Crowdsourcing – cyfrowe prace społecznościowe i wikiespedycja 2012

Nie pracujemy tylko dla pieniędzy. Pracujemy (ściślej – jesteśmy aktywni) bo chcemy coś tworzyć. Człowiek w głębi swojej duszy jest twórcą. Wielu znas robi wiele, ale przed sobą i innymi usprawiedliwiając się, że to dla pieniędzy. Ja również tak się często przed sobą samym tłumaczę. To nieświadomy nawyk. Bo w naszej cywilizacyjnej mentalności tylko to, co przynosi dochód (pieniądze) ma sens… Powoli się to jednak zmienia, czego dowodem jest wzrastające zainteresowanie wolontariatem w szerokim rozumieniu. Zatrudnienie i PKB nie mogą być dla nas hamulcem i sprawcą destrukcyjnej bierności.

Nabieramy odwagi do wolontariatu. Nie tylko ekomomia rządzi światem!
Nastąpiła zbyt znaczna zamiana relacji miedzyludzkich na transakcje. Wyłomem z tego jest wolontariat, ba nawet barter.
Tworzenie jest okazją do bycia wśród ludzi i odbudowywania zatracanych relacji międzyludzkich. Sporo się zmienia w naszej mentalności, w tym popularność zyskują takie postawy jak wolne (wolniejsze) życie (słow food, slow cuty itd.), minimalizm (zmniejszanie liczby posiadanych rzeczy) itp. 

Pewnym nowym zjawiskiem, bezpośrednio związanym z nowoczesnymi technologiami jest crowdsourcing. Obce słowo, ale jest to zupełnie nowe zjawisko i nie ma polskiego odpowiednika. Do desygnatu trzeba albo wymyśleć słowo (na to trzeba czasu), albo dokonać zapożyczenia z angielskiego, bo w tym języki zjawisko to zostało po raz pierwszy nazwane*. Crowdsourcing trudno przetłumaczyć na polski. Obrazowo crowdsourcing jest opisywany jako działanie w modelu roju lub w formie "cyfrowego" pospolitego ruszenia. Można byłoby też nazwać internetowym wolontariatem. Dobrym przykładem jest powszechnie znana Wikipedia, czy rozpoczynająca się niebawem na Warmii i Mazurach wikespedycja.

Pod pojęciem crowdsourcingu kryją się prace społecznościowe związane z wykorzystanie internetu.
Crowdsourcing jest jednym z nowych modeli współpracy, które umożliwił internet, poprzez włączenie wolontariatu do… biznesu a nie tylko aktywności społecznej. Internet zmniesza koszty komunikacji i koordynowanie pracy. Łatwiejsza jest komunikacja z rozproszonymi czasowo i przestrzennie wolontariuszami. Termin ten powstał przez analogię do outsourcingu, dla opisania działań, w których rozproszoną pracę zleca się dużej grupie internautów.
Nasza cywilizacja, dzięki internetowi i energii ze źródeł odnawialnych, staje się coraz bardziej "rozproszona". W coraz mniejszym stopniu trzeba skupiać ludzi w jednym miejscu. Kiedyś warunkowały to źródla energii – fabryka musiała być blisko surowców lub blisko kopalni wegla, bowiem koszty dowozu surowców i energii byłyby zbyt duże. Teraz wracamy do przeszłości, z rozproszonymi źródłami energii i rozproszonymi „pracownikami”.

Jak działa crowdsourcing?
Pojawia się zdefiniowany problem lub zadanie, które można łatwo podzielić na wiele mniejszych części (modułów częściowo niezależnych). Wikipespedycja jest dobrym przykładem. Jest konkretny cel, na który składa się zrobienie zdjęć wielu obiektów. Zdjęcia mogą wykonać różne osoby w niekoniecznie tym samym czasie i w dowolnej kolejności. Do tego dochodzi współpraca poprzez internet w obróbce zdjęć, umieszczeniu ich w ogólnodostępnym repozytorium. I w końcu wykorzystanie ich do zilustrowania różnych haseł encyklopedycznych, nie tylko znajdujących się w zasobach Wikipedii. Innym aktualnym przykładem jest projekt otwarte zabytki czy Leksykon Kultury Warmii i Mazur.

Kolejną cechą zadań crowdsourcingu jest to, że praca nie jest zlecona konkretnym osobom, lecz publicznie ogłoszona w internecie. Pracowników wynagradzanych finansowo można zatrudnić. Wolontariusze muszą zgłosić się sami. Zadania w crowdsourcingu, nawet te o charakterze eksperckim, mogą być wykonane przez nieprofesjonalistów, umożliwiając zaangażowanie szerokiej rzeszy osób. W zasadzie jest to typowy wolontariat. Dodatkowo warto podreślić, że ekspetrem można być nie poprzez dyplom i "papier" ale przez zdobyte doświdcznie (przydałaby się tylko walidacja wiedzy czy umiejętności). Amatorzy – to często osoby profesjonalne, ale nie zarabiające. Amator nie jest więc dyletantem.

Motywacją do wspołudziału w aktywności nie są pieniądze (wynagrodzenie), lecz satysfakcja uczestnictwa w czymś ważnym i wartościowym. Motywacją jest także indywidualne poczycie bycia potrzebnym i wartościowym w wyrażaniu opinii (ktoś chce posłuchac mojego zddania na jakiś temat). Motywowanie jest więc typowe dla wolontariatu. W crowdsourcingu wykorzystywana jest wiedza lokalna, posiadana przez amatorów będących w miejscach, w które nie dotrą eksperci (podział na amatorów i ekspertów często wynika jedynie z umowy opracę a nie ze względu wiedzę i kompetencje). Nawet współczesne badania naukowe w podobny sposób się odbywają. Umożliwia to zbieranie danych z wielu miejsc jednocześnie. Oczywiście, wymagane jest dobre przygotowanie projektu. A im bardziej specjalistyczny projekt, tym większe wsparcie merytoryczne musi być przygotowane przed i w trakcie realizacji.

Znajomość własnej okolicy, przeszukiwanie internetu i bibliotek w celu wyszukania informacji o zabytkach i ich lokalizacji, nie są zbyt wyszukanymi, unikalnymi i specjalistycznymi umiejetnościami. Podobnie jest z robieniem zdjęć cyfrowych. Udział więc w takich projektach jak wikiespedycja 2012 jest więc stosunkowo łatwy. A doświadczenie w ten spośób zdobyte przydać się może w przysłości do realizacji crowdsourcingowych projektów badawczych juz bardziej zaawansowanych i "niszowych". Znakomicie nadaje się do tego entomologia i monitorowanie gatunków obcych i inwazyjnych, opracowywanie atlasów rozmieszczenia czy obserwowanie zjawisk meteorologicznych i monitorowanie zmian klimatu.

A wracając jeszcze do wikiespedycji w naszym regionie – będzie motywacja i pretekst do ukierunkowanego obserwowania otoczenia i poznawania lokalnej historii. A wtedy zobaczy się i dostrzeże znacznie więcej niż "normalnie". Podobnie jest z aktywnością naukową i przyrodnicznym obserwowaniem otoczenia. Koncetrujemy się na szczegółach, konkretnych gatunkach. Po powrocie doczytujemy, więcej rozpoznajemy i głębiej dostrzegamy przyrodnicze otoczenie. W konsekwencji więcej rozumiemy. Jest to jakaś forma kształcenia ustawicznego.

* Crowdsourcing – neologizm użyty przez Jeffa Howe’a w czerwcu 2006 w artykule do magazynu Wired. Określa przypisywanie tradycyjnych obowiązków pracowników najemnych grupie (crowd – tłum; sourcing – czerpanie źródeł) ludzi czy społeczności. Oznacza czerpanie wiedzy, pomysłów i inspiracji „z tłumu”, a więc zwykłych ludzi.

źródła: 1, 2,

Trąba wodna i gliniarz naścienny czyli rozważania o wyciąganiu wniosków z jednostkowych obserwacji

gliniarzimago2

Czy jednostkowe obserwacje mogą być podstawą do wyciągania wniosków na temat antropogenicznych zmian klimatu? Dwa przykłady: meteorologiczny i entomologiczny, niech będą pretekstem do tych rozważań.

Pierwszy przykład pochodzi z 1899 roku a przypomniany został w czasopiśmie „Nasze Korzenie”. We wspomnianym roku nad Radziwiem (dzielnica Płocka) zaobserwowano niezwykłe i niecodzienne zjawisko. Dziennikarz nazwał je trąbą wodną. Najwyraźniej było to coś nowego. W tym roku takich zjawisk meteorologicznych mamy dużo więcej. I niestety stają się powszechne. Czy to dowód, że klimat ociepla się za sprawą działalności człowieka? Pojedyncza obserwacja i pojedyncze porównanie nie musi świadczyć zaraz o kierunkowych zmianach i to wywołanych przez człowieka. Ale meteorolodzy dysponują już ogromną liczbą obserwacji współczesnych jak i wnioskowaniem, opartym o analizy wielu dokumentów historycznych. Ocieplaniu się klimatu, i to za sprawą człowiek, a nie bardzo da się zaprzeczyć…

Drugim przykładem jest osa z rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) o wdzięcznej nazwie gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorum), która od jakiegoś czasu jest obserwowana w Polsce. Jest to ewidentnie gatunek południowy, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Areał występowania tego gatunku sięga po Mongolię, Kazachstan, Iran, aż po Chiny. Obecnie oberwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim.

Zamieszczone zdjęcie pochodzi z Hiszpanii, konkretnie z Katalonii, wykonane było  w 2007 r. W Europie gliniarz naścienny liczniej spotykany jest od niedawna. Przez entomologów widywany był już na Węgrzech, Czechach, Morawach, Słowacji oraz Podolu. W Polsce po raz pierwszy gliniarz naścienny był odnotowany w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina. Dopiero dwadzieścia lat później stwierdzono go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, a ostatnio także w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie. Znajoma z Facebooka napisała, że
coś takiego było na jest ogrodowym parasolu w okoliczach Bremen. Czy jest to dowód na ocieplanie się klimatu? Jakkolwiek pasuje do wzorca zmian: wraz z ociepleniem klimatu gatunki południowe mogą rozszerzać swoje zasięgi dalej na północ, to z jednostkowej obserwacji niewiele można wywnioskować. Bo być może przyczyną pojawiania się tego gatunku w Polsce jest synantropijny charakter tego gatunku lub zupełnie naturalne procesy, w tym tworzenie się swoistej pustki ekologicznej na skutek zanikania innych gatunków. A może ten gatunek występuje w Polsce od dawna, tylko entomologów, zajmujących się tą grupą jest zbyt mało, aby go wcześniej zauważyć i poprawnie zidentyfikowac?

Do wyciągania poprawnych wniosków trzeba przeanalizować znacznie więcej gatunków, wtedy przypadek i błąd metody zostanie wyeliminowany. Patrząc na różne dane, nie tylko odnoszące się do os z rodziny grzebaczowatych, można zauważyć wycofywanie się gatunków północnych a napływ gatunków południowych. Skutki zmian klimatu widoczne są więc i w przyrodzie. Trudno byłoby argumentować, że i owady zostały przekupione przez naukowców „z określonego lobby”, którzy strasząc zmianami klimatu wyłudzić chcą pieniądze na swoje badania…

Ale wróćmy na chwilę jeszcze do gliniarza naściennego. Spotkać go można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam zapewne swoich ofiar.

Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, rurkowato-dzbanuszkowanych komórek z gliny (zobacz znalezione przez chiropterologów, niezwykłe gliniane dzbanuszki gniazdo gniniarza naściennego).

532609_434457069910413_846834530_nPo złożeniu jaja, do tak przygotowanej komórki, samica znosi pająki i owady, sparaliżowane jadem. W dużej mierze są to pająki, nawet do 15 sztuk w jednej komórce.  Osa swoje ofiary żądli ale nie zabija, tylko paraliżuje. Jeśli gliniarz kojarzy się swą nazwą z policjantem, to jest tu pewna analogia: łapie, paraliżuje i dostarcza do „więzienia”. Słaba to jednak analogia, bo żadnego sądu nie ma, tylko wyrok śmierci przez zjedzenie. Nazwę osa wzięła od komórek wykonanych z gliny i przytwierdzanych w różnych miejscach, w tym na ścianach. Sparaliżowane ofiary w świeżym stanie (w tej postaci znacznie lepiej „żywność” się przechowuje przez wiele miesięcy), czekają póki larwa gliniarza ich nie zje. Zapasu musi starczyć na całą zimę.

Po przepoczwarczeniu, latem następnego roku wygryza się z glinianego dzbanka i jako owad dorosły rozpoczyna kolejną fazę cyklu życiowego.

Nauka składa się z wielu jednostkowych obserwacji. Wiele z tych obserwacji jest prostych do wykonania i przez to dostępnych dla każdego. Na przełomie XIX i XX w. na terenie Prus Wschodnich w wielu szkołach prowadzono obserwacje zakwitu różnych roślin zielnych i drzew. Gdyby te obserwacje powtórzyć w tych samych miejscach, byłby wspaniały materiał do porównań. Podobnie z obserwowaniem owadów, wolontariusze-przyrodnicy mogą zbierać w wielu miejscach proste dane o obecności tych czy innych gatunków, a naukowcy w ośrodkach akademickich mogą te dane profesjonalnie i obiektywnie analizować oraz wyciągać wnioski nie z jednostkowych obserwacji ale z dużego materiału porównawczego.

W każdym wymiarze nauka to przedsięwzięcie zespołowe. Ponadto każdy z nas może być uczestnikiem tak szeroko zakrojonych badań naukowych. Nowoczesne techniki IT w obu przypadkach ułatwiają pracę jak jeszcze nigdy dotąd.

Gniazdo gliniarza naściennego. fot. Program ochrony podkowca małego w Polsce.

Źródła informacji:

  • Kosibowicz Mieczysław, 2009. „Egzotyczna osa w Krakowie”, Wszechswiat, nr 4
  • fot. Joan Carles Hinojosa Galisteo, Wikimedia Commons

Zsynchronizowany czas wolny

Niedziela to zsynchronizowany czas wolny. Łatwiej wtedy odpoczywać z innymi (a nie niesynchronicznie i indywidualnie). Świąteczność ułatwia spotkanie się z ludźmi, ułatwia odnalezienie się w globalnej i zapracowanej wiosce. Bez religijności nawet świeccy nie potrafiliby świętować.

Galeria handlowa to podwórko z dachem: brak słońca i śpiewu ptaków czy brzęczenia muchy oraz trzepotu skrzydeł motyla.
Mało atrakcyjna "światynia" do celebrowania odpoczynku. Nie ten zapach, nie ten dźwięk i nie te przemyślenia.

Sandały z PETa, czyli wiedza, uczciwość, środowisko i kreatywność

„Człowiek uczciwy to taki, który wie, że nie może skonsumować więcej, niż wytworzył”

(Ayn Rand)
Alisa Zinov’yevna Rosenbaum

Powyższe zdjęcie jest symboliczne. Przygnębia, wzrusza ale i daje wiele optymizmu.

Żyjemy w cywilizacji nadmiaru i zbędnej konsumpcji, a jednocześnie w niedosycie indywidualnej twórczości. Myślę oczywiście o krajach bogatych i ludziach bogatych. Są bogaci a jednocześnie nie potrafią cieszyć się dniem codziennym. Bogaci narzekają. Konsumujemy nie dla zaspokojenia potrzeb ale dla prestiżu (por. potlacz – obdarowywanie by poniżyć, bezsensowne niszczenie dóbr). Czy pensje różnych prezesów i dyrektorów, sięgające 100 tys. zł miesięcznie, mają jakiś sens? Przecież nie da się tego skonsumować (rytualnie niszczyć?). To tylko dla prestiżu – im więcej zarabiam tym jestem ważniejszy. To zwykłe zabieganie o pozycję w społeczeństwie. Bardzo często złudne i zawodne.

Często jedziemy samochodem, stoimy długo w ulicznych korkach… by na siłowni trochę się poruszać, np. na stacjonarnym „rowerze”. Pracujemy długo kosztem kontaktów międzyludzkich, kupujemy wyrafinowane urządzenia… jednocześnie odbierając sobie codzienny ruch, tak niezbędny nam do życia. Ponoć w czasie wysiłku fizycznego wydzielają się endorfiny (dają poczucie zadowolenia i szczęścia). A my w bezruchu siedzimy w samochodach… i narzekamy. Szukamy szczęścia….

Konsumujemy dużo. Bardzo dużo. W tym całe mnóstwo rzeczy zupełnie niepotrzebnych. Chwilowe zadowolenie i góry śmieci. I jesteśmy nieszczęśliwi… bo nie mamy okazji zwykłego tworzenia. Swoistego rękodzieła. Tworzenia oryginalności, unikalności a nie kosztownych dzieł sztuki jako lokata kapitału.

Twórczość tkwi gdzieś głęboko w każdym człowieku od zarania. Kiedyś mogliśmy tę potrzebę tworzenia zrealizować codziennie, w czasie lepienia pierogów, drobnych napraw, malowania pisanek, haftowania odzieży użytkowej itd. Dzisiaj mamy wszystko gotowe i od zaraz. Z mikrofalówki. Tania tandeta z Chin (ale to tylko przykład). Żołądek szybko zapchamy (nasycimy) ale nasza dusza jest głodna wytwarzania, tworzenia rzeczy unikalnych choćby krótkotrwałych. Tak, jak dekoracja potrawy… Piękna ale ulotna.

Nic dziwnego, że wzrasta zainteresowanie domowymi przetworami, decoupage, malowaniem, fotografowaniem, pisaniem i każda formą współczesnego rękodzieła. Ozdobę można kupić. Im drożej zapłacimy, tym cenniejsza nam się wydaje. Ale można zrobić sobie biały sznureczek zupełnie za darmo! Potrzebny wysiłek umysłowy a nie wysiłek finansowy. Sami dostrzegamy wartość i nie potrzebujemy suflera cenowego (duża cena podpowiada nam, że coś jest wartościowe). Możemy kupić drogi obraz lub… wykorzystać znalezione koło rowerowe :). Piękno i wartość jest w nas.

A zdjęcie powyżej (źródło zdjęcia Some Amazing Facts) jest przykładem nie tylko biedy, i nie tylko zaśmiecenia Ziemi (nasze śmieci wywozimy setkami ton do innych krajów), ale i codziennej kreatywności. Radość ze zrobienia czegoś, nawet drobnego,  sobie samemu… To mi imponuje. Bo przypomina, że nie samym chlebem, nie samymi nowinkami IT człowiek żyje.

sandaly_kreatywne

Stare, niepotrzebne koło, a cieszy: zobacz na FB, znalezione przy Wysokiej Bramie, w Olsztynie.

Biały sznureczek czyli stop narzekaniu

202323_3964936095191_1673510713_o

„Powiedz STOP narzekaniu” to akcja Nowej Psychologii – biały sznurek założony na nadgarstku jest informacją dla rozmówców „ja nie narzekam”, przypomina również temu, który go nosi, o tym aby cieszyć się z małych rzeczy.

W ciągu niespełna tygodnia wpis z apelem na FaceBooku (mordościenka – jak mawiają Pulaki z Wilni)  udostępniono 243 razy a chęć przyłączenia się zadeklarowało blisko 700 osób. Akcja się rozwija. Ja dowiedziałem się wczoraj, za pośrednictwem Książnicy Polskiej (zobacz zdjęcia). I też sznureczek noszę, co na zdjęciu wyżej uwieczniłem.

Trzy morały się nasunęły:

1. Optymiści żyją dłużej i zdrowiej. W mediach dominuje zabobon, że zła wiadomość, to „dobra” wiadomość (w sensie poczytna, przykuwająca uwagę) i że koniecznie trzeba narzekać, pałać świętym oburzeniem i wybrzydzać. W rezultacie zalewani jesteśmy ponadprzeciętnie i nienormalnie informacjami o wypadkach, morderstwach, skandalach, nieszczęściach wszelakich… (z negatywnymi skutkami dla zdrowia psychicznego i biologicznego) i zapominamy cieszyć się z drobnych rzeczy (a gdy się oglądamy wstecz często te drobne rzeczy postrzegamy jako wielkie i ważne…).

2. Do promocji potrzebna jest kreatywność, nie żadne wielkie pieniądze. Zwykły kawałek sznureczka (za darmo) zrobił promocję księgarni równie skuteczną jak „punkty lojalnościowe” czy wielkie banery. Wiedzy co prawda nie widać… ale efekty jest stosowania jak najbardziej.

3. Księgarnia czy biblioteka to nie jest tylko magazyn z książkami. To miejsce spotkania ludzi, bo przecież już sama książka jest formą spotkania człowieka z człowiekiem. Martwi zamykanie małych bibliotek z powodów „ekonomicznych”. Nie dostrzega się ich kulturotwórczej i społecznej roli.

Czy hydraulik lub sprzątaczka może być filozofem? Wymyślanie uniwersytetu na nowo…

Toczy się gorąca i długa dyskusja o kształcie naszego szkolnictwa: czy ma być elitarne czy egalitarne. Tylko pozornie są to wykluczające się alternatywy. W elitarności ważna jest jakość kształcenia, w egalitarności – powszechność (brak ograniczeń i reglamentacji). Kluczem do dyskusji jest odpowiedź na pytanie po co jest wykształcenie. Czy na przykład uczelnie wyższe są zawodowe czy ogólnorozwojowe. Dyplom uczelni wyższej nie jest dyplomem reglamentowanej elity. Tak jak niegdyś dyplom szlachecki i posiadanie herbu (ściślej majątku ziemskiego). Czy na uniwersytetach mamy uczyć jak dobrze żyć i być szczęśliwym (dogłębnie a nie powierzchownie) czy jak przykręcać śrubki lub pisać sprawozdania? To pierwsze drugiemu nie przeszkadza, ale jeśli koncentrujemy się na tym drugim najczęściej zapominamy o tym pierwszym…

Skoro więc dyplom nie jest wyznacznikiem (przepustką) do elitarności, to czym jest? Po co ludzi uczyć pisać, skoro do pracy zawodowej wielu nie jest to potrzebne. Czy sprzątaczka lub zbieracz truskawek musi umieć pisać? W dobie telefonów komórkowych, internetu i telewizji umiejętność czytania nie jest konieczna do sprawnej komunikacji i wydawania poleceń. Umiejętność czytania i pisania jest niezbędna do uczestnictwa w kulturze a nie do zarabiania pieniędzy. Podobnie możemy spojrzeć na wykształcenie wyższe – ma służyć rozwojowi osobowości, samorealizacji, a przy okazji będzie kształceniem zawodowym. Bo we współczesnym świecie do pracy zawodowej trzeba umieć myśleć, być kreatywnym, rozumieć współczesny świat (a to nie jest łatwe, bo szybko  wszystko się zmienia).

Uczestnictwo w wiedzy i odkrywaniu świata nie może być reglamentowane biurokratycznie. Czy trzeba skończyć studia dziennikarskie, aby być dobrym dziennikarzem? Czy trzeba skończyć studia polonistyczne, aby być pisarzem? Liczba zawodów koncesjonowanych jest zbyt duża. Darwin nie był pracownikiem uniwersytetu. I takich przykładów można podawać setki.

I hydraulik może być filozofem. I sprzątaczka ma prawo zastanawiać się na sensem świata. Diogenes mieszkał w beczce, według dzisiejszych standardów byłby kloszardem.
Hydruaulik musi się znać na komputerowych nowościach. Świat się bardzo zmienia szybko, ciągle musimy  uczyć się nowinek. Bez zrozumienia świata czujemy się wyobcowani, zagrożeni, wykluczeni. Z tego rodzą się teorie spiskowe. Zatem hydraulik musi być po studiach, żeby umiał wykonywać swój zawód i szybko się adaptował do nowych technologii. Ale ważniejsze jest w studiach wyższych to, żeby dawały umiejętność rozumienia świata i umożliwiały pełnoprawne uczestnictwo (aktywne a nie tylko bierne) w kulturze szeroko rozumianej. Pora, żeby uniwersytety to dostrzegły… Tym bardziej, że kształcenie ustawiczne staje się normą. Więc już nie tylko uniwersytety trzeciego wieku jako swoista rekreacja dla emerytów ale zupełnie nowe formy, umożliwiające dokształcanie … hydraulika w zakresie filozofii.

W tym sensie kształcenie wyższe jest kształceniem do zawodu (rozumienie technologii i współpracy). Ale i w innym sensie studia są ważne – wiedza jako źrodło szczęścia poprzez rozumienie świata i sensu. Nie można ludzi skazywać na podrzędne niewolnictwo i niziny społeczne. Moda na uniwersytety trzeciego wieku wskazuje na powszechne poszukiwanie sensu. Bez hobby ludzie umierają na emeryturze (nie ma już własnych dzieci na utrzymaniu, nie ma pracy, po co żyć?). Wiedza jest elementem zdrowego stylu życia. Ale dla takiej funkcji sam uniwersytet musi się zmienić.

Musimy uniwersytety wymyśleć na nowo!!!
Studenci potrzebują sensu a nie tylko zadawania lekcji do odrobienia. Studiowanie to nie tylko zadawanie prac klasowych, to tworzenie warunków edukacyjnych (dobrego i przyjaznego środowiska). Przecież wielu artystów robi coś innego niż studiowało. Stanisław Lem o ile pamiętam skończył medycynę, sukces życiowy i uznanie międzynarodowe osiągnął w zupełnie innej dziedzinie, ale w jego filozoficznym pisarstwie wiedza przyrodnicza i medyczna odegrały dużą rolę. Studia jako swoista cyganeria, kontestacja. Wielu wybitnych ludzi rozwinęło się w czasie studiów, ale poprzez samodzielne poszukiwania i samodzielny rozwój. Osiągnęli to poza zajęciami i programem. A więc najwartościowsze jest to, co sami zrobili, korzystając z okazji bycia wśród ludzi ambitnych. Przydałoby się więcej indywidualizmu, poszukiwań i rozwoju, a nie koszarniackiego porządku i szczegółowego układania planu zajęć i słupków* do rozwiązania.

Krajowe Ramy Kwalifikacji umożliwiają sensowne zmiany w kształceniu na uniwersytetach, koncentrując się na celach i efektach kształcenia (umiejętnościach) a nie siatkach godzin, dając dużą swobodę i autonomię uczelniom i wydziałom. W znanych mi przypadkach para poszła jednak w gwizdek: zamiast dyskutować nad celami i głównymi efektami szktałcenia wysiłek poszedł w szczegółowe reglamentowanie godzin i wymyślanie setek specjalności. Bardziej była to praca posłusznych urzędników, dostosowujących formalnie dokumenty do okólników (żeby w papierach się zgadzało), niż odpowiedzialne, samodzielne i twórcze działanie… Ciągle brakuje więc powszechnego indywidualnego programu studiów… 
Najpewniej główną przyczyną jest zbyt niskie zaufanie  i brak wystarczających umiejętności pracy zespołowej: ze strachu przed utratą pracy, nie ufając innym, staramy się wyszarpywać jak najwięcej godzin dla siebie. Nie jest to więc koncentrowanie się na "efekcie finalnym" tylko rywalizacyjne i konkurencyjne wyszarpywanie sukna. Skutek nie jest trudny do przewidzenia. Być może jest to sygnał, że nam samym brakuje niektówych ważnych kompetencji społecznych…

Mądrzejsze uniwersytety i społeczności akademickie szybciej i sensowniej zmienią swoje koncepcje edukacyjne i umożliwią zarówno elitarne jak i egalitarne kształcenie na poziomie wyższym. Słabsi zostaną wyeliminowani. Bo studenci "zagłosują nogami". Kryzys demograficzny tak jak każdy kryzys niesie coś ozdrowieńczego. Umożliwi szybszą transformację do zupełnie nowych warunków cywilizacyjnych. Dla niektórych będzie to jednak bolesne. Ale to kolejny przykład na wartość wiedzy: im lepiej się rozumie świat i procesy w nim zachodzące, tym lepiej można sobie radzić, także zawodowo.

Dokąd zmierzać będzie olsztyński uniwersytet? Pytanie to nurtuje mnie także dlatego, że to mój pracodawca… Groźba bezrobocia w XXI wieku dotyka wszystkich grup zawodowych. I konieczność ciągłego przekwalifikowywania się oraz kształcenia ustawicznego. Lepiej się to zrozumie, gdy się samemu tego doświadczy. Nie ma więc tego złego, czego by na dobre nie można obrócić. Także kryzysu :). 

* – wyjaśnienie dla młodszych czytelników, w dawnej szkole "słupki" to były zadania matematyczne do wykonania, jakieś takie proste dodawanie, mnożenie itd.

Tańcząc z Węgrami na olsztyńskim bruku

Lubię folklor, ale ten autentyczny, żywy, a nie ten zasuszony, "cepeliowski", sceniczno-urzędowy. Poza ciekawością jest dla mnie refleksją nad dziedziczeniem biologicznym i dziedziczeniem kulturowym, poszukiwaniem wzajemnych podobieństw. Tak jak biolog poprzez ślady w DNA odczytuje różne związki między gatunkami i procesami filogenetycznymi, tak i w folklorze dostrzec można różnorodne związki z historią szeroko rozumianą.

I jeszcze jedna reflekcja na marginesie Międzynarodowych Dni Folkloru Warmia. Do ożywienia (rewitalizacji) miejsc nie wystarczą piękne budynki i odnowione elewacje. Potrzebni są ludzie. Bo to autentyczność i oryginalność ludzi, których możemy spotkać, przyciąga do miejsc. Nie szata zdobi człowieka ale człowiek szatę – tak samo człowiek zdobi miejsca.

Kiedy wczoraj szedłem na Starówkę ulicą Okopową widziałem zniszczone (i nie naprawione) płyty chodnikowe. Co z tego, że z granitu (drogie), kiedy zniszczone przez parkujące samochody. Szedłem za grupą Niemców. I oni mieli trudności z przejściem. Taki widok odstrasza… a wszystko za sprawą parkujących samochodów, niszczą chodniki, uniemożliwiaja przejście, odstręczają spacerowiczów.

Jakże inaczej wygladał Targ Rybny. Ale wcale nie dlatego, że zastawiony był letnimy ogródkami. Nawet scena nie byłaby poprzebna, gdyby chcieli częściej przychodzić ludzie… i tworzyć, malować, śpiewać, tańczyć.

Wieczorem miał odbyć się koncert-pokaz grupy folklorystycznej z Węgier. Zaczęło się z dużym opóźnieniem. Ale Węgrzy mieli znakomitą koncepcję. Zamiast występować na scenie… wybrali bruk na Targu Rybnym. Członkowie zespołu wyszli i tańczyli… w zwykłych, współczesnych strojach. W dżinsach, koszulach w kratę i adidasach. Dopiero pod koniec dołączyły osoby w strojach folkowych. Była zabawa uliczna, piękna w swoim autentyzmie. Coś egzotycznego a jednoczesnie nie za szybą (jak na wystawie sklepowej, albo w muzeum).

Moje butelkowe malowanie

Moje wakacyjne malowanie nie jest tylko prostym relaksem. W ekosystemach nie ma gatunków zbędnych i niepotrzenych, w świecie wokół nas nie ma rzeczy zbędnych (śmieci), w społeczeństwie nie ma ludzi zbędnych. Malowanie staryh, niepotrzebnych i wyrzuconych na smieci butelek czy słoików to dla mnie odzyskiwanie i swoisty recykling czy reusing, to poszukiwanie, odnajdywanie lub nadawanie sensu. Rzeczom wyrzuconym, ludziom pozornie zbędnym, gatunkom "szkodnikom" czy tak zwanym nadmiarowym. To próba zwozumienia sensu bioróżnorodności.

Malowanie jest dla mnie formą rozmyślania. Rozmyślania bardzo praktycznego, gdy nie wyrzucam słoika czy buteleki lub gdy zbieram wyrzucone przez innych do jeziora czy lasu. Znacznie więcej zostaje, zasmiecając i oszpecająć krajobraz. Pozornie powinny „ręce opaść z bezsilności”. Ale Słońce codziennie i niestrudzenie wstaje, mimo nastawania nocy. Codziennie rodzą się osobniki i organizmy, mimo śmierci i destrukcji. Pozostaje więc wytwale robić swoje i poszukiwać sensu. Lepiej jest zapalić małą świeczkę niż lamentować i biadolić w mroku.

Chruściki rzeki Wadąg z dygresją o ocenie błędu w badaniach hydrobiologicznych

13232917_1103751809681759_6644624808160699587_n

Z rzeką Wadąg „zapoznałem” się w okresie moich studiów, w czasie spacerów po Lesie Miejskim. Na początku lat osiemdziesiątych XX. w. szukałem tam chruścików i innych owadów, jako student działający w Kole Naukowym Biologów. Już nie pamiętam, co udało się zaobserwować. Później, w czasie zimowych wycieczek na nartach biegowych, próbowaliśmy urządzić sobie skocznię nad brzegiem rzeki… i skakaliśmy z wykorzystaniem nart biegowych.
Z możliwym do przewidzenia skutkiem… Skoków narciarskich mi się odechciało, ale zamiłowanie do przyrody i środowisk wodnych pozostało.

Spacery przyrodnicze po Lesie Miejskim skupiły się na podglądaniu małych zbiorników okresowych i żyjących tam bezkręgowców. To wtedy odkryłem tam dziwogłówkę wiosenną, reliktowego skorupiaka, oraz przepiękne chruściki (Glyphotaelius pellicidus, Limnephilus stigma, Limnephilus flavicornis, Anabolia brevipennis itd.). Później wracałem do tych zbiorników w trakcie badań naukowych wraz z magistrantami. O rzece Wadąg zapomniałem. Pobliska Łyna wydawała się piękniejsza i ciekawsza hydropbiologicznie.

Niedawno rzeka Wadąg zaczęła zaprzątać mi więcej uwagi, za sprawą Facebooka i umieszczanych tam przez różne osoby zdjęć z wycieczek. Sięgnąłem więc do mojej bazy danych w poszukiwaniu chruścików. W sumie udokumentowane jest występowanie 27 gatunków chruścików (Trichoptera) w rzece Wadąg. Pojedynczy rekord (pojedyncza informacja w bazie danych) pochodzi z 1994 roku, potem z lat 2009-2011, zebrane przez różne osoby: magistrantkę z Katedry Ekologii i Ochrony Środowiska UWM w Olsztynie, mojego doktoranta i pracowników WIOŚ.

Jedna rzeka a kilka obrazów (chciałoby się powiedzieć – wcieleń). Dane pochodzą z różnych stanowisk, a więc i rzeka siedliskowo różna jest w tych miejscach. Nie dziwią więc odmienności w składzie gatunkowym. Tłumaczyć je można różnicami siedliskowymi: różną głębokością i szerokością koryta, prędkością nurtu, charakterem dnia i roślinności, charakterystyką brzegu. Ale jest i innym problem, o którym za chwilę, nawiązujący do opracowywanej metodyki i standaryzacji oceny jakości ekologicznej wód Polski i Europy.

W rzece Wadąg w Rzecku stwierdzono występowanie: Hydropsyche angustipennis, Neureclipsis bimaculata, Limnephilus nigriceps. Dwa pierwsze gatunki wskazywałyby na odcinek rzeki poniżej wypływu z jeziora (lub innego stagnującego zabagnienia), raczej o wolnym nurcie, z relatywnie dużą ilością materii organicznej i planktonu unoszonego w wodzie. Trzeci gatunek to rozdrabniacz typowy dla płytkich rzek o wolnym nurcie i brzegu zadrzewionym (zasiedla także śródleśne jeziora).

Rzeka Wadąg badana w Tumianach (dwa stanowiska) jest już liczniejsza w gatunki: Anabolia leavis, Ceraclea dissimilis, Ceraclea exisa, Hydropsyche angustipennis, Limnephilus decipiens, Limnephilus politus, Molanna angustata, Mystacides longicornis, Neureclipsis bimaculata, Oecetis lacustris, Oecetis testacea, Orthotrichia sp. Filtratorzy podobni jak na stanowisku w Rzecku, ale liczniejsze inne grupy trofczne. Na uwagę zasługuje obecność dwóch gatunków z rodzaju Ceraclea – chruścików odżywiających się gąbkami. Jest i gatunek jeziorny – Molanna angustata (ale w wolno płynących rzekach o dnie piaszczystym to typowe). Podkreślić należy obecność także dwóch gatunków z rodzaju Oecetis, w tym jeden stosunkowo rzadki (O. testacea). Ten odcinek rzeki Wadąg wydaje się cenny pod względnem bioróżnorodności.

W rzece Wadąg na wysokości Kieźlin stwierdzono występowanie: Brachycentrus subnubilus, Cheumatopsyche lepida, Hydropsyche angustipennis, H. pellucidula, Mystacides azureus, Polycentropus flavomaculatus, Psychomyia pusilla. Skład gatunkowy jest zupełnie inny – tylko jeden gatunek się powtarza.

Na stanowiskach, zanotowanych jako Olsztyn (ale w sumie to ten sam odcinek, co „Kieźliny”) zanotowano następujace gatunki: Anabolia laevis, Ceraclea nigronervosa, Halesus digitatus, Hydropsyche pellucidula, Hydroptila sp., Limnephilus flavicornis, Limnephilus lunatus, L. rhombicus, Neureclipis bimabulata, Oecetis sp., Polycentropus irroratus. W porównaniu do odcinka „Kieźliny” tylko nieliczne gatunki się powtarzają, nie mówiąc o odcinkach z Rzecka czy Tumian. Tłumaczyć to spojkonie można różnicami siedliskowymi lub innym fenologicznie terminem poboru prób. Ale dlaczego na krótkim odcinki Kieźliny-Olsztyn obraz fauny jest inny? Mozaikowaty charakter siedlisk? Inny wybór miejsc do poboru prób? Inny sposób lub termin? Jak takie różnice miałyby uwzględnić standardowe metody monitoringu, aby umożliwić obiektywne wyciąganie wniosków o stanie ekologicznym rzek? Przecież w jakimś stopniu badania byłoby niepowtarzalne (jednostkowe, unikalne)! Metoda naukowa wymaga powtarzalności i uniwersalności.

halesusAle jest jeszcze większa niespodzianka, jaką spostrzegłem przy przeglądaniu danych z rzeki Wadąg. W jednym przypadku próby pobierano w tym samym miejscu i tego samego dnia: 26 maja 2009, rzeka Wadag w Olsztynie (na granicy miasta). Jedna próba pobrana została przez doktoranta, inna przez pracowników WIOŚ. Dla obu prób wspólne są tylko dwa gatunki: Anabolia laevis i  Halesus digitatus. W próbach doktoranta były ponadto: Limnephilus flavicornis, Limnephilus lunatus, Oecetis sp., Hydropsyche pellucidula. Natomiast w próbie z WIOŚ: Polycentropus irroratus, Hydroptila sp., Neuceclipsis bimaculata, Ceraclea nigronervosa.

Po składzie gatunkowym rysuje się zupełny inny obraz rzeki (inne byłyby wnioski, wyciągane  na potrzeby monitoringu).

Rodzi się więc pytanie o ocenę błędu w badaniach hydrobiologicznych. Z czego wynika i jak go oszacować? Przecież idzie o monitoring wód i wyciąganie wniosków o stanie ekosystemu. Na ile jest to przypadek a na ile powodem były różne wybory mikrosiedlisk, sposób machania czerpakiem, potem wybierania oraz ewentualne błędy w oznaczaniu. I jak dobrać metody analizy, aby wszystkie te błędy wyeliminować, aby stosowane metody w pełni były obiektywne a wyniki powtarzalne?

Trzeba będzie się wybrać nad rzekę Wadąg na wycieczkę i spróbować rozwikłać tę zagadkę. Ponadto będę musiał na różne sposoby przeanalizować bogaty materiał, jaki zgromadziłem z rzek całej Polski. Czuję się jak Sherlock Holmes, rozwiązujący zagadki kryminalne. Mając informacje o występujących tam gatunkach teraz trzeba sprawdzić czy wnioski z analizy składu gatunkowego pokrywają się z siedliskiem i stanem faktycznym. Hipotezy trzeba weryfikować, a teorię poprawiać. Dobry model teoretyczny umożliwi wyjaśnienie wszelkich chruścikowych zagadek i z pozoru niepowiązanych przypadków i odmienności.

Badania naukowe są równie frapujące co poszukiwania detektywistyczne czy działalność dziennikarstwa śledczego. Rozwiązywanie tajemnic przyrody jest zajmujące i intrygujące. Wymaga dociekliwości, spostrzegawczości i logicznego myślenia.

Gdyby jednak naukowcy ciekawiej opisywali swoje badania i odkrycia, może wtedy literatura naukowa i popularnonaukowa cieszyłaby się równie wielką poczytnością co kryminały? Nawet w czasie wakacyjnego i rozleniwionego wypoczynku.

Na zdjęciu wyżej – postać dorosła chruścika Halesus sp., z rzeki Łyny koło mostów kolejowych, zrobione jesienią kilka lat temu. Nad rzeką Wadąg takiego chruścika można również spotkać. Wycieczki wzdłuż rzeki – jeśli tylko potrafi się odczytywać informacje przyrodnicze, mogą okazać się równie ekscytujące, co wycieczki dr Watsona z Sherlockiem Holmesem :).

„Nasze Korzenie” czyli moje powroty do Płocka

Moja współpraca z Muzeum Mazowieckim w Płocku zaczęła się kilka lat temu. Wtedy to udostępniłem fragment mojej kolekcji entomologicznej na wystawę, przygotowaną przez Muzeum. W końcu rodzinne odwiedziny w mieście mojej młodości zaowocowały trwalszą i systematyczną współpracą z nowym czasopismem "Nasze Korzenie". Jest po półrocznik popularnonaukowy, wydawany przez Muzeum Mazowieckie w Płocku, poświęcony przyrodzie, historii i kulturze północno-zachodniego Mazowsza.

19 lipca br., za zaproszenie Muzeum, uczestniczyłem w promocji drugiego numeru tegoż pisma. O przyrodzie północnego Mazowsza i Ziemi Dobrzyńskiej niezwykle mało wiadomo. Jedna, wielka biała plama. Liczę, że powstałe czasopismo pomoże odkryć przyrodnicze uroki regionu. Miejsca, gdzie chodziłem przez dwa lata do wiejskiej szkoły i gdzie mieszkałem. Miejsca, gdzie spędziłem najpiękniejsze licealne lata.

W Płocku działa jedno z najstarszych towarzystw naukowych (od 1820 r.) – Płockie Towarzystwko Naukowe. Inicjatywa Muzeum Mazowieckiego wpisuje się jednak w nową falę tworzenia się regionalnych grup, ruchów i towarzystw naukowych. Pojawiają się więc nowe czaopisma i nowy entuzjazm poznawania, opisywania i dokumentowania zmian w najbliższym otoczeniu. Bardzo bym chciał, aby "Nasze Korzenie" inicjowały zainteresowanie także i historią naturalną.