Kiedy zwątpisz – patrz na efekty

Jeśli myślisz rok naprzód – sadź ryż

Jeśli myślisz 10 lat naprzód – sadź drzewo

Lecz jeśli myślisz 100 lat naprzód – ucz ludzi

(przysłowie chińskie)

Gdy przytrafiają się chwile zwątpienia, warto spojrzeć na efekty. Ale te długofalowe. Praca nauczyciela jest trudna, bo do końca nie wie, czy jego wysiłki przynoszą jakiekolwiek wyniki. Jest to frustrujący zawód. Gdy się traktorem orze pole, to po pół godzinie widać efekty. Ale wiedzy nie widać…. Nauczyciel nie bardzo widzi, czy jego praca przynosi coś dobrego. Rzuca ziarno… i czeka czy coś wykiełkuje.

W chwilach zwątpienia warto poszukać jakichklolwiek namacalnych efektów własnej pracy. Ja sobie odgrzebałem maila sprzed kilkunastu dni:

"Witam. Profesorze chciałam się pochwalić tym, iż referat który czytał profesor i pomagał mi wybrać najważniejsze z niego rzeczy do prezentacji, dostał wyróżnienie na konferencji na UWM Olsztyn. Natomiast wczoraj w nocy wróciłam z kolejnej konferencji ze Szczecina, gdzie razem z A.P. prezentowałyśmy inny temat ale podobny, bo dotyczył świata wartości osoby pozbawionej wolności na 20 lat i dostałyśmy III miejsce. Wczoraj dostałam zaproszenie na konferencję do Torunia i już mam pomysł na temat
pracy. Zachęciłam do niego dwie koleżanki, więc mamy do środy czas, aby (…) napisać pracę oraz prezentację. Pozdrawiam i dziękuję za wszelką pomoc jaką otrzymałam od Profesora, bo dzięki Profesorowi mam chęć, by na konferencjach się pokazywać. E. P."

A nauczycielom życzę udanego wakacyjnego wypoczynku i naładowania intelektualnych akumulatów…

Przyroda widziana z mazurskiej drogi

drodawlesiedolajsu Co prawda skończył się semestr i rok akademicki, ale nie oznacza to koniec pracy dydaktycznej. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. W poszukiwaniu inspiracji i doświadczenia we wtorek jadę do Ełku z krótkim wykładem pt. „Przyroda widziana z drogi”. Będzie to naukowa opowieść o związkach przyrody z kulturą i architekturą, o przekształceniach środowiska i przemijaniu oraz o dźwiękach przyrody, słyszanych w czasie wędrówki po mazurskich drogach i bezdrożach oraz o badaniach naukowych w okolicach Ełku (odkrywania przyrodniczych skarbów i tajemnic bioróżnorodności).
Nie temat jest dla mnie nowością i nie sam wykład, ale miejsce i forma.

Wykład jest elementem XX Jubileuszowych Koncertów Letnich zespołu kameralnego Pro Musica Antiqua i odbędzie się w… kościele jako wstęp do koncertu muzyki kameralnej z okresu baroku. Zupełnie nietypowe miejsce, nietopowa sceneria i nietypowe wyzwanie. Ale jak mam zachęcać studentów do podejmowania wyzwań i publicznych wystąpień, gdybym samemu nie próbował? Żeby zapalać innych, sememu trzeba płonąć, żeby zaciekawiać, samemu trzeba być ciekawym. Żeby uczyć odwagi, samemu trzeba ryzykować, żeby wiarygodnie uczyć poszukiwania i kreatywności – samemu trzeba tego nieustannie próbować. Bo ognisko płonie nie tylko dlatego, że kiedyś ktoś podpalił je zapałką, ale dlatego, że nieustannie podkłada się drewno do ogniska…

To będzie moje doświadczenie i eksperymentowanie… przed zajęciami z autoprezentacji w przyszłym roku akademickim. Sprawdzam na sobie jak to jest mieć tremę i występować w zupełnie nowym środowisku, nietypowej scenerii i daleko od własnych przyzwyczajeń i akademickich rytuałów. Dzięki takim wystąpieniom mam nadzieję lepiej będę rozumiał obawy studentów.

A do Ełku powracam po 7 latach, od wcześniej prowadzonych badań. Jednym z efektów był mój mały udział wraz ze studentami w monografii (okładka niżej).

atlaselk

Czy naukowcy potrafią pisać ? (cz. 3.) i dlaczego zostają naukowcami?

Do zastanawiania się nad tym pytaniem sprowokołały mnie felietony „Ślepopisanie” Petera Wattsa, publikowane w Nowej Fantastyce. W majowym felietonie kontynuował swoje wywody, dlaczego naukowcy są kiepskimi pisarzami, choć teroretycznie powinni mieć najwięcej do powiedzenia w tym gatunku lterackim. Watts postawił pytanie dlaczego fantastyka naukowa jest tak mało naukowa, oraz opisuje wpływ nauki na społeczeństwo.
Można dodać, że moda na baśń fantastyczną (fantazy) jest przykładem odwrotu od nauki także w literaturze fikcji. Zamiast scenografii naukowej i technicznej, zamiast prób prognozowania rozwoju technologii oraz trzymania się praw fizyki, chemii czy biologii – scenografia zupełnie fantastyczna, baśniowa, mitologiczna, nie z tego świata: budowanie (kreowanie) światów alternatywnych, tak jakby odkrywanie świata rzeczywistego nie było wielką przygodą i wyzwaniem – widać nauka jest hermetyczna i niedostęna dla szerokiego grona odbiorców. Nauka zbyt mocno się wyobcowała? 

Ale wróćmy do sformułowań Wattsa odnośnie przyczyn kiepskiego pisarstwa naukowców na polu SF.

Proces kształcenia naukowców czyni ich kiepskimi pisarzami (…) ogół naukowców jest bardziej zainteresowany chromem i przewodami, niż opowiedzeniem ciekawej historii.”
Dlaczego tyle technologii a nie ciekawej narracji? Bo  „krycie tyłka jest kluczowe, jeśli chce się publikować swoje prace.”… jako naukowiec. Strach, co powiedzą inni naukowcy na literackie poczyniania autora sprawia, że zabezpiecza się na wszelkie sposoby kosztem jakości literackiej swojego dzieła. Podobnie rzecz się ma w przypadku popularyzacji wiedzy i wypowiedzi naukowców w mediach…
Ale to jest także esencja recenzji naukowych. Niestety zbyt często pisane są w środowisku akademickim nierzetelne recenzje, bez wnikliwości ale pozytywne w swoich konkluzjach. Żeby się nie narazić. Pozytywnych opinii nie trzeba zbytnio uzasadniać (bo kto będzie protestował?), a przy wnikliwości recenzenta można byłoby wytnąć miałkość, plagiat czy małą istotność i brak oryginalności. To także swoiste „krycie tyłka” – po co się wychylać?

W kwietniowym felietonie, pt. „Złotogłowi” Peter Watts napisał:
„po co ludzie decydują się na karierę naukową – przecież nie dla pieniędzy?” Pieniądze są w bizmesie a nie na uczelniach. W mojej dziedzinie zarabia się na biologii stosowanej: rolnictwie, biotechnologii, medycynie, zarządzanie zasobami przyrody (ekspertyzy), a nie na naukach podstawowych, nie na filozofii, biologii ogólnej i czystej nauce. Po co więc ludzie decydują się na kariery uczelniane? Z pasji poznawczej, z powodu bezrobocia – bo lepsza marna praca urzedniczo-uczelniana niż żadna? A może dla społecznego prestiżu?

Naukowcy „podstawowi” (zajmujący się nauką jako taką, podstawową, a nie stosowaną i powiązaną z gospodarką) – ich nie jest więszość, są jak rodzynki w cieście. Widać główną masę tła (ciasta), ale czy mogą być same rodzynki bez ciasta drożdżowego, w którym twią?

Watts swoim w felietonie mapisał: „U swoich podstaw nauka jest zaglądaniem pod maskę wszechświata i obserwowaniem, jak to wszystko do siebie pasuje.” Sprawdzaniem jak to działa. Ale naukowiec to nie mechanik, nie zarabia na naprawianiu czy pukaniu młotkiem. W nauce są ludzie z misją i są przeciętniacy, dworacy-wyrobicy, którzy nie mogąc wnieść wiele do nauki skupiają się na relacjach socjalnych i „wywalczaniu” zasobów i pozycji społecznej za pomocą hierarchii akademickiej, czyli na terytorium tejże instytucji. Tak samo jak w każdej innej firmie czy korporacji. Żadnej różnicy. W nauce nie jest ani lepiej ani gorzej.

Myślę jednak, że wszyscy są potrzebni. Tak jak organizm nie składa się z samych komórek generatywnych (czytaj o tym porównaniu więcej). Ale ogranizm to praca zespołowa i uzupełniająca się, a nie arena egoistycznej rywalizacji i nie wyścig szczurów, podstawiających sobie nogi. I w tym nauka instytucjonalna nie różni się od innych korporacji czy przedsiębiorstw – wszędzie praca zespołowa przynosi lepsze rezultaty.

„Ciekawość jest silna w nas wszystkich; naukowcom jest absolutnie niezbędna.” Każdy zawód wymaga jednej z ludzkich predyspozycji (wymaga specyficznych kompetencji społecznych). Nauka bazuje na ciekawości, dociekliwości i kompetencjach intelektualnych. Teoretycznie naukowcy te cechy powinni mieć w stopniu wyższym niż średnia ogólnospołeczna.
Ale czy tak rzeczywiście jest we wszytskich ośrodkach akademickich?

Watts odwołuje się do diagramu Venna, w którym literatura naukowa i fikcja w części zachodzą na siebie. Brak jest wyraźnych linii demarkacyjnych między tymi gatunkami pisarskimi. Dodałbym jeszcze tylko literaturę faktu (np. publicystykę naukową), jako trzecie koło zazębiajacych się obszarów.

Czy naukowcy przemówią ludzkim (zrozumiałym) głosem? Jest to w gruncie rzeczy głos w dyskusj nad kondycją szkół wyższych i potrzebą wymyślenia uniwersytetów na nowo. Wynika to z głębokich zmian jakie się dokonały w społeczeństwie globalnym.

Czy nauka i literatura fikcji muszą być nieprzystawalnymi światami: nauka i popularyzacja, nauka i SF czy inna forma pisarstwa, publicystyki itd. W części tak. Bo inna jest w naukowym pisaniu metodologia, z naciskiem na przejrzystość, weryfikowalność i powtarzalność, kosztem komunikatywności.
Można jednak zwiększać komunikatywność, można zmieniać styl wypowiedzi i komunikacji. Upowszechnianie nauki to jeszcze inny styl pisania i wypowiedzi. Ta sama treść i ten sam sens, ale inna forma, inny styl. Zgodność może być co do istoty ale nie formy wypowiedzi.

Ale prawdę – nawet tę naukową – można zawrzeć w bajce. Bo bajki to jakaś forma uogólnienia (forma uniwersalnego ujmowania prawidłości Wszechświata, tak jak ougólnieniem są matematyczne wzory). Bajka jest swoistą całością. W nauce teoria ogólna składa się z wymiennych elementów, opisanych zazwyczaj językiem matematyki. Choć czasem paradygmat czy teoria są jak całościowa bajka – nie jest suma elementów. Pozwala zrozumieć mechanizm świata, jego strukturę i działanie. A jak zbierze się wiele niepasujących elementów… to burzy się stary paradygmat i tworzy zupełnie nową całość, nową „bajkę” z ogólnymi teoriami i paradygmatami.

Czy uniwersytety powinny kształcić dla samych siebie (uczyć hermetycznego i niekomunikatywnego pisarstwa "naukowego") czy raczej dla społeczeństwa – a więc uczyć pisania komunikatywnego? Ale czy w tym drugim przypadku można kogoś nauczyć tego, czego samemu się nie umie? Przed takim dylematem staję codziennie. I z całą pewnością nie tylko ja. Krajowe Ramy Kwalifikacji są jakimś katalizatorem zastanawiania się i wymyślania uniwersytetów na nowo. Jednym ośrodkom akademickim udaje się to lepiej, innym gorzej. W tych drugich aktywność skupia się na powierzchownym rytuale i formalnym przestawianiu cyferek i literek.

Dlaczego ludziom bardziej imponują skomplikowane zdania, niż krótkie i przejrzyste?

„Ludziom bardziej imponują długie skomplikowane zdania, niż krótkie i przejrzyste, w których ujęta jest ta sama informacja.”

Peter Watts

(cytat jest nawiązaniem do wcześniejszego wpisu: czy naukowcy potrafią pisać?)

Autor naukowego bełkotu zyskuje w krótkim terminie a teksty przejrzyste zyskują w długim horyzoncie czasowym. Bo już nie obowiązuje administracyjny autorytet, akademicka koteria i ścieżka awansu. W perspektywie długoterminowej oddziaływuje myśl (jako propagula) a nie socjologia i społeczne relacje, decydujące o awansie i korzyściach finansowych czy towarzyskich.

Użycie pojęcia „propagula” to próba z mojej strony szukania analogii między ewolucją biologiczną a ewolucją kulturową, czyli porównywanie porcesów społecznych (w tym przypadku stylu pisarstwa naukowego) z procesami biologicznymi. Porównywanie przekazywania informacji biologicznej i informacji kulturowej.

"Reprodukcję" naukowców w sensie treści naukowej porównać można do szlaku komórek płciowych. Są mniej widoczne ale bardziej liczące się dla przyszłości. Szlak komórek somatycznych: widoczne od razu, ale bez znaczenia dla przyszłych pokoleń (nie dziedziczą się zmiany fenotypowe). Komórki generatywne są niewidoczne, ale to one decydują o przyszłości i reprodukcji. Cisi mistrzowie, wartościowi nauczyciele – to oni przekazują pałeczkę naukowego zapału i naukowej wiedzy w długim horyzoncie czasowym. To oni rekrutują do zawodu naukowego nowych adeptów. Tych mistrzów zazwyczaj nie cytujemy. Chyba, że sobie uświadamiamy ich rolę i umieszczamy ogólne podziękowania i dedykacje.

Komórki somatyczne są widoczne, znacznie liczniejsze i to one dominują w organizmie, ale są przemijające – zmiany genetyczne nie mają znaczenia dla przyszłości i nie utwalają się w przyszłych pokoleniach. Trwałe jest to elitarne, mniej widocze i nieliczne, decydujące o przyszłych pokoleniach i rozwijającej się myśli. Co w nauce jest trwałe i „reprodukcyjne”, a co jest przemijającym blichtrem? Nawet jeśli w danym momencie coś uważamy za „ważne”, przemija wraz ze stanowiskami.

Darwin nie miał stanowiska akademickiego, a wywarł ogromny wpływ na naukową myśl wielu pokoleń.

Na uczelniach nie zawsze odbywa się rzeczywiste tworzenie wiedzy, dużo tam przemijającego i powierzchownego rytuału. Ale uczelnie są potrzebne. Bo – utrzymując się w biologiczno-organizmalnym porównaniu – komórki somatyczne noszą w sobie nieliczne komórki reprodukcyjne, schowane przed ulicznym światem. Pracować warto dla przyszłości a nie teraźniejszej dworskości, nawet tej biurokratyczno-akademickiej.

To prawda, że na uczelniach jest zbytnia hierarchia i dworsko-biurokratyczne stopnie. Ale bez nich nie może (chyba?) nauka funkcjonować. Muszą być, są jak szkielet, jak rusztowanie. Ale trzeba pilnować by się zbytnio nie wypaczały i degenerowały. Potrzebne jest nieustanne mobilizowanie do sensu i ukracanie powierzchownej akademickiej celebry.

W dobrych ośrodkach naukowych, gdzie są prawdziwi (też nieliczni) naukowcy z „krwi i kości” (owe propagule intelektualne), to oni nadają kierunek pod pokryciem tej zimnej lawy. W słabych ich nie ma. Z pozoru i tu i tam wygląda życie akademickie tak samo – bo podobnie wygląda rytuał i życie akademicko-biurokratyczne, blichtr celebry. Prawie czyni jednak różnicę. Po czym poznać? Wcale nie tak łatwo i najczęściej…. dopiero po wielu latach i w czasie przeszłym.
Tak jak po latach widać różnice między organizmem płodnym i niepłodnym – pierwszy zostawia po sobie organizmy potomne, ten drugi bezpowrotnie przemija. W nauce jest to przemijanie przez milczenie przyszłych pokoleń…

Czy naukowcy potrafią pisać? (cz.1.)

kalamarz2

Pytanie wydaje się absurdalne. Doprecyzujmy je więc: czy naukowcy potrafią pisać zrozumiale i ciekawie? Pisanie jako forma komunikowania się jest jedną z podstawowych czynności każdego naukowca. Na dodatek rozliczani są z ilości i jakości tego pisania. Jeśli naukowiec nie pisze lub zbyt mało publikuje to może być zwolniony z pracy. Ale czy piszą zrozumiale?
Czy piszą aby być zrozumiałymi czy też piszą aby mieć dobrze punktowane publikacje?

Do zastanawiania się nad tym pytaniem sprowokowały mnie felietony „Ślepopisanie” Petera Wattsa w Nowej Fantastyce. Z rekomendacji studentki zajrzałem do trzech z marca, kwietnia i maja br. Czasami z boku czasami lepiej widać, więc może z perspektywy literatury fikcji lepiej będzie można dostrzec literaturę naukową? Watts jest naukowcem piszącym literaturę science fiction. A skoro jest naukowcem to z pewnością publikuje naukowe prace. Zna więc dwa style, dwa warsztaty, dwa środowiska pisarskie… i dwa rodzaje czytelników tych obszarów.

W marcowym felietonie pt. „Urodzeni by być złymi” próbuje wyjaśnić dlaczego naukowcy są kiepskimi pisarzami, choć teoretycznie powinni mieć najwięcej do powiedzenia w tym gatunku literackim.

„Dzięki specjalistycznej wiedzy naukowcy mogą być najlepiej poinformowanymi przewodnikami po przyszłości. Jednakże „poinformowany” i „zajmujący” to dwa różne słowa a naukowcy od małego są (…) szkoleni, by być kiepskimi pisarzami.”

Podobnie można zastanawiać się dlaczego naukowcy są także kiepskimi (zazwyczaj) popularyzatorami wiedzy. Wyjątki raczej potwierdzają regułę (tym wyjątkiem i nową jakością jest np. trzecia kultura).

Watts argumentuje, że naukowcy skupiają się w literaturze science fiction (SF) na technice, a nie narracji „zbyt szczegółowa wiedza ogranicza wyobraźnię.” To samo można powiedzieć o samej nauce: zbytnie koncentrowanie się na szczególikach (trzeciorzędnych) utrudnia ocenę całości (i dotarcie do ważnej istoty). Widać to np. w recenzjach, gdzie czasem oceniający ogranicza się do sprawdzenia błędów literowych, w ogóle nie oceniając treści (sensu i wartości naukowej rezonowanych badań). Błędy techniczne i te proste szczególiki w sumie najprościej zauważyć. To jest w stanie zrobić redaktor-niespecjalista. Od recenzenta naukowego oczekuje się czegoś więcej i to czegoś znacznie trudniejszego. W przypadku popularyzacji wiedzy sprowadza się to do braku umiejętności uogólnień i uproszczeń, aby zachować sens bez zachowania szczegółowego języka żargonowego (specjalistycznego). W swym języku naukowcy bywają jak koła, jadące w koleinach, koncentrują się na swoim przekazie a nie na odbiorcy i jego rozumieniu.

„Styl i gracja są nam systematycznie wybijane z głów w toku edukacji” – pisze Watts. A ja dodam wybijane jest spojrzenie całościowe. Skupianie się na tym, aby błędu literowego nie zrobić a nie na całej konstrukcji, logice wywodu czy ogólnych wnioskach i przejrzystości wypowiedzi.

„Poetycki język zniekształca przekaz jak barwione szkło, które choć piękne, wypacza obraz. (…) Tyle tylko, że prace naukowe często są niezrozumiałe nawet dla innych naukowców. Co więcej, istnieje mechanizm promujący nieprzejrzystość w nauce.” Przykrywanie i pudrowanie pustki pod pozorem uczonego i specjalistycznego języka. Trzeba dużo publikować… ale czy tyle da się wymyślić i zrobić? Nieprzejrzystość to efekt ucznia zmuszonego do ilości (ocenianie ilościowe). Ucznia uczącego się dla ocen a nie poznania i siebie samego – stara się więc o widoczne pozory a nie treść zalegającą w głębi…

Peter Watts przytacza hipotezę dr. Foxa „Niezrozumiały przekaz z uznanego źródła, dotyczący dziedziny, w której specjalizuje się odbiorca, podniesie mniemanie odbiorcy o autorze przekazu.” Są to trafne spostrzeżenia. W sumie autor felietonów zamieszczanych w Nowej Fantastyce dużo mówi o środowisku akademickim i próbuje dociec skąd się biorą takie kłopoty z pisaniem zrozumiałym.

Bo – jak słusznie zauważa Watts – w nauce mocno liczy się autorytet i rytuał. Słuchający niezrozumiałego wywodu waha się wytknąć błędy, aby nie wyjść na głupka. Naukowcy uczą się mówić więc mętnym, akademickim językiem, pełnym specjalistycznego słownictwa, odwołań do innych autorytetów naukowych, aby dodać swoim wypowiedziom ważności i „uczoności”. Aby zniechęcić do polemiki… bo tak jest bezpieczniej. Tak jak z pudełkiem cukierków w ładnym i „profesjonalnym” opakowaniu – zniechęcić do zaglądania co jest w środku.. i czy rzeczywiście coś jest (czasem tylko pustka, bo cukierki wyjedzone). Niezrozumiałość jest więc samoasekurowaniem się…

„Badacze, którzy chcą zaimponować kolegom, powinni pisać mniej zrozumiałe prace (…). Akademickie dyskusje powinny być prowadzone przez mówców, którzy nie mówią z sensem.”
To wg Wattsa kwintesencja wdrażania do zawodu akademickiego – i część (może nawet duża) „ucząc się dla ocen” znakomicie tę sztukę opanowuje.
Bo zapatrzona jest powierzchowny rytuał a nie sens, znajdujący się w głębi…

Przez wiele lat myślałem, że ta cecha mętnych i zagmatwanych wypowiedzi jest efektem prowincjonalizmu i jest typowa naukowych miernot. Okazuje się, że to istota inicjacji i socjalizacji naukowej w środowisku akademickim także w wielkim, pozaolsztyńskim świecie. Pisanie niezrozumiałe czyni ich kalekami w komunikacji społecznej i niepełnosprawnymi w pisaniu popularnym czy literackim (a przecież SF mogłaby być domeną naukowego analizowania przyszłości).

W tle tych rozważań jest uniwersyteckie kształcenie umiejętności wypowiedzi w mowie i piśmie, a nawet obrazie. Uniwersytety powinny uczyć pisania, w tym także ciekawego i komunikatywnego, a nie tylko naukowo-barokowo ozdobnego, upstrzonego w niezrozumiałe żargonowe wywijasy.
Warto sięgnąć – w dyskusjach nad Krajowymi Ramami Kwalifikacji i określaniu istotnych kompetencji, w jakie chcemy realnie wyposażyć naszych absolwentów – do wypowiedzi z boku, w tym przypadku do felietonów z czasopisma, poświęconego fantastyce.

c.d.n.

O tym jak ćwierkają chruściki i o mobilności naukowców

hydropsyche_2

Czy można ćwierkać pod wodą? Okazuje się, że tak. Myśląc o owadach wydających dźwięki, zazwyczaj myślimy o cykadach, świerszczach czy pasikonikach. Pod wodę ucha nie wkładamy, żeby posłuchać świata podwodnego. A okazuje się, że chruściki z rodzaju Hydropsyche (po polsku wodosówka) strydulują. Wydają dźwięki podobne do gry na grzebieniu lub pocierania o tarkę. Dźwięk powstanie w wyniku pocierania szczecinkami, znajdującymi się na pierwszej parze odnóży, o żeberkowaną fakturę spodu głowy (wyraźniej widoczne na dolnym zdjęciu).

hydropsyche1

Muzyka jak dziecięce granie na grzebieniu lub raczej jak jazz z użyciem tary do prania. Muzyka i przyroda, przyroda i muzyka.

Dlaczego ćwierkają larwy chruścików? To odstraszanie rywala, sygnalizowanie zajętego terytorium, swoista „zimna wojna”. Osobiście tej strydulacji nie słyszałem. Bo zazwyczaj w terenie jestem zbyt krótko, pobieram czerpakiem próby hydrobiologiczne, przebieram na kuwecie i … otaczają mnie dźwięki świata lądowego. Kusi mnie posłuchać, tego co pod wodą i nagrać, aby udostępnić innym. Ciekawe, jaki potrzebny byłby sprzęt techniczny, aby nagrać podwodne ćwierkanie chruścików?

A co z mobilnością, zawartą w tytule wpisu na blogu? Jakoś jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni do osiadłości. Staramy się wszystko mieć u siebie. Bo to jakiś wyznacznik „statusu i ważności”. Mieć własny gabinet, czajnik i sprzęt naukowy. Nawet jak się z niego prawie nie korzysta… ale niech inni widzą, jaki jestem ważny :). Powoli uczymy się mobilności. Po co kupować cały browar, jeśli chcemy napić się piwa? Skomplikowany i drogi sprzęt naukowy nie jest po to żeby był, ale żeby z niego korzystać. Potrzebna więc mobilność, od laboratorium do laboratorium. Od zespołu do zespołu. Od zadania do zadania.

Do robienia zdjęć chruścikom (w celach naukowych i edukacyjnych) od dawna się przymierzałem. A czas mijał. Dzisiaj zacząłem wreszcie korzystać z pracowni mikroskopowej w Laboratorium Diagnostyki Molekularnej. Dołączam więc do mobilnych naukowców :). A nauki sporo. Pierwsze zdjęcia wychodzą słabo. Trzeba nauczyć się sprzętu i oprogramowania.

Przy okazji można się przekonać jak doskonały jest mózg ludzki. Jak wiele i jak szybko przetwarza informacji. Wydawało mi się, że zdjęcia będą takie, jak ja obraz pod binokularem widzę. Komputer i kamera nie jest ludzkim mózgiem – inaczej przetwarza informacje. I teraz muszę się nauczyć myśleć konkretnym sprzętem optycznym, konkretną kamerą i konkretnym programem komputerowym.

Larwy z rodzaju Hydropsyche są terytorialne, walczą o zasoby (są filtratorami a ich sieci wymagają przestrzeni). Ale w stadium imago wylatują i są dużo bardziej „mobilne”. Odkrywają i kolonizują świat daleki. Pora i na mnie, abym się kolejny raz przepoczwarczył i zdobył się na większą, naukową mobilność.

Naukowiec to ciężki zawód. Ciągle trzeba uczyć się czegoś nowego, ciągle podejmować nowe wyzwania. Ale jest w tym piękno docierania cięgle do czegoś nowego. Nie ma przyjemności bez wysiłku, ani fizycznego, ani intelektualnego. Ćwierkanie chruścików też wymaga wysiłku…

Saudyjczycy i pożar w koszarach, czyli o pożytkach z kapitału ludzkiego

Czy lepiej być brzydkim czy głupim? Oczywiście, że głupim bo nie widać – taką można usłyszeć „pragmatyczną” odpowiedź. Wiedzy i kapitału ludzkiego także nie widać, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Budynki widać, wiedzy nie zobaczysz. Widać za to efekty. Tak jak głupoty nie widać, ale widać jej efekty. O głupocie lub mądrości wnioskujemy pośrednio, po efektach. Na to jednak trzeba czasu.

Pod koniec maja w bibliotece uniwersyteckiej odbył się Dzień Saudyjski. Wymyślili go i przygotowali studenci politologii i medycyny UWM. Tak ujawnił się niewidoczny kapitał ludzki. Dzień Saudyjski był pozytywną reakcją na incydenty wzajemnej niechęci, niezrozumienia, rasistowskich napisów i nawet bójki. Poznać się zanim narosną animozje i stereotypy. Bo jesteśmy skazani na wzajemne współistnienie obok siebie.

Olsztyn się umiędzynaradawia dzięki UWM, bo przyjeżdżają studenci nawet tak egzotyczni jak Saudyjczycy. Taka inność (obcość?) kulturowa jest widoczna już na ulicy. Niezrozumienie rodzi strach. Tak jak wtedy, gdy jesteśmy sami w ciemnym lesie. Nie rozumiemy dźwięków, wszystko jest obce i wydaje się groźne.

W czasach PRL do Olsztyna również przyjeżdżali „obcy”, studiować na ART. Teraz ponownie Olsztyn się umiędzynaradawia. Po Dniu Afryki (już cyklicznym) przyszła kolej na Dzień Arabii Saudyjskiej.

Pojawił się konflikt (napisy, bójka). Cóż robić, zataić? Udawać, że nic nie było? Szybka i pozytywna reakcja studentów jest „ucieczką do przodu” (edukacja zamiast policji). Trafna diagnoza: konflikty rodzą się z braku zrozumienia, bo obce sobie są nasze kultury. Stąd strach i agresja. Studenci (nasz kapitał ludzki) zaproponowali remedium: poznać się bliżej. I to szybko, zanim konflikty narosną. Przekuć słabość w sukces. Coś co mogło odstraszać obcokrajowców od Olsztyna (a więc i osłabiać nas ekonomicznie), ten ulotny, studencki kapitał ludzki zamienił w sukces. Wyszedł pozytywny sygnał z Olsztyna i być może będzie kontynuacja. To, co mogło być kompromitacją (łatka rasizmu, chuligaństwa, niebezpiecznego miejsca dla obcych), przekuwane jest w sukces. Tak właśnie zobaczyć można efekty kapitału ludzkiego. Efekty kulturowe, społeczne ale i w dalszej perspektywie ekonomiczne.

A przecież Saudyjczycy są tylko elementem otwierania się na świat i napływu imigrantów z różnych stron świata. Jeśli źle zdiagnozujemy przyczyny, będziemy mieli wieloletnie kłopoty tak jak w innych krajach. Jest szansa na zapobieganie a nie tylko gaszenie pożarów. Studencka akcja to przykład dobrodziejstw płynących z kapitału ludzkiego. Napływa do nas przecież także wielu Rosjan (mają być bójki kibolskie jak na Euro? marginalne ale jednak). Jeśli nauczymy się poznawać, zapobiegniemy wielu problemom.

UWM produkuje bezrobotnych? To złe postawienie problemu, bo wcale nie jest lepiej być głupim niż brzydkim. Mądrość czyni pięknym, głupota oszpeca…

Czyli już wszystko dobrze? Nie, obcych w Olsztynie będzie przybywało i nie tylko za sprawą umiędzynaradawiania się UWM, ale i innych zjawisk globalnych. To zagrożenie ze strony stereotypów i braku wiedzy o świecie i jego różnorodności. Takie studenckie inicjatywy to także szansa dla mieszkańców Olsztyna na poznanie świata i zrozumienie go. Bez ruszania się daleko. Tu na miejscu. Za sprawą kreatywności młodych ludzi i UWM.

Inny przykład materializowania się kapitału ludzkiego to inicjatywna artystów i próba rewitalizacji koszar, poprzez zamianę na dzielnicę sztuki. Coś co marnieje i niszczy się, może być wartościowym elementem miastotwórczym (czytaj podpalić koszary, i jeszcze jedna informacja).

Kolejnym przykładem, niedawnym, jest chociażby Niebiesko Piórko – święto Wydziału Sztuki (zobacz zdjęcia). Ukryty potencjał, stopniowo się uwidaczniający.

Wiedzy czy głupoty nie widać. Tak jak kapitału ludzkiego. Ale warto inwestować nie tylko w budynki (łatwe do zobaczenia) lecz i w kapitał ludzki. Pierwsze ładnie wygląda ale niesie za sobą wysokie koszty utrzymania, to drugie jest mniej widoczne, ale przynosi zyski długoterminowe. Tak jak na kapitał przystało. Kształcenie to inwestycja a nie filantropia. Powoli widać jak ten kapitał ludzki nabiera masy krytycznej i uzewnętrznia się na ulicy (czytaj np. odzyskiwanie przestrzeni publicznej). Jestem optymistą. Studenci (kapitał ludzki), są jak zasiane ziarno. Wykiełkuje coś dobrego, nawet jeśli śpimy…

Odzyskiwanie przestrzeni publicznej

Olsztyn aspiruje do miasta nauki i sztuki, przynajmniej w głowach niektórych mieszkańców. Teoretycznie potencjał i kapitał ludzki jest. Gorzej z jego sensownym uruchomieniem i „wyprowadzeniem na ulicę” (ale chyba ten proces jest już widoczny). W zakresie obecności nauki coraz liczniejsze są różne pokazy i festiwale naukowe i popularnonaukowe, a olsztyńska kawiarnia naukowa ciągle i z uporem utrzymuje się przy życiu. Sporo jest różnorodnych spotkań naukowych nie tylko w zamkniętym kręgu specjalistów i nie tylko w Kortowie. Upowszechnianie wiedzy jako sposób komunikowania się i bycia wśród ludzi zyskuje stopniowo coraz większe uznanie. Powoli postrzegane jest zarówno jako kształcenie ustawiczne oraz jako sposób życia społecznego.

Do zdobywania przestrzeni publicznej śmielej ruszyli artyści, zwłaszcza ci młodzi. To znak innego rozumienia społeczeństwa i przestrzeni publicznej.

Miasto jako parking nie jest atrakcyjne. Ani dla ludzi, ani dla biznesu. Nowe z trudem ale i i uporem odzyskuje przestrzeń publiczną, wypierając wszędobylskie samochody. Parking jako przestrzeń miejska nie jest zbyt atrakcyjnym rozwiązaniem. To marnowanie przestrzeni. Cennej przestrzeni starego miasta oraz parku.

Debata publiczna i konsultacje społeczne na ulicy? Tak jak w kawiarni naukowej? A czemu nie? To sygnał głębszych zmian społecznych i filozofii funkcjonowania miasta (w ślad za naukowcami i artystami do kawiarni z dyskusjami przenoszą się urzędnicy). Kontakty na portalach nie zastapią relacji osobistych. Po spotkaniu z człowiekiem w cztery oczy, dyskusję można kontynuować wirtualnie. Ale internet jest tylko narzędziem wspomagającym komunikację a nie jej kwintesencją.

Jeden z weekendów w Olsztynie. Tylko w na chwilę wyszedłem na Starówkę. A tam tyle ważnego się działo. Dowiedziałem się o jednej imprezie – Mallaria – z Facebooka, a przy okazji zobaczyłem wiele innych. Na zdjęciu wyżej w czasie dwu mini wydarzeń artystycznych na Uliczce Sztuki (fot. Krzysztof Matys). Poezja i sztuki plastyczne, dziejące się na ulicy i w letnim ogródku kawiarnianym. Czy wcześniej gorąca dyskusja w kawiarni o nauce (zobacz więcej). Mam nadzieję, że to znak (sygnał), że coś ważnego i przełomowego dzieje się w przestrzeni publicznej Olsztyna. Innym znakiem jest wyraźnie widoczny wzrost zainteresowania rowerami. Rowerzystów coraz więcej o każdej porze dnia i w każdym miejscu. Rower nie izoluje od innych ludzi. Z roweru czuć zapach przyrody miasta i łatwiej o kontakty międzyludzkie. Rower zajmuje mniej przestrzeni. Samochód to odizolowująca wyspa, niejako agresywne rozpychanie się łokciami. Samochód zdobywa przestrzeń – tylko co potem robić w blaszanej samotności? Odizolowani w blokowiskach, w blaszanych pudełkach, samotni szukamy zastępczego kontaktu przy ekranie? Żyjąc od drzwi do drzwi.

Niżej fotograficzna opowieść o weekendowym Olsztynie Cittaslow, Olsztynie Nauki i Sztuki in statu nascendi.

jeszcze inna filmowa relacja z Ogrodów euroeuropy:

http://www.itvolsztyn.pl/index.php?main=3&sub=34&item=390

Książka jest świadkiem samotności

Pisze się w samotności, czyta się w samotności. Dlatego książka jest świadkiem naszych samotności (nie jednej a wielu). To bywają krótkie chwile samotności, ale są. Czasem arcydzieła powstają w bardzo długiej samotności, w czasie przysłowiowych 40 dni na pustyni. Bo samotność wycisza, izoluje od gwaru i umożliwia dojrzewanie myślom. Wcisza niczym życie w klasztorze.

Cytując czerpiemy z wysiłku (cierpienia, samotności) innych. Pisanie jest jak życie pszczolinki napiaskowej, bo pisanie to samotność w kolonii. Samotność jako indywidualne działania, ale w sąsiedztwie innych.

Książka jest zarówno świadkiem samotności jak i świadkiem spotkania. Poprzez książkę ludzie się spotykają. Czasami książka jest pretekstem do spotkania zupełnie bliskiego. Przykładem może być niedawny wieczór autorski w Kawiarni Literackiej i Filmowej z dr. Romanem Hołyńskim oraz rozmowy o nauce. Na moment olsztyńska kawiarnia naukowa stała się kapsułą antyfudbolową. O dziwo, w czasie Euro i w czasie studenckiej sesji, nie tylko zjawili się goście, to jeszcze toczyła się gorąca dyskusja o nauce, niczym kibiców po meczu (więcej zdjęć ze spotkania). To cudownie, że sprawy nauki rozpalają emocje a pytanie czym jest nauka staje się powodem do utarczek słownych i poszukiwań. Po spotkaniu wracamy do swoich samotnych rozmyslań przed kartką papieru lub klawiaturą i internetowym blogiem.

Blog – jako forma pisania i forma "książki" – też jest świadkiem samotności: piszemy w samotnosci i czytamy w samotności… Przed komputerowymi ekranami siedzimy najczęściej pojedynczo.

Książkowa "samotność" nie musi oznaczać braku działania zespołowego. A tego ostatniego ewidentnie brakuje Polakom w wielu wymiarach, także aktywności akademickiej. Działania zespołowego brakowało naszej drużynie w ostatnim meczu z Rosją.

"w Polsce najbardziej brakuje mu infrastruktury, współpracy i wsparcia; i tej instytucjonalnej, i tej w sferze psychologicznej. "
– pisze prof. Jadwiga Staniszkisz w artykule "Styl gry a szanse zwycięstwa". Sport jest tego przykładem. Współpracy i działania zespołowego brakuje nam w każdej sferze… niestety.

Ale to również ważne przasłanie do uniwersytetów, aby skupić się na ksztaceniu takiej właśnie kompetencji społecznej. Aby w odrobinie empatii spojrzeć na studenta jako podmiot i partnera dialogu, a nie jako przedmiot dekorujący samotne opracowywanie programów. Aby potem mówić do studentów a nie tylko w ich obecności
Z daleka wygląda podobnie, a przeciez różnica jest zasadnicza.
Bo praca zespołowa to nie to samo co praca w grupie… mimo, że z daleka widzimy podobne obrazy…

Śmierć w sieci, czyli o internecie i kołoszu wielobarwnym

koloszdwubarwny

To co zbawienne może być destrukcyjne. Bo wszystko wymaga umiaru. Nawet trucizna w niewielkiej ilości może być lekarstwem oraz lekarstwo dawkowane w nadmiarze może być trucizną.

Internet jest bez wątpienia dobrodziejstwem i użyteczną usługą. Ale czy nie spędzamy w internecie i przed komputerem zbyt dużo czasu? Czasu bezproduktywnego, siedzenia dla samego siedzenia, kosztem innej aktywności? Uwięzieni w sieci częściowo zamieramy… tak jak tak pszczoła w pajęczej sieci. Mnie się to niestety zdarza…

Samochód jest użyteczną maszyną… ale przyzwyczajając się do wygody staje się dla nas fetyszem statusu społecznego i szkodliwą bezaktywnością. Dzięki samochodom możemy przeprowadzić się na przedmieścia, aby mieszkać w ciszy i blisko przyrody, w domu z ogródkiem. Ale codziennie dojeżdżając do pracy niejednokrotnie spędzamy do 2 godzin za kierownicą (w blaszanym pudełku). A to, jak dowiedli naukowcy, jest szkodliwe dla zdrowia i skutkuje krótszym życiem. Nie rekompensuje tego wypoczynek w ogrodzie…

Badania terenowe są dla mnie znakomitym pretekstem i okazją do ucieczki sprzed komputerowego monitora i okazją do pobycia w przyrodzie (pieszo i na rowerze). Chodzimy na grzyby… aby być bliżej przyrody, a zbieractwo jest swoistym uzasadnieniem i motywacją do wyjścia z domu. Podobnie z wędkowaniem. Może warto zachęcać do obserwacji przyrodniczych i do udziału w społecznych badaniach naukowych: monitoringu i inwentaryzacji przyrodniczej, we współpracy z uniwersytetami? Sensowność takich działań będzie znakomitym uzasadnieniem wyjścia na łono przyrody…

Chodząc po uprawach wierzby oraz w pobliżu tych upraw (w badaniach nad bioróżnorodnością) mam okazję patrzeć na przyrodę taką jaką jest, a nie za pośrednictwem internetu. Zdjęcie powyższe, to jedno z wielu wycieczkowych pamiątek.

Na zdjęciu kołosz wielobarwny (Aculepeira ceropegia), pająk z rodziny krzyżakowatych. Na zdjęciu z okolic Łężan jest i pszczoła, co życie w sieci straciła. Kołosza można spotkać na łąkach, skrajach dróg, skrajach lasów i zadrzewień. Jest stosunkowo rzadkim gatunkiem. W internecie można w kilka sekund znaleźć zdjęcie i informacje o tym  stawonogu. Ale bez porównania czym innym jest spotkać go w przyrodzie, mimo, że trzeba się przy tym dużo nachodzić i długo szukać. Szybciej nie znaczy lepiej. Szybciej często oznacza powierzchowność.