Biolodzy, dlaczego się tak dziwnie ubieracie?

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Biolog środowiskowy w swoim laboratorium przyrody nieszczególnie wygląda. Mam na myśli strój roboczy. Przeciętni ludzie biorą nas za wędkarzy, myśliwych lub nawet kloszardów. Bo przyroda to nie jest sterylne laboratorium i w białym fartuchu byłoby niepraktycznie pracować. A że raczej nikt nie szyje ubrań roboczych dla przyrodników pracujących w terenie, to i garderoba nie jest specjalnie przystosowana. Jednak nie zakładamy tych swoich dziwnych strojów, aby wyróżnić się z tłumu. W większości ma to swoje uzasadnienie praktyczne.

Najczęściej jest to strój moro (łaciate w stylu wojskowo-myśliwskim). W niewielu przypadkach służy do maskowania się, aby zwierzyna nie zauważyła (to przydatne ornitologom, teriologom itd., mniej entomologom czy botanikom). Znacznie częściej wynika to z faktu, iż taka garderoba  jest dobrze przystosowana do warunków pogodowych i terenowych. Ubranie moro ma jeszcze jedną praktyczną zaletę – nie widać błota, chlorofilu i innych zabrudzeń. Wystarczy przejść się przez pole rzepaku lub przez błota i moczary leśne, by wyglądać na mocno zabrudzonego, niczym wiejski pijaczyna.

Nakrycie głowy w najmniejszym stopniu jest do ozdoby. Przede wszystkim chroni od słońca i deszczu, a daszek dla okularników przydatny jest jako ochrona okularów przed pajęczyną, gdy się przedzierają przez zarośla (okularnicy – nie okulary!). Przyciemniane okulary widoczne na zdjęciu wyżej? To nakładka polaryzacyjna na okulary (jak wiele gadżetów, zakupiona w sklepie wędkarskim), ułatwia zaglądanie do wody i śledzenie tego, co na dnie się dzieje. Znacznie ułatwia pobieranie prób i wypatrywanie nie tylko chruścików. Kapelusz z rondem jest niezwykle przydatny, bowiem po założeniu moskitiery pomaga chronić głowę przed komarami, bąkami, ślepakami i innymi dokuczliwymi krwiopijcami (dzięki rondu moskitiera jest w znacznej odległości od skóry i działa jak siatka pszczelarska). Ponadto rondo chroni szyję na karku przed słońcem. Urodziwy taki kapelusik nie jest, ale za to przydatny i praktyczny.

Kamizelka z kieszonkami jest jednym z ważniejszych elementów ubioru. Bo pod ręka trzeba mieć wiele różnych pomocy i narzędzi: GPS, dyktafon (żeby zapisywać notatki głosowe), notes, probówki na owady, karteczki do opisu, koperty na motyle, penseta, ołówek, długopis, pipera, kompas, mapnik itd. (nawet gaz pieprzowy na psy biegające tu i tam, bez kagańca i właściciela). Najlepiej jak wszystko jest w przemyślny sposób przywiązane sznureczkami lub smyczami. Żeby nie wyśliznęło się z kieszeni i nie wypadło w zarośla lub do wody. Nawet pensetę mam na przemyślnym sznureczku. Małe drobiazgi łatwo zgubić w trawie, a nad wodą, schylając się tu i tam, z kieszeni drobiazgi wypadają, robią plum i najczęściej nie są do odzyskania. Dlatego kamizelka z licznymi kieszonkami jest niezwykle wygodna. Pomijając podręczny plecaczek czy aparat fotograficzny lub lornetkę zawieszoną na szyi. Ręce powinny być przynajmniej chwilami wolne na czerpak, siatkę entomologiczną i inne czasowo wykorzystywane elementy obserwacyjno-pomiarowe. Na odganianie się przed muchami i komarami rąk już brakuje :). Przydałby się ogon – wielokrotnie zazdrościłem juz krowom i koniom…

DSCN3440Dla biologów środowiskowych, zajmujących się owadami wodnymi, przydatne bywają buty, umożliwiające wejście do wody. W porze zimnej lub gdy można dojechać samochodem, wygodne są długie wodery (spodniogumowce). Można wejść głęboko do wody. Wadą jest to, że w takim wdzianku daleko zajść nie można, trzeba je wozić lub nosić i za każdym razem zakładać przed wejściem do głębszej wody. Krótkie gumowce umożliwiają przejście przez pola, błota, torfowiska, nawet wejście do wody. Wadą jest to, że są krótkie i głębiej wejść nie można (bo się naleje do butów). Latem najwygodniejsze są wodoodporne sandały lub płócienne buty. Można wygodnie daleko zajść i wejść… do każdej wody, aż po szyję, każdego torfowiska czy bajora. Latem szybko mokre rzeczy wysychają (a błoto można w domu sprać). Może to niezbyt komfortowe, ale za to nie trzeba dźwigać wielu dodatkowych elementów ubrania. Długie nogawki i rękawy są dobra ochroną przez zadrapaniem i skaleczeniem. Laboratorium przyrody nie nie ekskluzywna plaża czy basen hotelowy. Więc lepiej chodzić w mokrych spodniach niż być pokąsanym i podrapanych w krótkich spodenkach.

W laboratorium przyrody nachodzić się trzeba, przez piaszczyste drogi i bezdroża, pokrzywy, uprawy rolne, bajora i błota, rzeki bez mostów, w towarzystwie komarów, meszek, kleszczy, ślepaków, jusznic deszczowych, much końskich, kuczmanów, pijawek lekarskich, gdy słoneczna spiekota i deszcz niespodziewany. Bo z bliska lepiej przyrodę widać. Po wielu latach praktyki, wykorzystywania samochodu, roweru i własnych nóg, te ostatnie bywają najlepsze. Bo wystarczająco wolno, aby być blisko przyrody i więcej widzieć. Wszystko jednak trzeba nieść ze sobą. Im mniej, tym lepiej.

(fot. L. Pietrzak, zdjęcie wyżej z Delty Wisły, niżej z Puszczy Białowieskiej)

Dzieciństwo kuprówki złotnicy z dygresjami o metamorfozie

kuprowkazlotnica

Przeobrażenie (metamorfoza) w cyklu życiowym jest czymś, co ciągle zadziwia. Rodzi ewolucyjne pytania o przyczyny i sposoby powstawania tak złożonych zjawisk. Stadia życiowe różniące się nie tylko wyglądem ale i sposobem życia, czy nawet funkcjami ekologicznymi, jakiś czas temu zostały nazwane ekonami (econe). Przykładem mogą być motyle, których gąsienice w zasadzie mają inne nisze niż owady dorosłe. Zmiana siedliska i sposobu odżywiania odbywa się niejako skokowo (nieaktywne stadium poczwarki). Ale kiedyś przecież musiały być cykle życiowe ze stopniową przebudową organizmu i stopniową zmianą siedliska i sposobu życia. Próżno jednak szukać pojęcia ekonu w Internecie czy ogólnych podręcznikach ekologii. Termin ten jeszcze nie przebił się przez liczne publikacje i powszechną akceptację. A przecież samo zjawisko jest powszechnie znane. Brakuje tylko ujęcia teoretycznego, które zgrabnie pokaże, że „mówimy prozą”. Ekon zapewne czeka na nową syntezę teoretyczną w ekologii.

Ale wróćmy do tytułowego motylka i zamieszczonego zdjęcia. Piękno gąsienicy może zachwycać i zastanawiać. Kuprówka złotnica (Euproctis similis starszy synonim Porthesica similis) należy to motyli nocnych, pospolicie zwianych ćmami. Dokładniej jest przedstawicielem rodziny brudnicowatych (Lymantriidae). W tej rodzinie jest znana leśnikom brudnica mniszka i brudnica nieparka.

Kuprówka złotnica jest gatunkiem pospolitym w Polsce, ale niezbyt często spotykanym. Uwiecznioną na zdjęciu gąsienicę spotkałem w maju b.r. w Lesie Warmińskim, w czasie wycieczki rowerowej. Urzekła mnie niezwykłym i jaskrawym ubarwieniem. Rodzina brudnicowanych liczy ponad 2500 gatunków, z których większość zamieszkuje Afrykę. Jednak jaskrawe kolory nie są nawiązaniem do afrykańskiej kultury Homo sapiens ale przystosowaniem do środowiska i barwami ostrzegawczymi dla potencjalnych drapieżników. Świat nie jest piękny dla nas. My go takim widzimy. Chyba, żeby przyjąć silną zasadę antropiczną w wersji nieco rozszerzonej nie tylko o prawa fizyki ale i o esterykę.

Kuprówka złotnica zaliczana jest do brudnic, których gąsienice mają na stronie grzbietowej, na 9 i 10 segmencie, po jednej brodawce w kształcie maleńkiego talerzyka o falującej powierzchni w czasie zaniepokojenia. Służą prawdopodobnie do odstraszania niektórych drapieżników (bo przecież nie wszystkie się „nabiorą”). Dodatkowo włoski utrudniają schwytanie i czynią „mniej smacznymi” (nie wiem czy z tych powodów kobiety się depilują? Aby nie odstraszać, a wręcz przeciwnie – przyciągać, przynajmniej wzrok). Zachwycające nas piękno w sensie przyrodniczym nie zawsze ma przywabiać (tak jak kwiaty przywabiają owady odżywiające się nektarem, a przy okazji roznoszące pyłek i ułatwiające rozmnażanie roślin kwiatowych). Czasami „piękno” ma odstraszać i ostrzegać, jak czerwone światło na ulicy.

Gąsienice żerują pojedynczo od września do czerwca, z okresem przerwy w miesiącach zimowych, na drzewach owocowych, dębach, wierzbach, topolach, brzozach, głogu, olszy, wierzbie iwie. Spotkać je można w wilgotnych lasach, zaroślach, parkach, sadach i ogrodach. Zimę gąsienice spędzają w podwójnym, białawym oprzędzie. Jak w kurtce z ociepleniem. Także w okresie linienia zamykają się w oprzędach, izolując się od świata i niebezpieczeństw. Po wylince kolejne stadia larwalne przegryzają oprzęd i porzucają go. Poczwarki przebywają w podobnych oprzędach, jak gąsienice w czasie zimy. Biolog zastanawiać będzie się nad podobieństwem oprzędu w czasie linienie i oprzędu zimowego oraz oprzędu, w którym następuje przepoczwarczenie. Rodzi się ewolucyjne pytanie o pochodzenie kokonu poczwarkowego. Podobnie jak z ewolucyjnym pochodzeniem sieci łownych i przenośnych domków u chruścików: czy budowa sieci łownej u chruścików lub oprzędów u kuprówki złotnicy jest wykorzystaniem „wynalazku” kokonu poczwarkowego czy też kokon poczwarkowy jest pozostałością umiejętności (behawioru) stadiów larwalnych? Może w behawiorze budowlanym chruścików kryje się rozwiązanie zagadki powstania kokonu poczwarkowego, podobnie jak w oprzędach gąsienic kuprówki złotnicy kryje się rozwiązanie kokonów poczwarkowych u motyli?

Motyle bez wątpienia są młodszymi krewniakami chruścików, którzy na stałe opuścili środowisko wodne i przystosowali się do środowiskowej symbiozy z roślinami kwiatowymi. Larwy przeszły na roślinożerność a dorosłe wykorzystują nektar kwiatowy. Można przy okazji wspomnieć o kilku gatunkach motyli wodnych budujących domki (czasami mylone z chruścikami) raz o gąsieniach motyli niektórych gatunków, budujących przenośne, lądowe domki. Do złudzenia przypominają domki chruścików, ale spotkać można je na drzewach czy ścianach domów. I na dodatek jeden gatunek chruścika występujący w Polsce – Enoicyla pusilla – żyje w środowisku lądowym, w ściółce leśnej. Łatwo można go pomylic z motylem. Informacji o tym gatunku od dawna nie ma, bowiem hydrobiolodzy badania prowadzą w zbiornikach wodnych a entomolodzy lądowo-leśni chruścikami się nie interesują…

Wróćmy jednak do naszej kuprówki złotnicy. Dorosłe motyle spotkać można od połowy czerwca do połowy sierpnia (czasem nawet do września, w zależności od regionu). Nazwa motyla wzięła się od ubarwienia postaci dorosłych: samiec i samica są koloru białego, ale na końcu odwłoka ubarwione są w kolorze pomarańczowo-złotym (rudo-złotym). Można by powiedzieć, że to motyl o złotym kuprze (starsza nazwa – złotozad). Wielkość ciała owada dorosłego waha się w granicach 28-35 mm. Natomiast rozpiętość skrzydeł samca wynosi 26-32 mm, rozpiętość skrzydeł samicy: 32-40 mm. Dymorfizm płciowy zaznacza się nie tylko w wielkości ale samiec na przednim skrzydle, w okolicach kąta tylnego (taki termin entomologiczny, służący do precyzyjnej lokalizacji żyłek na skrzydłach), ma trzy szare plamki. Kuprówka złotnica to motyl koloru śnieżnobiałego (biała dama, częste ubarwienie w tej rodzinie), pokryty bardzo długimi, włoskowatymi łuskami. Przepięknie prezentuje się na zdjęciach.

Złoty „kuper” w postaci złotorudych włosków znajduje się na końcu odwłoka. Widać go po rozpostarciu skrzydeł (tak preparowane są motyle w kolekcjach entomologicznych), w naturalnym spoczynku, dachowato ułożone, białe skrzydła zakrywają cały odwłok. Tak owada najczęściej widzimy – chyba, że akurat zrywa się do lotu. Bardzo podobne ubarwione są imagines białki wierzbówki (Leucoma salicis) i brudnicy czarnelki (Arctornis l-nigrum) – nie mają jednak rudawo-złotego zakończenia odwłoka (poza innymi drobnymi, różniącymi detalami). Podobna jest także kuprówka rudnica (Euproctis chrysorrhoea) – ale ten gatunek ma rudy prawie cały odwłok.
Samice składają jaja na spodniej stronie liści w złożach po 200–300 sztuk. Po około miesiącu z jaj wylęgają się gąsienice, które rozchodzą się po roślinie i dalej żerują w samotności, z dala od rodzeństwa.

Kuprówka złotnica jest gatunkiem palearktycznym, ale zawleczonym także to Ameryki Północnej (Neartyka). W wyniku energicznych działań zwalczających, gatunek ten nie zaaklimatyzował się, w przeciwieństwie do swego krewniaka – białki wierzbówki, który po zawleczeniu do Ameryki ok. 1920 r. stał się tak groźnym szkodnikiem lasów liściastych.

Dzieciństwo jest różne od dorosłości, nie tylko u kuprówki złotnicy. Dołączam do osób, którym wydaje się, że kiedyś czas płynął wolniej. Można było się bosko ponudzić a wszystko co przyszło do głowy zrealizować. Teraz jakby czas gnał jak szalony. Mnóstwo pomysłów się rodzi, wiele okazji do zrealizowania kolejnych pomysłów… a czasu lub sił za mało, żeby to zrealizować! Tak, jakby czas biegł znacznie szybciej. Rodzi się niedosyt spełnienia. Czy kiedyś uda mi się należycie wszystkie te pomysły spisać i dopracować należycie? Czy uda się dokończyć? Kiedy zanim zrealizuję jeden juz dwa kolejne się pojawiają. Teczka z notatkami i pomysłami wciąż rośnie jak brzemienna samica… W wersji początkowej zamieszczam na blogu, jak średniowieczne puszczanie krwi dla poprawy samopoczucia…

Ale dla pogłębienia rozważań biologicznych proponuję lekturę następujących moich dawniejszych artykułów:

Skąd się wzięła poczwarka

Jak owady nauczyły się latać

Jak powstały skrzydła owadów

ps. dla uważnych – na zdjęciu widać także wija – krocionoga. I o nim warto by coś napisać, z subtelnymi dygresjami o świecie wokół nas. Ale to juz innym razem, o kroczeniu z dziesiątkami odnóży i redundacją segmentów.

Naukowiec i swędzący syndrom dnia następnego

salwinia_plywajaca

Syndrom dnia następnego u biologa środowiskowego objawia się nieco inaczej niż u przeciętnego człowieka. Bo nie chodzi o ból głowy tylko swędzącą skórę… od pogryzień owadów krwiopijnych i pokłucia przez rośliny.

W ostatnich, upalnych i burzowych dniach byłem na wyprawie badawczej  w Delcie Wisły, Żuławami zwanej. Z racji pory roku i pogody najbardziej dokuczliwe były krwiopijne owady z rodziny bąkowatych (Tabanidae): ślepaki i jusznice deszczowe. W upalne lipcowe i sierpniowe dni, zwłaszcza przed burzą, są wyjątkowo aktywne. W czasie badań, oganiania się i klepania we wszystkie części (odkryte) ciała, ukłucia nie są zbyt bolesne. Jakkolwiek bąkowate kąsają boleśniej niż komary. Dopiero na drugi, trzeci dzień, skóra staje się coraz bardziej swędząca i zaczerwieniona od licznych owadzich ugryzień. Do tego doliczyć trzeba mikroskopijne ranki od ukłuć przez różne rośliny. Przedzierając się przez gąszcze nadwodne, skóra wydelikaconego mieszczucha (naukowca-biurkowca) narażona jest na delikatne pokłucia. Kiedy upał, wtedy chętniej się rozdziewamy, zamiast przezornie „gotować” się w szczelnym ubraniu. I tak źle i tak nieprzyjemnie.

Tak, praca w terenie, z komarami, meszkami, kuczmanami, bąkami i kleszczami w sąsiedztwie i za uchem, nie należy do najłatwiejszych. Na dodatek czasem deszcz za kołnierz się leje, grząski grunt pod nogami się zapada, a i czasem dzikie zwierzę wystraszy, wyskakując zza krzaka albo pioruny bijące z nieba i grad lecący na głowę. Te trudy odczuwa się po przyjeździe do domu. Nie tylko fizyczne zmęczenie ale i swędzący syndrom dnia następnego :).

Mimo niedogodności w trakcie i po, wyprawy terenowe przynoszą wiele przyjemnych doznań. Doznań odkrywania i namacalnego obcowania z unikalną przyrodą. Delta Wisły jest dla mnie hydrobiologicznym odkryciem. Na przykład załączona na zdjęciu wyżej paproć wodna: salwinia pływająca (Salvinia natans). W młodości czytałem o niej w podręcznikach akwarystycznych, oglądałem obrazki a na studiach czytałem w podręcznikach botanicznych. Podczas wielu wypraw naukowych, nie udało mi się jej spotkać. A w Delcie Wisły widziałem ją w wielu miejscach, obok innych niezwykłych roślin, owadów, ptaków i krajobrazów odmiennych od tego, do czego przywykły moje oczy. Dla naukowca nowe badania, nowe tematy są zawsze fascynującą przygodą. Trudno w tym zawodzie o rutynę i znudzenie. Cena warta ugryzień, poparzeń przez pokrzywy, pokłucia przez osty itd.

W trakcie żuławskich zmagań z przyrodą rozdzwoniły się telefony, nawet i z telewizji. Z pytaniami o letnie pokąsania. Widać że wakacyjny temat ogórkowy z użądleniami i pokąsaniami jest znowu na czasie. Tego, czego nie jesteśmy w stanie zmienić, najlepiej zaakceptujmy. Nie ma co ze strachu przed owadami, żmijami, kleszczami i innymi elementami przyrody siedzieć w domu. Lepiej poznać przyrodę, zrozumieć i nauczyć się unikać negatywnych skutków. Do tego potrzebna wiedza. Kiedyś ta wiedza była wszystkim znana (bo na co dzień stykaliśmy się z przyrodą), teraz mieszczuch musi się jej nauczyć z książek i telewizji. A potem doświadczyć na łonie natury.

No to lecę, pa (żagiew ruda i pracowite lato ekologa)

Fajnie jest być uczniem – bo ma się wakacje. Żeby to jednak docenić, trzeba wydorośleć. Bo w wieku dziecięcym chcemy być przecież dorosłymi! Rytm pracy biologa środowiskowego wyznaczają pory roku i aktywność owadów (mojego obiektu przyrodniczego i badawczego). Nie da się ani przyspieszyć ani opóźnić. Pokazuje to, jak bardzo ulegamy złudzeniu, że człowiek wszystko może i że opanował przyrodę. Mimo techniki dalej żyjemy rytmem przyrody, rytmem od nas niezależnym. Dalej ulegamy żywiołowi i po ulewnych deszczach czy gradobiciach uczymy się pokory.

Ale ja nie narzekam. Lubię swoją pracę terenową. Pozwala cieszyć się prowincją. I daje szansę na robienie zdjęć. Tak jak tej ważce – zwanej żagiew ruda (Aeshna isoceles) – która wdzięcznie pozowała nad Jeziorem Legińskim w Łężanach. To typowy gatunek nizinny, zamieszkującym głównie trzcinowiska wokół starorzeczy (i jak na Pojezierzu – trzcinowiska jeziorne). Spotkać ją można czasem nad wolno płynącymi strumieniami i rowami. Żagiew ruda (z rodziny żagnicowatych) to gatunek umiarkowanie pospolity. Najczęściej spotkać go można w północnej i zachodniej Polsce, ale lokalnie i w innych częściach kraju. Larwy rozwijają się w jeziorach, żwirowniach i gliniankach, starorzeczach i torfiankach.

W dzieciństwie obserwowanie przyrody było spontaniczne, bez zobowiązań, pisania raportów i publikacji. Ot tak, z zachwytu i ciekawości. Moje obecne wyprawy terenowe, jakkolwiek zawodowe, to dają szansę na wyrwanie się z miasta i pobycie na prowincji, w bezpośrednim zapachu łąk, rzeczek i lasów. Z brzęczeniem much i kąsaniem komarów czy nawet ślepaków….

No to lecę znowu w teren. Bez internetu. Co ma swoje dobre strony wyciszenia i oderwania. Ale wrócę. Jak kiedyś jako uczeń z wakacji u babci na wsi. Zapamiętując przygody i zapach kija leszczynowego, stanowiącego wędkę. I zapach mleka z wieczornego udoju, przecedzanego w wiadrze.  

Dzień Drzewa, Dzień Chruścika czy Park(ing) Day? czyli co studenci robią w lesie lub na ulicy

DSC06601
Jeśli myślisz rok naprzód - sadź ryż
Jeśli myślisz 10 lat naprzód - sadź drzewo
Lecz jeśli myślisz 100 lat naprzód - ucz ludzi
(przysłowie chińskie)

Stare przysłowie mówi, że jeśli myślimy kilkadziesiąt lat do przodu, to powinniśmy sadzić drzewa a jeśli w perspektywie stulecia – powinniśmy kształcić i wychowywać ludzi. A czy można kształcić poprzez sadzenie drzew? I wcale nie mam na myśli leśników.

Na początku swojej pracy tego typu działania i aktywność realizowałem ze studentami w ramach Studenckiego Koła Naukowego Ekologów. Potem uznałem, że dlaczego tylko praca indywidualna i skupiona wokół konkretnych problemów miałaby być jedynie dla wybranych? Przecież każdy student zasługuje na indywidualne potraktowanie i rozwiazywanie nowych problemów. Nie tylko zapamiętywanie informacji ale i nauka działania. Jest przecież studentem a nie uczniem w klasie, realizującym sztywny i z góry narzucony program. Poza projektami ściśle naukowymi i badawczymi można robić przecież mniejsze i bardziej ogólne przedsięwzięcie. Projekt ściśle naukowy nie wyklucza projektu edukacyjnego, wpawającego na postawy i kształcącego kompetencje społeczne.
Teraz mocno akcentują to Krajowe Ramy Kwalifikacji. Cieszę się, że po kilu latach moje „dziwaczne” poczynania zyskały teraz oficjalne wzmocnienie :).

Miałem to szczęście, że dostałem do realizacji przedmioty „mało ważne” bo nie kończące się egzaminem. Sam więc mogłem wymyśleć i zrealizować warunki zaliczenia na ocenę. Nie musiał to być test, czy egzamin pisemny lub ustny, sprawdzający wiedzę. Mogłem eksperymentować ze sprawdzania umiejętności działania i pracy zespołowej. Najpierw więc projekty ze studentami zacząłem realizować w ramach przedmiotu „ochrona środowiska” (studenci biologii). Potem nawet w ramach przedmiotu autoprezentacja (studenci biotechnologii). Słabość (przydzielenie „mniej ważnych przedmiotów”) można zawsze obrócić w coś wartościowego :). Teraz w coraz większym stopniu swoje doświadczenia z metodą projektu wykorzystuję niemalże na wszystkich zajęciach (mniej lub bardziej). Inne przysłowie mówi: jeśli masz pod górkę, to znaczy, że zmierzasz na szczyt.

Z moich doświadczeń w zakresie biologii ogólnej, ekologii, hydrobiologii, edukacji ekologicznej oraz podstaw nauk przyrodniczych od czasu do czasu korzystały i inne uczelnie (m.in. Wszechnica Mazurska w Olecku, Wyższa Szkoła Informatyki i Ekonomii TWP, Wyższa Szkoła Gospodarki Euroregionalnej w Józefowie)* lub wykorzystywałem na zajęciach na różnych studiach podyplomowych.

Od kilku lat prowadzę wykłady w WSIiE TWP z szeroko rozumianej edukacji ekologicznej dla studentów socjologii, pedagogiki i ekonomii (kiedyś nawet dla studentów informatyki). Cóż można powiedzieć w ciągu niewielu godzin dla tak zróżnicowanego odbiorcy? We współczesnym świecie szybkiego przetwarzania informacji tradycyjne wykłady stają się coraz mniej efektywne (same informacje szybko i łatwo znaleźć można w internecie).

Jak opowiedzieć o istocie ekologii, ochronie środowiska, filozofii przyrody w kontekście konkretnych potrzeb zawodowych pedagogów, socjologów, ekonomistów czy nawet informatyków? Każdy na ten sam problem patrzy zupełnie inaczej. I jakkolwiek problemy środowiskowe dotyczą każdego z nas, to inaczej patrzy na to ekonomista, inaczej socjolog a jeszcze inaczej pedagog.
Jak zachęcić do słuchania i zrozumienia, gdy przedmiot trwa zaledwie 20-30 h i nie kończy się egzaminem? I czego wymagać od studentów? Obecności na wykładzie? Nie muszą słuchać, ani rozumieć byleby byli? Jako dekoracja na sali? Z takimi problemami spotyka się każdy nauczyciel akademicki ale i… nasi absolwenci w swojej późniejszej pracy, gdy sami staną w roli edukatorów-szkoleniowców.

Od dawna próbuję do swoich zajęć (nawet jeśli są to tylko wykłady) włączać elementy nauczania poprzez projekt. Okazuje się, że jest to bardzo zbieżne z ideą Krajowych Ram Kwalifikacji, bowiem skupia się na różnorodnych kompetencjach. Kompetencji społecznych nie sposób nauczyć poprzez samo słuchanie. Znacznie bardziej efektywnym edukacyjnie sposobem jest uczestnictwo i nauka przez działanie. Każdy projekt wymaga aktywności zespołowej. Nie pracy w grupie ale właśnie pracy zespołowej. Umożliwia to rozwijanie różnorodnych umiejętności, bo każdy robi coś innego ale składającego się na wspólną całość. Nie konkurencyjna rywalizacja ale rzeczywista współpraca (strategia wygrana-wygrana). I student może wybrać to, w czym czuje się najlepiej lub czego chce się nauczyć. Moi studenci mają wybór. Realizacja i uczestnictwo w każdym projekcie jest więc wyborem z różnych możliwości. Większość grup decyduje się na… udział w sprzątaniu lasu, sadzeniu drzew i innych, zdawałoby się dziwnych i mało „prestiżowych” poczynaniach. Decydują się na udział w projekcie, mimo że kosztuje ich to więcej pracy niż zaliczenie pisemne. Okazuje się, że studenci nie są tacy leniwi jak o nich w gazetach piszą.

Tak więc od kilku lat jednym z elementów wykładów jest sprzątanie śmieci w lesie, zbiórka elektrośmieci, sadzenie drzew z przedszkolakami lub leśnikami, a nawet rozbieranie marzanny (to nie pomyłka, chodzi o recykling a nie topienie kukły w jeziorze). To jest nasze wspólne przedsięwzięcie, od początku do końca. Od wymyślania, planowania, aż do realizacji i świętowania. Nie wysyłam studentów do lasu, stojąc z boku. Jestem uczestnikiem, co sprawia mi ogromną radość i satysfakcję.

Za każdym razem sprzątanie małego kawałeczka świata odbywa się w innym miejscu i w ścisłej współpracy ze środowiskiem lokalnym: z samorządami, szkołami, leśnikami, dziennikarzami, biznesmenami. W ten sposób studenci nie tylko wykorzystują swoje lokalne kontakty ale i uczą się działania w i dla społeczności lokalnej. To także okazja swoistej autoprezentacji zawodowej i swoich kompetencji. Mają okazję pokazać się swoim obecnym lub przyszłym pracodawcom od dobrej strony skutecznego działania. Uczymy się także współpracować z mediami… bo to forma komunikacji społecznej i jednoczesnej edukacji ekologicznej. Nawet jeśli jest to wykład na trawniku.

Przecież nie chodzi tylko o posprzątanie kawałka lasu. Znaczenie ważniejsze jest, aby samemu zobaczyć i dotknąć problemu, zastanowić się, przemyśleć oraz aby pokazać ważny problem innym. Dzięki bezpośredniej współpracy oraz oddziaływaniu poprzez media efekty każdego projektu docierają do wielokrotnie większej liczby odbiorców niż liczba studentów w grupie.

Elementem każdego projektu jest wspólne świętowanie na zakończenie każdej akcji. Jest to ognisko lub inne biesiadowanie pod dachem (w zależności od pogody). I nie tylko o biesiadę chodzi ale o podsumowanie, swoistą ewaluację i podziękowanie sponsorom (bo szukania funduszu studenci uczą się także). Jak się okazuje najczęściej jest to pierwsza wspólna impreza całego roku… pod koniec studiów. Wcześniej studenci próbowali, ale jakoś nigdy nie udawało się zrealizować. Okazuje się, że sama chęć spotkania towarzyskiego to za mało. Tym co spaja, nawet życie towarzyskie, jest zrobienie czegoś sensownego i ważnego. I okazuje się że bardzo wielu studentów chce robić coś sensownego. Trzeba stworzyć im do tego warunku i.. zezwolić.
Nieco ośmielić. A przynajmniej nie zabraniać.

W istocie metody projektu jest to, żeby zaplanować, zrealizować, świętować i… ocenić co i jak się udało (ewaluacja). Zwykłe sprzątanie śmieci (czynność z pozoru wstydliwa i przeznaczona dla „dołów społecznych”) jest elementem kształcenia (samokształcenia) ważnych kompetencji społecznych i próbą zrozumienia świata wokół nas. Przecież po co sprzątać, kiedy i tak za jakiś czas ktoś naśmieci? Po co sadzić drzewo, kiedy ono kiedyś i tak uschnie lub zostanie ścięte? Ale nie sprzątamy po sobie… ale dla siebie, żeby żyć w estetycznym i zdrowym środowisku. Nie sadzimy drzew dla siebie… ale dla przyszłych pokoleń. Edukujemy nie tylko siebie i nie dla siebie…

Wraz ze studentami sprzątałem już las w wielu miejscach, wielu gminach. Sadziliśmy drzewa w wielu lasach, parkach i użytkach ekologicznych, przed szkołami i przedszkolami. Ale jeszcze w wielu miejscowościach nas nie było. O każdej porze roku jest jakiś Dzień Drzewa, Park(ing) Day, Dzień Chruścika czy nawet …11 listopada (inne, prośrodowiskowe pokazanie swojego patriotyzmu).

Już spotykałem się z kąśliwymi uwagami na temat Dnia Chruścika, Dnia Ziemi  czy Sprzątania Świata. Takie osądzanie po okładce, po pierwszym wrażeniu, po własnym mniemaniu. I takie opinie wcale mnie nie zniechęcają. Bo wiem po co i dlaczego to robię.

Już teraz zapraszam do współuczestnictwa studentów, pracowników, absolwentów, sympatyków. Bo po pierwsze to jest nasza Ziemia i lokalna ojczyzna, a po drugie…. uczymy się całe życie w ramach szeroko rozumianego kształcenia ustawicznego.

* profilaktycznie wyjaśniam, że żadnych zajęć nie dubluję na dwu uczelniach. Nie jest więc to jakaś nielojalność wobec mojego pracodawcy – nie wykładam tego samego (nie sprzedaję tego samego towaru dwu różnym klientom – jak powiedziałby sprzedawca w sklepie).

Polowiec szachownica, czyli o ociepleniu klimatu

polowiec_szachownica

W upalne letnie dni często będziemy wspominali wycięte drzewa w mieście (teraz dawałyby błogi cień) oraz dyskutowali o zmianach klimatu. Pogoda ze swej natury jest zmienna. O zmianach klimatu wnioskować można jedynie na podstawie długoletnich obserwacji i analizy wielu danych. Ludzka pamięć jest zawodna. Starsi ludzie, wracając wspomnieniami do swego dzieciństwa i młodości, subiektywnie idealizują przeszłość.

Wieloletnie obserwacje stanu pogody prowadzone są od lat przez meteorologów. Na podstawie analizy tych pomiarów można wnioskować o ocieplaniu się klimatu. Ale analizy są trudne, złożone i skomplikowane. Dobrym wskaźnikiem zmian w klimacie są organizmy żywe, które możemy potraktować jako swoiste bioindykatory. Wychodzimy z założenia, że gatunki przystosowane są do środowiska. Wraz ze zmianami w tym środowisku spodziewać się możemy zmian w składzie gatunkowym: jedne będą zanikały (lokalnie lub globalnie wymierały), inne będą się pojawiały w wyniku zmian zasięgu występowania. Obecność tych gatunków jest dobrym wskaźnikiem zmian klimatu i obrazuje uśrednione warunki klimatyczne, niezależne od krótkich wahnięć pogodowych.

Przykładem kompleksowych i dobrze przeprowadzonych analiz jest „Atlas rozmieszczenia ważek (Odonata) w Polsce”, autorstwa czterech odonatologów: Rafała Bernarda, Pawła Buczyńskiego, Grzegorza Tończyka i Jacka Wendzonki, wydany w 2009 roku. Z bogatych danych wynika m.in., że mniej więcej od ostatniej dekady XX w. część gatunków zmienia zasięgi występowania: jedne gatunki („południowe”) swoimi zasięgami przesuwają się na północ, inne („północne”) wycofują się na północ. Z danych tych wynika, że klimat w Polsce się ostatnio nieco ocieplił z widocznymi skutkami w przyrodzie.

Analiza zmian zasięgów nie jest łatwa. Bo trzeba odróżnić zmiany klimatu od innych zmian antropopresji. Na dodatek przyroda działa z pewnym opóźnieniem a gatunki… stale się przystosowują do środowiska. To nieco inne spojrzenie na darwinizm: gatunki wcale nie są przystosowane do środowiska a jedynie ciągle się przystosowują. W zasadzie to subtelna i akademicka różnica…

Na zdjęciu piękny motyl polowiec szachownica Melanargia galathea z rodziny Satyridae (oczennicowate). Tego lata licznie widziałem polowca szachownicę w okolicach Łężan, czego ilustracją jest zamieszczone zdjęcie. A jeszcze niedawno nie występował w naszym regionie. Kiedy zaczynałem studia na początku lat 80. dwudziestego wieku kojarzony był raczej z Wielkopolską i południem Polski. Na Warmii i Mazurach wtedy nie widywałem (ja nie widywałem, ale to wcale nie znaczy, że nie było – żeby być bardziej precyzyjnym w kwestii jednostkowych obserwacji). Jeszcze w niektórych opracowaniach znaleźć można taką wzmiankę: „gatunek w Polsce występuje na niżu i przedgórzu. Brak jest tylko tego motyla w górach i Polsce Północno-Wschodniej – najdalej na północny-wschód motyl ten jest notowany na Pojezierzu Iławskim”. Nowsze książki zaznaczają tylko, że nie występuje jedynie w regionie północno-wschodniej Polski (gdzieś w okolicach Suwalszczyzny). Ale nie wiem czy i to jest jeszcze aktualne. Ja polowca szachownicę po raz pierwszy na żywo widywałem wiele lat temu na Mazowszu, w okolicach Płocka i uroczej rzeki Skrwy. Teraz nawet i na Warmii i Mazurach stał się relatywnie pospolity.

Przyroda się nieustannie zmienia. Świat jaki widzieli nasi przodkowie jest już inny. Nie całkiem, ale w części. Słuchamy nieco innych odgłosów przyrody, patrzymy na nie całkiem takie same gatunki. Oczywiście nie tylko za sprawą zmian klimatu ale i innych procesów.

Wróćmy jednak do polowca szachownicy. Jest to gatunek pochodzący ze strefy lasostepów. Komfortowe warunki znajduje na suchych łąkach. W Łężanach w takim miejscu, na suchych łąkach położonych na morenowym wzniesieniu, na „nieużytkach”, widziałem go licznie na początku lipca. Motyl ten nie unika siedzib ludzkich, można go spotkać nawet na śmietniskach… o ile nie został wyniszczony pestycydami. Obecność tego (jak i innych gatunków) jest dobrym sygnałem, dotyczącym „ekologicznego zdrowia” naszego regionu. Przynajmniej fragmentów.

Ciekawy jest sposób składania jaj. Zazwyczaj samica składa jaja na liściach roślin, ale jaja często spadają na ziemię. Czasami są składane w locie. Gąsienice polowca szachownicy żerują w nocy, już od września. Żerują na różnych trawach (tymotka, stokłosa, perz). Po przezimowaniu larwy (czyli gąsienice) wracają do aktywności pokarmowej. Przepoczwarczenie następuje w czerwcu. Samice pojawiają się później od samców.

Wakacyjne obserwowanie przyrody może wiele o świecie nam powiedzieć. Trzeba tylko ciekawości i dociekliwości. Przydatny jest także aparat fotograficzny (i notatnik). Po powrocie z wakacji lub wycieczki, w domu i z dostępem do internetu, sprawdzić można co takiego widzieliśmy. I mam na myśli nie tylko obiekty ale i procesy przyrodnicze. Te ostatnie trudniej zobaczyć, bo poza obserwacjami potrzeba jest wnikliwa analiza i wyciąganie wniosków. Tak jak z wnioskami o ocieplaniu się klimatu i roli gazów cieplarnianych, jak i skutków zbytniego wycinania drzew w mieście. Drzewo wycina się szybko… a rośnie długo. Antropogeniczne ocieplenie klimatu trwa długo. Ale odwrócenie skutków także będzie wymagała wielu lat uciążliwej działalności. Taniej byłoby zapobiegać, ale to wymaga wyobraźni, zaufania do nauki i odwagi w podejmowaniu trudnych decyzji. Wyobraźnia i dobre teorie naukowe zaoszczędzić mogłyby wielu strat i kłopotów. Finansowanie nauki nie jest filantropią… Szkoda, że tak rzadko się o tym pamięta.

Seks na miedzy

grafosoma

Seks wzbudza zainteresowanie medialne a i miedza niejednokrotnie wywołuje sąsiedzkie kłótnie. Miedza to rodzaj „nieużytku”. Ale w sensie przyrodniczym te siedliska okrajkowe, nieużytkowe rolniczo i gospodarczo, są szczególnie cenne. Bowiem rośnie tam wiele roślin, czasem chwastów, oraz chroni się wiele gatunków drobnych bezkręgowców. Kiedy wkoło na polu monokultura lub już wszystko skoszone, to na miedzy są ciągle kwitnące rośliny. Dają pożywienie i schronienie. A dla panien surowiec na wianki z kwiatów.

We współczesnym krajobrazie rolniczym miedze są coraz rzadsze. A to za sprawą dużych powierzchniowo pól. Kiedyś krajobraz podzielony by szachownicą małych pól z licznymi miedzami. Między uprawami chroniło się wiele takich siedlisk okrajkowych z małymi rezerwuarami bioróżnorodności. Obecnie siedliska takie liczne są na porzuconych i wyłączonych z uprawy użytkach rolniczych (gleby gorszej klasy). Pojawiają się rośliny wczesnosukcesyjne i mnóstwo owadów.

Tak, miedze są rajem dla entomologów, botaników i przyrodników wszelkiej maści. Ale nie z powodu seksu, lecz z powodu bioróżnorodności. Na zdjęciu para pluskwiaków strojnicy balbaszkówki (zwanej też strojnica austriacka lub naukowo Graphosoma lineata), kopulująca na roślinie z rodziny baldaszkowatych. Gatunek ten spotkać można na łąkach i murawach kserotermicznych. Żywi się sokami roślin z rodziny baldaszkowatych (teraz nazywanych rodziną selerowatych).

Strojnica baldaszkówka wywodzi się z krajów śródziemnomorskich. Od kilkudziesięciu lat obserwuje się jej ekspansję na północ. Na początku lat 80. XX wieku (dokładnie 30 lat temu), po raz pierwszy strojnicę zobaczyłem w czasie studenckiego obozu naukowego w Łyńskim Młynie (przy źródłach rzeki Łyny). Wtedy była jeszcze stosunkowo rzadka. Potem widywałem ją już wszędzie w naszym regionie. Południowy przybysz na trwałe się u nas zadomowił. Niebawem zapomnimy o nim, jako o gatunku obcym. Tak jak zapominamy o znikających miedzach z krajobrazu wiejskiego.

A jak znikną miedzie, to o co kłócił będzie się Pawlak z Kargulem lub Kwiczoł z Pyzdrą? I gdzie będą seks uprawiały strojnice austriackie?

grafosomalezany

Zalotna zalotka z Jeziora Płuciduga

zalotkawiekszaJęzyk jest jak przyroda – nieustannie się zmienia, ewoluuje. Kultura ma coś z cech życia… i odwrotnie. Być może dlatego, że świat jest całością a nie zbiorem przypadkowych artefaktów.

Na zdjęciu ważka zalotka czerwonawa (Leucorrhinia rubicunda), spotkana przeze mnie na początku maja, na przejściu przez osuszone i odradzające się Jezioro Płociduga Mała. Zdjęcie wykonane telefonem komórkowym, a więc jest nie najlepszej jakości. Wystarczająco jednak dobre, żeby zidentyfikować gatunek i przesłać plik odonatologowi do weryfikacji. Dostępność technologii cyfrowych otwiera dostęp do naukowej dokumentacji wielu ludziom. Natomiast internet umożliwia komunikację i konsultacje naukowe na niespotykaną do tej pory skalę. Można powiedzieć, że jeszcze nigdy tak wielu ludzi nie uczestniczyło w naukowym dokumentowaniu i opisywaniu świata. Danych do interpretacji i analizy lawinowo przybywa. Nauka stała się egalitarna a dawna elitarność poszła w niepamięć. Ale nie o tym chciałem pisać…

Myślałem o przemijaniu i zmienności w przyrodzie i w języku. Kiedyś było tu jezioro w dolinie Łyny. Na starych mapach nazywane Płocidupa Mała. Potem zostało osuszone, a teraz się renaturyzuje. Przyroda się odradza. Zmienia. Dawna nazwa także uległa zmianie. Z biegiem czasu „dupa” stało się słowem wulgarnym i brzydkim. Być może dlatego nazwę jeziora zmieniono na Płucidugi… Ale co kiedyś oznaczała nazwa „płocidupa”?

Sympatyczna jest nazwa ważki. Zalotka. Czy od zalatywania, a więc okresowego i sporadycznego pojawiania się, czy też od zalotów? W nazwie gatunkowej jest „czerwonawa”, ale przecież na zdjęciu żadnej czerwieni nie widać. Bo czerwonawy w ubarwieniu jest samiec, a na zdjęciu uwieczniłem samicę. Tym bardziej pasuje do niej nazwa „zalotka”. Bo czyż o samcach ktoś powie że są zalotne i kokieteryjne?

Zalotki są gatunkami ważek preferujących torfowiska. Może w najmniejszym stopniu akurat zalotka czerwonawa, ale jednak. Stąd jej obecność w środku miasta, nad renaturyzującym się bajorkiem, jest zaskakująca. Ale jednocześnie jest sygnałem, że coś dobrego z przyrodniczego punktu widzenia się tu dzieje. Nie wiem, czy ten gatunek tu się rozradza, czy może tylko zalotka zaleciała… sprawdzić czy siedlisko jest odpowiednie do złożenia jaj. Na pewno gatunek ten występuje gdzieś w pobliżu. Urbicenozy się niezwykle ciekawym poligonem badawczym.

Zmienia się język, zmienia przyroda. Dokumentowanie, opisywanie, fotografowanie i „uwiecznianie” tych różnych stanów jest sukcesywnym zbieraniem danych naukowych, które mogą pomóc z rozwikłaniu wielu tajemnic przyrody. Potrzebna jest tylko sensowna współpraca akademickich profesjonalistów z amatorami-wolontariuszami. Wtedy rzeczywiście ogromne ilości par oczu i aparatów fotograficznych zbierać może wartościowe dane (przyżyciowo a więc bez niszczenia przyrody). Które potem sensownie opracowane mogą dobrze zmierzyć to, co i jak zmienia się w przyrodzie.

Wiele polskich nazw gatunkowych nadano owadom w XIX wieku. Został w nich ślad epoki i zmieniającego się języka.

Wakacyjne przepoczwarczanie się na uniwersytetach

Wakacje są tylko pozorem spokoju. I nie chodzi mi o sesje poprawkowe czy trwające jeszcze egzaminy licencjackie i magisterskie. Nie tylko polskie uniwersytety są na rozdrożu, a w zasadzie w fazie porzepoczwarczania (że użyję porównania biologicznego), wykluwania się nowej jakości. Zmianom służyć mają także Krajowe Ramy Kwalifikacji.Czynnikiem stymulującym jest m.in. niż demograficzny. Ale to powód tylko dodatkowy (kropla przechylająca szalę).

W społeczeństwie i samym kształceniu zmieniło się bardzo wiele i uniwersytety muszą nadążyć za tymi zmianami. Powstała klasa kreatywna i rodzi się Science 2.0 oraz uniwersytety 2.0. Co to oznacza?

Dla sensownych zmian potrzebna jest refleksja oraz spoglądanie w tył, zastanawianie się nad różnorodnymi doświadczeniami, tak jak na przykład to:

"Po dwóch latach w Heidelbergu nie wiedziałem prawie nic, ale byłem w stanie w ciągu kilku dni zdobyć informacje i napisać pracę na dowolny temat. Nie wiedziałem co, ale wiedziałem jak. Oni, cytując Lecha Wałęsę, nie dali mi ryby, ale dali mi wędkę.

Wyjechałem do Wiednia, a tam wszystko było na odwrót: mało seminariów, dużo wykładów i kucia na pamięć. Austriaccy koledzy wiedzieli o niebo więcej o starożytnej Grecji niż Niemcy, niektóre podręczniki znali prawie na pamięć, ale kiedy przyszło do napisania pracy seminaryjnej, byli w głębokim lesie."

Na szczęście przywróciliśmy prace licencjacką oraz słuchacze studiów podyplomowych muszą pisać pracę dyplomową. Samo "chodzenie" na zajęcia nie wystarczy. Chcemy sprawdzać efekty a nie włożony wysiłek.

Praca dyplomowa jest formą walidacji wiedzy i umiejętności. Czas zastanowić się jakie umiejętności taka praca dyplomowa poświadcza. To doskonały moment nad zastanowieniem się co to jest metodologia naukowa, jaką strukturę powinna mieć praca dyplomowa, co oceniać (objętość? napracowanie się?), po co kształcić umiejętności efektywenego komunikowania się na piśmie i w mowie. Inaczej bęziemy tylko naśladowali powierzchowne rytuały.

Wakacje to czas intensywnej pracy, także i dla mnie. Bo to nie tylo wyjazdy terenowe i zbieranie materiału entomologicznego. To także zastanawianie się nad dydaktyką, wymyślanie nowych propozycji, udoskonalaniw starych. Intelektualne ładowanie akumulatorów…

Na pewno powinno być mniej wykładów a więcej bezpośredniej komunikacji, dialogu, wspólnego poszukiwania. Nie tylko seminaria ale i uzupełniający kontakt poprzez sensowny (a nie pozorowany) e-learning.

Jeszcze tylko lanie i … już wakacje!

Dzisiaj uczniowie wracają do domu ze świadectwami. W starym dowcipie, Jasio wraca ze świadectwem do domu i tak sobie pod nosem szepce "No, jeszcze tylko lanie od starego i już będę miał wakacje". Można się domyślać, że u Jasia na świadetwie dużo jedynek 🙂

Ale często mali uczniowie w tym dniu mówią "Szkoła jest fajna, po co wakacje?". Koresponduje to z dużą ilością kwiatów w nauczycielskich domach. Ale takie słowa są najlepszą ewaluacją nauczycielskiej pracy.

Uczniowie mają wakacje… ale nauczyciele niekoniecznie. Na przykład jutro mam zajęcia na studium podyplomowym (słuchaczami sa nauczyciele). A więc w czasie "wakacji" w dużym stopniu nauczyciele pracują. Mitem jest 18 godzin pracy tygodniowo. To tylko czas pracy na lekcji. Poza świadomością społeczną jest czas na przygotowanie się do lekcji, sprawdzenia prac uczniów itd. W zależności od tej niewidocznej pracy nauczyciela Jasio wraca po lanie do domu a inni… już dzisiaj tesknią za szkołą. A przecież nie chodzi o budynek tylko relacje międzyludzkie i realną przestrzeń do uczenia się rzeczy sensownych i ważnych, a nie wkuwania testów.

Wakacje to przygoda. Dla wielu młodych ludzi to także praca. Ale ta praca jest również uczeniem sie różnorodnych kompetencji społecznych, ważniejszych niż piątki na świadectwie.

Jest to także czas kończących się egzaminów dyplomowych. Magistrzy nie mają już wakacji. Z niepokojem idą szukać pracy. Może to być przysłowiowe "lanie", ale już przez życie…

Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju. Życie absolwenckie jest ewluacją kształcenia. Teraz się okaże, co tak na prawdę było ważne, a co tylko blichtrem i iluzją…

Jedni odbierają świadectwa, a inni składają dokumenty, aby się dalej kształcić. Wakacje nie jedną mają twarz…