
Do zastanawiania się nad tym pytaniem sprowokołały mnie felietony „Ślepopisanie” Petera Wattsa, publikowane w Nowej Fantastyce. W majowym felietonie kontynuował swoje wywody, dlaczego naukowcy są kiepskimi pisarzami, choć teroretycznie powinni mieć najwięcej do powiedzenia w tym gatunku lterackim. Watts postawił pytanie dlaczego fantastyka naukowa jest tak mało naukowa, oraz opisuje wpływ nauki na społeczeństwo.
Można dodać, że moda na baśń fantastyczną (fantazy) jest przykładem odwrotu od nauki także w literaturze fikcji. Zamiast scenografii naukowej i technicznej, zamiast prób prognozowania rozwoju technologii oraz trzymania się praw fizyki, chemii czy biologii – scenografia zupełnie fantastyczna, baśniowa, mitologiczna, nie z tego świata: budowanie (kreowanie) światów alternatywnych, tak jakby odkrywanie świata rzeczywistego nie było wielką przygodą i wyzwaniem – widać nauka jest hermetyczna i niedostęna dla szerokiego grona odbiorców. Nauka zbyt mocno się wyobcowała?
Ale wróćmy do sformułowań Wattsa odnośnie przyczyn kiepskiego pisarstwa naukowców na polu SF.
„Proces kształcenia naukowców czyni ich kiepskimi pisarzami (…) ogół naukowców jest bardziej zainteresowany chromem i przewodami, niż opowiedzeniem ciekawej historii.”
Dlaczego tyle technologii a nie ciekawej narracji? Bo „krycie tyłka jest kluczowe, jeśli chce się publikować swoje prace.”… jako naukowiec. Strach, co powiedzą inni naukowcy na literackie poczyniania autora sprawia, że zabezpiecza się na wszelkie sposoby kosztem jakości literackiej swojego dzieła. Podobnie rzecz się ma w przypadku popularyzacji wiedzy i wypowiedzi naukowców w mediach…
Ale to jest także esencja recenzji naukowych. Niestety zbyt często pisane są w środowisku akademickim nierzetelne recenzje, bez wnikliwości ale pozytywne w swoich konkluzjach. Żeby się nie narazić. Pozytywnych opinii nie trzeba zbytnio uzasadniać (bo kto będzie protestował?), a przy wnikliwości recenzenta można byłoby wytnąć miałkość, plagiat czy małą istotność i brak oryginalności. To także swoiste „krycie tyłka” – po co się wychylać?
W kwietniowym felietonie, pt. „Złotogłowi” Peter Watts napisał:
„po co ludzie decydują się na karierę naukową – przecież nie dla pieniędzy?” Pieniądze są w bizmesie a nie na uczelniach. W mojej dziedzinie zarabia się na biologii stosowanej: rolnictwie, biotechnologii, medycynie, zarządzanie zasobami przyrody (ekspertyzy), a nie na naukach podstawowych, nie na filozofii, biologii ogólnej i czystej nauce. Po co więc ludzie decydują się na kariery uczelniane? Z pasji poznawczej, z powodu bezrobocia – bo lepsza marna praca urzedniczo-uczelniana niż żadna? A może dla społecznego prestiżu?
Naukowcy „podstawowi” (zajmujący się nauką jako taką, podstawową, a nie stosowaną i powiązaną z gospodarką) – ich nie jest więszość, są jak rodzynki w cieście. Widać główną masę tła (ciasta), ale czy mogą być same rodzynki bez ciasta drożdżowego, w którym twią?
Watts swoim w felietonie mapisał: „U swoich podstaw nauka jest zaglądaniem pod maskę wszechświata i obserwowaniem, jak to wszystko do siebie pasuje.” Sprawdzaniem jak to działa. Ale naukowiec to nie mechanik, nie zarabia na naprawianiu czy pukaniu młotkiem. W nauce są ludzie z misją i są przeciętniacy, dworacy-wyrobicy, którzy nie mogąc wnieść wiele do nauki skupiają się na relacjach socjalnych i „wywalczaniu” zasobów i pozycji społecznej za pomocą hierarchii akademickiej, czyli na terytorium tejże instytucji. Tak samo jak w każdej innej firmie czy korporacji. Żadnej różnicy. W nauce nie jest ani lepiej ani gorzej.
Myślę jednak, że wszyscy są potrzebni. Tak jak organizm nie składa się z samych komórek generatywnych (czytaj o tym porównaniu więcej). Ale ogranizm to praca zespołowa i uzupełniająca się, a nie arena egoistycznej rywalizacji i nie wyścig szczurów, podstawiających sobie nogi. I w tym nauka instytucjonalna nie różni się od innych korporacji czy przedsiębiorstw – wszędzie praca zespołowa przynosi lepsze rezultaty.
„Ciekawość jest silna w nas wszystkich; naukowcom jest absolutnie niezbędna.” Każdy zawód wymaga jednej z ludzkich predyspozycji (wymaga specyficznych kompetencji społecznych). Nauka bazuje na ciekawości, dociekliwości i kompetencjach intelektualnych. Teoretycznie naukowcy te cechy powinni mieć w stopniu wyższym niż średnia ogólnospołeczna.
Ale czy tak rzeczywiście jest we wszytskich ośrodkach akademickich?
Watts odwołuje się do diagramu Venna, w którym literatura naukowa i fikcja w części zachodzą na siebie. Brak jest wyraźnych linii demarkacyjnych między tymi gatunkami pisarskimi. Dodałbym jeszcze tylko literaturę faktu (np. publicystykę naukową), jako trzecie koło zazębiajacych się obszarów.
Czy naukowcy przemówią ludzkim (zrozumiałym) głosem? Jest to w gruncie rzeczy głos w dyskusj nad kondycją szkół wyższych i potrzebą wymyślenia uniwersytetów na nowo. Wynika to z głębokich zmian jakie się dokonały w społeczeństwie globalnym.
Czy nauka i literatura fikcji muszą być nieprzystawalnymi światami: nauka i popularyzacja, nauka i SF czy inna forma pisarstwa, publicystyki itd. W części tak. Bo inna jest w naukowym pisaniu metodologia, z naciskiem na przejrzystość, weryfikowalność i powtarzalność, kosztem komunikatywności.
Można jednak zwiększać komunikatywność, można zmieniać styl wypowiedzi i komunikacji. Upowszechnianie nauki to jeszcze inny styl pisania i wypowiedzi. Ta sama treść i ten sam sens, ale inna forma, inny styl. Zgodność może być co do istoty ale nie formy wypowiedzi.
Ale prawdę – nawet tę naukową – można zawrzeć w bajce. Bo bajki to jakaś forma uogólnienia (forma uniwersalnego ujmowania prawidłości Wszechświata, tak jak ougólnieniem są matematyczne wzory). Bajka jest swoistą całością. W nauce teoria ogólna składa się z wymiennych elementów, opisanych zazwyczaj językiem matematyki. Choć czasem paradygmat czy teoria są jak całościowa bajka – nie jest suma elementów. Pozwala zrozumieć mechanizm świata, jego strukturę i działanie. A jak zbierze się wiele niepasujących elementów… to burzy się stary paradygmat i tworzy zupełnie nową całość, nową „bajkę” z ogólnymi teoriami i paradygmatami.
Czy uniwersytety powinny kształcić dla samych siebie (uczyć hermetycznego i niekomunikatywnego pisarstwa "naukowego") czy raczej dla społeczeństwa – a więc uczyć pisania komunikatywnego? Ale czy w tym drugim przypadku można kogoś nauczyć tego, czego samemu się nie umie? Przed takim dylematem staję codziennie. I z całą pewnością nie tylko ja. Krajowe Ramy Kwalifikacji są jakimś katalizatorem zastanawiania się i wymyślania uniwersytetów na nowo. Jednym ośrodkom akademickim udaje się to lepiej, innym gorzej. W tych drugich aktywność skupia się na powierzchownym rytuale i formalnym przestawianiu cyferek i literek.