji. Tylko czy i jak szybko z tego procesu reformowania skorzystamy w Olsztynie? I w jakim zakresie? Czy nauczymy się definicji czy też czegoś znanie ważniejszego…
Jest o czym rozmyślać w czasie urolpu – bo naukowiec tak jak każdy twórca (np. pisarz) ciągle jest w pracy :). Mózgu się nie wyłącza.