Nieszczebla czy skąpowłos? Słów kilka o monitoringu i zarządzaniu zasobami przyrody

Duża liczba osób przyrodniczo wykształconych oraz powszechna dostępność do technologii IT umożliwia zupełnie nową jakość w monitoringu stanu środowiska a w konsekwencji sensowne zarządzanie zasobami przyrody. To jest oczywiście potencjał, ale czy potrafimy go wykorzystać?

Przeglądałem prace Dziędzielewicza z końca XIX w. i początków XX, pisane jako "sprawozdania zoologiczne z wycieczek". Fascynująca lektura z zamieszczonymi licznymi informacjami o spotykanych gatunkach, m.in. chruścików. Były to proste wykazy z ciekawą opowieścią. Wtedy osób, które mogły czynić takie notatki, było niewiele. Wdrażanie się do aktualnej wiedzy entomologicznej było żmudne i czasochłonne. Teraz jest dużo łatwiejsze z wielu względów.

Wyżej zamieszczone jest zdjęcie otrzymane od p. Roberta Gawrońskiego, wykonane pod koniec maja 2011 w Lasach Taborskich, nad dystroficznym jeziorkiem koło Rusi. Przedstawia parę chruścików Oligotricha striaria. Dostępność i łatwość wykonania cyfrowych zdjęć, a potem możliwość wysłania via internet do specjalisty celem identyfikacji, czy tylko wykorzystanie zasobów internetowych do identyfikacji, umożliwia znacznie dokładniejsze i powszechniejsze "inwentaryzowanie" gatunków roślin i zwierząt. Już nie tylko zbiory typowo entomologiczne ale zwykłe zdjęcia w czasie spacerów i wycieczek, dokumentowanie miejsca i daty stanowią drobne kroczki do obserwowania przyrody i jej stanu. Każdy może być naukowcem i w mniejszym czy większym stopniu uczestniczyć w sensowynch badaniach i inwentaryzacjach (nie tylko ornitologicznych).

Specjalistów, zawodowo zajmujących się np. chruścikami, jest niewielu. Nie są w stanie dotrzeć do wielu miejsc w kraju. Dobrym uzupełnieniem mogą być obserwacje przyrodniczo wykształconych osób. Bo dają informacje może niekompletne i wyrywkowe, ale za to z bardzo wielu miejsc i sytuacji. Jeśli te luźne informacje zebrać w dużą bazę danych, to umożliwi się wyznaczanie sensownych zasięgów występwania, dokumentowania zmian zasięgu np. wraz z przekształceniami antropogenicznymi czy klimatycznymi. Nasza wiedza o środowisku może być większa. Potrzebna jest tylko praca zespołowa… wspomagana technologią.

Oligotricha striata to chruścik związany z wodami dystroficznymi, w szczególności lekko kwaśnymi, torfowiskowymi i śródleśnymi zbiornikami wodnymi. Ustalenie polskiej nazwy dla tego gatunku jest nieco kłopotliwe, bowiem zmieniały się obowiązujace nazwy rodzajowe. Dla dawnej nazwy Neuronia obecnie jest kilka różnych nazw i osobnych gatunków. Wymyślaniem polskich nazw zajmowali się entomolodzy pod koniec XIX w., uzupełniając już istniejące, tradycyjne nazewnictwo ludowe o gatunki "odkrywane" dla obiegu informacji. Na skutek słabszych i wolniejszych możliwości wymiany informacji między entomologami z Europy i świata, w tamtym czasie często zmieniały się obowiązujace nazwy naukowe (łacińskie), w wyniku dokonywanych rewizji i porzadkowania systematyki. W przypadku chruścika ze zdjęcia możemy albo dociekać czy Dziedzielewicz i inni entomolodzy nadali mu już polską nazwą, albo wymyślić ją teraz. Nazwy wiesczyca i wieszczka są już zarezerwowane dla innych gatunków z tej rodziny (czytaj więcej). W opracowaniu Erazma Majewskiego dla nazwy Oligoneuria możemy odnaleźć takie oto słowa (za Dziędzielewiczem i Nowickim): małożyłka, nieszczebla, nieszczeblica, pojawka. Szkałem w publikacjach Dziedzielewicza tych nazw, aby sprawdzić czy czasem nie dotyczą interesującego nas chruścika. Nie znalazłem, ale nie mam wszystkich jego prac.

Myślę, że Oligotricha striata może nosić polską nazwę skąpowłos dystroficzny. Będzie ona oddawała obecnie obowiązującą nazwę łacińską jak i siedlisko życia larw.

Dlaczego zabiegi o polską nazwę? Bo polskie nazwy są bardziej akceptowane przez przyrodników-wolontariuszy. Jeśli więc miałaby rozwijać się sensowna współpraca w inwentaryzowaniu chruścików Polski, to warto pomyśleć nie tylko o technologii informatycznej, GPS, GIS i innych technikaliach, ale i przyjaznych dla ludzi nazwach, dobrze skorelowanych z obowiązującymi nazwami naukowymi. Bo wymiana informacji w skali międzynarodowej odbywać się może tylko z wykorzystaniem nazw naukowych (łacińskich). Polskie nazwy zrozumiałe są tylko dla Polaków :). Ale niech i inne nacje znają, że Polacy nie gęsie ale własne nazwy gatunkowe mają (co oznaczać będzie ich wykorzystywanie a więc i aktywne zainteresowania entomologiczne).

Do racjonalnego i sensownego zarządzania zasobami przyrody potrzebna jest drobiazgowa i kompletna wiedza o środowisku w każdym miejscu, przynajmnije w miejsu, gdzie realizowane sa róznorodne inwestycje. Tej wiedzy stanowczo nam brakuje. Konieczne jest tworzenie wygodnych baz danych (to zapewnia technologia informatyczna) oraz zbieranie ogromnych ilości danych cząstkowych z różnych miejsc. Temu drugiemu zadaniu sami naukowcy akademiccy nie sprostają. Znaczący wkład mogą wnieść wolontariusze – wykształceni przyrodniczo obywatele. Potrzebujemy siebie nawzajem, aby ekspertyzy oddziaływania na środowisko trzymały się "ziemi" i aby gospodarowanie zasobami przyrody było sensowne a nie tylko formalno-biurokratyczne.

Żagniczka wiosenna i bioróżnorodność Żuław

asznaPowoli zbliżam się do końca zbierania materiału i podsumowania, dotyczącego siedliskowego zróżnicowania rozmieszczenia chruścików w wodach Polski. Z dużego materiału i bardzo różnorodnego chciałbym opracować referencyjne  zgrupowania chruścików dla wód płynących Polski (jako wzorcowy punkt odniesienia, ułatwiający biomonitoring i ocenę stanu ekosystemu). To najpilniejszy element ważny dla monitoringu wód, w którym uwzględnianie są chruściki. Potem przyjdzie czas na jeziora, drobne zbiorniki i źródła. I pora będzie wszystko podsumować w zbiorczej monografii (razem z kluczem do oznaczania i pełniejszą charakterystyką gatunków).

Tymczasem jednak w terenie odwiedzam nowe miejsca i poznaję nowe, środowiskowe sytuacje (aby obraz chruścikowej mapy Polski był pełen). W maju poszukiwania zaprowadziły mnie na Żuławy. Rozmyślając o Wikingach i Prusach z Truso, o Krzyżakach, o Holendrach i wielowiekowych naturalnych i antropogenicznych przekształceniach Żuław, własnoocznie poznawałem specyfikę przyrody Żuław. Spodziewałem się monotonnych rowów i kanałów… a tymczasem…

Majowy wyjazd zaskoczył mnie kilkoma przyrodniczymi ciekawostkami. Jedną z nich był masowy wylot żagniczki wiosennej (Brachytron pratense). Aparat cyfrowy i łącze internetowe w prosty sposób ułatwiają identyfikację gatunkową. Jeśli jest się kogo zapytać, wtedy praca z atlasem czy kluczem do oznaczania idzie znacznie łatwiej. Ja konsultowałem się ze specjalistą-odonatologiem z Lublina (dr Paweł Buczyński). Nowoczesne technologie ułatwiają poznawanie świata. Byleby tylko nie zabrało ciekawskich do podglądania przyrody w każdym zakątku. I oczywiście kluczem jest praca zespołowa.

Pośród wielu rowów (zdjęcie niżej) w krajobrazie rolniczym na Żuławach jest i dużo większych rzek, z miejscami bardzo naturalnymi. Wyżej na zdjęciu Wisła Królewiecka, z bogatą fauną nie tylko chruścików, ale i ważek, muchówek, motyli na przybrzeżnych łąkach i… mnóstwa płazów i ptaków.

brachytronŻuławy wodą stoją. W tym krajobrazie rolniczym, ciągle się zmieniającym, w gruncie rzeczy wód różnego rodzaju jest dużo (dużo więcej niż mogłoby się wydawać). Na dokładne zbadanie potrzeba byłoby znacznie więcej czasu i bardzo dużego zespołu hydrobiologicznego. Na razie uczestniczę ze swoim, małym fragmentem  w badaniach, koordynowanych przez naukowców z Gdańska i organizacje pozarządowe z Żuław. Do tej pory znałem chruściki i ekosystemu wodne jedynie z sąsiedztwa: z Wysoczyzny Elbląskiej (wzniesienia Elbląskie), Pojezierza Mazurskiego oraz – z drugiej strony Żuław – z jezior i rzek Pojezierza Pomorskiego. Ekosystemy wodne Żuław zdecydowanie są inne… również skład gatunkowy i typowe zgrupowania wydają się być inne.

We współpracy z Fundacją Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego prowadzę pilotażowe badania na Żuławach (rozległy obszar i dla mnie nieznany). Naukowcy z Gdańska chcieliby stworzyć docelowo duży i zintegrowany program badań delty Wisły. Na razie łączą ze sobą różne nitki i drogi finansowania:

http://www.frug.ug.edu.pl/?roznorodnosc-przyrodnicza-zulaw-gdanskich-i-wielkich,79

http://www.frug.ug.edu.pl/?roznorodnosc-przyrodnicza-w-wodach-srodladowych-zulaw-elblaskich,81

http://www.frug.ug.edu.pl/?walory-krajobrazowe-i-kulturowe-wodnych-ukladow-zulaw-elblaskich,82

Po wstępnym rozpoznaniu może pojawi się szerszy program, łączący nie tylko różne dziedziny nauk podstawowych, ale i łączący elementy przyrodnicze z społecznymi i kulturowymi oraz łączący nauki podstawowe z praktycznym działaniem nie tylko ochroniarskim. Egzotyka turystyczna Żuław wydaję się kusząca… na przykład z perspektywy pływania kajakiem czy wycieczek konnych lub rowerowych.

Energia odnawialna i ekorozwój w praktyce

ozemoltawa

Przyrodnicy chętniej posługują się terminem „ekorozwój”, ekonomiści natomiast – „rozwój zrównoważony”. W obu przypadkach chodzi o szersze spojrzenie na ekologię i ekonomię, które notabene mają ten sam grecki rdeń słowny: oikos (dom). Ekorozwój nie jest bajką o szklanych domach. To trwały rozwój, bo zrównoważony i oparty na realistycznych podstawach. To zwównoważenie pomiędzy zasobami przyrody, potrzebami ludności i potencjałem gospodarczym. Lub inaczej rzecz ujmując – zrównoważenie pomiędzy potrzebami krótkoterminowymi i potrzebami przyszłych pokoleń. Jeśli któryś z elemetów pomijamy, to kłopoty się zawsze pojawią, prędzej czy później. Nie da się chronić przyrody bez zaspokojenia potrzeb ludności, nie da się rozwijać gospodarki przy zdewastowanej przyrodzie itd. Nie jest etycznym okradanie przyszłych pokoleń rabunkową gospodarką i filozofią „po nas choćby potop”… bo nie jesteśmy okupantami na cudzej ziemi. Jesteśy u siebie, a przyszłe pokolenia to nasze dzieci i wnuki.

W sensie globalnym skazani jesteśmy na energię odnawialną z dwóch powodów. Po pierwsze z powodu coraz bardziej dokuczliwego przyrodniczo i ekonomicznie efektu cieplarnianego (nie ma co udawać, że go nie ma i że ewentualnie to z winy krasnoludków). Po drugie z powodu wyczerpywania się zasobów nieodnawialnych źródeł energii. Myśląc perspektywicznie trzeba po prostu systematycznie rozwijać i eksperymentować z energetyką ze źródeł odnawialnych. Bo tego nie da się zrobić w rok… gdy zajdzie bardzo pilna potrzeba.

W większości energia odnawialna jest jeszcze droższa od konwencjonalnej, opartej na węglu, ropie czy gazie. Tyle tylko, że koszty energii ze źródeł nieodnawialnych systematycznie rosną (cena jednostkowa dla odbiorcy także) natomiast w wyniku postępu technologicznego cena energii odnawialnej (w sensie ze źródeł odnawialnych) ciągle spada. Co więcej, energia uzyskiwana z biomasy jest już nawet tańsza od wielu innych źródeł. Przyszłość więc da się łatwo przewidzieć.

W sensie globalnym nie ma znaczenia z jakich źródeł energię odnawialną będziemy pozyskiwali. Inna jest jednak perspektywa lokalna. Budowane u nas wiatraki w bardzo małym stopniu są dla nas gospodarczo korzystne. A to dlatego, że kupujemy „obcą” technologię i w wielu przypadkach inwestują u nas duże firmy zewnętrzne. W rezultacie pieniądze za energię wędrują gdzie indziej. Tak samo, gdy wykorzystujemy energię z węgla – pieniądze z Warmii i Mazur wędrują na Śląsk. Każdy transport czy to surowców energetycznych czy samej energii wiąże się ze stratami i większym obciążeniem całej planety (emisja gazów w wyniku transportu). Najkorzystniej więc wytwarzać energię blisko miejsc użytkowania.

Inną perspektywę daje wykorzystanie biomasy. Bo pracę ma rolnik, uprawiający roślny (np. wierzbę), pracę mają firmy remontujące i obsługujące maszyny, potrzebne do corocznego zbioru i przetwarzania biomasy. Tak więc pieniądze ze sprzedaży energii w dużym stopniu zostają na miejscu i generują miejsca pracy. Potrzeby przyrody łączą się z potrzebami lokalnej społeczności. To praktyczne zrównoważenie potrzeb ekologicznych z potrzebami społeczności. Pozostaje jeszcze trzeci element – ekonomia.

Gdybyśmy kiedyś inwestowali w badania nad energią z wiatru, teraz sprzedawalibyśmy nie tylko energię ale przede wszystkim technologię. Badania naukowe w dłuższej perspektywie przynoszą korzyści ekonomiczne. Warto, aby teraz nie przespać okazji i włączyć się sensownie w rozwój technologii pozyskiwania energii z biomasy. I takie badania trwają, nawet w Olsztynie (co mnie osobiście cieszy). Nie należy się jednak spodziewać gotowych i rewelacyjnych technologii w ciągu roku. Pierwsze samochody czy telefony komórkowe też były toporne i kosztowne.

Na zdjęciu wyżej widok z Żuław. Zmieniający się nieustannie krajobraz rolniczy. A na koniec filmik o energii odnawialnej z telewizji internetowej:

http://www.telewizjaolsztyn.pl/embed/L21lZGlhL2ZsZXN6b2RuYXdpYWxuZV96cm9kbGFfZW5lcmdpaTIzMDUyMDEyLm1wNA==

Lotnica zyska w Łężanach. Tytuł jak z tabloidu?

lotnicazyska

Nazwy i słowa mogą być mylące, jeśli potraktujemy je powierzchownie i bez wnikania w sens czy znaczenie. Tytuł wpisu może być niezrozumiały dla wielu. Bo o jaką lotnicę chodzi i co ona ma zyskać w Łężanach na Warmii? Lotnisko tam jakieś budują? Pałac zmienił właściciela czy może spadkobierca się o swoje upomina? W tytule zawarta jest nazwa gatunkowa motyla, znajoma jedynie dla nielicznych, dla entomologów i lepidopterologów (lepidopterolog to taki entomolog, który zajmuje się motylami, po łacinie zwanymi Lepidoptera). Dla większości zjadaczy powszedniego chleba nazwa bardziej kojarzyć się będzie z jakimiś sensacjami z tabloidów. Ale różnorodność gatunkowa jest olbrzymia i dla każdego gatunku naukowcy muszą wymyślić osobną, niepowtarzalną nazwę. Jeśli w Polsce mamy kilkadziesiąt tysięcy gatunków roślin, grzybów i zwierząt to oznacza, że i naukowcy muszą mieć twórczą fantazję. Fantazję w wymyślaniu niepowtarzalnych, oryginalnych nazw. Praca żmudna i niełatwa.

Lotnica zyska (Aglia tau) to motyl „nocny” należący do rodziny pawicowatych (Saturniidae). Długość jej skrzydła wynosi 3-4 cm, jest więc to duży motyl. I na dodatek piękny. Kiedyś bym spotkanego motyla odłowił, spreparował, nadział na szpileczkę i włączył do swojej entomologicznej kolekcji (by cieszyła oko i dumę posiadacza cennego okazu). Teraz zrobiłem tylko zdjęcie i cieszyłem się samym widokiem, bez posiadania na indywidualną wyłączność. Można się cieszyć z piękna przyrody, jako dobra wspólnego, bez indywidualnego posiadania na wyłączną własność. Cieszyć się pięknem świata bez zbędnego zabijania… czy niszczenia (jedni przychodzą do lasu by cieszyć się pięknem, inni zostawiają śmieci, piękno to brukając).

U lotnicy zyski wyraźny jest dymorfizm płciowy. Samice są większe i jaśniejsze w ubarwieniu, bez ciemnego obrzeżenia skrzydeł. Różnice widoczne są także w kształcie czułków. Łacińska nazwa lotnicy bierze się z kształtu białej planki w pawiowatym oku (okrągłe plamy na skrzydłach) w kształcie greckiej liter tau. A skąd polska nazwa? Nazwa rodzajowa – lotnica – wzięła się zapewne od dziennego lotu samca (bo to przecież motyl „nocny”, czyli ćma). A zyska? Raczej nie od zyskiwania? Może od nazwiska? Ja w każdym razie zyskałem przyrodnicze doznanie i pretekst do rozmyślań… i to bez konsumowania zasobów przyrody (przywłaszczania).

Opisywany motyl występuje w lasach liściastych, przede wszystkim w starych i widnych lasach bukowych lub lasach mieszanych ale z domieszką starych buków. W buczynach motyl ten występuje dość regularnie ale nigdy w dużej liczebności, stąd nie jest traktowany jako szkodnik i nie jest zwalczany. Piękny park wokół pałacu w Łężanach obfituje w dorodne, stare buki. Samą lotnicę zyskę – ze względu na jej wymagania środowiskowe – można potraktować jako bioindykator bukowego starodrzewia. No ale w sensie praktycznym to łatwiej duże drzewo zauważyć niż opisywanego motyla. Na cóż więc taki kłopotliwy gatunek do bioindykacji?

Zamieszczonego na powyższej fotografii motyla spotkałem w połowie maja, gdy po pracy terenowej przechadzałem się po pałacowym parku w Łężanach. Wyraźny dymorfizm płciowy ułatwił szybkie rozpoznanie nie tylko gatunku ale i płci. Aktywność za dnia trochę mnie zdziwiła. Ale zapewne lotnica zyska płci żeńskiej czekała w ściółce na odpowiedniego samca i wabiła go feromonami. Niezbyt szczęśliwie ja się napatoczyłem (całe szczęście dla tej samicy, że ja już z siwizną na głowie i bez młodzieńczej pasji zdobywania w posiadanie wszystkiego co piękne wokół). Sama płeć nie wystarczy do amorów, potrzebna zgodność gatunkowa.

Lotnica zyska ma jedno pokolenie w roku, dorosłe spotkać można od połowy kwietnia do maja. Jak na motyla nocnego ma dziwne zachowanie, bowiem lotnica jest aktywna w słoneczne dni w godzinach popołudniowych, latając (samce) w dolnych piętrach dorodnego lasu bukowego. Moje więc spotkanie nie było przypadkowe – wynikało z miejsca (typ siedliska), pory roku i pory dnia.

Samce latają szybkim, zygzakowatym lotem podczas słonecznej pogody w kwietniu i w maju, w świetlistych lasach. Lotnice płci męskiej w pewnym sensie są terytorialne, aktywnie przepędzają zbliżającego się konkurenta. Na spacerze samców lotnicy zyski nie widziałem. Widać dość trafnie nie potraktowały mnie jako konkurenta, którego trzeba przegonić. A może zbyt uważnie się nie rozglądałem, pogrążony w rozmyślaniach o bioróżnorodności w i wokół plantacji wierzby?

Samice przebywają zwykle w ściółce liściowej albo na pniach drzew tuż nad ziemią, lotniczo aktywne są w nocy. Ociężałe samice, niezbyt skore do dziennego latania, wysyłają sygnały feromonowe o gotowości do kopulacji. Samce zatem patrolują nie tyle teren, co znajdujące się na nim samice i odganiają reprodukcyjnych konkurentów. Dzięki temu być może liczebność gatunku nie jest zbyt duża i nie skutkuje antyszkodniczymi działaniami leśników. Umiar dla zachowania gatunku jest wskazany (to taka dygresja w kierunku konsumpcjonizmu Homo sapiens). Samce wyczuwają obecność feromonów za pomocą swoich grzebykowatych czułków i lecą w kierunku rosnącego gradientu zapachowego. Naukowcy od lat zafascynowani są skutecznością tej feromonowej komunikacji, gdzie pojedyncze cząstki chemiczne są wychwytywane i rozpoznawane. Bionika chciałaby na takiej analogii skonstruować detektory do wykrywania śladowych ilości różnych substancji. Inspirowanie się przyrodą gospodarce i technologii wychodzi na dobre. Może więc w tym sensie coś lotnica zyska?

Dlaczego wiosną odbywają się gody lotnicy? Gąsienice spotykane są od maja do początków sierpnia. Ich intensywny rozwój następuje w okresie dostępności pokarmu, którym są liście buka (zwłaszcza młode liście z korony drzewa), czasem liście dębu, brzozy, tarniny i jabłoni. Cykl życiowy wraz z godami dość dobrze dopasowany jest do fenologicznej zmienności środowiska. Samice składają jaja pojedynczo lub w małych pakietach, najczęściej na korze drzew żywicielskich. Młode gąsienice pędzą początkowo grupowe żerowanie, potem rozchodzą się by żerować samodzielnie. Gatunek zimuje w stadium poczwarki a kolejne pokolenie dorosłych motyli wylęga się wczesną wiosną, gdy jeszcze nie ma liści na drzewach. Ale „wiedzą”, że nim amory się skończą, to liście jako pokarm dla młodych się pojawią, niczym wylew Nilu wcześniej zapowiedziany przez kapłanów. Zrozumieć świat wokół nas… a wtedy wszystko staje się tak oczywiste i logiczne.

Przyroda jest dość dobrze zsynchronizowana a życie jako zjawisko biologiczne ma charakter całościowy. Nawet na poziomie ekosystemu to, co wydaje się na chaosem i przypadkowością, jest elementem całości. Jak dobrze zaprojektowany mechanizm. Samonaprawiający się i rozwijający się mechanizm.

A cóż robiłem w Łężanach ma początku maja? Prowadzę tam badania nad bioróżnorodnością wewnątrz i wokół plantacji roślin lignocelulozowych (konkretnie wierzby). Wprowadzenie nowych upraw do krajobrazu rolniczego niesie za sobą konsekwencje przyrodnicze. Niesie potencjalne zmiany w całościowym krajobrazie jako ekosystemie. Niezależnie od aspektów technologicznych trzeba sprawdzić, jakie to mogą być skutki dla różnorodności biologicznej i jakie ewentualnie zalecać działania niwelujące ewentualny negatywny wpływ. Główny problem sprowadza się do zrozumienia funkcjonowania ekosystemów z całą ich złożonością i różnorodnością oraz odróżnienia zmian istotnych od nieistotnych. Czyli odkryć to, co jest prawidłowością w pozornym chaosie i przypadkowości. A na koniec zaprojektować metody waloryzacji i oceny wpływu oddziaływania na środowisko, aby weszły do standardu stosowanych metod. Najlepiej, żeby były to metody proste, tanie i wiarygodne. Bo zbyt kosztowe i złożone procedury utrudniać będą życie wielu ludziom. A przecież nie o zbędną i kosztowną biurokrację chodzi ale o trafne diagnozowanie i skuteczną ochronę przyrody. Zarządzanie zasobami przyrody nie jest pustym i modnym słowem. Przynajmniej nie musi.

Edukacyjnie powrócę do Łężan w dniach 26-27 września z propozycjami dla szkół i dla dorosłych, w trakcie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki. Będzie okazja opowiedzieć o bioróżnorodności w Łężnach, w pałacu i w uprawach wierzby energetycznej. Na wrzesień proponuję wycieczki edukacyjne po okolicy pałacu pt. „Zielona energia – bioróżnorodność upraw wierzby energetycznej”. Będzie do tego wystawa fotograficzna oraz szykuje się jeszcze coś atrakcyjnego, z udziałem innych osób. W Łężanach będzie więc fragment Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki, dla tych co do Olsztyna mają zbyt daleko… a dla olsztyniaków z zachętą do poznawania piękna warmińskich zakątków. I filozoficznych przemyśleń o życiu :).

Stanie w korkach a idea cittaslow

Żeby być szczęśliwym potrzeba wyobraźni i wiedzy (nie wiadomości a wiedzy!). Wyobraźnia potrzebna jest do tego, aby zobaczyć to, co niewidoczne, bo jest przyszłością, bo jest trendem zmian, jak również jest daleko, poza zasięgiem nieuzbrojonego wzroku. Czy bakterie widać gołym okiem? Nie. Myjemy ręce po wyjściu z toalety nie dlatego, że na dłoniach widzimy jakieś chorobotwórcze mikroorganizmy. Bazujemy na wyobrażni i całościowej wiedzy o otaczającym nas świecie. Bazujemy na rozumieniu zjawisk nas otaczających. Sensem edukacji uniwersyteckiej jest budowanie wiedzy a nie przekazywanie wiadomości (niczym zapisywanie plików na dysku).

A wiedza? Wiedza jest potrzebna by rozumieć otaczające nas zjawiska. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Na przykład gdy stoimy w korku. To, czego się nie da zmienić, warto zaakceptować. Ale wyobraźnia i rozumienie zjawisk transportu oraz trendów ubanizacyjnych jak i funkcjonowania ekosystemu miasta, pozwala nam zaplanować zmiany, które spowodują, iż w przyszłości unikniemy korków. Na przykład preferować będziemy transport publiczny (w transporcie autobus zajmuje mniej miejsca niż konieczne do przewiezienia tych pasażerów samochody osobowe).

Potrzebna jest więc nam siła, aby cierpliwie znosić rzeczy nieuniknione, rzeczy których zmienić nie potrafimy. Potrzebna jest nam także siła i wytrwałość, by zmieniać na lepsze to, co się zmienić da. No i potrzebna nam mądrość, aby odróżnić jedno od drugiego (czyli nie walczyć z wiatrakami i nie stać biernie, gdy można coś sensownego zrobić).

Co robić, gdy stoimy w korkach, czy to siedząc w samochodzie, autobusie, czy stojąc jako pieszy przy przejściu? Ten czas stracony jest czasem danym… Można go wykorzystać na przemyślenia, na bycie ze sobą i z ludźmi. To nie jest czas stracony. To pośpiech bardziej marnuje nam czas. Spokojne, wolne i uwolnione życie daje nam czas na pełniejsze przeżywanie i głębsze doświadczanie rzeczywistości. Z tego powodu lubię jeździć autobusem czy pociągiem. Czekając na połączenie (gdzieś na dworcu) lub podróżując na siedzeniu pojazdu… biernie czekam. Niczego nie mogę przyspieszyć (nie jestem wodzony na pokuszenie), nie wciskam pedału gazu, nie próbuję wyprzedzać, aby przecisnąć się o jedno auto do przodu. Zamiast rywalizacyjnego wyścigu spokojnie mogę myśleć. A ponoć "myślę więc jestem". Więc nie jest to czas stracony – raczej zyskany na "bycie" 🙂

„Szybkość jest ruchliwa, nacechowana żądzą kontroli, agresywna, pobieżna, analityczna, zestresowana, niecierpliwa, aktywna, przyznaje pierwszeństwo ilości nad jakością. Powolność przeciwnie – spokojna, uważna, otwarta na otoczenie, nieruchoma, zawierzająca intuicji, niespieszna, cierpliwa, refleksyjna, przedkłada jakość nad ilość. Jej istotą jest nawiązywanie prawdziwych i obdarzonych sensem relacji z ludźmi, kulturą, pracą, jedzeniem – ze wszystkim.”

Carl Honoré („Pochwała powolności”)

Nie przypadkiem piszę o powolności i idei cittaslow. To jeden z elementów globalnych zmian w naszej kulturze i cywilizacji. Ogromne zmiany widać w różnych aspektach, czy to w wśród Oburzonych, czy to z chęci budowania cittaslow, czy to w rozwoju odnawialnych źródeł energii (OZE). Potrzeba wizjonerskiej wyobraźni, aby przewidzieć, do czego to doprowadzi. Ten, kto trafniej rozumie świat i jego przekształcenia, ten łatwiej przewidzi przyszłość (weźmie parasol, wiedząc o deszczu – nie zmoknie). Tak jak entomolog patrzący na gąsienicę – wie, że za kilka tygodni zmieni się w motyla. Nie daltego, że entomolog jest wróżką, ale dlatego, że rozumie cykle życiowe i zna sekwencję stadiów rozwojowych.

W każdym przypadku dobre wykształcenie jest przydatne w życiu indywidualnym jak i zbiorowym. Wykształcenie rozumiane jako budowanie indywidualnej wiedzy a nie jako magazyn wiadomości. Wiedza ma charakter systemowy a nie magazynu z mniej lub bardziej przypadkowo zgromadzonymi rzeczami.

Oburzeni – to nie egzotyka i nie tylko młodzi

Ruch Oburzonych nie jest tylko zjawiskiem egzotycznym, lokalnym i ograniczonym do ludzi młodych. Jest chyba znakiem globalnych przekształceń całego społeczeństwa, znakiem głębszych przewartościowań. O niewydolności obecnego pomysłu na funkcjonowanie społeczeństw, nadmiernej konsumpcji szkodzącej nie tylko środowisku przyrodniczemu ale i ekonomii, mówi wiele osób i pojawia się wiele sygnałów.

Zawieszenie hiszpańskiej flagi na Górnej Branie (zdjęcie z portalu olsztyn.com.pl) jest w jakimś sensie symboliczne. Wszystkich nas problem ten dotyczy. Jako przykład podam kilka cytatów z wywiadu z prof. Baumanem:

Bo za coraz więcej wspólnych niegdyś dóbr trzeba teraz płacić.”

„Prawdziwym pośrednikiem w stosunkach międzyludzkich jest pieniądz.”
Kiedyś tkanka społeczna spontanicznie produkowała życzliwość i solidarność. „Dzisiaj produkuje masowo ludzką podejrzliwość, nieufność i konkurencyjnośc: czyje górą, kto kogo prześcignie.”

„W społeczeństwie konsumentów bieda szczególnie upokarza”. Konsumpcjonimz upokarza.
„I to jest właśnie doskonały przykład prywatyzacji życia. Pan się nie zastanawia, jak można by lepiej urządzić społeczeństwo. Pan się zastanawia, jak w tym bałaganiarskim społeczeństwie, bardzo nieprzyjemnym pod wieloma względami, może pan sobie urządzić przyjemną i względnie bezpieczna niszę.”

Zaufanie, solidarność i odpowiedzialność – bez nich nie można być pewnym siebie

Internet pozwala świadczyć fałszywie, bezkarnie.” (anoninowość) „Anonimowość w internecie jest oficjalnym przyzwoleniem na nieodpowiedzialność.”

„Szczęście nie jest pozytywnie powiązane ze stanem posiadania.” Tylko na najniższym poziomie, jeśli pozwoli zapokoić podstawowe potrzeby biologczne, potem przyrost zamożności szczęścia już nie daje.
Ale my jak bezwładna kula tocymy się dalej, zupełnie bez sensu wikłając się w konsumpcjonizm, niszczący przyrodę Ziemi i naszą duchowość… nasze kontakty międzyludzkie i relacje.

Że na razie to działania sporadyczne i indywidualne jak olsztyńskiego Ikitosa?  Ale „Każdy stuletni dąb, powtarzam z uporem maniaka, zaczyna od żołędzia, a każda większość zaczyna od tego, że była mniejszością. (…) Wszystkie przemożne później ruchy społeczne zaczynały od tego, że były pomysłami grupki szaleńców. Odważnych szaleńców, którzy ośmielili się popłynąć przeciw nurtowi.”

„Brakuje wizji alternatywnego społeczeństwa i wyobrażanie go sobie absolutnie nie jest dzisiaj w modzie.”

Prof. Zygmunt Bauman

Taka wizja nowego społeczeństwa  rodzi się w wielu głowach, niezależnie od siebie. Wynika z sytuacji i kontestacji rzeczywistości. Trzeba nam nie wóżek lecz naukowej prognozy i futurologii, aby wyobrazić sobie możliwe konsekwencje i nadchodzącą przyszłość, jak i naukowego uzasadniania i przekonywania. Ludzie są z natury racjonalni. Tyle tylko, że świat się zbyt szybko zmienia i nie nadążamy z własną edukacją i rozumieniem tego świata. Tu jest ogromna rola uniwersytetów w odkrywaniu i objaśnianiu. Także w formie kształcenia ustawicznego i pozaformanego, bo te dwie formy muszą być chyba coraz bardziej rozwijane. Jest to w jakimś sensie wymyślanie uniwersytetu na nowo (że odwołam się do apelu prof. Nawrockiej).

Manifest (?) Ikitosa: 

Indignados – Oburzeni
– wyszli na hiszpańskie ulice i place 15 maja 2011 i zostali tam do dziś. Tamte protesty dały początek fali obywatelskich wystąpień na całym świecie. O potrzebie zmian na rzecz demokracji i społecznej sprawiedliwości oraz niezależnego od politycznych spektakli przedefiniowania rzeczywistości zaczynamy mówić coraz głośniej. 

Mam nadzieję, że hiszpańska flaga z napisem „Oburzeni” wywieszona na olsztyńskiej Wysokiej Bramie oraz ustawione obok dwie tablice z tekstem Manifestu Ruchu 15 Maja, będą nie tylko przypomnieniem i symbolicznym wyrazem solidarności i poparcia dla hiszpańskiej ulicy, ale staną się również, a może przede wszystkim, przyczynkiem do takiej rozmowy również u nas. Tematów, niestety, raczej nie brakuje…
Poniżej tekst Manifestu hiszpańskiego Ruchu 15 Maja!
Pozdrawiam
Ikitos 

Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Jesteśmy tacy jak ty: wstajemy rano, żeby studiować, pracować, mamy rodziny i przyjaciół. Jesteśmy ludźmi pracy, którzy codziennie zarabiają na życie i lepszą przyszłość dla wszystkich wokół nas.
Niektórzy z nas są bardziej progresywni, inni bardziej konserwatywni. Jedni są religijni, inni nie. Jedni są określeni politycznie, inni – apolityczni. Ale wszyscy jesteśmy zmartwieni i oburzeni tym, jak wygląda obecnie scena polityczna, system ekonomiczny i życie społeczne. Korupcją świata polityki, biznesu, bankowości. Bezradnością zwykłego obywatela.
Sytuacja ta czyni nas pokrzywdzonymi każdego dnia. Ale jeżeli wszyscy się zjednoczymy, możemy ją zmienić. Wybiła godzina mobilizacji – godzina budowy lepszego społeczeństwa. 

Z tego powodu zgłaszamy następujące postulaty: 

1. Priorytetem każdego rozwiniętego społeczeństwa są równość, solidarność, wolny dostęp do kultury, zrównoważony rozwój, dobrobyt i szczęście. 

2. Istnieją prawa podstawowe, które powinny być zapewnione przez system społeczny: prawo do mieszkania, zatrudnienia, dostępu do kultury, opieki zdrowotnej, edukacji, udziału w polityce, nieskrępowanego rozwoju indywidualnego, zdrowego i szczęśliwego życia. 

3. Obecny system polityczny i ekonomiczny nie zapewnia tych praw i stanowi przeszkodę w rozwoju społecznym. 

4. Demokracja to władza ludzi (demos – lud, krateo – rządzę). A zatem rząd powinien reprezentować lud – reprezentować nas. Jednak w tym kraju większość klasy politycznej nawet nas nie słucha. Politycy powinni reprezentować nasze zdanie, ułatwiać uczestnictwo obywatelskie i zabezpieczać dobrobyt społeczeństwa, a nie bogacić się jego kosztem, odpowiadając jedynie na potrzeby wielkich jednostek gospodarczych i trzymając kurczowo władzę w systemie „dyktatury partyjnokratycznej”, kierowanej niezmiennie przez te same partie. 

5. Żądza władzy i koncentrowanie jej w rękach mniejszości powoduje nierówności, napięcia i niesprawiedliwość społeczną. To prowadzi do przemocy, którą odrzucamy. Obecny przestarzały i nienaturalny model ekonomiczny blokuje rozwój społeczny i zamyka go w samonapędzającej się spirali, która pozwala na bogacenie się tylko garstki ludzi, a resztę wpędza w biedę. Aż do swego upadku. 

6. Celem i jedyną możliwością obecnego systemu jest akumulacja kapitału, kosztem efektywności i dobrobytu społeczeństwa – kosztem zasobów naturalnych i środowiska, generując bezrobocie i nieszczęśliwych konsumentów. 

7. Większość obywateli to tryby w maszynce do bogacenia się mniejszości, która nie zna nawet naszych potrzeb. Jesteśmy anonimowymi jednostkami, ale bez nas ten system nie mógłby istnieć, bo to my pchamy świat do przodu. 

8. Jeśli jako społeczeństwo nauczymy się nie powierzać naszej przyszłości abstrakcyjnej rentowności ekonomicznej, która nigdy nie przynosi korzyści większości, będziemy mogli wyeliminować nadużycia i braki, z którymi spotykamy się na co dzień. 

9. Potrzebna jest Rewolucja Etyczna. Uznaliśmy kapitał za wartość nadrzędną nad ludzkim życiem. Czas wreszcie, aby to kapitał służył ludziom. Jesteśmy ludźmi, nie towarami. Nasze życie to nie tylko to, co kupujemy, dlaczego kupujemy i od kogo kupujemy. 

W związku z wszystkim powyżej, jestem Oburzony.
Jestem przekonany, że mogę to zmienić.
Jestem przekonany, że mogę pomóc.
Wiem, że razem możemy.
Chodź z nami. To twoje prawo
.

Coś w tym jest, że podobnie myślą starzy i młodzi w różnych zakątkach świata. Część to plewy, część to wartościowe ziarno. Przyjdzie nam teraz odróżnić jedno od drugiego, aby podejmować słuszne i ważne decyzje. Nie da się nie zauważyć i udawać, że nic ważnego się nie dzieje…

Wiatraki w krajobrazie Warmii i Mazur

wiatraki

Na energię odnawialną i tak jesteśmy skazani. Za trzy lata najpewniej zabraknie nam energii elektrycznej. A to ze względu na wyczerpywanie się złóż węgla kamiennego i starości technologicznej wielu elektrowni. W energię ze źródeł odnawialnych inwestujemy w Polsce zbyt nieśmiało. W Chinach budują elektrownie atomowe i… stawiają wiatraki. Moc chińskich wiatraków jest już większa niż moc wszystkich elektrowni atomowych we Francji.

Czy wiatraki szpecą krajobraz Warmii i Mazur? Nie sądzę, czego przykładem jest zdjęcie zrobione w Leginach, z widokiem na Reszel. W tle widoczny także rzepak. W wielu miejscach wykorzystywany do produkcji biopaliwa. Warto wspomnieć także o coraz liczniejszych uprawach wierzby na cele energetyczne (zdjęcie niżej). Tak więc w naszym krajobrazie pojawia się sporo nowych elementów. Będzie po prostu inaczej.

Jakie skutki będą dla bioróżnorodności? Nad tym trwają badania, równolegle do opracowywanych technologii. Bo na energię słoneczną, wtórną jesteśmy skazani. Energia wiatru czy energia z biomasy ma swoje źródło w energii słonecznej, docierającej do Ziemi. Jest odnawialna i nie pogarsza bilansu gazów „cieplarnianych”.

reszelwiatraki

Energia ze źródeł odnawialnych jest także szansą na rozwój ekonomiczny naszego regionu i obszarów wiejskich (czytaj więcej).

Biologia na czasie

Wczoraj otrzymałem egzemplarze autorskie podręcznika do biologii, którego jestem współautorem (Emilia Bonar, Weronika Krzeszowiec-Jeleń, Stanisław Czachorowski)- "Biologia na czasie – podręcznik dla szkół ponadgimnazjkalnych, zakres podstawowy" wydany przez wydawnictwo Nowa Era.

Miło zobaczyć efekt końcowy. Moją działką były rozdziały z części 3. "Ochrona przyrody". Prace trwały długo, wiązały się z licznymi kompromisami, zmianami, skracaniem itd. Ostateczny efekt to wynik pracy dużego zespołu. Znakiem czasu są nie tylko liczne ilustracje, ale załączona płyta CD z formą podręcznika multimedialnego. Być może to etap przejściowy przed całkowitym przejściem na podręczniki elektroniczne?

Niebawem wyjdzie trzeci tom Zoologii – tym razem podręcznika w pełni akademickiego. Jestem autorem małego rozdziału o chruścikach. I chyba jest to ostatni, papierowy podręcznik do zoologii. Kolejne najpewniej będą już w wersji elektronicznej, rozbudowanej oraz szybko i często autualizowanej.

Na przestrzeni tylko jednego życia ludzkiego świat wokół nas niesamowicie się zmienia. Wymusza to ciągłe przystosowywanie się do nowości i ciagłą naukę… przez całe życie, az do emerytury. A potem i tak pozostanie uniwersytet trzeciego wieku…

Praca "umysłowa" – a taką jest praca naukowa i nauczycielska – jest niezwykle stresująca ze względu na nieuchwytność efektów pracy. Po czym poznać, że coś się zrobiło? Jednym z takich wymiernych efektów są publikacje i podręczniki. Ale jeśli i one będą tylko w wersji elektronicznej, to z czego będziemy czerpali satysfakcję? Po czym poznamy, że coś sesnownego zrobiliśmy?

Praca naukowa nie jest łatwa, zwłaszcza zawodowa, gdy ciągle potrzeba wymiernych efektów pracy do wszelkiego rodzaju sprawozdawczości. Za samo "bycie" współczesny pracodawca (w tym utrzymujący nas podatnik) nie jest skłonny co miesiąc wypłacać pensji.

Podsumowanie zajęć z autoprezentacji

Z dużą satysfakcją wyczytałem na blogu "Nauka w Polsce" Polskiej Akademii Prasowej takie zdanie:

"A może wprowadzić na pierwszych latach studiów szkolenia z autoprezentacji, sposobów komunikowania wyników badań? Takie zajęcia nie miałyby na celu wyspecjalizowania tylko w dotarciu do szerokich rzesz odbiorców, ale po prostu – wyostrzenia przekazu, aby był zrozumiały, ciekawy, przejrzysty, zwięzły, spójny i wartościowy nawet dla kolegów i koleżanek z tej samej branży." (czytaj cały tekst).

Dlaczego z satysfakcją? Nie tylko dlatego, że w pełni się zgadzam z wymową tekstu Szymona Zdziebłowskiego pt. "Kiedy nauka traci sens". Przede wszystkim dlatego, że taki przedmiot wymyśliłem i realizuję od około 10 lat na Wydziale Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie. Nawet w prowincjonalnym Olsztynie, daleko od szosy (głównej, krajowej) może dziać się coś nowatorskiego i potrzebnego.

Cały czas próbuję zajęcia te modyfikować i dostosowywać do potrzeb. W tym roku wspólnie ze studentami eksperymentowałem z e-learningiem (np. wykład "Jak pracuje mózg oraz trudności w komunikacji w świecie pokolenia cyfrowego”, zrealizowany w ramach Tygodnia Otwartej Edukacji, ale jako wykład "kursowy"). W tym roku próbowaliśmy także uzupełnić standardowe CV wersją internetową czyli e-portfolio. Dla mnie również to nowość. Uczę się wraz ze studentami. Zdawałoby się stare treści trzeba ciągle dostosowywać do współczesności i warunków obecnych.

Różnica między starożytnym mówcą perorującym na agorze z uniesioną prawą dłonią i udrapowaną togą na lewym kolanie a człowiekiem współczesnym siedzącym w zasięgu sieci wi-fi z iPadem w dłoni i wpisującym coś na swoim profilu na Facebooku – jest naprawdę niewielka.

Zmienił się tylko czas, przez jaki komunikat pozostaje w obiegu: jest coraz krótszy. A im krótszy termin przydatności do spożycia komunikatu, tym wyraziściej komunikat powinien być wyeksponowany. Nie każdy ma aforystyczne zdolności, o wiele łatwiej osiągnąć wyrazistość za pomocą emocji. Na Facebooku wszystko się pali – ale słomianym ogniem. Przyciąga uwagę, wyzwala lawinę (lub raczej pożar) komentarzy, ale szybko rozpala się jakieś inne ognisko. W stosunku do tradycyjnej komunikacji to jest jednak tylko różnica stopnia.”
Michał Rusinek
(czytaj całość)

Piszę to w kontekście dyskusji nad "kryzysem" edukacji uniwersyteckiej. I niejako tłumacząc się z zajęć na trawniku (czytaj więcej tu, tu i tu). Oraz tłumacząc się z wydzialowego bloga, na którym studenci uczą się także i takiej formy wypowiedzi publicznych oraz dyskutowania o nauce (i nie tylko nauce). W swej istocie nie różni się niczym od "starożytnego mówcy przemawiajacego z uniesiona dłonią". Współczesna retoryka ma wcielenie internetowe i multimedialne. Pozostaje jednak ta sama istota: przemawianie do ludzi a nie tylko w ich obecności.

"Socjologowie powiadają, że skończył się czas erudytów, zaczął czas researcherów – którzy mają krótką pamięć, za to umiejętność błyskawicznego zdobywania informacji. A także błyskawicznego dzielenia się nimi. Co z tego wyniknie dla literatury? Dla komunikacji międzyludzkiej? Dla – górnolotnie – dialogu? O ile będziemy chcieli ze sobą rozmawiać i czasami zastanawiać się nad tym, jak to się dzieje, że się ze sobą lepiej lub gorzej dogadujemy – moim zdaniem będzie dobrze." (czytaj całość).

Powinnością „profesora uniwersyteckiego” wobec studentów jest pomóc im zrozumieć świat, a nie ustawiać ich do wyścigu szczurów.
To w kontekście tego, czego i jak uczyć oraz tego czy uniwersytet jest szkoła zawodową (więcej na ten temat, i jeszcze tu, i jeszcze tu)

Na koniec syntetyczne podsumowanie:

3 warunki znakomitej prezentacji:

– mówca przekazuje treści z niesamowitą pasją (emocje i język ciała)


informacje mają potwierdzenie naukowe (wiarygodność)

– jest atrakcyjna graficznie (ułatwianie przekazu różnymi kanałami).

Teoretycznie zajęcia się skończyły a studenci zgłaszają się z indeksami po wpisy. Ale w praktyce samokształcenie się nie skończy. Bo uczymy się dla siebie a nie ocen.

Edukacyjny apartheid czy cywilizacyjna neotenia?

Wstępem do dyskusji o stanie edukacji będą dygresje wiosenno-biologiczne. Wiele roślin wczesną wiosną zaczyna swoją aktywność od zakwitu… czyli od rozmnażania. Podbiał najpierw widzimy w potaci żółtych kwiatów, a dopiero później pojawiają się liście (i czysto biologiczna produkcja napędzana fotosyntezą). Wiele drzew – tak jak dostojne dęby – również najpierw zakwita, a dopiero później rozwijają się liście. Czyli najpierw rozmnażanie, a dopiero potem wzrost i inwestowanie w rosnące żołędzie (potomstwo). Ale to nie jedyna strategia. Inne rośliny zaczynają od fotosyntezy i rozwoju liści, by zakwinąć dopiero późnym latem czy jesienią. Która strategia jest lepsza? Do zależy od warunków środowiskowych.

Jeśli dyskutujemy o stanie edukacji i stwierdzamy, że coś nie jest tak, to wcale nie znaczy, że kiedyś szkoły i uniwersytety źle wymyślono. Albo że studenci są teraz głupsi a wykładowcy bardzej leniwi. Być może jest to tylko rozdźwięk między starą strukturą (strategią) a zupełnie nowymi warunkami.

Pokazuję analogie biologiczne, żeby uzmysłowić, że są możliwe różne, alternatywne strategie. Jedne są lepsze i efektywniejsze w jednych warunkach, inne w innych. Zmieniają się warunki i sytuacja zewnętrzna oraz to, że i my jako społeczeństwo jesteśmy na innym etapie rozwoju społecznego. Jeszcze powracając do analogii biologicznej i cyklu życiowego: to co dobre jest dla larwy nie musi być właściwe i odpowiednie dla postaci dorosłej (imago). Bo na przykład larwa chruścika żyje w wodzie i jest drapieżna, a dorosły owad prowadzi życie lądowe i odżywia się nektarem.

Kiedyś osoby umiejące pisać były nieliczne, dominowali analfabeci. Dziś w Polsce ponad 80% młodzieży kończy licea a 50% idzie na studia. Być może poprzez upowszechnienie edukacji na poziomie wyższym sami doprowadziliśmy do zmian ilościowych i jakościowych. Musi więc nastąpić transformacja, swoista metamorfoza, a my na nowo musimy ułożyć pewne wzorce kulturowe. W tym semsie musimy uniwersytety wymyśleć zupełnie na nowo: jakie mają być, do czego i jak funkcjonować.

Zwracając uwagę na pewne cechy biologiczne mówi się, że człowiek jest neoteniczną małpą. O neotenii mówimy wtedy, gdy dojrzałość rozrodczą uzyskują formy larwalne (młodzieńcze), tak jakby dojrzałość płciowa przyszła wcześniej od dojrzałości biologicznej (wykształcenia cech widocznych u osobników dorosłych). Podobnym przykładem jest pedogeneza, gdy larwy produkują jaja oraz poliembrionia, gdy w ciele larwy rozwijają się kolejne pokolenia owadów. W pewnych warunkach takie strategie są korzystne. Za chwilę będzie jasne do jakich analogii z edukacją zmierzam, a więc cierpliwości. Jeszcze tylko jeden przykład i porównanie ptaków gniazdowników i zagniazdowników. U tych drugich z jaja wylęga się już pisklę podobne do dorosłego i zdolne do samodzielnego życia (odżywiania) poza gniazdem. U gniazdowników pisklę jest niesamodzielne i musi być karmione. W tym drugim przypadku energia potrzebna na „odchowanie” dostarczana jest na raty.

Wśród głosów narzekających na edukację liczne są i takie, które wskazują na nadmiar magistrów i licencjatów. Po co nam tak dużo ludzi na studiach, gdy nie ma dla nich odpowiednio dobrej pracy? Jako remedium proponuje się ograniczenie liczby miejsc na studiach i ścisłą selekcję. Bo ponoć kiedyś było dobrze – było mniej studentów.

Reglamentacja studiów to jak dowartościowana sklepowa – strażnik dóbr reglamentowanych. Rozdając dobra unikalne i pożądane można zyskać na autorytecie i ważności społecznej.

Za dużo studentów i zbyt liczna klasa ludzi wykształconych (merytokracja)? Tak jak ze szlachectwem: szaraki, gołota itd. obniżali prestiż magnaterii. Elita musi być nieliczna, bo tylko wtedy uzyska prestiż i ponadstandardową, uprzywilejowaną pozycją. Od kilkudziesięciu lat wykształcenie dawało wyższą pozycję społeczną (i wyższe zarobki). Nic dziwnego, że Polacy mocno inwestowali w naukę na uniwersytetach. Po studiach było się "kimś". Według proponowanej koncepcji ograniczenia liczby studentów (a więc limitowanie merytokracji) społeczeństwo ma się dzielić na merytokrację (arystokrację wiedzy) i ciemny lud-roboli? Dane statystyczne są jednak nieubłagane. Nawet obecnie bezrobocie jest wyższe po zawodówkach niż u absolwentów uczelni wyższych. Tak więc preferewanie na siłę szkół zawodowych wcale nie jest lekarstwem na bezrobocie wśród młodych Polaków (i Europejczyków).

Społeczny apartheid, rozdzielający arystokrację wiedzy i plebs nie jest do zaakceptowania. Obraz takiego społeczeństwa odnaleźć można w „Pianoli” Vonneguta – rozdzielenie ludzi z wysokim IQ i „roboli”.

Wiedza jako dobro wspólne, dobro publiczne nie powinna być licencjonowana. Bunt przeciw ACTA jest chyba elementem tego dużego protestu i przewartościowań społecznych. Współczesne rewolucje społeczne robią ludzie wykształceni, ci „nadmiernie” wykształceni. Na te zmiany patrzę z dużą nadzieją. Bo jest to obrona wolności i swoistej niekomercyjnej przestrzeni publicznej.

Dyskusja sprowadza się do koncepcji edukacji. Uniwersytet to nie jest szkoła zawodowa w dawnym stylu. Uniwersytet pozwala – a przynajmniej powinien! – zrozumieć świat. A z taką wiedzą można poradzić sobie w życiu. Na kasie w Biedronce też może pracować magister i nie będzie to deprecjonowanie jego wykształcenia. Dyplom bowiem nie jest nowym „szlachectwem” (dyplom szlachectwa, ograniczanie dopływu do klasy uprzywilejowanej, jak w starożytnych Atenach, Rzymie czy stan szlachecki w I Rzeczypospolitej). Wiedza nie jest tylko narzędziem zawodowym lecz także elementem człowieczeństwa. Nawet hydraulik może zastanawiać się nad sensem istnienia. Na przykład Darwin nie był zawodowym naukowcem, nie pracował na uniwersytecie. A przecież tak wiele wniósł do nauki jako takiej. O filozofii nie wspominając.

Wykształcenie – jako dobro publiczne – powinno być dostępne dla wszystkich, bo nie jest to reglamentowanie „szlachectwa”. A kształcenie uniwersyteckie nie jest kształceniem zawodowym w wąskim rozumieniu. Studia powiny uczyć myślenia. Bowiem w wieku XXI to mózg i myślenie jest najważniejszym narzędziem pracy. Wobec bardzo szybko zmieniających się warunków i oszałamiającego postępu wiedza szybko się dezaktualizuje i trzeba się nieustannie uczyć. Czyli nieustannie używać narzędzia-rozumu.

Apelowanie o ograniczenie wykształcenia to obrona swoich przywilejów i pozycji społecznych. Na szczęście jest to zawracanie Wisły kijem. Ograniczenie liczy studentów wiązałoby się z silniejszą selekcją, tak jak w swoistym surwiwalu. Dać tak męczące zajęcia (podnieść poprzeczkę), że część odpadnie. Tak jak w marszach śmierci. Bo celem w takiej koncepcji nie jest zwiększenie wiedzy a jedynie organiczająca eliminacja – do mety dotrzeć mają tylko nieliczni…

Wspominając swoje lata studiów (biologia a więc stosunkowo ciężkie) przypominam sobie osoby, które odpadły. Niektórzy byli mało wydolni intelektualnie (ciekawe z jakich względów – może zaniedbań edukcyjnych?), inni bardzo wartościowi i inteligentni. Po prostu odpadali najbardziej wrażliwi i ci, którzy tracili z oczu sens. Wytrwali najbardziej uparci. Nie była więc to selekcja względem możliwości intelektualnych, ale względem posłuszeństwa, pokory. Wysiłek bezsensowny (np. wkuwania na pamięć) uczy pokory, posłuszeństwa, jest jak inicjacja w wojsku. Nie rozum a „twarda dupa”, odporność na poniżenie, zmęczenie, wydolność biologiczną. Odpadali słabsi psychicznie oraz ludzie, którzy potrzebują sensu w życiu i codziennym działaniu. Czy zakuwanie na pamięc zbędnych informacji ma sens?

Także i współcześnie niejednokrotnie obserwuję studentów, którzy wydają się leniwymi, niezbyt lotnymi. Ale w momencie, gdy dostrzegają sens, to zupełnie się przemieniają w o wiele inteligentniejszych, lotniejszych, sprawniejszych w działaniu i efektach. Jeśli więc narzekamy na ponoć słabych studentów, to być może nie chcemy zauważyć własnej mizerii, niskich lotów i mało ambitnych programów zajęć czy wykładów. Być może nie dostrzegamy, że nie jest winą grabii ani ogrodnika, że mu kopanie grządek nie idzie. Po prostu trzeba zmienić narzędzie (zamienić grabie na szpadel)!

Pora powrócić do analogii biologicznych. Poprzez wydłużoną edukację obserwujemy powiekszający się dysonans między dojrzałościa biologiczną a dojrzałością społeczną. Kiedyś do szkoły chodziło się  maksymalnie kilka lat. A więc wszystkie niezbędne nauki młody człowiek zbobywał w dzieciństwie. Wraz z dojrzałością płciową w wieku 15-18 lat wchodził w dorosłość społeczną i kończył edukację. Teraz 6 lat szkoły podstawowej, 3 gimazjum, 3 liceum. A więc matura przypada w wieku 18-19 lat. W tym sensie matura rzeczywiście oznaczała „dojrzałość”. Ale obecnie ponad 50% młodzieży idzie na studia, czyli kolejne 5 lat, a część także na studia doktoranckie (trzeciego stopnia). Matura nie jest maturą ale jednym z kilku egzaminów kompenencyjnych (śródedukacyjnych, a nie kończących). Z "końcowym" dyplomem wchodzi się w dorosłość obecnie około trzydziestki. Trzeba zacząć pracę i dopiero myśleć o założeniu rodziny. Jednakże dla kobiety najbardziej optymalny okres pierwszego porodu mieści się między 20 a 25 rokiem życia. Potem „wartość biologiczna” spada, trudniej począć dziecko i wzrasta ryzyko urodzenia dziecka z wadami. Obecnie rozdźwięk między dojrzałością biologiczną a społeczną coraz bardziej się powiększa. Nic dziwnego, że coraz większym zainteresowaniem cieszy się metoda in vitro. Najlepiej dla kobiety by było, aby pobrać komórki jajowe w biologicznie optymalnym wieku (20-25 lat), zamrozić w ciekłym azocie, a jak koło 40 zrobi dyplomy i karierę, to będzie mogła pomyśleć o swoim zdrowym dziecku. Wiąże się to jednak z uśmiercaniem zarodków, bo dla zapewnienia skuteczności „produkujemy” ich więcej, a „niewykorzystane” leżą w ciekłym azocie i nie wiemy co z tymi nienarodzonymi zrobić…

Poprawianie biologii nie jest ani tanim ani dobrym rozwiązaniem. Alternatywą jest edukacyjna pedogeneza, swoista cywilizacyjna neotenia. Matura nie oznacza już dojrzałości w sensie zakończenia nauki. Skoro dodatkowo we współczenym świecie szybko zmieniających się technologii i tak skazani jesteśmy na kształcenie ustawiczne przez całe życie, to może nie ma co na siłę starać się całą swoją edukację „odwalić” jednym ciagiem? Może trzeba założyć, że i tak będziemy uczyli się całe życie. Może więc najpierw założyć rodzinę, pójść do pracy, a potem kontynuować małymi porcjami swoją edukację i kolekcjonowanie dyplomów. Przecież już tak było kiedyś, ludzie pracowali a potem szli na studia zaoczne, studia podyplomowe. Teraz rozwiązaniem jest kształcenie ustawiczne: małe porcje wiedzy przez całe życie. Nie wystarczy raz skończyć uniwersytet i iść z dyplomem w świat. Ciągle trzeba do uniwersytetu powracać po kolejne dyplomy i walidację nabytej nieformalnie wiedzy.

Przy tak zarysowanej perspektywnie współczesny uniwersytet musi być inny. Musimy kształcenie w szkołach wyższych wymyślić od nowa. Skoro nie nauka w jednej, długiej formie z „internatem”, to raczej małe porcje przez całe życie i walidacja wiedzy. Do tego zmierzają Krajowe Ramy Kwalifikacji ale mało kto na to zwraca uwagę. A więc cywilizacyjna neotenia: „rozród” przed dyplomem. Najpierw prokreacja, a potem długie inwestowanie w wiedzę… jak ptaki gniazdowniki czy wiosną kwitnące rośliny: dozowanie statusu społecznego na raty. Dalsza edukacja to ułatwianie startu życiowego własnemu dziecku przec ciągłe inwestowywanie w siebie. Wtedy młodzi ludzie zaczynać będą dorosłość biologiczną bez samodzielności ekonomicznej. Już dzisiaj dziadkowie wspierają dziecno z wnukiem. Taka swoista poliembrionia i pedogeneza cywilizacyjna.

Inna strategia życia i inna rola uniwersytetu: po pierwsze więcej e-learningu, po drugie krótsze formy (system boloński już to otworzył: 3+ 2+ 4 oraz studiua podyplomowe) a potem uniwersytety trzeciego wieku.

Uniwersytet powinien uczyć myślenia. I nie ważne czy ktoś skończy biologię, farmację, historię, prawo czy pedagogikę. Ważne czy nabędzie niezbędne na rynku pracy kompetencje: kreatywność, uczciwość, otwartość na innych i na zmiany, odwaga poznawcza, samoafirmacja jako poczucie własnej wartości, poczucie sensu, ciekawość, dzielność (wytrwałośc), umiejętność pracy zespołowej, pokonanie indywidualnego i krótkowzrocznego egoizmu na rzecz solidaryzmu. Bo sukces odnoszą społeczeństwa jako sprawne i całościowe systemy a nie luźne zbiory indywiduallistów i „sprytnych” egoistów.