Jak zostać ekspertem?

„Każdy ekspert musi mieć dziś wiedzę z dwóch dziedzin – własnej, merytorycznej, i porozumiewania się z innymi. Bo żeby projekt ruszył, musi zostać fajnie wymyślony i zebrać zwolenników. Jeśli którejś z tych rzeczy nie potrafisz, nie jesteś ekspertem naszych czasów.”

Miłosz Brzeziński

Coś dla podróżujących – gdzie teraz się wybrać?

No to gdzie teraz udać się z Warmii na wycieczkę wakacyjną? Co zobaczyć, czego doświadczyć, co przeżyć? Wszędzie ciekawie, byleby tylko zatrzymać się i zgłębić lokalność, poznać odmienność, zrozumieć przeszłość i teraźniejszość. I wrócić z tymi doświadczeniami, aby lepiej rozumieć siebie, współczesność i… przyszłość.

Życie jest jak dmuchawiec, szybko przemija…

dmuchawiec

Życie jest jak dmuchawiec na łące – szybko przemija. I zdawałoby się, że nic nie zostaje, wiatr porozwiewa. Ale nasiona, unoszone z podmuchami gdzieś tam docierają i nowe rośliny powstają. Życie przemija, ale pozostaje to, co ofiarowaliśmy innym.

W trumnie nie ma schowka na pieniądze. Jakże wiele z naszych zabiegów jest bezsensowna. Co nam ze „skarbów” – nie zabierzemy ich ze sobą. Zostaną natomiast po nas dobre słowa i dobre uczynki – nie widoczne, gdzie indziej wydadzą rzeczywisty, a nie tylko pozorny, plon.

Plaga much na Mazurach?

namolkaOstatni dzień (przedurlopowy) w pracy zakończył się nagłymi telefonami z telewizji i ogólnopolskiej popularnej gazety. Poszło o plagę much w okolicach wsi Rybno koło Mrągowa oraz w Sorkwitach. Przez telefon trudno było mi zidentyfikować owada, wzbudzającego medialne zainteresowanie. Kilka much przywiozła w samochodzie (na gapę) ekipa telewizyjna. Mogłem więc sam sprawcę plagi zobaczyć i zidentyfikować.

Okazało się, że to zwykła mucha domowa, taka namolna mucha , jaka jedna lata u mnie w domu. Ale tam ponoć są miliony. Najprawdopodobniej jest to efekt pogody, chronią się przed deszczem do domostw (nagrzane ściany). Po drugie sprzyjająca pogoda i masowy wylęg. Ale chyba zapomnieliśmy, że to był kiedyś normalny widok na wsi, teraz odwykliśmy i wszystko dla nas jest sensacją i plagą. Sam pamiętam kilka sytuacji pod namiotem, gdy przed deszczem masa much (i innych owadów) nałaziła, że aż strach. Dla mieszczucha to widok niecodzienny. Teraz odwykliśmy – w miastach stosujemy worki na śmieci, nie ma otwartych, gnijących i wilgotnych resztek organicznych czy nawozu świńskiego. Ale mniej owadów to i mniej jedzenia dla ptaków…

Mucha domowa to gatunek synantropijny, związał się z hominidami jeszcze w Afryce. A potem wraz z człowiekiem rozprzestrzenił się po całym świecie. Rozwija się w wilgotnych, gnijących resztkach organicznych (larwy) z preferencją do nawozu świńskiego. Dorosłe zlizują wilgotne płyny, zarówno z kału jak i żywności – dlatego roznosić mogą bakterie chorobotwórcze. Stąd być może zaniepokojenie Sanepidu plagą much w okolicach Dąbrówna.

Kiedyś zastanawiałem się dlaczego ludzie mieszkali w kurnych chatach – przecież tam jak w wędzarni. Ale teraz to „zacofanie” inaczej odbieram. Dym mógł być środkiem odstraszającym owady. To co dzisiaj wydaje się nam zacofaniem, dawniej mogło być racjonalnym i sensownym rozwiązaniem. Tylko my teraz żyjemy w innych warunkach i nie rozumiemy przeszłości.

U mnie w domu fruwa sobie jedna mucha domowa. I nic jej nie grozi – z sentymentu jest pod ochroną. Dawniej, w czasach szczenięcych – lubiliśmy spać na sianie w stodole – nie było po prostu tam much, łaskoczących a przez to nie dających spać :).

Ciężkie jest życie owada we współczesnym świecie. Miliardy giną na maskach samochodów. I nawet domowego świerszcza już nie można za piecem spotkać – zmieniło się budownictwo. A my boimy się tego, czego nie znamy i nie rozumiemy. Zamiast odruchowo tępić może lepiej poznać?

ps. W przypadku plagi much w Rybnie i Sorkwitach sprawdziłbym okoliczne chlewnie, bo to one być może są źródłem plagi :). Są dostępne preparaty i biologiczne także, które zlikwidują „plagę” w zarodku.

Uczony jako reproduktor czyli więcej znaczy mniej

W tradycyjnym modelu uczony jest przyzwyczajony do tego, że reprodukuje samego siebie: prowadzi badania, przez nie rozwija swą ofertę dydaktyczną, jest elementem intelektualnej elity kraju (regionu) i spotyka równie ambitnych młodych ludzi z poczuciem elitarności, z całego świata (przynajmniej w założeniach).
I tym studentom "przekazuje swoją pałeczkę" – odtwarza podobnego sobie uczonego.

Współczesny student jest już innym odbiorcą wiedzy. Przy masowości kształcenia trafia się średnia przeciętna populacji. Kiedyś byli to głównie bogaci (mieli pieniądze na studia i utrzymanie) lub zdolni i pracowici (potrafili dorobić swoją wiedzą na utrzymanie i naukę, lub zdobyć stypendium). Współcześnie obok wcześniej wymienionych dużo jest studentów normalnych, z przeciętnymi zdolnościami, z przeciętną zasobnością kieszeni własnej lub rodziców.

Dawniej uczelnia otrzymywała studentów mniej więcej już ukształtowanych i kompetencyjnie dojrzałych do samorozwoju i odpowiedzialności za siebie i swoją edukację. Matura rzeczywiście była egzaminem dojrzałości. Współcześnie uczniowie mają lekkie życie, mało obowiązków, mało trudności, w rezultacie okres pełnego psychicznego dojrzewania się opóźnił. Na studia przychodzą niejednokrotnie studenci jedynie nominalnie pełnoletni, a często jeszcze społecznie nie do końca dojrzali. Tak więc uczelnia nie dostaje 100% kandydatów już ukształtowanych. Wielu dopiero na studiach dojrzewa do odpowiedzialności za siebie samego i swoją edukację, za swoje życie. Nauczycielom akademickim jest trudniej niż dawniej, muszą wykazać się zupełnie nowymi umiejętnościami dydaktycznymi. Nie wystarczy tylko odpytywać, trzeba jeszcze wszczepić motywację i nauczać.

W szkole, ale i nawet na uczelniach wyższych, w zdecydowanie zbyt dużym stopniu uczy się definicyjnie. W rezultacie uczeń/student nie stara się czegoś zrozumieć tylko coś przyswoić (zapamiętać). Bardzo wyraźnie widać to na przykład na Wikipedii (pisana głównie przez licealistów i studentów), gdzie w ramach wolnej encyklopedii gromadzone są luźne informacje bez ich zrozumienia, kontekstu itd. Wikipedia stwarza tylko wrażenie encyklopedii naukowej.

Jak się przyswaja definicje to się zjawiska nie rozumie (delikwent potrafi z pamięci odtworzyć definicje ale nie rozumie w pełni jej sensu). Uczenie się definicji (zestawu pojęć danej dyscypliny) pobudza zaledwie do kondycji intelektualnej. Definicja może być jedynie punktem wyjścia do rozważań. A tych dyskusji i przemyśleń – po prostu z braku czasu i sił i nadmiaru informacji do pamięciowego ogarnięcia – brakuje. Pozostaje tylko po łebkach zapoznać się z wyrywkową definicją.
Ale po co więcej, jeśli nie można głębiej? Bo w tym sensie więcej znaczy mniej: więcej powierzchownych i niezrozumiałych informacji oznacza mniej wiedzy.

Dawniej każdy młody człowiek chciał rozwijać naukę – teraz chcą mieć pracę. Ale wspołcześnie ta praca wymaga kreatywności i ciągłego uczenia się. W pewnym sesie nie rózni się to od typowej pracy naukowe, też bazującej na kreatywności. Żeby się rozwijać (naukowo lub zawodowo) trzeba pokazać białe plamy w kontekście całości. Trzeba samodzielnie szukać materiałów, trzeba w końcu samodzielnie je interpretować.

Co to jest wykształcenie? Jak ktoś już trafnie zauważył „dobre wykształcenie to jest to, co zostaje, kiedy się zapomni wszystko, co było mówione na wykładach.”

Pozostaje zrozumienie problemu, mimo, że nie pamięta się już definicji. To jest tylko pozorne zapominanie. Ulatulą mało ważne szczegóły a zostaje najważniejsza treść. Zatem w kształceniu uniwersyteckim należałoby się skupić na tym co mniej widoczne i co trudniej egzekwować – na rozumieniu. W przestawianiu się na taką dydaktykę pomóc mogą Krajowe Ramy Kwalifikacji. Tylko czy i jak szybko z tego procesu reformowania skorzystamy w Olsztynie? I w jakim zakresie? Czy nauczymy się definicji czy też czegoś znanie ważniejszego…

Jest o czym rozmyślać w czasie urolpu – bo naukowiec tak jak każdy twórca (np. pisarz) ciągle jest w pracy :). Mózgu się nie wyłącza.

Teraźniejszość z przeszłości czyli o wartości wiedzy i regionalnym zakorzenianiu się

„Z przeszłości rodzi się teraźniejszość i przyszłość. Z doświadczeń minionych pokoleń można czasem wyciągnąć naukę i dla siebie. Co z powyższych wspomnień można czasem wysnuć? Zdaje mi się, przede wszystkim to, że fortuna kołem się toczy, że wszystko to, co materialne, w proch się obraca. Jedynym dobrem, które trzeba zdobywać, to wykształcenie, a jedynym dobrem, o którego zachowanie trzeba walczyć, to dobre imię, kultura wewnętrzna i zewnętrzna, przekazana przez pokolenia.”

Helena z Jaczyńskich Roth („Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów Wschodnich”, Wyd. Literackie, 2011.)

Warto się kształcić formalnie, nieformalnie, pozaformalnie. I warto ocalić od zapomnienia doświadczenia własnego pokolenia, nawet jeśli jest to sadzenie kwiatków i czynienie świata pięniejszym. Jeszcze lepiej, gdy jest to utrwalone. Zapisujmy więc papierowo i elektronicznie, malujmy, chrońmy w muzeach i w postaci przydrożnych obelisków. 

Azjaci pod reszelskim zamkiem, do broni (do kos)!

barszczreszelZwiedzając reszelski zamek z niepokojem zauważyłem pod murami azjatyckich agresorów! Owi najeźdźcy widoczni na zdjęciu – to barszcz Sosnowskiego
(Heracleum sosnowskyi) czasami nazywany także barszczem kaukaskim. To olbrzymia roślina zielna z rodziny baldaszkowatych (Umbeliferae, z tej samej rodziny co cykuta czyli szalej jadowity).

Jest to w Polsce gatunek obcy i inwazyjny, groźny zarówno dla rodzimej przyrody jak i dla człowieka. Niech zdjęcie z Reszla będzie dzwonem na alarm i trwogi: obcy pod murami! Uznany jest ten gatunek za antropofita (wprowadzony przez człowieka), tak jak wcześniej opisywane rumianki. Ale w przeciwieństwie do wspomnianych chwastów leczniczych nic dobrego z obecności barszczu kaukaskiego nie wynika.

Jak sama nazwa wskazuje barszcz Sosnowskiego pochodzi z Kaukazu, w Europie Wschodniej i Środkowej pojawił się w połowie XX wieku (w ogrodach Europy Zachodniej uprawiany był już w XIX w. jako roślina ozdobna), najpierw za sprawą samego człowieka. Barszcz Sosnowskiego traktowany był jako roślina pastewna, dlatego obsiewano nim polach także i u nas. Ale pojawiły się problemy z uprawą i szkodliwością dla zdrowia człowieka. Upraw zaniechano ale przybysz pozostał i mimo zwalczania rozprzestrzenia się w sposób niekontrolowany. Niech nie zwiedzie nas jego uroda.

Barszcz Sosnowskiego preferuje siedliska wilgotne, o kwaśnym odczynie gleby, często spotkać można tę roślinę przy strumieniach, rzekach i nad brzegami jezior. Jako gatunek inwazyjny i obcy jest bardzo ekspansywny. Często tworzy zwarte łany, eliminując wszystkie inne gatunki roślin (a przynajmniej mocno je ograniczając np. przez zacienianie). To jest właśnie groźne dla naszej rodzimej flory. Nie zwalczany może opanować setki hektarów.

Na dodatek barszcz Sosnowskiego zawiera związki chemiczne zwane furanokumarynami. Przy silnym nasłonecznieniu i działaniu światła ultrafioletowego, furanokumaryny ulegają przemianom i powstają z nich substancje o silnie parzącym działaniu. Tak więc barszcz z Kaukazu staje się szczególnie zjadliwy w czasie pięknej, słonecznej pogody. Poparzenia powoduje zarówno kontakt z rośliną jak i z jej sokiem. W miejscach kontaktu skóry z sokami rośliny, pod wpływem promieniowania słonecznego, pojawiają się bąble, (tak jak przy oparzeniach), przechodzące czasem w ropiejące rany, a w najgorszych przypadkach nawet dochodzi do martwicy skóry.

W upalne dni barszcz Sosnowskiego wydziela lotne olejki eteryczne, które wdychane w większych stężeniach mogą wywoływać zawroty głowy, wymioty a nawet zaburzenia świadomości.

Może i pięknie wygląda ta okazała roślina pod murami reszelskiego zamku, ale wieje grozą, tak jak podczas oblężenia. Ziele niczym zagony tatarskich nomadów, oblega zamkowe mury. Za sprawą roślin stworzyć można klimat średniowiecznych zagrożeń najazdami obcych :).

Bociany w cittaslow

bocianreszel

Reszel zaskoczył mnie już przy samym wjeździe do miasta. Zobaczyłem gnieżdżące się bociany w samym mieście! Zaiste, Reszel to autentyczne cittaslow! Zachowany stary układ średniowiecznego miasta, z zamkiem, przepięknym kościołem, przyulicznymi kapliczkami. I co najważniejsze, udało się wypić poranną kawę. Z przepysznym sernikiem…

I w Reszlu także sporo odnowionych kamieniczek, stylowy ratusz, przytulny ryneczek i jakże typowe… tablice „unijne”, wskazujące na źródło dofinansowania. Mam wrażenie, że małe miasteczka i wioseczki w znakomitym stylu potrafią korzystać z funduszy unijnych.

Gniazdujące bociany kojarzyły mi się do tej pory z przygranicznymi wioskami, takimi jak Żywkowo, Lwowiec, Dzietrzychowo. Reszel przypomniał mi także Dobre Miasto z bocianim gniazdem na wieży. I jakże już „pospolite” głosy żurawi, dobiegające z wielu zakątków Warmii i Mazur.

Moja mała ojczyzna regeneruje się nie tylko przyrodniczo, ale także i pamięcią historyczną. Usilną pracą, publikacjami, spotkaniami, festynami wiejskimi odbudowywane są w zbiorowej pamięci dawne losy tej ziemi i ludzi tu niegdyś mieszkających. Coraz silniej teraźniejszość zakorzenia się w przeszłości a przyszłość czerpie i z przeszłości i z teraźniejszości.

Przeogromna chęć i potrzeba opisania i obfotografowania tego wszystkiego, aby słowem i obrazem opisując zachować dla potomnych, aby podzielić się radością, płynącą z piękna przyrody i piękna ludzi spokojnie żyjących… Do kontestacji tegoż piękna trzeba jednak zwolnić, zatrzymać się. Z okien szybko jadącego samochodu niewiele widać, niewiele czuć.

O tym jak Unia Europejska zmienia warmińską wieś

W zasadzie mógłbym pisać o zmianach polskiej wsi, ale na codzień widuję warmińską wieś, więc napiszę na bazie swoich doświadczeń. Niedawno zrobiłem sobie rowerową, dłuższą wycieczkę po warmińskich wsiach i miasteczkach. Wybierałem drogi mniej uczęszczane, z przepięknymi lipowymi alejami, gdzie nawet ślimaki wędrują po asfalcie. Zajeżdżałem do wiosek, gdzie nie dociera żaden publiczny transport, czyli do takich gdzie wrony zawracają a diabeł mówi dobranoc. Jednym słowem głęboka, zapyziała prowincja (zabita dechami)…

Ale tej zapyziałości na warmińskiej prowincji nie widać. Już w latach poprzednich widziałem piękniejące wsie i wioseczki, z coraz licznejszymi kwiatami, zadbanymi podwórkami, z odmalowanymi i ukwieconymi kapliczkami i przydrożnymi krzyżami. Ale w tym roku zaskoczyły mnie wiejskie place zabaw. I coraz liczniejsze tabliczki informacyjne z flagą Uni Europejkiej, informujące o źródle finansowania. Widziałem te unijne tabliczki przy zabytkach, szkołach, przedszkolach jak i na wspomnianych wiejskich placach zabach (na zdjęciu wyżej plac zabaw w Skajbojtach), których i mieszczuchy mogliby pozazdrościć.

Unia Europejska odniemiła naszą wieś. Już cetrum kulturalnym i miejscem spotkań nie jest odrapany przystanek autobusowy. Nie sprawdziły się kasandryczne przestrogi eurosceptyków – niezwykle skorzystaliśmy z przystąpienia do Unii Europejskiej. Te ogromne pieniądze pomocowe, znacząco wspomagają nie tylko rozwój gospodarczy ale i niewątpliwy rozwój kulturalny oraz stan estetyczny nawet najmniejszych wioseczek.

Wedle słów partyjnego wierszoklety pana Rymkiewicza jestem europejskim "kolaborantem". Tak, drogi panie Rymkiewiczu w pełni akceptuję Polskę w Unii Europejskiej i jestem dumny z takiego "kolaboranctwa". Traktuję ponadto Unię Europejską, wspólna Europę, jako odpowiedzialność a nie jako urząd pomocy społecznej. Bo jestem obywatelem, jestem Warmiakiem, jestem Polakiem i jestem Europejczykiem. I dumny jestem z tych zmian, jakie zachodzą na naszej dalekiej, "wsiowej" i warmińskiej prowincji. Nie jesteśmy zakompleksionymi ksenofobami. Europa to nasze wyzwanie i dziedzictwo, nic polskości nie ujmujące.