Głos w sprawie stanu kultury (nie tylko na Warmii i Mazurach)

Odkąd pamiętam (a mam już siwe włosy), zawsze narzekano na stan kultury, na upadającą kulturę w różnych aspektach . Owa troska czy nawet biadolenie nie zawsze wynikać może ze złej sytuacji. Może wynikać z naszych ambicji i stanu immanentnego niezadowolenia oraz z tego, że kultura w szerokim aspekcie jest dla nas ważna. Nawet bardzo ważna. Stąd to zatroskanie. Chcemy po prostu więcej.

Ostatnio narzeka się na upadek czytelnictwa, teatrów, mniejszej frekwencji w kinach. Czy rzeczywiście mniej uczestniczymy w kulturze…. czy tylko może zmieniamy formy naszego biernego i czynnego udziału? Bo na przykład gry komputerowe są jakimś rodzajem aktywnego przeżywania opowieści (nie tylko oglądania ale samodzielnego budowania scenariusza). Nie tylko biernie, tak jak w kinie czy teatrze, ale samodzielnie reżyserując w określonych programem komputerowym i wyobraźnia twórców – granicach. Że wiele gier jest marnych i miałkich? A niby wszystkie sztuki teatralne we wszystkich teatrach i wszystko to, co "dają" w telewizji jest wysokiego lotu? "Literatura" gier komputerowych nawet nie ma jeszcze swojej nazwy…

Mam subiektywne ale głębokie przeświadczenie, że człowiek w swej głębi i swej istocie jest twórcą. Nawet wtedy, gdy lepi pierogi czy wyplata koszyk wiklinowy w czasie, gdy pasie krowy. Nawet wtedy, gdy gra w klasy czy bawi się lalkami. A czyż "babskie plotkowanie" nie jest ulotnym i wybitnie lokalną telenowelą?

Chcemy przeżywać przygody, opowiadane, czytane, oglądane, wymyślane. Kiedyś, przez setki tysięcy lat, najważniejszym sposobem kulturowej komunikacji było słuchanie. Wtedy mieliśmy więcej czasu… i mniej okazji do poznawania opowieści, stworzonych przez innych. Rożne mitologie, legendy, opowieści. "Literatura" (w cudzysłowie, bo przecież liter nie było) istniała jako opowieści przekazywane z ust do ust. Zapamiętywane i modyfikowane, przetwarzane. Poezja, z rytmem i rymem, powstała jako sposób ułatwiający zapamiętanie, zarówno treści jak i piękna wypowiedzi. Powstanie pisma ułatwiło zapisanie takich opowieści…. ale jednocześnie je zubożyło. Tak cenione obecnie słowo pisane było pewnym "upadkiem" kultury słowa, pozbawionej intonacji głosu, tworzenia klimatu niewerbalnego itd. W jakimś sensie teatr był (i jest) próbą ocalenia kultury żywego słowa.

Ale z czasem słowo pisane przestało być tylko niedoskonałą kalką ustnych opowieści. Stworzyło swoje własne i nowe możliwości przekazu. Słowa i litery odtwarzały klimat i obraz.  Powstanie radia i telewizji przyczyniło się do spadku czytelnictwa. Dlatego, że opowieści "opowiadane" były już w inny sposób, inaczej wymagający uwagi od słuchacza i widza. Tak jak druk umożliwił szybką i daleką międzyplemienną i międzylokalną komunikację, tak techniki tele – na odległość szybko przekazują obraz i dźwięk.  Mniej bywamy w kinach czy teatrach… ale czy mniej uczestniczymy w konsumowaniu i tworzeniu kultury?

Internet i komputery osobiste także wiele zmieniły. Wiele osób nie ma już telewizora… bo filmy ogląda z płyt (przez przerywania reklamami). Ja żałuję, że znikają wiejskie biblioteki. Ale być może rodzą się zupełnie nowe formy udziału w tworzeniu i "konsumowaniu" kultury. Nowe jest wrogiem starego. Starsza forma zawsze będzie narzekać i mówić o upadku. Bo to jest upadek, ale formy a nie kultury jako takiej. Nowy, alternatywny stan. Tak jak przepoczwarczenie u motyla – ten sam osobnik, ten sam genom, ale już nie gąsienica tylko motyl ze skrzydłami, już nie roślinożerna larwa a nektaropijna postać dorosła. Co innego je, gdzie indziej bywa. Ale przecież ciągle ten sam był i to samo jestestwo. Tak, jak narzekali producenci telewizorów czarno-białych, gdy pojawiły się odbiorniki kolorowe.

Przy dużym globalnym upowszechnieniu i ujednoliceniu głównych kanałów kulturowych (telewizja itd.), coraz bardziej rodzi się potrzeba uczestniczenia w kulturze w wymiarze lokalnym, niemalże "ogniskowym". Być może dlatego powstają liczne amatorskie teatry wiejskie i osiedlowe. Spadek sprzedaży książek beletrystycznych? Ale po wielokroć więcej osób pisze… np. swoje blogi. Jestem przekonany, że współcześnie piszemy więcej niż wcześniejsze pokolenia. Tyle, że piszemy i czytamy inaczej. Nie na papierze lecz na ekranie.

Nie mam nic przeciwko narzekaniu nad upadkiem kultury. Zawsze to jakiś powód do dyskusji. Ciekawsze jest jednak to, jak zmieniają się formy ludzkiej kreatywności. Bo mocno przekonany jestem o tym, że człowiek jest twórcą i chce tworzyć, a w szerszym wymiarze współtworzyć, kulturę we wszystkich jej wymiarach. Nasyceni indywidualnym czytaniem i oglądaniem, coraz bardziej chcemy przeżywać wśród ludzi. Bo człowiek nie dość, że jest twórcą, to także istota społeczna. Lubimy eksperymentować z nowinkami…. ale na dłużej ostaną się tylko formy bardziej nam odpowiadające. Bo ileż można obejrzeć telenowel? W końcu się znudzi przeżywanie cudzego życia. W czym gorsze jest oglądanie życia przez okno od oglądania szklanego ekranu? W czym gorsze jest "plotkowanie" od telenowel i "harlekinów"?

Wyżej zamieszczone zdjęcie pochodzi ze spotkania z ks. A. Bonieckim w Kawiarni Literackiej i Filmowej. Czytanie czy słuchanie – zawsze jest to spotkaniem z człowiekiem i jego opowieścią. Mniej lub bardziej współuczestniczące i współtworzące spotkanie.

Mało wody i drogi chleb

Kiedy pod koniec września byłem we Francji, na wyjeździe studyjnym, poświęconym bioróżnorodności i ochronie przyrody. Moją uwagę zwróciła susza. Najpierw z okien samochodu widziałem deszczownie, nawadniające pola (zdjęcie niżej). Nawadniać pola jesienią, gdy wegetacja się kończy? Wydawało się to dziwne. Potem widzieliśmy spękaną ziemię (zdjęcie wyżej) oraz zaschnięte pola słonecznikowe.

Ponad dwa miesiące nie padało. Średnia roczna opadów jest mniej więcej taka sama, ale zmienia się rozkład opadów (co prognozowali naukowcy, ale im nie wierzono). Opady skupiają się w krótkich okresach. Pada dużo w krótkim czasie, a potem długo nic. W rezultacie wody jest niby tyle samo…. ale brakuje na polach. Nawadnianie jesienią miało umożliwić kiełkowanie nasion (ozimin i poplonów). Sztuczne nawadnianie kosztuje, co podnosi koszty upraw.

Po przyjeździe do Polski, w olsztyńskiej prasie zastałem informacje, że chleb zdrożeje. I nic dziwnego. Praw przyrody nie za się zakrzyczeć, antropogeniczne zmiany klimatu widoczne są gołym okiem. Pseudooszczędności w sprzeciwie wobec pakietu klimatycznego kosztują znacznie więcej. Tyle tylko, że te koszty dotykają nas „cichcem” i stopniowo. Teraz po prostu trzeba się przygotować na skutki. To będzie „bolało”. Także i w cenie chleba.

„Dynamiczna diagnoza” profesorskiego wykładu

Problem z edukacją na poziomie uniwersyteckim jest rzeczywistym i dokuczliwym problemem. Bezrobocie wśród absolwentów także. Coś jest nie tak, być może z powodu zmieniającej się sytuacji i zupełnie nowych wyzwań cywilizacyjnych. Chyba nie jest tak, że studenci są głupi, pracownicy leniwi a uniwersytety złe. Coś ważnego zmienia się w naszej cywilizacji i stąd ten werbalizwany w wielu kręgach dyskomfort… Niech ten dyskomfort pozostanie cierniem, zmuszającym do poszukiwań.

Tyle tytułem wstępu. Wrócę jeszcze do narzekania na „głupich i leniwych” studentów. Wczoraj byłem na wykładzie pani profesor z Warszawy, mogłem poczuć się jak student. I pocierpieć jak student na marnym wykładzie.

Przyszedłem na zaproszenie. Tematyka wydawała mi się niezywkle interesująca, bo dotycząca stanu kultury Warmii i Mazur. Tytuł był intrygujący i w gruncie rzeczy niezbyt zrozumiały: „Dynamiczna diagnoza kultury Warmii i Mazur”. Skusiła mnie ta diagnoza. Ale dlaczego ta diagnoza jest „dynamiczna”? Niezrażony tytułem zasiadłem i czekałem na wykład. Dwukrotnie zaznaczono, że będzie to dyskusja a nie akademicki wykład (zrealizowania tej obietnicy nie doczekałem). Obietnica dyskusji rozbudziła nadzieję, chociaż na sali z kilkudziesięcioma osobami ze świata kultury, prowadzenie dyskusji mogłoby być trudne. Technicznie trudne, nie merytorycznie.

Najpierw zaskoczył  mnie kompletny brak profesjonalizmu w przygotowaniu ilustracji do wykładu. Było nowocześnie, i kawa, i herbata, i ciasteczka. Miło. Był rzutnik multimedialny i wyświetlana prezentacja. Ale szybko czar prysł, gdy pani profesor z Warszawy (chyba z uniwersytetu – a więc ze stolicy i z tytułem, spodziewałbym się więc odpowiedniej jakości), zamiast prezentacji na ekranie przewijala po prostu dokument tekstowy (chyba w programie Word). Kompletna nieczytelność pokazywanych „wykresów kołowych” czy tabelek – co widać na załączonym wyżej zdjęciu. Zgrzytał dysonans – ktoś specjalnie przyjechał z daleka, wydano pieniądze na sympatyczny poczęstunek (wykład po południu). Nawet zaproszono ważnych gości. I taki gest nieprzygotowania? Nie potrafiła czy nie chciała? Jako słuchacz odczytywałem niewerbalny język przekazu lekceważenia słuchaczy: „nie chciało mi się dla was przygotować prezentacji, tak sobie pogadam, wam z prowicji to wystarczy”.

A może właśnie tak czują się niejednokrotnie nasi studenci na wykładach? Muszą siedzieć i słuchać, ale wcale nie są z poziomu i formy zadowoleni? Może ich zbyt lekceważymy i nie doceniamy potencjału oraz ich potrzeb? Jeśli nie słuchają naszych wykładów z uwagą, to wcale nie musi oznaczać, że są głupi albo leniwi, albo że powinni ulice zamiatać.

Ale wróćmy do wykładu o dynamicznej diagnozie kultury Warmii i Mazur. Był długi wstęp, o tym, że dane z GUS nie są w pełni wiarygodne, że coś współpraca się nie układa z Ministrem Kultury (narzekanie w stylu ci oni to są źli, my tu jesteśmy dobrzy), trochę innych dygresji oraz sporo ogólników o zastosowanych narzędziach. Jednocześnie dano słuchaczom do wypełnienia prostą ankietę na skojarzenia. Potem okazało się, że chyba to jest główne narzędzie diagnostyczne. Coraz bardziej czułem się zdegustowany. Może temat spotkania był inny i ja się pomyliłem? Moje odpowiedzi wzięte zostaną jako odpowiedzi pracownika instytucji kultury? Ile takich niezgodności w tych prostych ankietach? Rozdać mniej lub bardziej przypadkowym ludziom proste ankiety i wyciągać na tej podstawie diagnozę na temat kultury? Bardziej to badania socjologiczne niż diagnoza kultury.

Po 40 minutach niezbyt ciekawego i nie całkiem na temat wykładu, zacząłem się mocno niecierpliwić. Zero dyskusji (a obiecywano!). Nie było nawet próby zainicjowania dyskusji, nieustanny monolog stanowił skuteczną barierę do prób ropoczęcia dyskusji. Nie było żadnych konkretów. Korciło mnie, aby zapytać o konkrety lub jakoś przerwać monolog i wymusić rozpoczęcie dyskusji. Trochę się jednak krępowałem. Bo może tylko mnie coś takiego nie odpowiada? Może mnie, jako przyrodnikowi, nie wypada przerywać socjologowi? Po co się wymądrzać? Może między pracownikami kultury nie wypada zabierać głosu? Czekałem, że może ktoś inny podobnie myślący, publicznie zabierze głos i krzyknie „król jest nagi”.

Po godzinie wyszedłem z przeświadczeniem zmarnowanego czasu (sernik był smaczny, kawa znośna).  Wykład był kompletnie nie na temat (przynajmniej w pierwszej godzinie spotkania). W zaproszeniu napisano, że „za cel postawiliśmy sobie opracowanie diagnozy kultury, praktyk i procesów kulturalnych oraz efektów społeczych życia kulturalnego w województwie warmińsko-mazurskim”. Tego nie usłyszałem. Nie doczekałem. A godzina kredytu zaufania była wystarczająco długa. Nie dowiedziałem się nawet na jakiej próbie i jak taką diagnozę wykonano. Między wierszami można było się domyślać, że rozdano prostą ankietę pracownikom kultury (20 szybkich odpowiedzi „kim jestem”) i być może całkiem przypadkowym osobom.

Być może kiedyś, w okresie deficytu informacji i spotkań naukowych, cieszyłbym się z takiego spotkania i dygresji, że jakaś pani napisała, że jest misiaczkiem dla swojego chłopaka. Tak jak cieszyliśmy się „za komuny” po 20 godzinnym staniu w kolejce za kiełbasą, że akurat rzucili banany. Teraz dostęp do wiedzy jest szeroki i po prostu brakuje czasu na takie słuchanie czegokolwiek. Mamy w czym wybierać. Być może podobnie zniecierpliwieni są nasi studenci, widząc kiepską jakość techniczną (pokazywanie publicznie swojego analfabetyzmu technicznego) i mówienie czegokolwiek, aby wypełnić czas (mówienie nie na temat).

Czasem warto poczuć się jak student, aby pełniej zrozumieć sytuację… i próbować zaradzić. Chciałbym jednak mieć takich studentów na moich wykładach, którzy będą mieli odwagę podnieść rękę i przerwać moje wywody (nie oglądając się, że może ktoś inny), gdyby były nie całkiem na temat lub mijały się z oczekiwaniami. Lepiej niech działają niż marnują czas. Chciałbym mieć zbuntowanych intelektualnie i ambitnych studentów, którzy nie pozwalają marnować sobie czasu na rzeczy nieadekwatne. Chciałbym w końcu, aby moje wykłady były bardziej dyskusją niż monologiem. A skoro chcę, to spróbuję.

Gdy w szczegółach gubimy istotę rzeczy

Czasem, skupiając się na szczegółach, tracimy z oczu całość, czyli istotę rzeczy. Dobrym i symbolicznym zilustrowaniem tego stwierdzenia jest powyższe zdjęcie, znalezione na Facebooku. Niby wszystko gra, w szczegółach szkolenie reanimacji prowadzone jest prawidłowo… ale przecież całościowo sytuacja jest nierealna i absurdalna. Jest to uczenie do nieistniejących sytuacji. Mimo powierzchownego profesjonalizmu daje iluzję szkolenia.

W dyskusjach nad kondycją szkolnictwa wyższego wielokrotnie koncertujemy się na szczególikach, dodatkowo podpierając się różnorodnymi standardami (np. powołując się na Krajowe Ramy Kwalifikacji). Wystarczy jednak spojrzeć szerzej, aby dostrzec absurdalność niektórych sytuacji.

Nie na wszystko mam wpływ (tak jak każdy człowiek), nie we wszystkich sprawach, działaniach itd. jest sens interweniować. Świat bez nas może funkcjonować (to zalecenie dla pracoholików 🙂 ). To prawda. Ale być może mogę nie zgadzać się, aby moje nazwisko figurowało w rzeczach szczegółowo poprawnych a istotowo absurdalnych. Czyli starać się poprawić to, co blisko mnie i w mojej jest gestii. Tyle mogę i powinienem zrobić.

Na tablicy informacyjnej, pod moimi zajęciami i moim nazwiskiem znalazłem taki oto zapis "Warunki zaliczenia. Obecność i aktywna praca na wszystkich zajęciach (dopuszczalna jedna nieobecności usprawiedliwiona)." Zaskoczył mnie ten zapis. I wcale nie dlatego, że nie ja jestem autorem, że ktoś za mnie, w moim imieniu coś ustala (nie tylko studenci stawiani są przed faktami dokonanymi w manierze z arbitralnego autorytaryzmu – jedziemy na tym samym wózku). Zaskoczyła mnie fasadowość i nierealność zapisu (zrobione zapewne w dobrej wierze i w dobrych intencjach). Bo wynika z niego, że student np. z dwoma nieobecnościami usprawiedliwionymi (np. choroba – tak, studenci też chorują) nie będzie miał zaliczonego przedmiotu, trwającego cały semestr. Sprzeczne jest to z regulaminem studiów jak i z wdrażanymi Krajowymi Ramami Kwalifikacji. Drobny szczegół a zdradza skupienie się na szczegółach bez widzenia całości. Bez próby przewidywania przyszłości.

Najpewniej nikt by takich rygorów nie stosował (bo przecież pracownicy nie są bezlitosnymi idiotami) – liczy się, żeby ładnie i groźnie było "na papierze." Ale w ten sposób uczymy, że zapisy sobie, a życie sobie. Przepisy wymyśla się po to, żeby było, a nie po to, żeby je stosować? Jakich niechcący kompetencji społecznych uczymy? Jakich postaw? 

Ustalanie warunków zaliczenia przedmiotu na podstawie obecności jest cokolwiek archaiczne. Przecież student ma umieć a nie "być na zajęciach" (uczy się poprzez uczestnictwo na zajęciach). Dyplom poświadczać ma wiedzę, umiejętności i kompetencje a nie uczęszczanie do szkoły. Zatem warunki zaliczenia powinny obejmować efekty kształcenia a nie "przychodzenie na zajęcia". Oczywiście, jeśli są to zajęcia laboratoryjne, to bez obecności na zajęciach mało prawdopodobne jest opanowanie zaplanowanych umiejętności (student w domu nie ma własnego zazwyczaj laboratorium). Obecność więc na zajęciach jest niezbędna. W przypadku niektórych zajęć laboratoryjnych z odczynnikami i specjalistycznym sprzętem trudno byłoby studentowi odrobić nieobecność. Ale przecież często ma okazję pójść na zajęcia z inną grupą. Pisanie więc tylko o efektach jest znacznie sensowniejsze niż pisanie o obecności (bo efektów bez obecności nie będzie a przy obecności efekty mogą by c zerowe).

Ale te akurat zajęcia to seminarium. Sensowniej (ale i znacznie trudniej!) jest więc określić efekty kształcenia i zgodnie z nimi rozliczać (oceniać), czyli wpisem do indeksu poświadczać nabycie wiedzy, umiejętności czy kompetencji a nie obecność na zajęciach. Co więcej, Krajowe Ramy Kwalifikacji stwarzają możliwości eksternistycznego, pozaformalnego zdobywania wiedzy. Rolą uczelni byłaby walidacja. Zapisy o obowiązkowej obecności są więc nierealistyczną i afunkcjonalną kulą u nogi. Ładnie to wygląda (i profesjonalnie) ale sensu nie ma…

W takich zapisach jeszcze bardzo mój uniwersytet przypomina szkołę a nie uniwersytet jako wspólnotę uczących i nauczanych, wspólnotę w dochodzeniu do prawdy. Ponoć "diabeł tkwi w szczegółach", a w zwykłych informacjach niechcący ujawnia się wewnętrzny stosunek do innych ludzi, w tym przypadku do studentów i pracowników. Zawodzi empatia i brak komunikacji.

Tę akurat drobnostkę byłem w stanie szybko i dyskretnie skorygować. Całego świata nie zmienię, ale przynajmniej to, co ode mnie zależy, mogę poprawiać na bardziej funkcjonalne i komunikatywne.
W nawiązaniu do poprzedniego wpisu, o narzekaniu na studentów. Może oni nie są tacy głupi, jak o nich rozpowiadamy. Może to my z całą celebracją i patosem uczymy reanimacji w stylu, jak na zamieszczonej fotografii. Nie samo wykształcenie wyższe czyni bezrobotnym, ani duża liczba studentów. Wykształcenie musi mieć sens. Ten widać w całości a nie szczegółach.

Tradycyjne narzekanie na studentów

Tradycyjnie rok akademicki zaczął się od narzekania (tu i ówdzie) na studentów. Generalnie, że są słabi i marni, że kiedyś to było lepiej. Domniemamy niższy poziom studentów stoi w sprzeczności z wynikami badań naukowych. W szczególności badań zapoczątkowanych ponad 20 lat temu przez Jamesa  R. Flynna z University of Ontago w Nowej Zelandii. Z badań tych wynika, ze wyniki testów na inteligencję systematycznie rosną. Przeciętnie o 3 punkty na 10 lat. W szczególności dotyczy to umiejętności myślenia abstrakcyjnego (więcej w październikowym numerze Świata Nauki z br.). Tak więc naukowcy podważyli zasadność narzekania, że kiedyś studenci byli mądrzejsi.

W każdym razie jakiś problem jest. Być może łatwiej kadrze dostrzec drzazgę w oku studenta niż belkę w swoim własnym. Ot na przykład dowiedziałem się, że na na moim wydziale od nowego roku akademickiego wprowadza się obowiązkową obecność studentów na wykładach na wszystkich latach. I to niby wynika z Krajowych Ram Kwalifikacji. Zamiast mierzenia efektów kształcenia (w tym konkretnych kompetencji) sprawdzać będziemy, czy student chodzi na zajęcia. Czy słucha i rozumie, to już nie? Ważne pozory a nie istota?

W dawnych czasach, któryś z moich profesorów mówił, że można poustawiać w ławkach kukły: będzie pełna widownia, nikt nie będzie przeszkadzał, nawet pytaniami. A prowadzący wykład będzie miał znakomite samopoczucie mówienia do pełnej sali.

Tak sobie myślę, że zmienianie świata należy zaczynać od siebie. Jeśli coś z jakością kształcenia jest nie tak (a chyba jest nie tak), to warto najpierw uderzyć się we własne piersi. Co niniejszym czynię.

Niewerbalny język stołu

Wspólne jedzenie przy stole, przebywanie w czasie posiłku, jest okazją do poznawania ludzi. I nie chodzi mi tylko o konwersację ale o niewerbalny przekaz ciała. Zajmowanie  miejsca, nakładanie sobie potraw, nalewanie płynu. Uwidacznia się dusza człowieka: walka o przestrzeń, rozpychanie się łokciami, zdobywanie, wydzieranie. To nie tylko ewentualne łakonstwo lub reakcje bardzo głodnego człowieka, ale także uwidocznienie swojej filozofii życia. Traktowanie świata jako terenu do zdobycia, szybko przed innymi, traktowanie innych jako konkurentów do zasobów. Lub przeciwnie, otwartość i dosztreganie innych, ich potrzeb.

Jeden raz, to trochę mało, by poznać człowieka. Ale jeśli się "zje beczkę soli" (czyli tyle posiłków przyprawionych solą, że aż się beczka uzbiera), można kogoś poznać dogłębnie. Jego przeszłość, jego doświadczenie oraz… przewidzieć przyszłe zachowania daleko od stołu.

Wspólny posiłek łączy ludzi. Poznajemy innych… ale i oni nas poznają. Nasze wnętrze. Nawet gdy milczymy przy jedzeniu. Bo mówi za nas język ciała…

Taka mnie naszła refleksja poranna na początku roku akademickiego. Chciałoby się poznać studentów nie tylko w prostych czynnościach "lekcyjnych", ale znacznie dogłębniej, prawdziwiej. Brak jednak przestrzeni do wspólnego przebywania razem w zwykłych czynnościach życiowych. Wymyślenie projektu nie zawsze jest możliwe…

Dzień Dzikiej Fauny, Flory i Naturalnych Siedlisk

aeshna_cyaenaPewnego letniego dnia, gdy jedliśmy rodzinne śniadanie, za naszym oknem pojawiła się piękna ważka. Żagnica. A dokładnie żagnica sina (Aeshna cyanea). Siadła sobie pięknie na ścianie i dała się fotografować. Jakkolwiek żagnica sina jest gatunkiem pospolitym i szeroko rozmieszczonym w Polsce, to jednak widok jej w mieście, przy ruchliwej ulicy, cokolwiek mnie zaskoczył. I ucieszył. Dzika przyroda zapukała do mojego okna…

Aeshna cyanea jest gatunkiem eurytopowym, larwy rozwijają się w różnych wodach stojących oraz niewielkich zbiornikach. Obok mamy tylko rzekę Łynę. Chyba, że wylęgła się w odradzającym się Jeziorze Płocidugi.

Skoro ważka przyfrunęła na poranną sesję zdjęciową latem, to dlaczego o niej piszę dzisiaj, jesienią? Bo dzisiaj –19 września – jest Dzień Dzikiej Fauny, Flory i Naturalnych Siedlisk.
To święto jest próbą zwrócenia uwagi na dziką przyrodę i naturalne siedliska, jest zwróceniem uwagi na pilną potrzebę ochrony środowiska naturalnego. Ustanowienie tego święta (jak zapewne napiszą dyletanci – po co komu takie zwariowane święto, kolejny Dzień Chruścika?) ma na celu przypominanie krajom członkowskim Unii Europejskiej o ich obowiązkach wobec przyrody.
Bo święto wymyślone i ogłoszone zostało w Unii Europejskiej. Może i inne kraje i kontynenty pójdą naszym śladem?

Siedlisko przyrodnicze to obszar lądowy lub wodny, wyodrębniony w oparciu o jego właściwości geograficzne, abiotyczne i biotyczne. A więc wszystko to co, co widzimy i co nas zachwyca. Odnosi się przede wszystkim do dyrektywy siedliskowej obszarów Natura 2000. Termin siedlisko  w ekologii znaczy coś trochę innego, bo siedlisko (habitat) oznacza zespół różnych czynników działających w danym miejscu na rozwój poszczególnych organizmów, ich populacji lub całej biocenozy (zespołu wszystkich organizmów żywych, bakterii, grzybów, roślin i zwierząt. A tu za siedlisko uważane jest i to co w ekologii ale na dodatek i rośliny czy zwierzęta. To samo słowo a inne nieco znaczenia. Tak jak w obiegowej mowie medialnej „ekolog” znaczy całkiem coś innego niż ekolog (naukowiec, zajmującym się badaniem przyrody na poziomie ekosystemów, populacji czy relacji gatunku ze środowiskiem).

W Europie zwracamy uwagę na dziedzictwo kulturowe (materialne i niematerialne), ale także na dziedzictwo przyrodnicze. Przyrodę też dziedziczymy po przodkach. Może to być niczym piękny pałac i zabytki lub rudera, zadłużona kredytami i hipoteką.

Dziedzictwo europejskich skarbów składa się z szeroko rozpowszechnionych siedlisk przyrodniczych, różnorodnych gatunków roślin, bakterii, grzybów i zwierząt oraz krajobrazów (całych ekosystemów). Niestety ta różnorodność biologiczna była i nadal jest w poważnym stopniu zagrożona bezpowrotnym zniszczeniem. Także poprzez rosnącą konsumpcję i dość archaiczne wyobrażenia o nowoczesności, np. w postaci betonowania trawników w mieście. Dla niektórych Olsztyn nowoczesny to Olsztyn wysokich wieżowców, ciągle poszerzanych ulic, asfaltowych parkingów pod oknem i betonowych trawników. Wczoraj kosiarze kosili trawniki koło mego domu, ręcznymi, spalinowymi kosami. Nie wiem po co o tej porze roku (na dodatek trawniki niskie). Tym bardziej, że zniszczyli miejscami trawę do gołej ziemi. Jest norma, to wyrabiają, nie patrząc na skutki i sens takich zabiegów. Są pieniądze na wydanie, to i znajdą się chętni je skonsumować. Nie patrząc na sens i przyrodnicze skutki. Dzieje się tak, gdy wskaźnikiem jest ilość pozyskanych środków finansowych a nie użyteczność. Stąd olsztyńscy urzędnicy usilnie starając się zdobyć jak najwięcej dotacji unijnych…. a nie inwestować tam, gdzie najbardziej poprawia się jakość życia mieszkańców. Bo łatwo pokazać liczbami zdobyte pieniądze, ale trudniej zmierzyć jakość życia i stopień zadowolenia mieszkańców… To tak jak w szkole uczeń uczący się dla ocen…

Ale wróćmy do dzisiejszego święta. Ważka za oknem jest dla mnie dziedzictwem przyrodniczym. Nie da się ochronić konkretnych gatunków bez ochrony ich siedlisk życia.  Ciągle spada liczebność wielu gatunków roślin, ptaków, zwierząt, a wiele z nich stoi na skraju zagłady.
Żagnica sina, mimo że piszą o niej „gatunek powszechnie występujący”, w naszym regionie nie ma wielu znanych stanowisk występowania. Jest rzadsza niż myślimy lub białe plamy wynikają z braku badań i obserwacji. Bo kto by tam takimi „robalami” się przejmował…

W ramach ochrony, tych cennych pod względem przyrodniczym aczkolwiek zagrożonych składników różnorodności biologicznej, w 1979 roku w Bernie (Szwajcaria) została ustanowiona konwencja o ochronie dzikiej flory i fauny europejskiej oraz siedlisk przyrodniczych. Po trzech latach weszła ona w życie, a pierwszego stycznia 1999 roku została ratyfikowana przez Polskę.
W ten sposób nasz kraj zobowiązał się chronić cenne i zagrożone elementy świata przyrodniczego, czyli dbać o zachowanie różnorodności biologicznej.
Z tym bywa różnie. Święto ma przypominać o problemie. Tak jak Dzień Kobiet, Dzień Dziecka itd. Unia Europejska doceniła wartość występowania dzikiej fauny, flory i naturalnych siedlisk, które chronione są w ramach europejskiego systemu ochrony przyrody Natura 2000, w skład którego wchodzą specjalne obszary ochrony siedlisk, wyznaczone na podstawie Dyrektywy 92/43/EWG w sprawie ochrony siedlisk przyrodniczych oraz dzikiej fauny i flory. Jest to tak zwana Dyrektywa Siedliskowa (Habitatowa).

W jakimś sensie Dyrektywa Siedliskowa jest wyznacznikiem naszej niewiedzy o przyrodzie wokół nas. Bo ptaki mają swoją własną dyrektywę… tylko dlatego, że są lepiej poznane. O takich ważkach, chruścikach czy motylach wiemy w Europie znacznie mniej. Stąd cała reszta organizmów jest w jednym „siedliskowym” worku.

Dużo zostało jeszcze do poznania i zbadania. Ja w przyszłym roku przymierzam się powrócić z badaniami do delty Wisły czyli na Żuławy. Ale o tym napiszę innym razem (dlaczego, po co i jak).

Akademicka wiosna a sprawa wolnego dostępu do wiedzy

Niedawno z "salonów UE" padły ważne słowa, wskazujące, że restryjcyjne prawo autorskie tłamsi innowacyjność. A w konsekwencji i gospodarkę. Nadmierne "ubiznosowienie" badań naukowych i licencjonowanie coraz to nowych obszarów (np. genomów bakterii, czy kształtu telefonu komórkowego) wypacza pierwotne idee nauki i istotę uniwersytetów. Krótki interes prywatny stoi w konflikcie z długotrwałym interesem społecznym.

Kiedy powstawały średniowieczne uniwersytety to były nastawione na upowszechnianie wiedzy. Wynikało to z ducha misyjnego tych chrześcijańskich uniwersytetów i ideałów służenia dobru wspólnemu (ta motywacja i ten "silnik" dobrze napędzał naszą cywilizację przez wiele stuleci). Nagrodą była jedynie sława i uznanie.  Okazuje się, że motywacją do działania nie musi być tylko pieniądz. Kryzys gospodarczy, jaki dokucza całemu światu, jest tego potwierdzeniem. Pieniądz to przydatne narzędzie. Ale jak napisał na FB mój szwagier: "bałwochwalstwo to oddawanie czci boskiej rzeczom banalnym". A więc stosować rzeczy zgodnie z ich przeznaczeniem i nie czynić z nich fetysza.

Nawet we współczesnym świecie edukacja na każdym poziomie jest inwestycją w rozwój społeczeństwa i cywilizacji. Likwidowanie małych szkół wiejskich ze względów "ekonomicznych" jest cywilizacyjną głupotą i ekonomiczną krótkowzrocznością. Podobnie z systematycznym rozszerzaniem prawa autorskiego na nowe obszary. Głównie pod wpływem lobby nowych technologii.

Akademicka wiosna – to ruch na rzecz powszechnego i bezpłatnego dostępu do wiedzy naukowej.
W styczniu 2012 r. wybitny brytyjski matematyk Tim Gowers ogłosił na swoim blogu, że będzie bojkotował wszystkie czasopisma Elseviera – jednego z największych wydawców naukowych na świecie.
Chciał w ten sposób zaprotestować przeciwko zawyżonym cenom czasopism oraz przeciwko lobbystycznbemu działaniu wydawnictwa w Kongresie USA.

Kilkanaście lat temu rozpoczęła się dyskusja nad potrzebą wprowadzenia zasadniczych zmian w systemie publikowania prac naukowych.Teraz problem ten na nowo się ujawnił. W swoistym wyścigu szczurów zapatrzeni jesteśmy "na punkty". Publikuj albo giń…. Ale publikuj tylko w "renomowanych" czasopismach. Ale gdy dostęp do tych czasopism jest utrudniony ze względu na wysoką cenę (płacą autorzy za publikowanie, płacą czytenicy za czytanie), duża część badań idzie w pewnyh sensie do szuflady… i dostępna jest tylko dla nielicznych. W jakimś sensie wypacza się w ten sposób ideę nauki, uprawianą w dużym stopniu za publiczne pieniądze. Podatnik łoży na badania naukowe… a poźniej nie może z nich swobodnie korzystać. To hamuje innowacyjność i gospodarkę. Rodzi się więc uzasadnione pytanie po co są badania naukowe?

"Świat akademicki zaczął kwestionować ten model publikacyjny już wiele lat temu. W 2001 dwaj biolodzy z Uniwersytetu Stanforda i Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley napisali petycję, w której nawoływali do publikowania wyłącznie w takich czasopismach, które za darmo udostępniają w internecie pełne teksty drukowanych artykułów. Ich sprzeciw budził układ, w którym podatnicy najpierw finansują realizację badań naukowych, a potem są zmuszeni płacić za dostęp do ich wyników. Od tego czasu ruch na rzecz powszechnej dostępności prac naukowych (Open Access) nabierał rozpędu. W ostatniej dekadzie zarówno niektóre instytucje finansujące badania naukowe (m.in. amerykańskie narodowe instytuty zdrowia, brytyjski fundusz Wellcome Trust, a częściowo także Komisja Europejska), jak i wiele uczelni (w tym takiej klasy jak Harvard czy MIT) zobowiązały wszystkich finansowanych przez siebie naukowców do udostępniania wyników w tak zwanych otwartych repozytoriach, czyli publicznie dostępnych bazach prac naukowych. Nawet jeżeli wyniki są publikowane w tradycyjnych, zamkniętych czasopismach naukowcy są zobowiązani do umieszczania kopii artykułu w repozytorium, gdzie jest on udostępniany za darmo (czasami jednak dopiero po upływie 6 lub 12 miesięcy od pierwszej publikacji, jeżeli wydawca tego wymaga). W Polsce jak dotąd tylko jedna instytucja naukowa zdecydowała się na taki krok – Instytut Biochemii i Biofizyki PAN w Warszawie."

Więcej…

Kopię swoich prac od ponad 10 lat umieszczam na swojej stronie. Przez ten czas byłem wielokrotnie krytykowany. Teraz jestem utwierdzony w tym, że była to słuszna decyzja i mieści się w dobrym, "awangardowym" nurcie :).

"Równolegle do debaty nad RWA w Kongresie USA trwa dyskusja nad konkurencyjną ustawą, która zobowiązywałaby wszystkich naukowców prowadzących badania za pieniądze federalne do udostępniania swoich prac za darmo (Federal Research Public Access Act, FRPAA). Swoje poparcie dla FRPAA zgłosiło 52 amerykańskich noblistów.

Minister brytyjskiego rządu David Willets ogłosił w maju, że już wkrótce wyniki wszystkich badań finansowanych ze środków publicznych w Wielkiej Brytanii będą udostępniane za darmo w internecie. Neelie Kroes, europejska komisarz ds. agendy cyfrowej, zapowiada, że powszechnie dostępne będą wyniki wszystkich badań realizowanych ze środków następnego unijnego programu finansowania nauki Horyzont 2020, który rozpocznie się już w 2014 roku. Także w Polsce pojawiła się w lutym petycja do władz w sprawie udostępniania wyników badań (http://otwartymandat.pl).
"

Więcej…

Niegdyś na wsi parcelacja gruntów i likwidacja wspólnych, wiejskich pastwisk odcięła liczną a najbiedniejszą część ludności wiejskiej od możliwości wypasu swojej jednej, jedynej "krowy żywicielki" (nawet kozy). Teraz grozi nam podobne zjawisko, ale w odniesieniu do wiedzy. Skołowaceni są nawet ludzie związani z Wikipedią, a więc z definicji i istoty środowiska upowszechniającego wolną wiedzę. W wielu przypadkach są bardziej restykcyjni niż wynika to z obowiązujacych przepisów prawa autrskiego (to "skołowacenie" wynika z niepełnej znajomości prawa oraz medialnego lobbowania).

Wolna wiedza i wolne życie. Ja zaczałem uczyć się korzystania z wolnego oprogranowania (system Linux, Libre Office). Okazuje się, że można pracować naukowo i studiować bez konieczności kupowiania drogiego i licencjowanego oprogramowania do edycji tekstów i obróbki grafiki. Nowy rok akademicki zaczynam więc od nauki… Bo na uniwersytecie wszyscy się uczą. To wspólnota uczących i nauczuczanych, wspólnota w poszukiwaniu prawdy.

O sprzątaniu świata i malowaniu słoików, czyli jaki związek ma filozofia z ochroną środowiska

Sprzątanie świata zwraca uwagę mediów lub… poprzez media sami na ten problem zwracamy uwagę. W przyodzie nic nie ginie i nie ma darmowych obiadów. Za wszystko trzeba zapłacić. Od razu, albo z opóźnieniem i odsetkami. Nawet w dużych miastach jesteśmy zaskoczeni i zdziwieni, że za różne śmieci trzeba zapłacić. Trochę to nas dziwi, bo kiedyś skupowano surowce wtórne, a teraz sami musimy dopłacać. Po prostu cierpimy na nadmiar wszystkiego.

posłuchaj: Poranne pytania w Radiu Olsztyn

Mamy nadmiar pracy – jesteśmy przepracowani. Mamy nadmiar konsumpcji – jesteśmy zaśmieceni. Stare rozwiązanie już się nie sprawdzają. Potrzeba szybko wprowadzić nowe. Ale najpierw trzeba zrozumieć proces i dotrzeć do istoty rzeczy. W tym przydatna jest filozofia i refleksja filozoficzna. Bo tylko docierając do istoty zjawiska możemy być kreatywni i senswonie rozwiązywać problemy. Samo naśladownictwo (bezrefleksyjne, bo u innych jest takj i tak), nie przyniesie dobrych owoców.

Nawet w ochronie środowiska bez filozofów się nie obejdziemy. Bo problem zaśmiecenia i nadmiaru odpadów to w gruncie rzeczy problem stylu życia i sensu. O czym próbuję pisać już w kolejnym wpisie blogowym…

Gdy szef jest bęcwałem – lament nad stanem polskiej nauki

Pierwsza część tytułu to fragment artykułu Roberta Siewiorka pt. "Uciec z ubojni dusz". Druga część nawiązuje do niedawnego artykułu z Gazety Wyborczej o mizerii w polskiej nauce, objawiającej się niskimi efektami w ubieganiu się o grany europejskie. Czemu nasze uczelnie i nasi naukowcy nie są w światowej pierwszej lidze? Są mniej pracowici, mniej zdolni? A może sposób zarządzania jest w wielu miejscach zbyt archaiczny?

Zacznę od cytatu z tekstu Roberta Siewiorka (Gazeta Wyborcza 8-9 wrzesnia 2012 r.) :
"Tysiące ludzi spędzają życie w pracy, której nie znoszą, by móc kupić rzeczy, których nie potrzebują, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubią."

W jakimś sensie odnosi się to także do sytuacji w nauce polskiej. Robimy wiele rzeczy, których nie lubimy, by zdobyć pieniądze lub "punkty" lub granty, które wydają się nam zbędne, aby zrobić wrażenie na ludziach, których nie cierpimy…. Ale problem jest bardziej uniwersalny i nie dotyczy tylko sytuacji w szkolnictwie. Dostrzec można go wszędzie.

Od kiedy pamiętam (ponad 25 lat), szkolnictwo wyższe było permanentnie reformowane (bo dostrzegano jego niewydolność w stosunku do aktualnych potrzeb). Sporo się już zmieniło na lepsze. Ale zostało chyba jeszcze zbyt dużo niefukcjonalnych archaizmów, mylenia ważności i docenienia z pełnionymi fukcjami. A może tylko świat nam ciągle ucieka, że zanim coś dostosujemy do aktualnych potrzeb… to potrzeby się zmieniają? Tak czy siak, pozostało jeszcze zbyt dużo nieefektywnego "feudalizmu".

Kryzys nie jest zły – przyspiesza niezbędne zmiany systemowe. Ale kryzys może wyzwolić też zachowania i działania tragiczne w skutkach w swej rewolucyjności i destrukcyjności. Kryzys wzmacnia silnych, zabija słabych (a co, jeśli wyjdzie na jaw, że jesteśmy słabi i marni?). Szkolnictwo wyższe dotknięte jest kryzysem podwójne: raz demograficznym, dwa ekonomicznym. Zmiany muszą nastąpić. I następują. Czas pokaże czy te zmiany są wystarczające i wystarczająco szybko są wprowadzane. Trzeba biec coraz szybciej, aby pozostać w tym samym miejscu…

Globalnym zjawiskiem jest przepracowanie i zaślepienie konsumpcją. "Daliśmy się wprząc w kierat pracy karmiącej konsumpcję, bo tylko tak możemy udowodnić, że jesteśmy coś warci." Negatywne skutki takiej filozofii życia widoczne są w ekonomii jak i w zdewastowaniu środowiska przyrodnicznego. Nie jesteśmy ani szczęśliwsi, ani nie podnosi to biologicznych wskaźników jakości życia.

"Jeśli postrzegasz swoje miejsce pracy jako nieprzyjazne, a szefa jako niekompetentnego czy uciążliwego idiotę, możesz szybciej umrzeć." Złe zarządzanie zabija nie tylko naukę jako instytucję ale skraca życie jednostkom (naukowcom). I nie chodzi tylko o "wydajniejszą" pracę, mierzoną punktami z listy filadelfijskiej, grantami czy tytułami.

"Bęcwał na stanowisku jest zagrożeniem w stanie czystym" pisze R. Siewiorek. Wiele lat temu czytałem o zasadzie Petera, czyli dlaczego wszystko idzie na opak. Otóż awansujemy dopóki, aż osiągniemy swój szczebel niekompetencji… i tam już pozostajemy do końca. Dobry robotnik niekoniecznie jest dobrym brygadzistą. Dobry brygadzista nie musi być dobrym kierownikiem, itd. W tym awansowaniu jako wyrażaniu uznania i prestiżu, prędzej czy później lądujemy na stanowisku, na którym jesteśmy niekompetentnymi bęcwałami. Cofnięcie się na stanowisku oznaczałoby klęskę, degradację, porażkę? Wolimy więc pozostawać na stanowisku swojej niekompetencji?

Pęd za konsumpcją nie różni się od pędu za stanowiskami w systemach feudalnych. W obu przypadkach są "sukcesem", świadczącym o prestiżu. Wśród swoich młodych kolegów po fachu czasem spotykam takich, którzy zrzekają się funkcji kierowniczych (mimo, że są "najwyżsi stopniem" i im się "należy"), aby zajmować się tylko tym, co lubią i na czym się znają. Nie traktują stanowiska jako "orderu" czy "uszlachcenia" ale jako zwykłe zobowiązanie i pracę jak każda inna.

"Zabójczy wpływ kiepskich liderów jest niezależny od dochodów podwładnych, ich pozycji społecznej, obciążenia pracą, (…)." Samo więc skierowanie większego strumienia pieniędzy na naukę i szkolnictwo wyższe nie będzie sanacją. Potrzeba zmian systemowych. I nie tylko dlatego, żeby dogonić "zachód". Ale także dlatego, że cały świat się zmienia. Kryzys przyspieszy niezbędne zmiany. Mam taką nadzieję.

Nie na wszystkie sprawy, dziejące się wokół nas, mamy wpływ. Najczęściej wcale albo tylko nieznacznie możemy wpłynąć na to, jakiego mamy szefa (ratuje mobilność, jeszcze w polskiej nauce niewielka). W jakimś sensie "władza pochodzi od Boga" (ale nie wynaturzenia tej władzy). Jednocześnie w strukturach społecznych każdy z nas jest dla kogoś "szefem" (każdy ma swojego zająca, który się nas boi). Nauczyciel akademicki jest szefem dla studenów – przynajmniej na zajęciach. Świat zmieniać możemy od samych siebie, aby samemu nie być toksycznym bęcwałem czy kiepskim liderem. Bo taki "bęcwał" nie tylko zmniejsza efektywność pracy swojego zespołu… ale niszczy charaktery i skraca życie swoich podwładnych (tak samo jak niezdrowy styl życia z naudżywaniem alkoholu, tytoniu itd.).

Co raz bardziej absorbuje mnie idea slow food, cittaslow i wolnego życia oraz minimalizmu (ograniczenia liczby posiadanych przedmiotów). Świat jest całością. A styl życia efektami skutkuje w różnych miejscach.