O imigrantach… bo zostałem wywołany do tablicy

oimigrantachRzeczywistość wokół nas jest wielowymiarową całością. Wbrew moim pierwotnym założeniom nie da się pisać tego bloga tylko o nauce i problemach życia uniwersyteckiego. W wielu problemach ludzie (także za pośrednictwem dziennikarzy) zwracają się w stronę uniwersytetów i do naukowców, z najróżniejszymi pytaniami, czasem odbiegającymi od zawodowych kompetencji. I trudno nie odpowiadać, trudno unikać jasnych deklaracji czy dzielenia się przemyśleniami. Byleby nie mylić kompetencji.

Dwa dni temu zadzwoniła pani redaktor z Gazety Olsztyńskiej i zapytała czy jesteśmy przygotowani na przyjęcie imigrantów. Dzisiaj się ukazało w formie jednozdaniowej sondy, z podpisem „prof. UWM.” Na początek warto wyjaśnić cóż to znaczy. Ani w mojej intencji, ani zapewne ze strony redakcji, ten skrót „prof.” nie odnosi się do kompetencji. Jest to tylko uzupełnienie nazwiska w celu zwiększenie rozpoznawalności osoby. I nic więcej.

Jestem biologiem, ekologiem. W tej dyscyplinie zdobywałem stopnie naukowe i tylko w tym obszarze umieszczony przed nazwiskiem „dr hab.” informuje o kompetencjach. W niczym więcej. Zatem o emigrantach wypowiadam się jako przeciętny człowiek (a nie jako naukowiec). Jest to wypowiedź osobista bez poparcia autorytetem dogłębnych badań naukowych. W tym sensie nie różni się od każdej innej ulicznej sondy.

Po tym przydługim wstępie pozwolę sobie rozwinąć i bardziej uzasadnić moją „gazetową”, lakoniczną wypowiedź (tak jak mówiłem przez telefon, a pani redaktor musiała samodzielnie skrócić do jednego, syntetycznego zdania). Nie jesteśmy przygotowani na imigrantów, bo jest to zjawisko w tej skali dla nas, Polaków, zupełnie nowe (nie mamy doświadczeń z przeszłości i jeszcze mentalnie nie przywykliśmy do tego, że jesteśmy bogaci i to do nas zwracają się z próbą o wsparcie a nie odwrotnie). Na nowe zjawiska i procesy nigdy nie jesteśmy przygotowani w pełni. Można prognozować, planować i przygotowywać się, ale jeśli coś pojawia się pierwszy raz to wcześniejsze wyobrażanie i przygotowania nie zawsze są trafne.

Nie jesteśmy przygotowani kulturowo, organizacyjnie i materialnie. Bo przegapiliśmy. Przecież problem narastał od lat i można było przewidzieć (ale myśleliśmy, że nie do nas imigranci zawitają i że solidarność wobec Greków czy Włochów… nie dotyczy nas…). Ale jako społeczeństwo wolimy odkładać na później, bo jakoś to będzie. O skali nieprzygotowania kulturowego przekonać się można po temperaturze dyskusji, czasem wręcz histerycznych i katastroficznych. „Kiedy nie panujesz nad rzeczywistością, zaczynasz krzyczeć. Obrażasz, potępiasz. To przejaw nie siły, lecz słabości.” Kiedy nie rozumiemy rzeczywistości chętnie przyklaskujemy nawet najdziwniejszym teoriom spiskowym, bo jedna prosta zasada tłumacząca całą zagmatwaną rzeczywistość. Rzetelna wiedza o świecie jest więc najlepszym przygotowaniem na wszelkie zaskakujące sytuacje. Jest jak dobra mapa – nawet gdy zmienimy trasę marszu, lub się zagubimy, to dzięki dobremu odwzorowaniu szybko możemy odleźć drogę i podjąć sensowne działania (jeśli mapa jest zła i z błędami, to i tak wylądujemy na manowcach). Na nieprzewidywalną przyszłość najlepszym zabezpieczeniem jest dobra wiedza o świecie i rozumienie zachodzących zjawisk. Oraz umiejętność podejmowania kreatywnych działań i odwaga podejmowania decyzji. Podobnie z etyką (moralnością) – jeśli do wzoru podstawić nowe liczby, to i tak działa.

Nie jesteśmy przygotowani ale musimy działać natychmiast. Tak jak z deszczem, gdy zacznie padać. Nie ważne jest czy mamy parasol czy nie, musimy coś zrobić. Deszcz nie poczeka aż się namyślimy. W tym sensie jesteśmy już przygotowani na przyjęcie imigrantów. Wszystko co potrzeba mamy w zasięgu ręki. Potrzebne są działania doraźne jak i długofalowe, przemyślane na kilkadziesiąt lat do przodu. Potrzeba nam kreatywnych i niestandardowych działań. Zarówno w sferze kultury, organizacji jak i etyki. I umiejętność podejmowania szybkich decyzji. A raczej odwaga, bo przecież w niestandardowych działaniach zawsze można popełnić jakieś błędy… Błędy można poprawiać a zmarnowanego czasu się nie cofnie (nie ma maszyny do podróży w czasie).

Prawdziwe złoto hartuje się w ogniu. Dzięki tej trudnej sytuacji możemy zobaczyć jacy na prawdę jesteśmy. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Odnoszę to do spraw czystko polskich jak i europejskich. A na koniec ogólnoludzkich. Bo problem z imigrantami to także solidarność (lub pozostawienie samych sobie) z Grecją czy Włochami. Czujemy się Europejczykami czy nie?

Żyjemy na jednej planecie i nie da się jak na wakacjach „zarezerwować” (czytaj bezprawnie zawłaszczyć) parawanem kawałka nadmorskiej plaży. Obecne problemy z imigrantami są pokłosiem wojen, toczących się w innych niż Europa zakątkach świata (może powinniśmy tam dużo wcześniej interweniować, nawet wysyłając wojsko i ryzykując życie?). Żyjemy w globalnym świecie i gdziekolwiek źle się dzieje, to i tak do nas w tej czy innej postaci dojdzie. A może być dużo gorzej, bo jeśli wraz z ocieplaniem się klimatu podniesie się poziom oceanów to zalane zostaną najludniejsze tereny Ziemi. I wtedy znacznie większa fala uchodźców dotrze także i do nas. I niczym ich nie zatrzymamy, ani drutami, ani murami, ani czołgami. Dlatego już dziś warto myśleć o ograniczeniach z emisją dwutlenku węgla i nakładać na siebie, solidarnie z innymi, zobowiązania i samoograniczenia.

Mamy wpływ na to, co się dzieje na Ziemi. I chcemy czy nie musimy być za wspólne losy odpowiedzialni. Czy to w Europie czy na całym świecie. Wymaga to wiedzy (o tym jak funkcjonuje świat) jak i woli współpracy (z innymi, a nie tylko ze sobą). Nie odizolujemy się od reszty parawanem tak jak nad Bałtykiem w kurortach….

Podsumowując: choć nie jesteśmy przygotowani to już od zaraz musimy działać. Wszystko to, czego nam potrzeba do działania, już mamy. Teraz pora na szybkie decyzje w ciągle zmieniających się warunkach zewnętrznych. By działać na początek doraźnie, a potem długofalowo i z myśleniem o zaradzeniu przyczynom a nie tylko skutkom. W tych kłopotliwych dla nas sytuacjami, jako Polacy, mamy szansę zobaczyć siebie w działaniu. Jacy na prawdę jesteśmy. A jeśli odbiega to on naszych wyobrażeń i nas samych, to niech będzie to dla nas wyzwaniem do pracy nad sobą samym.

Kątnik domowy co po kątach się włóczy (taki mój prywatny imigrant)

ktnikW mieście trzymanie w domu psa lub kota może być kłopotliwe, także i dla zwierzęcia. A chciałoby się mieć u boku jakieś zwierzątko. By popatrzeć, cieszyć się widokiem (już pogłaskać nie zawsze). Można jednak się cieszyć światem bez kupowania i posiadania czegoś na własność. Do mieszkania czasem wlatują różne owady czy pojawiają się inne bezkręgowce nielotne. Wielokrotnie o tych spotkaniach pisałem.

Od kilku dni widuję u siebie dużego kątnika. Pająk jest słusznych rozmiarów, może wzbudzać przerażenie. Ale ja mu krzywdy nie zrobię. A i obaw nie mam. Niech sobie mieszka kątem ten dziwny sublokator czy może nawet imigrant zza okna lub progu. Nie muszę go karmić, sam sobie złowi jakieś owada, który przez uchylone okno wleci do domu. Na przykład przyczajonego komara.

Kątnik domowy (Tagenaria domestica) – bo to chyba on u mnie zamieszkał – to pająk z rodziny lejkowcowatych (Agelenidae). Nazwa rodziny bierze się od sposobu budowania sieci łownej. Sieć składa się z rurki mieszkalnej, która z przodu rozszerza się lejkowato, a dolna część przechodzi w rozległy „dywan” z licznymi nićmi sygnalizacyjnymi. Nici te, gdy są potracone przez inne drobne zwierzęta, sygnalizują o obecności ofiary – pająk wybiega z wymoszczonej kryjówki i atakuje ofiarę. Ślady konsumpcji są widoczne w postaci pozostawionych powłok chitynowych jego ofiar. Gdyby sprzątał po sobie te truchła, toby gospodynie nie drażniła jego obecność.

W budowie sieci kątniki przypominają niektóre larwy chruścików bezdomkowych – budują i polują podobnie, tyle że chruściki żyją pod wodą.

Kątnik domowy jest gatunkiem synantropijnym. Nie ma określonej pory godowej, rozmnażać się może przez cały rok. Pająki te żyją do kilku lat. Ciekawe jakiego wieku jest mój gość i czy długo u nas zabawi. Dorosły kątnik – wraz z odnóżami – dorasta do 8 cm długości. Potrafi szybko biegać. Prowadzi nocny i skryty tryb życia. Najczęściej o jego obecności dowiadujemy się, gdy spotkamy do w umywalce, wiadrze czy w wannie, gdzie wpadnie w czasie nożnych wędrówek. Jeśli długo tam posiedzi, w czasie naszej nieobecności, to znajdujemy jedynie martwego. Bo ileż można przeżyć w takiej pułapce bez jedzenia?

Kult cargo czyli komunikacja na uniwersytetach (konferencje, wykłady i referaty)

pokazac_kopernik_1Przez lata uniwersytet był dla mnie wartością samoistną, traktowałem jako kuźnię innowacyjności i lidera dobrych zmian. Po ponad 30 latach przebywania w murach uczelni wyższej najdelikatniej rzecz ujmując czuję niedosyt. Z dużym bólem i zawodem patrzę na skostnienie środowiska akademickiego. Nie jesteśmy liderami komunikacji i przekazywania wiedzy, raczej rdzewiejącym i oderwanym od życia dworskim skanerem, żyjącym w złudnym samouwielbieniu. Jest postęp, nie przeczę, ale zbyt wolny w stosunku do potrzeb i zmieniającego się świata i raczej generowany ze środowiska zewnętrznego. Często nieudolnie i z opóźnieniem przejmujemy jedynie to, co inni wymyślą. Jakbyśmy nie zauważyli, że świat się zmienił w zakresie komunikacji i potrzeb. A często przejmujemy cudze wzorce jedynie w ich zewnętrznej powierzchowności, bez zastanawiania się nad istotą i sensem. W rezultacie klonujemy atrapy. Taki konferencyjny kult cargo, pusty rytuał oderwany od kontekstu. W szybko zmieniającym się świecie i zmieniającym się kontekście dawniej sensowne i dobre rozwiązania, zmieniają się w pusty i nieefektywny rytuał.

W swym narcyzmie konferencyjno-wykładowego rytuału (nastawionego na korporacyjny wyścig szczurów) nie szanujemy ani studentów, ani słuchaczy w czasie konferencji, sympozjów, zebrań naukowych. Powierzchownie wszystko gra: jest mówca, jest sala, jest wykład. Ale jest jak łazienka u Solskich z filmu „Kogiel mogiel”. Nastawieni jesteśmy na korporacyjny splendor, punktozę (zdobywanie punktów i wyników na papierze) a nie na rzeczywistą dyskusję czy przekaz informacji. Nieliczne jaskółki nie czynią jeszcze wiosny. W swojej masie jesteśmy skostniali. Uniwersytety i środowisko akademickie nie jest liderem w edukacji i komunikacji międzyludzkiej. A ja bym chciał, żeby był….

Symboliczne oddają to ostanie zmiany w procedurze habilitacji (już nie przewód a postępowanie). Uproszczono, więc niby dobrze, ale komisja analizuje tylko papiery, nie widzi człowieka. A co ważniejsze nie ma wykładu habilitacyjnego. Kiedyś habilitacja uprawniała do prowadzenia wykładów na uniwersytecie. Była więc część badawcza ale i wykład, oceniany, czy delikwent potrafi prowadzić wykłady. Nie tylko prowadzenie badań ale i komunikowanie w piśmie (publikacje) i w mowie na uniwersyteckich wykładach przesądzały o awansie i dopuszczeniu do prowadzenia wykładów. Symbolicznie oddaje to utratę z pola widzenia dbałość o jakość wykładów. Dydaktyka się nie liczy, liczą się punkty, często zbierane w zespołowych publikacjach – więc nawet na 100% nie wiadomo czy ubiegający się o stopień potrafi sam pisać (formułować myśli na piśmie). Może jest tylko członkiem zespołu? Zespoły to ważna rzecz, umiejętność pracy zespołowej należy premiować. Ale nie można zapominać o innych ważnych umiejętnościach. Zapomnieliśmy….

Może dlatego studenci tak mocno narzekają na jakość dydaktyki i tak mała jest frekwencja na wykładach? Poszukajmy drzazgi w swoim oku, zanim zaczniemy oskarżać studentów o niski poziom i brak ambicji etc. Ilekroć jestem na konferencjach naukowych czy zebraniach naukowych, tylekroć czuję się jak student. Siedzę na sali i słucham, staram się w czuć w tę rolę. I najczęściej nie jest dobrze. Jest mało komunikatywnie, jest więcej rytuału niż komunikacji. Po wielokroć mówca mówi w obecności słuchaczy a nie do nich, przekazuje mało interesujące informacje (czasem już nieaktualne), mówi nie na temat. Rytuał dla rytuału, kult cargo…. I nic dziwnego, że wieje nudą. Wystarczy rozejrzeć się po sali, by zauważyć ile osób słucha… ile myśli o niebieskich migdałach, patrzy w smartfony czy tablety.

Zapominamy o efektywności i sensie. Zamiast komunikacji, dostosowanej do czasów i słuchaczy, mamy pusty rytuał i korporacyjną celebrą. Służy jedynie budowaniu splendoru na wewnątrz akademickim dworze….

Brak dbałości o efektywną komunikację widać już na etapie projektowania sal dydaktycznych, jak Polska długa i szeroka. To także brak wiedzy o języku ciała, o roli przestrzeni, wygodzie słuchacza, inteligencji wielorakiej, wielokanałowym przekazywaniu informacji i roli emocji w słuchaniu i zapamiętywaniu. Duże pieniądze na rozbudowę kampusów uniwersyteckich w wielu miastach… i powstają audytoria niefunkcjonalne. Mówca gdzieś schowany za murem stołu prezydialnego, jakby bronił zamku przez atakiem Tatarów. Stoją tablice multimedialne, ale są wykorzystywane najczęściej jedynie jako ekran. Jest rzutnik multimedialny… to pewnie trzeba na nim coś wyświetlić. Są więc długie teksty (ani to można przeczytać, bo małe litery, ani słuchacze nie są analfabetami, by cały tekst im odczytywać na głos). Kiedyś wykładowcy odczytywali z pożółkłych karteczek, teraz czytają z ekranów monitora. I tak są projektowane sale – by dobrze się czytało siedzącemu wykładowcy a nie dobrze przemawiało do ludzi tu i teraz. Zła przestrzeń to tak, jakby ogon kręcił psem. To nie technika służy nam, byśmy wygodniej przemawiali i prezentowali treści, ale my jesteśmy dla techniki, żeby ją obsługiwać. Do tego dochodzą złe przyzwyczajenia. Trzeba się mocno natrudzić by jakoś sznurkami połatać złą przestrzeń, wyjść zza barykady stołu prezydialnego. Owszem taki stół dodaje zasiadającemu gremium splendoru, widać kto jest na honorowym miejscu, ale utrudnia kontakt i komunikację, stwarza bariery dla obu stron.

Liderów trzeba szukać poza uniwersytetami. Przykład z Centrum Nauki Kopernik (górne zdjęcie), otwarta przestrzeń ułatwiająca kontakt i dialog. Łatwa aranżacja sali, od razu powiązanie z udostępnianiem wykładów w internecie (bo ktoś nagrywa by potem udostępnić). Jest dużo dobrych rozwiązań, ale widzę je głównie poza uniwersytetami! Nasi studenci przywykli do nieefektywnych rozwiązań, myślą że tak trzeba. I powielają potem w pracy, gdy opuszczą mury uniwersytetu.

Przykład z dużej konferencji w Warszawie dla nauczycieli. Wykład pani z banku. Nie było przed jej nazwiskiem tytułów naukowych, ale jeździła po świecie. Mówiła. Nie czytała z kartki czy z ekranu, po prostu przemawiała, mając cały czas kontakt wzrokowy z publicznością. Prawie cały czas słuchałem, dużo rozumiałem i zapamiętałem. Ale wykład miał także utytułowany profesor, filozof. Czytał z kartki. To był odczyt a nie wykład. Piękny, finezyjny język. Były tylko krótkie chwile, gdy byłem się w stanie skupić. Siedziałem i rozmyślałem. Równie dobrze mogłem siedzieć nad rzeką. Wykład w jakimś stopniu może ukierunkowywał myślenie, ale bardziej byłem zirytowany nieadekwatnością wystąpienia niż treścią. Dopracowany język, obfitujący w specjalistyczne terminy. Chyba nic nie zapamiętałem. Odniosłem tylko wrażenie, że było o czymś ważnym. Nie było komunikacji tylko wrażenie i splendor. Skoro tekst napisany, to wolałbym go sam przeczytać. W trudnych miejscach zatrzymałbym się, poszukałbym gdzieś wyjaśnienia, może bym zrozumiał. Sens tego wykładu? Być może poczucie, że byłem na wykładzie kogoś ważnego, poczucie uczestnictwa w czymś dostojnym, mimo że nic nie zapamiętałem. A może były tam tylko banały wypowiedziane z namaszczeniem, ukryte za specjalistycznym słownictwem i żargonową (hermetyczną) stylistyką?

Ile razy student może czuć się dowartościowany na takim wykładzie, gdzie jedynie jest obecne domniemane dostojeństwo? Są mądrzejsi niż nam się wydaje. Znacznie szybciej wychwytują banały ukryte w rytualnym dostojeństwie.

Owszem, kiedyś odczyt miał sens. Bo książki i czasopisma były trudno dostępne, czas publikacji był długi. Więc odczyt był głównym źródłem zdobywania wiedzy. A teraz? Teraz jest to nieefektywny rytuał, w ogóle nie uwzględniający wieków doskonalenia sztuki retoryki oraz najnowszych odkryć w zakresie mózgu i psychologii myślenia.

Kontekst wiele zmienia. Taki sam odczyt 50 lat temu miałby sens, dzisiaj jest w dużym stopniu skansenową rekonstrukcją historyczną. Żyjemy w epoce nadmiaru treści i łatwego dostępu do wiedzy. W deficycie jest myślenie i rozumienie. Na tym powinniśmy się skupić na salach wykładowych. Jeśli chcemy, żeby nas studenci słuchali i żeby w ogóle byli. Nie mamy monopolu na upowszechnianie wiedzy i nie jesteśmy liderem.

c.d.n.

niżej przykładowe, przypadkowo wybrane zdjęcia z różnych sal i miejsc.

ideatoriumkonferencja

kotowniakonferencja

filozofiakonferencja

O filozoficznym malowaniu kamieni i hybrydowej, wielowarstwowej komunikacji

filozoficzne_malowanie_kamieniZ malowania kamieni z filozofami jestem zadowolony. Udało się. Dla mnie był to eksperyment na obcym gruncie, z tremą i obawami. Ale pomysł okazuje się dobry i warto go rozwijać. Mam nowe doświadczenia, spostrzeżenia i przemyślenia. Wykorzystam na zajęciach ze studentami w tym roku. A teraz, na gorąco kilka refleksji.

Dlaczego się zgłosiłem z malowaniem kamieni na Festiwal Filozofii – Filozofia i Sztuka? Okazja wydawała się dobra, bo tematyka dotyczyła refleksji i sztuki. Mówić o sztuce i filozofii czy ją przeżywać? Czy lepiej myśli się w ciszy dalekiej i męczącej pielgrzymki czy na głośnej konferencji? Sztuka, jako prosta czynność, ułatwiająca bycie ze sobą, tak jak na podwórku. Słowa są jak iskanie się a nie tylko przekazywanie informacji. Służą do tworzenie więzi. I chciałem to sprawdzić. W czasie malowania spotkałem filozofa, który zaczął pisać powieści. Bo mimo, że napisać wiele naukowych książek, także w językach kongresowych, to nie jest czytany (tak jakby chciał). W nadmiarze słów nie komentują jego książek. Bo zbyt dużo jest do komentowania i do przeczytania. A powieść? Ano zobaczymy, może forma nie odstraszy zupełnie innych czytelników i będą rozważać jego dyskretnie przemycane myśli filozoficzne? Myślę, że są to podobne poszukiwania nowych i bardziej adekwatnych form komunikacji w środowisku nie tylko akademickim. Nie jestem więc sam w tych swoich poszukiwaniach.

To nie pierwszy raz z tym „naukowo-konferencyjnym” malowaniem kamieni. Miałem już doświadczenia z dyskusjami przy malowaniu jako formą nietypowej kawiarni naukowej. Była też w maju realizacja na konferencji hydrobiologów (Warsztaty Hydrobiologiczne). Tam, wśród biologów wypadło lepiej bo, znacznie lepiej przyjęli organizatorzy (hydrobiolodzy) i bez oporów włączyli się w nowe wyzwania, odpowiednio planując w programie, jako element integracyjny. A uczestnicy odpowiedzieli licznie i ochoczo (ku mojemu zaskoczeniu, bo stereotypowo wydaje się, że naukowcy to „sztywniacy”). Ale tam, u hydrobiologów, za tym szalonym pomysłem stały dwie różne osoby, z różnych ośrodków akademickich i byli „swoi”, stąd może większe zaufanie do eksperymentu i eksperymentatorów. Ponadto sama forma warsztatowa konferencji hydrobiologicznej,  z nastawienie bardziej na wspólną pracę i badania a nie typowa konferencję. Myślowy przeskok był więc znacznie łatwiejszy.

Filozofowie przyjęli pomysł z mniejszą otwartością, z pewną rezerwą (myślę o organizatorach). Może dlatego, że zgłaszała to tylko jedna osoba i to „z innego podwórka”? Może zbyt odbiegało od dotychczasowych schematów i przyzwyczajeń? Początkowo moje zgłoszenie potraktowano standardowo, i wbrew sugestiom jak i opisowi, w programie umieszczono jako typowy referat (krótkie doniesienie). Ale się nie poddałem i sam, niejako na uboczu, dodatkowo zorganizowałem, poza programem dyskusyjne milczenie przy malowaniu kamieni. Bo przy wspólnym malowaniu można mówić ale nie trzeba. Można milczeć.

Postawiłem się na Festiwalu Filozofii w kłopotliwej sytuacji, odbiegając od schematów. Ryzykowałem, bo nie wiedziałem jaki będzie odbiór – wystąpienie zaplanowano w sesji pt. „Sztuka, osobowości, koncepty, osobliwości”. Być może za jakiś czas dowiem się, czy odebrany zostałem ze swoim pomysłem jako osobowość, koncept czy osobliwość. Ryzykowne przedsięwzięcia w 90% kończą się porażką. Taka ich specyfika. Tylko 10% kończy się sukcesem. Ale nie jest to szara przeciętność, więc warto zaryzykować. Notabene w nauce przeważają porażki, błędy, niepowodzenia. W publikacjach i podręcznika jest tylko wycinek naszej aktywności – ten zakończony już sukcesem. Ale bez porażek owe sukcesy nigdy by nie zaistniały. Eksperymenty i ryzyko są powinnością uniwersytetu. Bo jak mamy uczyć własnych studentów innowacyjności i ryzykowania, gdy sami nie ryzykujemy i nie poszukujemy innowacji? Gdy sami twórczo nie eksperymentujemy tylko toczymy się w utartych, bezpiecznych koleinach, zdobywają kolejne stopnie?

Zaryzykowałem bo jako naukowiec-przyrodnik wybrałem się na obce „podwórko”: do filozofów i artystów. Inny rytuał konferencyjny, inny język, inne zwyczaje. Prawie jak inna kultura. Od dłuższego czasu na różnych konferencjach, sympozjach, seminariach przyglądam się i próbuję zidentyfikować różne rytuały, zwyczaje (takie moje, specyficzne badania etnograficzne). A następnie staram się odnieść je do historii (jak powstawały i dlaczego), komunikacji naukowej oraz zastanawiam się czy dalej są efektywne w szybko zmieniającym się świecie. Rytuały ze swej natury mają to do siebie, że są nieco „spóźnione”, zastygłe w czasie. Ich sens rozumiemy jedynie w kontekście czasów i miejsca, w których powstawały. Nie zawsze dostrzegamy to, że zmienił się kontekst i niektóre z nich są już nieefektywną (pozorowaną) komunikacją. Służą jedynie wywieraniu wrażenia, budowaniu prestiżu ale nie komunikacji. Na obcym gruncie, jak w obcej kulturze, łatwo o niezrozumienie. Zarówno ja mogę nie zrozumieć jak i mnie mogą błędnie odebrać. Czułem więc tremę i nie miałem swobody wypowiedzi takiej, jaką bym chciał.Doświadczałem tego, co zazwyczaj studenci na zajęciach. Dzięki tym swoim emocjom, przypominaniu sobie, lepiej będę rozumiał studentów. Nie będzie „zapomniał wół jak cielęciem bół”

Po drugie forma, jaką zaproponowałem, była inna niż standardowa. Osobliwość. Warsztaty, wspólne łuskanie fasoli czy proste prace, w tym przypadku malowanie kamieni, jakoś nie bardzo mieszczą się w standardowym myśleniu o konferencji. Przecież musi być mówca i odczyt, rzutnik i ekran, jakieś sesje i stół prezydialny. Już parę razy to robiłem, najpierw z malowaniem butelek  – jest w tym także ukryty przekaz o sensie rzeczy i ludzi niepotrzebnych, odzyskiwanych poprzez dostrzeganie nowych wartości, zebranych jako śmieci w lesie i przekształcanych w coś wartościowego. Wysiłek dostrzeżenia sensu i piękna w czymś/kimś z pozoru zbędnym, niepotrzebnym. Potem próbowałem z malowaniem kamieni – charakter surowca i farb wymaga mniej czasu, więc jest bardziej funkcjonalne. Były i dachówki, również stare i niepotrzebne.

Tak sobie myślę, że filozofowie (organizatorzy) nie do końca zaakceptowali moją propozycję (za mało wysiłku włożyłem w przekonywanie, pozostała zbyt „obca”). Narzucony był mi referat. Bo jak jest zgłoszenie, to się referat należy. Ale ja i tak zrobiłem malowanie. Niech będzie referat, ale samozwańczo i tak zrobiłem spotkanie z malowaniem. Na uboczu, na marginesie programu. W jakimś sensie porażka, bo nie odebrane zostało „poważnie”, posadzone mnie gdzieś „na końcu bocznego stołu”. Ale i tak się udało, i tak przyszli ludzie malować i milczeć przy kamieniach. Wiem, że następnym razem dużo więcej czasu poświęcę na przekonywanie organizatorów do takich pomysłów.

Był więc krótki referat z pokazem zdjęć (zdjęcia z dotychczasowych malowań w Olsztynie, Wójtowie, w Karkonoszach itd., było jeszcze w Barczewie, ale akurat zdjęć nie dodałem, i tak dużo było). Nie poszło mi tak jak chciałem, ale jak widziałem – ktoś słuchał. Na malowanie przyszły trzy osoby, w tym jedna (studentka) zupełnie z zewnątrz, spoza konferencyjnego grona. I rozmawialiśmy. Bez tremy, swobodnie. Ja z tych rozmów jestem zadowolony, bardziej niż z sesji referatowej, niby ujętej w ramy godzinowe ale ze sporymi zmianami i przesunięciami czasowymi. Przy kamieniach profesor filozof sporo mi objaśnił z tego, co przy malowaniu się dzieje. A to tego doliczyć trzeba kilkanaście osób, które były na sali w czasie mego referatu (nie wiem ile słuchało i ile treści dotarto, bo nie było relacji zwrotnych, tylko kontakt wzrokowy). A potem ktoś z uczestników przysiadł przy malowaniu kamieni. Ponadto była też krótka dyskusja na Facebooku – też się czegoś dowiedziałem, np. o dyskursie milczącym. Komunikacja hybrydowa, łącząca równe formy: referat, warsztaty, portal społecznościowy, mini-wystawa z tekstem i kodem QR, odsyłającym do internetu itd. okazuje się efektywną formą i bardziej dostosowaną do współczesnego, zabieganego czasu. Pozwala o wiele bardziej w komunikacji przekraczać czas, miejsce i odległość. Jestem pewien, że niebawem podobne rozwiązania staną się standardem konferencyjnym, tak jak swego czasu pełną akceptację uzyskały sesje posterowe i plakaty naukowe (dominują w naukach przyrodniczych, u humanistów jeszcze to relatywna rzadkość).

Będę eksperymentował dalej, dopracowując formę w oparciu o zdobywane doświadczenie, dyskusję i podpatrywanie innych rozwiązań. Kolejne refleksje z filozoficznego malowania i współczesnej komunikacji naukowej spiszę za jakiś czas. Także i na blogu. Zaglądajcie.

O osie dachowej, co za moim oknem mieszka

osa_dachowaObserwując przyrodę dużo możemy się dowiedzieć o nas samych (bo na świat wokół nas patrzymy przez pryzmat naszego wnętrza). Osy społeczne inspirują do rozważań nad inteligencją kolektywną (wiedza kumulatywną). A przynajmniej nad dolą człowieka bezdomnego, niepotrzebnego czy pasożytniczo wykorzystywanego…

I w końcu przyleciała osa do mojego domu, przez otwarte okno. Kilka dni czekałem, aż się doczekałem. Za oknem, gdzieś pod daszkiem lub w styropianowej izolacji zrobiły sobie gniazdo. Przez kilka dni czekałem, bo chciałem ustalić czy to osa pospolita czy osa dachowa (pisałem wcześniej przy okazji trzmielówki: O trzmielówce co do gniazda os się wkrada).

A skoro wleciała do kuchni, to jej się z bliska przyjrzałem, także rysunkowi na głowie. Teraz już wiem na pewno, to osa dachowa (Paravespula germanica syn. Vespula germanica). Gniazdo się rozrasta, wiec pewnie teraz jest tam ich kilkaset, może nawet kilka tysięcy dzikich lokatorów.

Osy dachowe występują na terenach otwartych, suchych i umiarkowanie wilgotnych. Spotkać ja można od kwietnia do października. Tak więc osie sąsiedztwo za moim oknem potrwa jeszcze do dwóch miesięcy. Ale nie dłużej.

Osa dachowa jest gatunkiem pospolitym i licznie występujących. Razem z osą pospolitą to najczęściej spotykany gatunek os (osy właściwe – Vespidae). Najczęściej zakłada podziemne gniazda w starych norach niewielkich gryzoni. W środowisku antropogenicznym wybiera miejsca ciemne, dobrze zamaskowane, na przykład na strychach, pod daszkami itd. Takich siedlisk w mieście nie brakuje, w przeciwieństwie do pustych nor gryzoni. Jest osą społeczną, gniazda w wyjątkowo sprzyjających warunkach mogą dochodzić do metra średnicy, a w kolonii może przebywać do kilku tysięcy osobników.

Zarówno osa dachowa jak i osa pospolita należą do najbardziej uciążliwych dla człowieka. Ale „cięgi” zazwyczaj zbierają inne gatunki os. Osa dachowa bywa agresywna w pobliżu swojego gniazda. Ale nawet w oddaleniu od gniazda osy dachowe bywają agresywne. Dokuczliwe są latem, gdy przylatują do cukierni czy piekarni, zlizywać słodkości z bułek, ciast czy owoców. Osy dachowe swoje larwy karmią pokarmem mięsnym: innymi owadami, głównie muchówkami (także i komarami). Z tego powodu są pożyteczne. Ale tego nie widzimy. Widzimy jak dorosłe przylatują do słodkich rzeczy, soku, owoców itd. A że użądlenie nie należy do przyjemnych to i os się boimy. W dzieciństwie widząc osę przy słodkim ciastku wołaliśmy głośno „gorzko, gorzko”, licząc, że taka osa zrozumie nasz komunikat i da się oszukać. Mowy ludzkiej nie rozumieją. Ale krzycząc jakoś dodawaliśmy sobie odwagi.

Chcąc uporać się z „plagą” os w lecie niszczymy ich gniazda. Tyle tylko, że nie odnajdujemy dobrze ukrytych gniazd osy dachowej czy pospolitej, a dobrze widoczne gniazda innych gatunków. Tych gatunków, które są mało agresywne i nam się nie naprzykrzają. Kowal zawinił, Cygana powiesili – chciałoby się powiedzieć.

Zimują zapłodnione samice. Od wiosny zaczynają budować małe gniazdo, składają jaj i karmią pierwsze larwy. Wkrótce pojawiają robotnice (samice ale słabiej odżywione i nie rozmarzające się, w pewnym stopniu „upośledzone”). Społeczeństwo się rozwija. Opiekę nad młodymi przejmują robotnice a samica założycielka („królowa”) zajmuję się jedynie składaniem jaj. Matka rodzicielka. Z czasem robotnic jest więcej, dlatego larwy są lepiej odżywione. Z nich powstają samice (pełnowartościowe). Też składają jaja, ale z niezapłodnionych jaj wylęgają się samce. Także i samica założycielka z czasem składa coraz więcej niezapłodnionych jaj. Samców przybywa. Tegoroczne samice przestają być dziewicami. Z nadejściem pierwszych przymrozków cała kolonia gnie. Za wyjątkiem młodych samic – zaopatrzonych w ciała tłuszczowe, umożliwiające przeżycie. Wyszukują ukrytych miejsc i przeczekują zimę.

Życie osy dachowej nie jest lekkie. Są na przykład osy „kukułcze”, samice wkradają się do gniazda, zabijają „prawowitą królową” i składają swojej jaja. Robotnice opiekują się zupełnie innym gatunkiem. Pracują na cudze. O trzmielówce już pisałem. Warto wspomnieć jeszcze o innym owadzie, pasożytującym i kątem mieszkającym w gniazdach os – chrząszczu o urokliwej nazwie: sąsiad dziwaczek (Metoecus paradoxus), zwany też natrętem.

Co by nie mówić, nawet życie osy dachowej jest ciężkie. Nalata się za pokarmem dla młodych larw. Jak nie zginie od packi, zwiniętej gazety lub nie utopi się w butelce czy zginie od innej trucizny, to do gniazda wniknąć może jakiś pasożyt i wykorzystać cudzą pracę. A jesienią, gniazda się „rozpadają”, robotnice opuszczają gniazdo i jako bezdomne i nikomu już nie potrzebne szwendają się to tu to tam. U os prawie jak u ludzi. Albo odwrotnie. Przechodniu, ulituj się czasem nad uliczną osą…

Szkolne lektury z butelkami w tle – przywracanie wartości

czytanie_przasnysz_1Malując butelki, czasem wyszperane ze śmietnika, leżące w lesie czy jeziorze, przywracam im wartość (subiektywną). Jeszcze raz spoglądamy na ten sam przedmiot, ale już z innej perspektywy. Dostrzegamy nie bezwartościowy śmieć, szpecący polską przyrodę, lecz surowiec do dalszej pracy. A potem ozdobę lub sztukę użytkową: niecodzienne opakowanie do nalewek, soku, wazon na kwiaty, pojemnik na zioła itd.

Pamiętacie lektury szkolne? Czasem wspominamy je sympatycznie, czasem jako nudną katorgę (więc zamiast czytać lepiej skorzystać ze streszczeń i opracowań). Mają dać nam wspólną płaszczyznę kulturową. Ale pamiętamy tylko to, co nasze dziecięce, uczniowskie oczy zdołały dostrzec. Niejednokrotnie nie były to nasze odkrycia tylko powielane, nieciekawe, przebrzmiałe fascynacje dawnych pokoleń. I Ameryka odkrywana po raz setny. Nuda….

Do lektur szkolnych wróciłem kilka lat temu. A to za sprawą e-booka, zaopatrzonego we wszystkie szkolne lektury, który dostałem wraz z nagrodą za popularyzację nauki. Urządzenie okazało się wygodne w podróży i w łóżku (przedsenne czytanie). Małe i lekkie. W przeciwieństwie do domowego regału zmieści się w e-booku znacznie więcej książek. Nie ma problemu z miejscem na rozrastającą się domową bibliotekę.

I zacząłem czytać te same książki co kiedyś. Te same lektury, ta sama czytająca osoba… ale zupełnie inne treści (refleksje, spostrzeżenia) do mnie docierały! Dostrzegałem inne szczegóły, inne akcenty. Jakbym czytał inną książkę. Czytałem przez pryzmat zupełnie innych doświadczeń życiowych i aktualnych problemów, właściwych dla wieku mocno dojrzałego. O wartości dzieła nie przesądza ono samo lecz także doświadczenie i wiedza czytającego. Poznanie ma charakter systemowy. Podobnie w nauce: nie ma gołych, obiektywnych faktów. Postrzegamy je przez pryzmat paradygmatu i większej całości jaka jest już w naszej głowie. Do obserwacji wiec potrzebne są nie tylko przyrządy badawcza ale i teoria (paradygmat), wiedza już posiadana. Obserwacje modyfikują tę naszą wiedzę, czasem mocno przeorganizowując wewnętrzny system wiedzy. Zmieniają system… ale nie pojawiają się na bezludnej pustyni…

Warto więc sięgną po rzeczy „wyrzucone”, zapomniane, odłożone w kąt na półkę. Przeczytać ponownie i dostrzec dawniej niewidoczne treści, konteksty, które posłużą do innych interpretacji. A wspólne czytanie to także budowanie więzi. Odkrywanie ich na nowo. Przecież wspólne, narodowe czytanie organizuje się nie dlatego, że część jest analfabetami. Są bowiem rzeczy, które znacznie przyjemniej robić wspólnie. Odkrywać nowe wartości w zapomnianych lekturach jak i nowe wartości w małej wspólnocie.

Za sprawą biblioteki w Przasnyszu moje malowane butelki towarzyszyć będą tegorocznemu, narodowemu czytaniu. Bibliotekarze w Przasnyszu wybrali z Lalki Bolesława Prusa rozdział „Jak wygląda firma J.Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek?”. I wpadli na pomysł, że jako jednym z elementów wystroju wnętrza będą właśnie moje malowane butelki. Po butelki przyjechali ponad 100 km.

Narodowe czytanie przez szkło butelki. Niecodzienne asocjacje, także w kontekście malowania kamieni w czasie Festiwalu Filozofii i w Olsztynie. Tworzenie więzi przez sztukę oraz przez wspólne czytanie w miejscu publicznym. Biblioteki się zmieniają, to już nie są tylko magazyny z książkami do wypożyczenia, to coraz bardziej kulturotwórcze miejsca spotkań i życia społecznego. Odkrywanie kulturotwórczej roli tych miejsc dzieje się na naszych oczach. Spotkania w realu tu i teraz, ale i spotkania przez przestrzeń i czas, za pośrednictwem książek. A teraz i Internetu. Zupełnie nowe więzi i relacje w cyfrowym społeczeństwie epoki trzeciej rewolucji technologicznej.

I na koniec mała dygresja. Lektury często wydają się nudne (gdy czytamy w szkole). Bo ile razy można czytać kryminał, gdy znamy zakończenie? Nic nie ma już do odkrycia? Ale możemy poszukać dodatkowych niuansów i coś jeszcze odkryć? Ale nie po 10. czy 100 razach czytania! Tak jak z „odkrywaniem” fotosyntezy czy Ameryki. Dawne pokolenia przeanalizowały lektury w tę i z powrotem. Nuda. Można od razu sięgnąć do streszczeń i opracowań? To nauczyciel musi być twórczy, przecież to uczniowie odkrywają po raz pierwszy dla siebie. Kluczem jest ciekawość nauczyciela (zaraźliwa, przekazywana za pomocą prawdziwych emocji), zarówno przy analizowaniu (odkrywczym) lektury jak i fotosyntezy. To jego kondycja, ciekawość i zaangażowanie są kluczowe dla szkoły. To nauczyciel musi twórczo umieszczać w nowym kontekście czasów i problemów atrakcyjnych dla współczesnej młodzieży. Warto więc inwestować w nauczycieli, by byli wypoczęci i mieli dobre wsparcie. I tego im życzę w nowym roku szkolnym.

A że kształcenie ustawiczne i pozaszkolne jest znakiem czasu, to narodowe czytanie lektur jest nie tylko edukacyjne dla nas samych, ale i może być mądrym wsparciem szkoły. Twórzmy sytuacje edukacyjne i środowisko edukacyjne. Nie pozostawiajmy szkoły i nauczycieli samych w trudnym dziele edukacji i tworzenia wspólnych, ogólnonarodowych podstaw kulturowych. Byśmy mieli o czym ze sobą rozmawiać. I byśmy chcieli.

Fot. Miejska Biblioteka Publiczna w Przasnyszu

czytanie_przasnysz_2

Podwórkowy traktat o malowaniu kamieni czyli o slow science słów kilka

malowanie_kamieniKażdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. Nie jestem zawodowym filozofem ani zawodowym artystą. Jestem naukowcem (biologiem).

W czasie VIII Festiwalu Filozofii – Filozofia i Sztuka (Olsztyn, 3-4 września 2015), będę malował kamienie. To moja forma wypowiedzi i dyskusji o rytuale oraz o rzeczywistej komunikacji międzyludzkiej, w tym i naukowej. Taki mały protest przeciw korporatyzacji uniwersytetu, zapędzeniu się w zdobywaniu punktów i odgrywaniu rytuały udającego ciekawość i komunikację. Proponowałem spotkanie przy malowaniu kamieniu, ale organizatorzy wcisnęli mnie w konferencyjne schematy. Będzie więc „referat”, zaplanowany 3. września o godz. 13.15-13.35 (Centrum Nauk Humanistycznych, ul. Obitza 1, aula teatralna). W wystąpieniu, które przypominać będzie referat (ale będzie nastawione na komunikację a nie rytuał) opowiem o komunikacji w świecie trzeciej rewolucji technologicznej i nieadekwatnych formach komunikacji międzyludzkiej. Ale przede wszystkim o sensie wspólnego malowania kamieni. Tuż po, od przerwy kawowej, od. ok. 14.10, zapraszam do foyer auli teatralnej na wspólne malowanie kamieni. Kamień trzeba przynieść ze sobą. Będzie można pomilczeć.

Nie mam poletka z fasolą. Ale mam farby. Kamienie leżą wokoło, poszukaj i przyjdź z kamieniem małym lub dużym. Nie trzeba ich kupować. Nie będziemy łuskać fasoli. Będziemy wspólnie malować kamienie. Mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha. A niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie. Spotkajmy się, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. To nie będzie ani wykład ani komunikat ani referat. Ale będzie komunikacja międzyludzka. Bo nie tylko słowem przekazujemy treści. Będzie to wyjście poza schematy i utarte, akademickie rytuały. Nie potrzebuję auli (wystarczy trawnik, tak jak bezdomnemu), prądu, komputerów czy rzutnika multimedialnego. Nie potrzebuję punktów za rozdział w monografii. Bo to jest slow science na prowincji. Niech to będzie rewolucja, a kamienie kultury rzucimy na szaniec. Ale najpierw je pomalujemy.

Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Jest czymś wstydliwym. Dla mnie podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. Dla mnie prowincja to styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną.

Chcesz porozmyślać? Przyjdź. W malowaniu i filozofowaniu jestem takim samym amatorem jak Ty. A malowaniu kamieni towarzyszyć będzie komunikacja internetowa i wirtualna. Tak samo realna jak malowanie kamieni. Nie ogranicza nic w dyskusji ni przestrzeń, ni czas.

zobacz też wydarzenie na Facebooku: https://www.facebook.com/events/1074052469312404/

10 lat blogowania

blogczachorowskicopyNawet nie zauważyłem, że dwa tygodnie temu minęła 10. rocznica mojego blogowania. Pierwszy wpis ukazał się 16 sierpnia 2005 roku („W końcu dojrzałem„). W ciągu tej dekady umieściłem 1500 wpisów. Statystyki wskazują, że blog w tym czasie odwiedzony był blisko pół miliona razy (28 sierpnia wieczorem było to dokładnie 489330 wejść). Początkowo było to po kilka wejść dziennie, teraz po kilkaset (czasem po kilka tysięcy, gdy jakaś gazeta umieści link na swoim portalu do wybranego tekstu). Na kilku portalach mój blog był lub jest podlinkowany, czasem artykuły (jak nazwać wpis blogowy? Ta krótka forma nie jest ani esejem, ani felietonem, ani artykułem…) były „przedrukowywane” (ot, nawet przedrukiem tego nazwać nie można, bo nic nie było drukowane) na innych portalach przyrodniczych czy edukacyjnych.

Dużo się w ciągu tego czasu nauczyłem, poznałem zupełnie inną rzeczywistość komunikacji. Miałem okazję wielokrotnie rozmyślać nad komunikacją w trzeciej rewolucji technologicznej. I nad tym jak się świat zmienia.

10 lat profesorskiego gadania. Chyba dużo. Mimo wielu niedoskonałości technicznych tego serwisu, jakoś nie chcę go porzucić. Powoli dojrzewa we mnie myśl, by wybrać część tekstów, poprawić i spróbować wydać w wersji papierowej, czyli trwałej i uporządkowanej. Takie przyzwyczajenie człowieka starszej, papierowej epoki. Chyba, że wymyślę zupełnie coś innego.

ps. ilustracja to baner ze strony PTTK, gdzie linkowany był mój blog.

O trzmielówce co do gniazda os się wkrada

trzmielowka_lesnaSezon na osy, i w przyrodzie i w mediach, trwa w najlepsze. Ukazują się sensacyjne materiały, jest strach i panika. O tej porze roku to normalka. A że przyrody nie rozumiemy, to jest i strach, co ma wielkie oczy. Jako dziecko też się bałem os, w szczególności szerszeni. Bo potrafią boleśnie użądlić. Wolałem popatrzeć z daleka, zwłaszcza na gniazda, co już puste były.

Niedawno syn nas odwiedził i stwierdził, „chyba macie przy oknie gniazdo os”. Za kilka dni nowy lokator przyglądał się naszemu oknu i powiedział, że jest gniazdo os i trzeba po straż zadzwonić, żeby usunęli. Najwidoczniej osy znalazły jakąś dziurkę i zrobiły sobie gniazdo albo nad daszkiem wejściowym, albo w miejscu styropianowej izolacji. Pomyślałem sobie, że raczej krzywdy nikomu nie zrobią, więc niech sobie żyją w spokoju. Będzie okazja do obserwacji.

Wlot do gniazda był tuż przy naszym oknie. Ale postanowiliśmy osy zostawić w spokoju. Niech sobie żyją. Przecież to owady drapieżne, będą łowić komary, muchy czy inne owady (zwłaszcza te uważana za szkodniki). Co prawda jesienią będą zlatywać się do owoców, ale najwyżej zamknie się okno. W ciągu kilku dni wpadły do domu ze dwa-trzy razy. To je gazetą za okno wyrzuciliśmy. Gniazdo na razie się chyba rozrasta, bo os jakby więcej. Ale niebawem – zgodnie z cyklem rozwojowym – zniknie, robotnice jako „bezdomne” szwendać będą się po okolicy, gniazdo opustoszeje a samice poszukają kryjówki na zimę. Niech więc sobie kątem u nas mieszkają, w drogę sobie wchodzić nie będziemy. Spółdzielnia pewnie dodatkowego czynszu nie naliczy za nietypowych sublokatorów.

Jedząc śniadanie mogłem sobie obserwować życie os. Niedawno przyleciała jakaś muchówka. I całkiem odważnie zbliżała się do otworu wlotowego gniazda os. Odważna, myślę sobie. Nie boi się os, i tego, że ją mogą upolować. Muchówka wydała mi się znajoma. Szybko sprawdziłem, tak to trzmielówka leśna, wielokrotnie przeze mnie widywana na przydrożnych kwiatach. Gdzieś w głębi pamięci kołatała się myśl, że może ten owad jakoś pasożytuje na osach. Zacząłem sprawdzać. Swoją drogą to jest ciekawe, dlaczego osy na taką nie polują? Mimikra? Może jakiś zapach? Może poznanie tajemnic trzmielówki leśnej pozwoliłoby opracować jakiś środek „przeciw osom”, to znaczy by być bezpiecznym i by ludzi nie żądliły, gdy czasem wejdziemy sobie w drogę.

Odpowiedniego hasła na Wikipedii nie było (o trzmielówce leśnej, o innych były). Więc sięgnąłem do źródeł papierowych (niektóre internetowe zawierały błędy) i szybko hasło na Wikipedii uzupełniłem. W cyfrowym świecie wiedza kolektywna taką ma właśnie postać – już nie opowieści w zimowy wieczór ale właśnie w cyfrowym, wspólnym i wolnym repozytorium. Ostatnio naczytałem się o inteligencji zbiorowej, kolektywnej, to i poczułem się w obowiązku uzupełniać zbiorową wiedzę. Gdybym wezwał straż i gdyby osy wypleniono, to bym nie mógł prowadzić obserwacji i nie miałbym okazji zobaczyć trzmielówki leśnej w akcji.

Trzmielówka leśna (Volucella pellucens) jest owadem z rzędu muchówek, należy do rodziny bzygowatych (Syrphidae). Długość ciała dorosłego owada waha się w granicach od 12 do 16 mm. Ciało czarno-granatowe z żółtym pasem. W odróżnieniu od trzmielówki łąkowej (Volucella bombylans), na obwodzie tarczki widoczny jest rząd ciemnych włosków. Trzemielówka łąkowa jest bardziej trzmielówkowata bo owłosiona i przypomina trzmiela. Trzmielówka leśna jest znacznie mniej owłosiona i mniej trzmielopodobna. I wbrew nazwie związana jest z osami a nie trzmielami (znalazłem gdzieś w internecie informacje, że trzmielówka leśna nęka trzmiele, ale jest to informacja niepewna i niepotwierdzona, być może błędna). Obecność i swoista „odwaga” trzmielówki leśnej za moim oknem nie były przypadkowe. Owady dorosłe (imagines) trzmielówki leśnej spotykana na kwiatach, na polanach, porębach, leśnych drogach i na skrajach lasów, od kwietnia do października choć najłatwiej spotkać je od maja do sierpnia. I tylko okazjonalnie w pobliżu gniazda os.

Larwy przechodzą swój rozwój w gniazdach os: osa pospolita (Paravespula vulgarus), osa dachowa (Paravespula germanica). Samica trzmielówki leśnej dostaje się do gniazda os i składa tam jaja na powierzchni plastra. Teraz jest już jasna obecność tego owada za moim oknem. Osy nie mieszkają samotnie. Życie biologiczne jest niezwykle ciekawe. Wystarczy trochę poobserwować. A że nie miałem sposobności osobiście do rzeczonego gniazda os zajrzeć, to polegam na informacja wcześniej zebranych i w różnych miejscach opublikowanych. Wylęgające się larwy trzmielówki dostają się do komórek z larwami os i żyją jako ektopasożyty (pasożyty zewnętrzne) ma ciele larw os. Później przegryzają się przez ścianę komórki na zewnątrz gniazda i na dnie gniazda żywią się martwymi osami i resztkami organicznymi (resztkami z „pańskiego stołu”). Na zimę przedostają się do gleby (ciekawe jak te to zrobią, gdy osie gniazdo w murze i na wysokości pierwszego piętra). Przepoczwarczenie odbywa się na wiosnę. Gatunek pospolity w Polsce, rozprzestrzeniony w Palearktyce: Europa, Syberia, Japonia.

A osy? Dalej nie wiem jaki to gatunek. Najpewniej to osa dachowa (Paravespula germanica). Ale czekam aż któraś wleci do domu i będę mógł jej przyjrzeć się dokładniej. Wtedy napiszę znowu, tym razem o osach. Osa dachowa to najczęstszy naprzykrzacz późnoletni w sklepach ze słodkimi bułkami i owocami. Gniazda ma ukryte, więc najczęściej obrywają inne, niewinne gatunki os, których gniazda są widoczne. Ale o tym później napisze, tymczasem czekam aż jakaś wleci mi do domu (od dwóch dni żadna nie chce…).

Bibliografia (czyli skąd czerpałem wiedzę o trzmielówkach)

  • Jiri Zahradnik Przewodnik Owady. Wyd. Multico, Warszawa 1996 r., ISBN 83-7073-132-5
  • Heiko Bellmann Owady. Spotkania z Przyrodą. Wyd. Multico, Warszawa 2007, ISBN 978-83-7073-218-3

O nauczeństwie co z Olsztyna zawędrowało do Centrum Nauki Kopernik

konferencja_przekazac_pokazac

Nauczeństwo, to neologizm dla zjawiska obserwowanego w edukacji, rodzącego się w czasie trzeciej rewolucji technologicznej. Termin nauczeństwo, nauczeń (analogicznie do prosumpcji, połączenie w jedno procesów nauczania i uczenia się) wymyśliłem na zakończenie zajęć z autoprezentacji, gdy ze studentami dyskutowaliśmy na Facebooku realizację projektu, Eksperymentowałem z grywalizacją i do opisu nowego zjawiska potrzebne było nowe słowo.

To było w kwietniu (zobacz wpis  ). Krótki tekst na blogu przedrukował portal edunews.  O sprawie prawie zapomniałem. Ale gdy zaproszony zostałem do Centrum Nauki Kopernik aby poprowadzić panel w czasie konferencji Pokazać-Przekazać, pomysł nabrał nowego życia. Neologizm dość trafnie opisywał sytuację, więc często się pojawiał. I tak, coś co się narodziło w Olsztynie, trafiło na „edukacyjne salony”. Pojawi się w tekście dla Newsweeka, w podsumowującym artykule pokonferencyjnym, zaistniał w telewizji. Tymi drogami dotrze do szerszej grupy odbiorców. Z neologizmami różnie bywa, czasem się przyjmują, a czasem nie. Nie słowo w tym wszystkim jest najważniejsze.

We wspomnianej konferencji uczestniczyłem z wielką radością. To był mój drugi raz (a sama konferencja odbywała się już po raz dziewiąty), i ponownie wróciłem z głowa kipiącą od pomysłów i chęcią do kolejnego eksperymentowania. Taka konferencja poszukującym nauczycielom pozwala uwierzyć w siebie. Mogą zobaczyć „ilu ich jest”. I gdy wrócą do szarej rzeczywistości borykać się z najróżniejszymi problemami, czują siłę do działania. Bo nie są sami, nie czują się odmieńcami, wybrykami natury. I ja się tak czuję.

Refleksje powoli dojrzewają (część z nich spisałem już w artykule, który ukaże się w specjalnym popularnonaukowym dodatku tygodnika Newsweek). W miarę możliwości będę się nimi dzielił tu na blogu (muszę znaleźć tylko trochę czasu by jeszcze pomyśleć, ułożyć zdania i poukładać myśli). A jeszcze chętniej wcielać będę je w życie. Jednym z pomysłów jest uzupełnienie Nocy Biologów o debatę z udziałem nauczycieli, akademików, biznesu, organizacji pozarządowych oraz samorządowców. Będzie to kontynuacja dyskusji panelowej z Warszawy i próba realizacji niektórych wniosków tam sformułowanych. Już teraz zapraszam na Noc Biologów 2016, w drugim tygodniu stycznia. Będzie nie tylko kolejny festiwal naukowy ale i dyskusja o tworzeniu środowiska edukacyjnego.

Nauczyciele, gdy słyszą o kolejnej reformie edukacji, czują przerażenie. I ja się temu nie dziwię. Znowu? Jedna reforma się nie wdrożyła a już kolejna? W takim nieustanym reformowaniu żyjemy już od dłuższego czasu. Dlaczego zatem od razu nie wymyślić reformy, która będzie aktualna przez kilkadziesiąt lat? Zrobić raz a dobrze. Chyba się jednak tak nie da, bo świat zmienia się zbyt szybko. Dawny model szkoły (przemysłowej, powstałej w wyniku drugiej rewolucji technologicznej) przestał być wydolny. To nie szkoła była zła tylko świat zmienił się zbyt bardzo. Tak jak dziecięce ubranko, z którego szybko wyrastamy. To nie dlatego musimy my dorośli uczyć technologii cyfrowych, obsługi tabletów, smartfonów, portali społecznościowych, że kiedyś zaniedbaliśmy swoją edukację lub szkoły źle pracowały. Po prostu kiedyś nie było tych urządzeń i internetu. Zmiany w czasie trzeciej rewolucji technologicznej są nieprzewidywalne. A swoja młodość oglądamy już w muzeach i skansenach.

Żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej, a zachodzące zmiany są bardzo głębokie. W skali globalnej wymyślamy na nowo system edukacji, dostosowany do zupełnie nowych potrzeb i sytuacji. Nie można skupiać się na wieloletnim wprowadzaniu reform, tak jak robiliśmy to do tej pory: od przedszkola, by sukcesywnie wprowadzać co roku na kolejnych poziomach edukacji w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum, aż do uniwersytetu. Przez 18 lat lub więcej: powolne, systematyczne budowanie „od fundamentów”. Ale zanim taka reforma dojdzie choćby to połowy to już konieczna jest kolejna zmiana i kolejna reforma. Nie warto więc zbytnio przyzwyczajać się do podstaw programowych, podręczników itd., bo zaraz i tak się zmieniają. łatwo się w tym pogubić. Alternatywą są zmiany jednoczesne: w szkołach podstawowych, gimnazjach, liceach, uniwersytetach… uniwersytetach trzeciego wieku oraz równolegle w powstających instytucjach i formach pozaformalnych (uniwersytet dzieci, kawiarnie naukowe, media, centra nauki itd.). Uznanie, że edukacja jest w ciągłej zmianie, to zmiana filozofii wprowadzania zmian. Należy zmieniać jednocześnie i wszędzie, tu i teraz, z gotowością na szybkie i kolejne zmiany. Uznanie „tymczasowości” rozwiązań to zrezygnowanie z wytrwałego dopracowywania biurokratycznego rytuału na rzecz skupienia się na istocie i najważniejszych efektach. Wymaga to także zwiększenia zaufania do nauczycieli i nadania im większej swobody działania (nauczania a nie tylko realizowania programu i podręczników). Bo nie można wcześniej przygotować koncepcji, w ciągu kilku lat wykształcić-przeszkolić kadrę na różnego rodzaju kursach a dopiero potem sukcesywnie taką reformę wdrażać przez lat kilkanaście. Nie budujemy domu od fundamentów, tylko jednocześnie stawiamy fundamenty, ściany, piętra, dach i wyposażamy pomieszczenia w meble i infrastrukturę. Rzadko które pokolenie staje przed takim trudnym wyzwaniem. My stanęliśmy. Dlatego potrzebna jest pogłębiona debata. Sierpniowa konferencja w CN Kopernik tylko tę debatę rozpoczęła.

Zmian potrzebują także uniwersytety w swojej codziennej pracy dydaktycznej. Wydawało mi się, że liderem zmian w systemie edukacji będą uniwersytety. Co prawda pracownicy uniwersyteccy uczestniczą w dyskusji, biorą udział w różnorodnych edukacyjnych eksperymentach, ale liderem zmian są zupełnie nowe instytucje edukacji pozaformalnej, m.in. Centrum Nauki Kopernik. Być może nowej instytucji jest łatwiej, bo nie jest obciążona standardami, tradycją, gorsetem rytuałów i naleciałości biurokratycznej, zatwierdzanymi programami itd. (na przykład wszystkie programy zajęć musza być przygotowane i zatwierdzone przez uruchomianiem cyklu kształcenia, i jeśli mam akurat zaplanowane zajęcia na trzeci roku studiów licencjackich… to muszę co najmniej trzy lata wcześniej wszystko opracować – żadnej możliwości szybkiego eksperymentowania i modyfikowania. Chyba, że papiery sobie a dobre i nowoczesne kształcenie sobie…) . Nikt nie wie jak nowy system edukacji (środowisko edukacyjne w szerokim sensie) ma wyglądać i funkcjonować. Dlatego centra nauki mają dużą intelektualną swobodę w poszukiwaniu, eksperymentowaniu i próbowaniu (nie muszą pisać sylabusów, zdobywać punktów i mieścić się w siatce godzin). Na marginesie można dodać, że ani Mikołaj Kopernik, ani Karol Darwin nie pracowali na uniwersytecie a dokonali ogromnego przewodu i zainicjowali „rewolucje kopernikańskie”. W wymyślaniu nowych form i standardów swoboda jest zapewne bardzo potrzebna. I odwaga, by płynąć pod prąd lub wbrew biurokratycznej sprawozdawczości i papierologii. Udział w konferencji dodał mi sił w takich zmaganiach między rozsądkiem o formalna sprawozdawczością. Na ile mi tych sił starczy? Oby do następnej konferencji….

Wróciłem z warszawskiej konferencji z nową energią do działania i odwagą wychodzenia poza schematy. Nie jestem sam. Może i w Olsztynie uda się zrobić sensowny krok do przodu w rozwijaniu edukacji pozaformalnej i ustawicznej, we współpracy z organizacjami pozarządowymi, samorządami oraz biznesem. Nie zapominam o mediach. Z uporem próbował będę dalej. Bo skoro nauczeństwo i nauczeń zyskały zainteresowanie, to może znowu uda się zrobić coś wartościowego ze studentami i pozauniwersyteckimi partnerami.

P.S. – dla tych, co chcieliby się włączyć do dyskusji adres grupy, gdzie ona się toczy: https://www.facebook.com/groups/867891563294414/