Co jest miarą sukcesu?

"Miarą sukcesu nie jest pozycja, jaką osiągnęło się w życiu, ale przeszkody, które się pokonało na tej drodze."

Booker T. Washington

Myśl powyższą odnoszę do indywidualnych losów człowieka jak i do pomiaru efektów ksztacenia. Zapewne każdy chciałby być młody, piękny i bogaty a nauczyciel chciałby mieć studentów (uczniów) zmotywowanych, pracowitych, pełnych zapału, zdolnych itd. Tylko jak wtedy poznać własny wkład i sukcesy? Przecież "samo rośnie"… i bez nas. Przypisujemy sobie wtedy niesłusznie cudze zasługi…

Pozycja i zewnętrzne sukcesy są łatwo dostrzegalne. Wysiłek, włożony w te mniejsze i większe sukcesy jest już niewidoczny. Nie oceniajmy więc nauczycieli średnią ocen uczniów w klasie. Bo nie wiadomo, w jakim stopniu się rozwinęli dzięki pracy nauczyciela.

I nie narzekajmy, gdy mamy "pod górkę" albo gdy "wiatr wieje nam w oczy". Gdy idziemy "pod górkę" – znaczy to, że zmierzamy na szczyt :). Choć nie każdy będzie to widział i o tym wiedział. Żyjmy jednak dla siebie a nie dla pozorów i odblasku w cudzych oczach.

Ważne jest jak swoje talenty wykorzystamy tu i teraz. Także na jałowej glebie, w czasie suszy. Może globalnie nie osiągniemy widocznego sukcesu… ale satysfakcję czerpmy z wysiłku i własnego wkładu. Niech miarą watrości i samooceny nie będzie zewnetrzny blichtr i powierzchowna "pozycja". Majątek można dostać w spadku, można wygrać w totolotka… abo samemu zapracować.

Takie tam refleksje przed nowym rokiem akademickim i wszechobecnym wyścigiem szczurów: samemu uczestniczyć, obserwować jak morderczo ścigają się studenci? To pytanie o odpowiedzialność za samego siebie jak i odpowiedzialność za innych wokół nas…

Kilka refleksji przed nowym rokiem akademickim

Jeszcze zostało mi kilka dni urolopu. Ale pracy umysłowej i koncepcyjnej nie da się zawiesić na kołku. Wakacyjna bezczynność nie jest bezczynnością umysłu :).  Ciagle się zastanawiam jak i czego uczyć. Czyli co jest ważne. Powracam myślami do artykułu Klausa Bachmanna, oto mały fragment:

"W Austrii (…) nadal przekazują wiedzę, która jest ogólnie dostępna w internecie, i nie uczą, jak sobie radzić z tym zalewem wiedzy."

Możemy się pocieszać, że nie tylko u nas jeszcze "po staremu". Ale w niektórych krajach europejskicm (np. w Niemczech), zmiany poszły daleko. My stoimy w miejscu i przelewamy z pustego w póżne…

"Dlatego prace magisterskie i doktorskie nad Wisłą mają 500 albo 800 stron, za to brakuje im przewodniej myśli. Nadal prowadzimy wykłady trwające 90 minut, choć wiemy (albo powinniśmy wiedzieć) od naszych kolegów dydaktyków i psychologów, że nawet najbardziej prężny mózg nie jest w stanie zapisać takiej ilości informacji i wyłącza się po dziesięciu minutach."

Klaus Bachmann

To nie niż demograficzny jest dla nas zagrożeniem, ale "niż" koncepcyjny.
W nowych władzach pokładam pewne nadzieje. I tradycyjnie patrzę z optymizmem na nowy rok akademicki. Zawsze można zacząć coś od nowa i spróbować jeszcze raz zmierzyć się z oporem różnorodnej "materii". Zmiany trzeba zaczynać od siebie :). Jak mawiał Gandi – bądź zmianą, której chcesz w świecie.

Toksyczne media wykrzywiające obraz rzeczywistości

"Za mało mówimy o dobru, jakie jest wokół nas. Najczęściej widzimy samo zło"

"Jesteśmy tak zagłuszeni złem, o którym nam stale mówią, że nie dostrzegamy dobra, które rośnie, choć tego nie widzimy."

ks. Jan Twardowski

Czymś naturalnym jest, że jak się ludzie spotykają, to o różnych rzeczach sobie opowiadają. W spotkaniach sąsiedzkich i rodzinnych (lokalnych) opowiada się o wszystkich lokalnych nieszczęściach: kto umarł, kto zachorował, co się komu przytrafiło. W dużym stopniu tę manierę przejęły media. Ale skala jest więszka – bo nieszczęścia i skandale zbierają ze znacznie wiekszego obszaru i globalizują. W rezultacie w nienormalnej, dla naszej duszy i psychiki, skali bombardowani jesteśmy nieszczęściami. Codziennie w serwisach internetowych i gazetach znajduję obszerną kronikę wypadków drogowych i wszelakich patologii. Media ekscytują się skandalami wszelkiego rodzaju… lub nawet je kreują. To jest toksyczne i wykrzywia obraz rzeczywistości.

Z drugiej strony niedawno przedstawiono raport naszej niewiedzy. Pokazano dane statystyczne, w których niespodziewanie duży odsetek dorosłych pytanych Polaków myśli, że Słońce krąży wokół Ziemi, że ludzie żyli w czasach dinozaurów itd. Może rzeczywiście to skala naszej niewiedzy… lub tylko sposób powierzchownego ankietowania. Tak czy siak z mediów sypią się gromy na polską szkołę.

W tym "świętym", medialnym oburzeniu zapomina się o podstawowym fakcie: w szkole spędzamy zaledwie kilkanaście lat życia, a przez pozotałe kilkadziesiąt… kształcimy się nieformalnie z bardzo dużym udziałem mediów. Za te niewiedzę winne są przede wszystkim media, przekazujace płytkie sensacje i fantazje. A gdzie misja publiczna i programy popularnonaukowe czy edukacyjne?! Na codzień widzimy różnorodne filmy typu Park Jurajski i inne fantasmagorie. Na codzień więc przeciętny Polak widzi na jednym planie ludzi i dinozaury. Czy dziwimy się miejskim dzieciom, ża malują krowę na fioletowo? Przecież jedyną jaką znają to reklama czekolady. Skąd mają wiedzieć jak wygląda prawdziwa krowa?

Wydaje mi się, że w wielu mediach brakuje świadomości, że pełnią niezwykle ważną funkcję edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Szkoła w coraz mniejszym stopniu kształci – w porównaniu do innych instytucji. O stanie wiedzy Polaków decydują w ogromnym stopniu media. I to media, które zapomniały kompletnie o pokazywaniu prawdziwego obrazu świata.

A ludzie chcą pozytywnego obrazu rzeczywistości. Ciekawym przykładem jest niezwykła popularność Facebooka. Ale ten serwis ułatwia przekazywanie pozytywnych emocji, a utrudnia negatywnych. Na normalnych formach niezwykłe łatwo (bo anonimowo) można obrzucać dowolną osobę błotem. Na Facebooku nie jesteśmy anonimowi, więc się bardziej (tak jak w realu) hamujemy. Ponadto jest przycisk "lubię to" ale nie ma "nie lubię". Co najwyżej możemy wycofać swoje "lubienie". Być może dlatego FB jest tak popularny. Bo ludzie nie są hienami, rzucającymi się stale na padlinę medialną.

Olsztyn rowerzystów – co jest nowoczesnością w mieście?

Nowoczesność ze swej istoty wyprzedza współczesną codzienność. W tej drugiej najczęściej tkwi przeszłość i dawne mniemanie o nowoczesności. W wielu dyskusjach o rozwoju Olsztyna pada słowo nowoczesność i wiek XXI. Ale różnie jest rozumiane. Dla niektórych nowoczesność kojarzy się z wysokimi drapaczami chmur i samochodami… bo tak było w połowie XX wieku. Nowoczesność bardzo powoli przenika do świadomości społecznej i codziennej praktyki. A kiedy już się utwrawli… co innego jest nowoczesnością. Przemijanie. Kto stoi w miejscu, ten się cofa.

Z czego wynika nowoczesność we współczesnym mieście? Samochód nie jest już nowinką ani symbolem bogactwa. Nie tęsknimy już za bardzo za kanciastym plastikiem i masową konsumpcją. Nie jesteśmy już na dorobku. Coraz bardziej myślimy o jakości życia a nie o stopie życiowej, mierzonej wzrostem PKB i ilością konsumpcji (i w konsekwencji ilością odpadów). Niegdysiejsze nowinki przejady się nam kompletnie. Symbolem nowoczesności nie jest już magnetowid czy antena satelitarna, ani nawet samochód. Bo w przypadku transportu miejskiego i podmiejskiego wzrost liczby samochodów zaskutkował… wolniejszą jazdą. Średnia szybkość poruszania się systematycznie spada. Poszerzanie ulic nic nie pomaga, co wielokrotnie przećwiczono w miastach amerykańskich.

W czasie urlopu byłem nad polskim morzem. Pojechałem koleją. Zaskoczony byłem tłumami na dworcu we Władysławowie i na Helu… mimo, że pociągów było bardzo dużo (często kursowały). I z okien pociągu widziałem kilometrowe korki na drogach. Przy takim ruchu tylko transport zbiorowy jest w stanie sprawnie przewozić ludzi (samochód staje się niezwykle powolny). Wynika to z praw fizyki. W dużych miastach rozwija się metro, szybka kolej miejska i …. ścieżki rowerowe. Bo to i sprawniej, szybciej i zdrowiej.

Rower chyba jeszcze w naszej świadomości jest synonimem "zacofania" i "biedy". Tak jak dla naszych dziaków ciemny chleb. Dla nas ciemny chleb jest już oznaką zdrowego stylu życia. Rower także. Wystarczy spojrzeć na coraz bardziej widoczną w Polsce chorobę cywilizacyjną: otyłość. Samochodowa nowoczesność zabrała nam ruch i wysiłek fizyczny z negatywnymi skutkami. Zbyt dużo czasu spędzamy w korkach, siedząc w samochodzie.

Nic dziewnego, że w nowoczesnych społeczeństwach jest moda na rowery i renesans tego środka transportu. Nawet w Olsztynie gołym okiem widoć coroczny przyrost jeżdżących na rowerach, rekreacyjnie i do pracy. Jest i zdrowiej i szybciej. A jak się zastanowić to nowocześniej.

W tym roku Gazeta Wyborcza (Olsztyn) zaprasza do udziału w drugiej edycji akcji "Olsztyn rowerzystów" . Finał akcji zaplanowano na sobotę 25 sierpnia 2012 r. Chętni do swoistego zamanifestowania obecności i potrzeb rowerowych w Olsztynie zbierać się będą między godz. 9.45 a 10.00 w trzech punktach: 1. przy Zespole Szkoł Samochodowych na al. Wojska Polskiego, 2. pod ratuszem, 3. przy pętli autobusowej na Likusach. Rowerzyści następnie pojadą nad jez. Długie. O szczegółach akcji Gazeta będzie informowała od początku przyszłego tygodnia.

W trakcie tegorocznej akcji dwa główne postulaty rowerzystów to: 1. konserwacja już istniejącego systemu tras rowerowych w Lesie Miejskim oraz 2. realizacja gotowego już projektu nowych tras we wschodniej części Lasu Miejskiego.

A na zdjęciu tegoroczny obrazek z Sopotu. Po wyjściu z dworca PKP od razu trafić można na informację turystyczną i… rower miejski. Oby tak przyjaźnie dla turysty było i w Olsztynie jak najszybciej!

ps. Ja oczywiście wezmę aktywny udział w akcji Gazety. Przecież nie jestem "zacofany" :).

Długoskrzydlak sierposzcz, czyli o podróżach bliskich i dalekich

dlugoskrzydlakW przeddzień mojego urlopowego wyjazdu na Kaszuby, późnym popołudniem wleciał do mnie przez okno jakiś dziwny pasikonik. Najpierw pomyślałem, że to niewyrośnięty pasikonik zielony. Miał jednak charakterystyczne długie skrzydła. W głowie pojawiła się myśl, że ja tego dziwnego owada już gdzieś widziałem i skądyś go znam. Tak! Bodajże w ubiegłym roku entomologdzy rozesłali za nim „list gończy”. Szybko sprawdziłem kołaczącą się po głowie nazwę. To był długoskrzydlak sierposz (Phaneroptera falcata), ciepłolubny, południowoeurosyberyjski pasikonik (rodzina Tettigoniidae).

Entomolodzy stwierdzili, że ten gatunek od mniej więcej roku 2000 odznacza się wyraźną ekspansją terytorialną. Najpierw pojawił się w południowej Polsce i zasiedlił Sudety i Śląsk, następnie Wielkopolskę, Mazowsze, Ziemię Łódzką i Ziemię Lubuską. Obecnie notowany jest już w całej w Polsce, w tym nawet na Suwalszczyźnie oraz zauważony został na Litwie. Rozszerzanie zasięgu występowania w kierunku północnym można wpisać w ogólny obraz zmian zasięgów, prawdopobną przyczyną których jest ocieplanie się klimatu. W przypadku długoskrzydlaka niezbędna jest także weryfikacja jego liczebności i zasięgu, gdyż był wpisany na listę zwierząt ginących i zagrożonych wymarciem (tak zwana czerwona lista).

Długoskrzydlak zasiedla rozmaite środowiska, zarówno suche, jak i wilgotne. W Olsztynie widziałem go po raz pierwszy (początek sierpnia, ul. Iwaszkiewicza) … ale przecież nie prowadzę nad prostoskrzydłymi żadnych regularnych obserwacji, więc mógł pojawić się u nas już wcześniej.

Ledwie zdążyłem wyciągnąć aparat fotograficzny i pośpiesznie pstryknąć jako-takie zdjęcia, a mój gość odleciał. Ciekawe jak „śpiewa” i czy po odgłosie uda się go odróżnić od innych naszych rodzimych pasikoników?

W globalnej wiosce świat zaczyna wyglądać podobnie. Szybka turystyka skutkuje takimi samymi obrazami, gdziekolwiek byśmy nie pojechali. W jakimś sensie tradycyjne podróże przestają kształcić. Bo cóż nowego można zobaczyć? Trzeba się zatrzymać, aby głębiej poszukać nawet w z pozoru nieciekawych miejscach.

Ale na podróże spojrzeć można inaczej. Podróżować można… nie ruszając się z miejsca. Wystarczy obserwować przybyszy… Zamiast jechać na południe, aby szukać długoskrzydlaka, wystarczy poczekać aż on nas odwiedzi. Na to potrzeba jednak czasu i wiedzy, aby odróżnić coś niezwykłego o powszedniego i banalnego. Wiedza i cierpliwość potrzebne są także w czasie wakacyjnych podróży, tych bliskich i tych dalekich. Bo tylko wiedza pozwala nam odróżnić oryginalność od banalnej popkultury w globalnej wiosce.

Przygoda (i niezwykłość) to cechy naszego umysłu, wyobraźni, wiedzy i zdolności postrzegania, a nie odległości na jaką wybierzemy się w czasie wakacyjnych wycieczek. Bo na cóż podróż do Egiptu, gdy poznamy tylko przestrzeń hotelową i zawartość automatów do kawy?

Podróżujemy by spotykać ciekawych ludzi, by z nimi porozmawiać. Inni również podróżują – możemy ich spotkać u siebie, bez ruszania się z miejsca. Tylko czy potrafimy na tyle zwolnić własne życie, żeby być otwartym na spotkanie i rozmowę?

Wniosek: każdy może być uczestnikiem badań naukowych. Wystarczy tylko odrobina wiedzy i aparat fotograficzny, aby dokumentować występowanie „poszukiwanych” gatunków i przesyłać informacje do specjalistów (np. w przypadku długoskrzydlata tu).

Zostawić swój ślad na Ziemi

Zwierzęta terytorialne zostawiają na swoim terenie ślady zapachowe (mocz, kał, feromony, repelenty, atraktanty itd.) znakując teren, aby poinformować konkurentów, że „ja tu byłem”. Lub poinformować partnera seksualnego „jestem atrakcyn(a)y i jestem gotów”. Inne zwierzęta „znaczą” swoją obecność wydawanymi głosami. Te różnorodne ślady widać, słychać i czuć… chociaż nie są dostrzegalne dla wszystkich.

Człowiek swój teren znakuje także elementami wzrokowymi: wypisuje na ścianach różne sentencje typu „legia pany” (czyli my tu rządzimy i obcym łomot spuścimy) lub rysuje genitalia (testosteronowy znak agresji). Czasem wycina coś scyzorykiem na korze drzewa: wyznając miłość lub zostawiając znak zwycięstwa „tu byłem”. Najczęściej zostawia jednak po sobie sterty śmieci w lesie i nad brzegami jezior…

W miejscach, które odwiedzam i które mi się spodobają, zostawiam swój ślad w postaci malowanych butelek. Można je znaleźć w niektórych kawiarniach. To taki ślad jaki zostawiam, znak „tu byłem”. Na zdjęciu butelki w Tajemnicy Poliszynela.

A Ty, jaki ślad po sobie zostawiasz (zostawisz) na Ziemi?

Dlaczego w Polsce nie ma uniwersytetów ?

Uniwersytetem się bywa. Bo uniwersytet to nie miejsce i budynki ale atmosfera i sposób funkcjonowania. Nic nie jest dane raz na zawsze. Do tradycji się dorasta. O nią trzeba dbać i mozolnie zabiegać. Bo instytucje są jak ekosystemy lub inne układy biologiczne: stan poprzedni (przeszłość) rzutuje na teraźniejszość – np. glebowy bank nasion, dziedziczenie itd. Wakacje nie są wolne od rozmyślań co i jak zmienić w nowym roku akademickim…

Od jednostki niewiele zależy. Ale warto zabdać o te "niewiele". Jak mawiał Mahatma Gandhi "bądź zmiana, którą pragniesz zobaczyć w świecie".

Pamięcią wracam do ciekawego artukułu Klausa Bachmanna

"Uczelni nie należy rozliczać za to, że ich absolwenci nie mogą znaleźć pracy. Owszem, tworząc rozmaite egzotyczne kierunki, jak dziennikarstwo mody, sprzedajemy studentom iluzje, ale są to iluzje, które chcą kupić. Skoro początkujący student, tak samo jak uczelnia albo ministerstwo, nie wie, bo wiedzieć nie może, jak będzie wyglądać rynek pracy i jego wymarzony zawód za kilka lat, to wybiera coś, co jest w modzie. Była moda na politologię i stosunki międzynarodowe, jest moda na dziennikarstwo. Nieważne, jak się to nazywa, ważne, jakie umiejętności przekazuje i w jaki sposób. Aby to ustalić, wystarczy przejść się po dowolnej państwowej lub prywatnej uczelni w Polsce i zobaczyć ustawienie krzeseł. Poza salami wykładowymi wszystkie zazwyczaj wyglądają jak w klasach szkolnych. Kiedy zajęcia – nawet ośmioosobowe – się zaczynają, studenci siadają z tyłu, jak najdalej od wykładowcy, a ten stoi przed nimi i mówi do nich. Komunikacja jednokierunkowa – jak w każdym gimnazjum.

Paternalistyczni, nadopiekuńczy i oportunistyczni rodzice wysyłają dzieci do paternalistycznych, nadopiekuńczych szkół, które wychowują do oportunizmu i którym rząd narzuca sztywne programy, wymuszające zdobycie gigantycznej wiedzy, która na każde kliknięcie jest dostępna w sieci. Na maturze nie wolno korzystać z internetu, na egzaminach licencjackich z bazy danych, a na egzaminie na aplikację z tekstów ustaw. Chodzi o to, aby wykuć wiedzę, zamiast posługiwać się nią do argumentowania, sprawdzania, eksperymentowania. Jak byśmy oceniali ośrodki kształcenia kierowców, gdyby przeprowadzały egzaminy bez samochodów, tylko na podstawie uczonego na pamięć kodeksu drogowego?" (czytaj cały tekst)

Klaus Bachmann

Małe jest piękne i czarujące – wolffia bezkorzeniowa

wolfia_i_lemna_minor

Letnie wyprawy terenowe w poszukiwaniu chruścików (Trichoptera) i innych owadów wodnych oraz w poszukiwaniu unikalnego piękna przyrodniczego ekosystemów wodnych, pozwalają mi odwiedzać miejsca nieprzystępne i położone z dala od utartych szlaków. W trakcie przedzierania się przez chaszcze i oganiania się od owadów krwiopijnych, udaje mi się spotykać gatunki niezwykłe. Czym innym jest o nich czytać w podręcznikach, czym innym spotkać się „oko w oko”.

Na zamieszczonej fotografii widać najmniejszą roślinę kwiatową świata – wolffię bezkorzeniową (Wolffia arrhiza). To te mniejsze, zielone kuleczki, wielkości 1-1,5 mm. Roślina kosmopolityczno-subtropikalna, spotkana przeze mnie „latoś”* w Delcie Wisły. W Europie Środkowej nie kwitnie (rozmnaża się wegetatywnie).

Te większe „kuleczki” to rzęsa drobna (Lemna minor), dość pospolita roślina wodna. Obie uwiecznione na zdjęciu rośliny zaliczane są do grupy ekologicznej zwanej pleustonem (zbiorowiska organizmów unoszących się na powierzchni wody). Związane są z wodami stojącymi i stagnującymi (zakola rzek, wody wolnopłynące, rowy itd.). Dość łatwo mogą być przenoszone przez ptaki wodne. Dlatego spotkać możemy je w zaskakujących z pozoru miejscach. Bo skoro w rzece woda płynie w jednym kierunku to dlaczego spotykamy te rośliny w środkowych i górnych odcinkach? Skąd się tam biorą kiedy ciągle są znoszone w dół rzeki? Rzęsę – zwłaszcza rzęsę trójrowkową (Lemna trisulca) – możemy spotkać nawet w źródliskach helokrenowych. „Głębokość” wody sięga 2-3 mm, jak więc unosić się w takiej wodzie (przecież to pleuston)? W zasadzie rzęsa leży na podłożu i jest obmywana przez wodę. Jak się tam dostała? Jedynym wytłumaczeniem może być zawleczenie przez ptaki lub zwierzynę, lubiącą kąpiele błotne (np. dzik).

Badanie bioróżnorodności to nie jest tylko odnotowywanie obserwacji i różnorodnego bogactwa przyrodniczego ale także poszukiwanie ogólnych praw i zasad rozmieszczenia, czyli próba odpowiedzi na pytanie dlaczego jest właśnie tak. Wyprawy terenowe są zbieraniem wrażeń i okazją do przemyśleń.

Wolfia jest tak mała, że trudno ją dostrzec. Zwłaszcza, gdy występuje w towarzystwie pospolitych rzęs. Wystarczy jednak zwolnić, aby w z pozoru banalnym i pospolitym otoczeniu wyłowić wzrokiem i dostrzec umysłem rzeczy niezwykłe i wyjątkowe. Pośpiech nas zubaża… Nie trzeba podróżować daleko, by zobaczyć rzeczy niezwykłe i wyjątkowe. Wolne i skromne życie pozwala więcej zobaczyć, więcej doświadczyć, więcej zrozumieć. Bo cóż zobaczą ci, którzy lecą gdzieś daleko, w egzotyczne kraje, ale większość czasu i tak spędzą w samochodach, samolotach i hotelowych pokojach oraz popkulturowych, powierzchownych wycieczkach? Nic dziwnego, że coraz większym zainteresowaniem cieszy się styl życia zwany minimalizmem: ludzie ograniczają liczbę posiadanych rzeczy (ideałem jest mieć mniej niż 100) ale dzięki temu odzyskują czas dla siebie i czas na kontakty z przyjaciółmi. Co daje zapracowanemu „japiszonowi” wysoka pensja, kiedy nie ma czasu nawet wydać tych mozolnie zarobionych pieniędzy? Wydaje szybko i byle jak, aby pozbyć się wyrzutów sumienia… zaśmiecając odpadami i przedmiotami jednorazowego użytku okolicę i Ziemię jako całość…

Małe jest piękne. Pośpiech utrudnia widok. Zwolnij, a zobaczyć ukryte piękno pod nogami…

* latoś – z gwary mazowieckiej oznacza „tego roku”. Tak mawiała moja babcia ojczysta (czyli ze strony ojca).