
Przykrości, trud dnia codziennego i nieszczęścia – dla tych co potrafią dają szansę na zrozumienie sensu własnego życia. Są jak egzaminator stawiający trudne pytania: jedni „polegną” dla innych będzie to rozwojowe wyzwanie. Tak jak w otaczających nas ekosystemach: śmierć i rozpad przeplata się z rozwojem i wzrostem.
Życie (w sensie biologicznym) jest ciagłym rodzeniem się, tworzeniem na nowo, odradzaniem się. Śmierć umożliwia odradzanie się, nie jest więc jakimś artefaktem czy wynaturzeniem niedoskonałości. Życie nie jest jak maszyna, z doskonałymi częściami, dopasowanymi do siebie, tak jak dawniej myślano (mechanicyzm). Życie to coś więcej. To nawet nie tylko samonaprawialna maszyna, ale ciągle odradzająca się, samopowielająca się maszyna. Model organizmu lepiej opisuje wszechświat niż model maszyny (czytaj więcej).
Każdy organizm się starzeje. Mimo różnorodnych mechnizmów regeneracyjnych i naprawczych, z wiekiem liczba błędów i „usterek” jest coraz większa. Ale umieramy nie ze względu na „zepsucie się”, śmierć jest niejako zaprogramowana. Biolodzy poznali apoptozę – zaprogramowaną śmierć komórki. U organizmów wielokomórkowych apoptoza umożlwia rozwój całego organizmu, kształtownie się tkanek i i narządów. Jednokmórkowce, dzieląc się (podział komórki, rozmnażanie bezpłciowe) też giną – tworzy się nowa jakość. Nie wyda ziarno plonu, jeśli wcześniej nie obubrze.
W życiu codziennym skupiamy się na ratowaniu obiektów a nie procesów. Tak jest w konserwatorskiej ochronie przyrody, gdy pieczołowicie wypełniamy betonem próchniejące dziuple starych drzew (zamiast sadzić nowe) czy w medycynie, dążąc do coraz doskonalszych metod wydłużania życia (wstawiania części zamiennych). To jest skupienie się na osobniku a nie na procesie. W jakimś sensie jest to krótkowzroczne, ale i wynika z wewnętrznej chęci przetrwania.
Dlaczego zamiast doskonałych i samonaprawczych organizmów mamy śmiertelne ale za to samopowielające się (rozmnażające się) istoty żywe? Sens takiej śmiertelności widać o wiele bardziej z szerszej perspektywy – możliwia jest ewolucja i nieustanne przystosowanie, adaptowanie się do zmieniających się warunków. Ale także swoisty postęp i rozwój całości. Bo w miare rozwoju samo życie (w sensie biologicznym) zmienia otoczenie i warunki zewnętrzne.
Ciągłe narodziny, ciągła śmierć, ciągłe budowanie od nowa, a wszystko układa się w różnorodne cykle życiowe. Jednocześnie jednak obserwujemy kierunkowy rozwój. Czyli nie tylko cykliczność. Tak jak w ruchu kół jadącego roweru czy samochodu. Wydawać by się mogło, że koło kręci się w kółko, wokół swojej osi. Powtarzalna cykliczność i nic więcej. A przecież, dzięki takiemu cyklicznemu „kręceniu się”, posuwamy się do przodu. Żeby jednak zauważyć tę kierunkowość i rozwój potrzeba nieco szerszej perspektywy.
W naszym codziennym życiu również wykonujemy wiele czynności, wydawałoby się beznadziejnie ulotnych w przegranej walce z wszechogarniającą entropią. To co się zrobi, to niszczeje. Ulice ciągle są zaśmiecowe, drzewa wycinane, zieleń miejska dewastowana. Ubranie się brudzi, musimy je prać, aż sił braknie. W społeczeństwie ciągle pojawiają się wandale, destruktorzy, niszczyciele.
Ciągle się myjemy… a stanu wiecznej czystości nie osiągamy. Wydawać by się mogło, że mycie i sprzątanie to wysiłek daremny. Ciągle jemy… i ciągle jesteśmy głodni. Ciągle tworzymy rzeczy piękne i wartościowe, które niszczeją w czasie wojen, rabunków, dewastacji. Skoro nietrwałe i niszczejące, więc może nic nie robić, to przynajmniej nie będzie żalu po stracie?
Są procesy która podtrzymują stan, swoistą homeostazę wewnętrzną. Są w jakimś sensie niewdzięczne, bo niczego nie przybywa (tak jak telewizorów na taśmie produkcyjnej w fabryce), utrzymywany jest jedynie stan obecny. Gdy nasze serce bije, gdy oddychamy, wydaje się to oczywiste i normalne. Te zwykłe procesy dostrzegamy dopiero wtedy, gdy coś niedomaga. Służby miejskie, odpowiedzialne za sprzątanie dostrzegamy jedynie wtedy, gdy śmieci wysypują się z przepełnionych koszy. Dobrze wychowanego dziecka nie widać, bo nie sprawia kłopotu… Dobrych ludzi nie widać za bardzo, w mediach na okrągło trąbią o wypadkach, nieszczęściach, malwersacjach – można byłoby odnieść mylne wrażenie, że taki jest właśnie świat…
Wartość tych z pozoru prostych czynności wynika nie tylko z podtrzymywania stanu, swoistej homeostazy. Sens takiej „niewdzięcznej” pracy wynika z nieustannego odradzania się, tworzenia na nowo. Czy to będzie żmudne wychowywanie człowieka, czy to będzie pielęgnowanie zieleni w przestrzeni publicznej, czy to tworzenie skromnego dobra wokół siebie. Tak jak w zjawisku życia (biologicznego), ciągłe odradzanie się to nie tylko procesy konserwatosko-naprawcze.
Nie martw się więc, gdy coś niszczeje w porzestrzeni publicznej i tkance społecznej. Można tworzyć od nowa, a nie tylko odtwarzać. Wielka głębia i tajemnica życia tkwi w prostych czynnościach, pozwalających stawać się ciagle i na nowo. Nie wystarczy raz stworzyć, trzeba tworzyć nieustanie. Tak jak jazda na rowerze, gdy przestaniemy jechać do przodu, to się przewracamy.
Państwo też nie jest "zbudowane" raz na zawsze i tylko się psuje w miarę upływu czasu i "używania". Państwo stwarzamy w codziennych wysiłkach. Małżeństwo także nie staje się w dniu ślubu – ono jest budowane codziennie przez wiele lat. Nie jest więc tak, że rozwód… bo się pomyliliśmy, bo to nie ten/ta. Rozwód, bo zabrakło wysiłku codziennego tworzenia. Żywe jest tylko do czasu, gdy się w codzienności się odradza, gdy się rodzi każdego dnia, tworzone jest każdego dnia. Nie tylko naprawiane, ale tworzone. Cykliczność nie neguje kierunkowości.