Rzeczywistość wokół nas jest wielowymiarową całością. Wbrew moim pierwotnym założeniom nie da się pisać tego bloga tylko o nauce i problemach życia uniwersyteckiego. W wielu problemach ludzie (także za pośrednictwem dziennikarzy) zwracają się w stronę uniwersytetów i do naukowców, z najróżniejszymi pytaniami, czasem odbiegającymi od zawodowych kompetencji. I trudno nie odpowiadać, trudno unikać jasnych deklaracji czy dzielenia się przemyśleniami. Byleby nie mylić kompetencji.
Dwa dni temu zadzwoniła pani redaktor z Gazety Olsztyńskiej i zapytała czy jesteśmy przygotowani na przyjęcie imigrantów. Dzisiaj się ukazało w formie jednozdaniowej sondy, z podpisem „prof. UWM.” Na początek warto wyjaśnić cóż to znaczy. Ani w mojej intencji, ani zapewne ze strony redakcji, ten skrót „prof.” nie odnosi się do kompetencji. Jest to tylko uzupełnienie nazwiska w celu zwiększenie rozpoznawalności osoby. I nic więcej.
Jestem biologiem, ekologiem. W tej dyscyplinie zdobywałem stopnie naukowe i tylko w tym obszarze umieszczony przed nazwiskiem „dr hab.” informuje o kompetencjach. W niczym więcej. Zatem o emigrantach wypowiadam się jako przeciętny człowiek (a nie jako naukowiec). Jest to wypowiedź osobista bez poparcia autorytetem dogłębnych badań naukowych. W tym sensie nie różni się od każdej innej ulicznej sondy.
Po tym przydługim wstępie pozwolę sobie rozwinąć i bardziej uzasadnić moją „gazetową”, lakoniczną wypowiedź (tak jak mówiłem przez telefon, a pani redaktor musiała samodzielnie skrócić do jednego, syntetycznego zdania). Nie jesteśmy przygotowani na imigrantów, bo jest to zjawisko w tej skali dla nas, Polaków, zupełnie nowe (nie mamy doświadczeń z przeszłości i jeszcze mentalnie nie przywykliśmy do tego, że jesteśmy bogaci i to do nas zwracają się z próbą o wsparcie a nie odwrotnie). Na nowe zjawiska i procesy nigdy nie jesteśmy przygotowani w pełni. Można prognozować, planować i przygotowywać się, ale jeśli coś pojawia się pierwszy raz to wcześniejsze wyobrażanie i przygotowania nie zawsze są trafne.
Nie jesteśmy przygotowani kulturowo, organizacyjnie i materialnie. Bo przegapiliśmy. Przecież problem narastał od lat i można było przewidzieć (ale myśleliśmy, że nie do nas imigranci zawitają i że solidarność wobec Greków czy Włochów… nie dotyczy nas…). Ale jako społeczeństwo wolimy odkładać na później, bo jakoś to będzie. O skali nieprzygotowania kulturowego przekonać się można po temperaturze dyskusji, czasem wręcz histerycznych i katastroficznych. „Kiedy nie panujesz nad rzeczywistością, zaczynasz krzyczeć. Obrażasz, potępiasz. To przejaw nie siły, lecz słabości.” Kiedy nie rozumiemy rzeczywistości chętnie przyklaskujemy nawet najdziwniejszym teoriom spiskowym, bo jedna prosta zasada tłumacząca całą zagmatwaną rzeczywistość. Rzetelna wiedza o świecie jest więc najlepszym przygotowaniem na wszelkie zaskakujące sytuacje. Jest jak dobra mapa – nawet gdy zmienimy trasę marszu, lub się zagubimy, to dzięki dobremu odwzorowaniu szybko możemy odleźć drogę i podjąć sensowne działania (jeśli mapa jest zła i z błędami, to i tak wylądujemy na manowcach). Na nieprzewidywalną przyszłość najlepszym zabezpieczeniem jest dobra wiedza o świecie i rozumienie zachodzących zjawisk. Oraz umiejętność podejmowania kreatywnych działań i odwaga podejmowania decyzji. Podobnie z etyką (moralnością) – jeśli do wzoru podstawić nowe liczby, to i tak działa.
Nie jesteśmy przygotowani ale musimy działać natychmiast. Tak jak z deszczem, gdy zacznie padać. Nie ważne jest czy mamy parasol czy nie, musimy coś zrobić. Deszcz nie poczeka aż się namyślimy. W tym sensie jesteśmy już przygotowani na przyjęcie imigrantów. Wszystko co potrzeba mamy w zasięgu ręki. Potrzebne są działania doraźne jak i długofalowe, przemyślane na kilkadziesiąt lat do przodu. Potrzeba nam kreatywnych i niestandardowych działań. Zarówno w sferze kultury, organizacji jak i etyki. I umiejętność podejmowania szybkich decyzji. A raczej odwaga, bo przecież w niestandardowych działaniach zawsze można popełnić jakieś błędy… Błędy można poprawiać a zmarnowanego czasu się nie cofnie (nie ma maszyny do podróży w czasie).
Prawdziwe złoto hartuje się w ogniu. Dzięki tej trudnej sytuacji możemy zobaczyć jacy na prawdę jesteśmy. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Odnoszę to do spraw czystko polskich jak i europejskich. A na koniec ogólnoludzkich. Bo problem z imigrantami to także solidarność (lub pozostawienie samych sobie) z Grecją czy Włochami. Czujemy się Europejczykami czy nie?
Żyjemy na jednej planecie i nie da się jak na wakacjach „zarezerwować” (czytaj bezprawnie zawłaszczyć) parawanem kawałka nadmorskiej plaży. Obecne problemy z imigrantami są pokłosiem wojen, toczących się w innych niż Europa zakątkach świata (może powinniśmy tam dużo wcześniej interweniować, nawet wysyłając wojsko i ryzykując życie?). Żyjemy w globalnym świecie i gdziekolwiek źle się dzieje, to i tak do nas w tej czy innej postaci dojdzie. A może być dużo gorzej, bo jeśli wraz z ocieplaniem się klimatu podniesie się poziom oceanów to zalane zostaną najludniejsze tereny Ziemi. I wtedy znacznie większa fala uchodźców dotrze także i do nas. I niczym ich nie zatrzymamy, ani drutami, ani murami, ani czołgami. Dlatego już dziś warto myśleć o ograniczeniach z emisją dwutlenku węgla i nakładać na siebie, solidarnie z innymi, zobowiązania i samoograniczenia.
Mamy wpływ na to, co się dzieje na Ziemi. I chcemy czy nie musimy być za wspólne losy odpowiedzialni. Czy to w Europie czy na całym świecie. Wymaga to wiedzy (o tym jak funkcjonuje świat) jak i woli współpracy (z innymi, a nie tylko ze sobą). Nie odizolujemy się od reszty parawanem tak jak nad Bałtykiem w kurortach….
Podsumowując: choć nie jesteśmy przygotowani to już od zaraz musimy działać. Wszystko to, czego nam potrzeba do działania, już mamy. Teraz pora na szybkie decyzje w ciągle zmieniających się warunkach zewnętrznych. By działać na początek doraźnie, a potem długofalowo i z myśleniem o zaradzeniu przyczynom a nie tylko skutkom. W tych kłopotliwych dla nas sytuacjami, jako Polacy, mamy szansę zobaczyć siebie w działaniu. Jacy na prawdę jesteśmy. A jeśli odbiega to on naszych wyobrażeń i nas samych, to niech będzie to dla nas wyzwaniem do pracy nad sobą samym.

W mieście trzymanie w domu psa lub kota może być kłopotliwe, także i dla zwierzęcia. A chciałoby się mieć u boku jakieś zwierzątko. By popatrzeć, cieszyć się widokiem (już pogłaskać nie zawsze). Można jednak się cieszyć światem bez kupowania i posiadania czegoś na własność. Do mieszkania czasem wlatują różne owady czy pojawiają się inne bezkręgowce nielotne. Wielokrotnie o tych spotkaniach pisałem.
Przez lata uniwersytet był dla mnie wartością samoistną, traktowałem jako kuźnię innowacyjności i lidera dobrych zmian. Po ponad 30 latach przebywania w murach uczelni wyższej najdelikatniej rzecz ujmując czuję niedosyt. Z dużym bólem i zawodem patrzę na skostnienie środowiska akademickiego. Nie jesteśmy liderami komunikacji i przekazywania wiedzy, raczej rdzewiejącym i oderwanym od życia dworskim skanerem, żyjącym w złudnym samouwielbieniu. Jest postęp, nie przeczę, ale zbyt wolny w stosunku do potrzeb i zmieniającego się świata i raczej generowany ze środowiska zewnętrznego. Często nieudolnie i z opóźnieniem przejmujemy jedynie to, co inni wymyślą. Jakbyśmy nie zauważyli, że świat się zmienił w zakresie komunikacji i potrzeb. A często przejmujemy cudze wzorce jedynie w ich zewnętrznej powierzchowności, bez zastanawiania się nad istotą i sensem. W rezultacie klonujemy atrapy. Taki konferencyjny 


Z malowania kamieni z filozofami jestem zadowolony. Udało się. Dla mnie był to eksperyment na obcym gruncie, z tremą i obawami. Ale pomysł okazuje się dobry i warto go rozwijać. Mam nowe doświadczenia, spostrzeżenia i przemyślenia. Wykorzystam na zajęciach ze studentami w tym roku. A teraz, na gorąco kilka refleksji.
Obserwując przyrodę dużo możemy się dowiedzieć o nas samych (bo na świat wokół nas patrzymy przez pryzmat naszego wnętrza). Osy społeczne inspirują do rozważań nad inteligencją kolektywną (wiedza kumulatywną). A przynajmniej nad dolą człowieka bezdomnego, niepotrzebnego czy pasożytniczo wykorzystywanego…
Malując butelki, czasem wyszperane ze śmietnika, leżące w lesie czy jeziorze, przywracam im wartość (subiektywną). Jeszcze raz spoglądamy na ten sam przedmiot, ale już z innej perspektywy. Dostrzegamy nie bezwartościowy śmieć, szpecący polską przyrodę, lecz surowiec do dalszej pracy. A potem ozdobę lub sztukę użytkową: niecodzienne opakowanie do nalewek, soku, wazon na kwiaty, pojemnik na zioła itd.
Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. Nie jestem zawodowym filozofem ani zawodowym artystą. Jestem naukowcem (biologiem).
Nawet nie zauważyłem, że dwa tygodnie temu minęła 10. rocznica mojego blogowania. Pierwszy wpis ukazał się 16 sierpnia 2005 roku („
Sezon na osy, i w przyrodzie i w mediach, trwa w najlepsze. Ukazują się sensacyjne materiały, jest strach i panika. O tej porze roku to normalka. A że przyrody nie rozumiemy, to jest i strach, co ma wielkie oczy. Jako dziecko też się bałem os, w szczególności szerszeni. Bo potrafią boleśnie użądlić. Wolałem popatrzeć z daleka, zwłaszcza na gniazda, co już puste były.