Pycha ludzka i nasze nieustające pretensje

Mamy samochody, samoloty, komputery i tysiące innych maszyn. Polecieliśmy na Księżyc. Wydaje się więc nam, że wszystko możemy. A więc jak coś nie działa, to ktoś na pewno zawinił. W swej ludzkiej pysze łudzimy się, że opanowaliśmy wszystkie tajemnice świata, że panujemy nie tylko nad gospodarką, komputerem, ale i pogodą, zdrowiem i życiem ludzkim.

Kiedy zimą spadnie śnieg… to szukamy winnego, bo przecież drogi nie odśnieżone, lotniska nieczynne, pociągi spoźnione. W naszym poukładanym świecie iluzyjnej ludzkiej wszechmocy to nie powinno mieć miejsca, więc musi być ktoś winien. Bo my, niczym księżniczki i książęta musimy mieć pod stopami pozamiatane. Kiedy ktoś umiera w szpitalu, to apriori ktoś jest winien! Wzywamy prokuratora, prześwietlamy pielęgniarki, lekarzy, rząd, producentów sprzętu medycznego.

"Nieposłuszna" pogoda, zdrowie czy życie wytrąca nas z bezgranicznego mniemania, że opanowaliśmy wszystkie tajemnice świata. I tupiemy jak kapryśne dzieci  nóżkami. Nawet jak wypadek samochodowy… to winne przydrożne drzewo :). Bo skoro władamy całym światem, a coś poszło nie tak… to winny być musi! Trzeba go tylko ustalić i napiętnować… aby powrócić do błogiego przeświadczenia o ludzkiej wszechmocy…

Dążenie do Prawdy pasją człowieka

„Jedną z największych pasji człowieka jest dążenie do Prawdy. Ta pasja często przybiera dwa oblicza: pierwsze – wiedzieć, jak jest naprawdę, i drugie, bardziej osobiste – budować swoje życie na Prawdzie: Prawdzie Naukowej i Prawdzie Moralnej."

Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.

Nauka instytucjonalna akcentuje to pierwsze. To drugie jest już nie tak głośno artykułowane, bo jest bardziej osobiste. A i wynika z klimatu epoki – wstydzimy się ujawniać niektórych naszych pragnień i myśli.

Nadchodzące święta Bożego Narodzenia są znakomitym momentem do refleksji. A Nowy Rok, do ponownego zaplanowania nie tylko działań na najbliższe miesiące.

Kiedy naukowiec jest szczęśliwy?

Poza sytuacjami, gdy jest szczęśliwy tak jak każdy inny (normalny?) człowiek, naukowiec bywa szczęśliwy wtedy, gdy coś odkryje. Endorfiny wydzielają się w mózgu, adrenaliza krąży w krwiobiegu, organizm przepełnia poczucie szczęścia… że się dotknęło tajemnicy, że coś więcej o świecie się w głowie ułożyło i nie jest on już tak bardzo niezrozumiały, tajemniczy, chaotyczny. To egzaltacja, że zbliżyło się trochę do zrozumienia i poczucia sensu!

Tak właśnie ja się teraz czuję. Wieczorem i w nocy poukładało mi się w głowie i nagle – eureka! To (o czym myślę a na razie tu nie jest zwerbalizowane) do siebie pasuje i ma sens! Trudno pisać, bo myśl biegnie znacznie szybciej niż palce po klawiaturze…

Tak jak zakochany przepełniony jest energią i chciałby wyśpiewać, wykrzyczeć całemu światu swoją radość (zakochani uśmiechają się do obcych ludzi na ulicy), tak naukowiec w stadium odkrycia chciałby szybko opowiedzieć, o tym czego właśnie doświadczył, co sobie uświadomił.

O dkryciu chce się opowiedzieć ludziom o podobnych, specjalistycznych zainteresowaniach. W sumie więc z całego świata. Od tego są publikacje naukowe oraz konferencje (a na uniwersytecie także zajęcia ze studentami – już niecierpliwie czekam przyszłego semestru!). Obie formy są długotrwałe (od odkrycia do publikacyjnego spełnienia mija wiele czasu… i niecierpliwość narasta, tak jak zakochany czekający na ukochaną) i ze specyficznym rytuałem, nie dla każdego zrozumiałym. Ale chciałoby się opowiedzieć wszystkim… tylko trzeba użyć innego, prostszego, zrozumiałego dla odbiorcy języka.

Ale z tym opowiedzeniem to też nie jest takie proste. Kiedy jesteśmy szcześliwi swoim zakochaniem… to przecież nie zawsze potrafimy trafnie i komunikatywnie o tym opowiedzieć. Niejednokrotnie nie potrafimy tego wypowiedzieć, nazwać. A z resztą, najważniejsze jest poczucie szczęścia a nie jego opisywanie. Zawsze przecież można sięgnąć do zdolniejszych poetów i opowiedzieć ich słowami… Naukowiec musi jednak zrobić to samodzielnie. Bowiem jego odkrycie – jeśli jest odkryciem – jest oryginalne i nowe. Na dodatek musi to napisać bez powtarzania, bez plagiatu. Bo po co światu oznajmiac, to co już i tak wie?

Ale to "naukowe" poczucie szczęścia… dostępne jest każdemu. W procesie uczenia się także dokonujemy osobistych odkryć. Wiedza ma charakter systemowy i całościowy, kiedy więc coś nam "ułoży się w głowie", też wydzielają się endorfiny. Też jesteśmy szczęśliwi tak jak naukowcy… mimo, że odkryliśmy Amerykę po raz sentny. Ale dla nas jest to coś nowego (możemy o tym napisać na blogu).

No to ja wracam (zasiadam) do pisania publikacji. Pisanie jest przyjemne, bo to tak jak zakochany opowiadałby o swojej miłości. Samo opowiadanie sprawia już przyjemność :).

Nauka (jako proces badawczy) w laboratorium może być przyjemna. Jedni pracują w placówkach naukowych z obowiązku lub przypadku, inni z przyjemności :). Tak jak w małżeństwie (związku) – jedni są z miłości, inni z przyzwyczajenia, przypadku lub ekonomicznego interesu. O miłość trzeba dbać i ją pielęgnować. O entuzjazm w nauce i przyjemność z odkrywania trzeba także dbać. Owszem, to nie świece i romantyczna kolacja, ale konkretne sposoby. I dobre uniwersytety czy placówki naukowe świadomie takie warunki tworzą :).

Jednak niezależnie od warunków zewnętrznych każdy z nas szczęście nosi w sobie :). Nawet nauka w szkole może być źródłem przyjemności…

Nauczać czy tworzyć sytuacje edukacyjne?

Przekazanie wiedzy z jednej głowy do drugiej nie jest proste. Nie da się skopiować (kopiuj-wklej), bo wiedza ma charakter systemowy, całościowy. Uczenie się wymaga także aktywności… uczącego się.

Kiedy ponad pięć lat temu założyłem ten blog i zaczynałem pisać, to był to dla mnie eksperyment. Chciałem poznać i rozpoznać to zjawisko, nauczyć się samemu wykorzystywać. Popełniłem wiele błędów. Obecna forma też jest już przestarzała. Ale sam na sobie sprawdziłem (byłem dla siebie królikiem doświadczalnym). Tę wiedzę wykorzystałem z powodzeniem już kilkakrotnie, także zawodowo, m.in. w grancie na Noc Naukowców. A ostatnio mogłem śmiało doradzić i polecić studentom w ich elektrośmieciowej akcji (http://prezentdlaziemi.blogspot.com).

Bo jak mógłbym zachęcać do wykorzystywania internetu i technologii IT sam tego uprzednio nie sprawdziwszy? Czy ekonomista może uczyć studentów ryzyka w biznesie, kiedy sam nie ryzykował? Czy można uczyć o chruścikach nigdy ich nie badając naukowo? Nie wystarczy przeczytać z książki – w sumie studenci mogą zrobić to samodzielnie, wszak czytać potrafią i wyszukiwać źródła takze :). Trzeba doświadczyć i zrozumieć istotę.

Sądzę, że dobry nauczyciel to nie ten, który dużo wie, ale ten, który tworzy dobre sytuacje i środowisko edukacyjne dla swoich uczniów-studentów. Poniżej przykład z wykładu red. Wiktora Niedzickiego i o tym jak zainteresował się fizyką – ktoś stworzył mu okazję do samodzielnego eksperymentowania:

Czasem przypadkiem można zrobić dużo dobrego :). Ważniejsze jest więc stworzenie mądrej sytuacji edukacyjnej (najlepiej świadomie a nie przypadkowo). Bo wiedzy nie da się przekazać jako proste "kopiowanie", z głowy do głowy. Komunikacja międzyludzka jest bardzo złożona, nie ogranicza się tylko do przekazu werbalnego.

Dzisiaj rozpoczynam na sobie kolejny eksperyment, uczenie się i rozpoznawanie dalszych pokładów przepastnej rzeczywistości internetowej (z myślą o studentach i udoskonalaniu nie tylko zajęć, lecz przede wszystkim  świadonego tworzenia lepszych sytuacji edukacyjnych). Po to, żeby w przyszłosci nie wpuszczać swoich studentów na nierozpoznany grunt :).

Jak mówić o nauce? Czyli piękno i złożoność świata.

"Jeśli [naukowcu] nie potrafisz swojej ciotce powiedzieć, co robisz [w swoich badaniach], to znaczy, że nie wiesz, co robisz"

Richard Feynman (noblista, fizyk)

"Używamy [w opowiadaniu o badaniach naukowych] pompatycznych albo żargonowych wyrażeń po to, by wydać się mądrzejszymi. Jeszcze częściej stosowane są słowa obce, czasem obce także dla mówiącego."

Wiktor Niedzicki (fizyk i dziennikarz, popularyzator nauki)

Próbując się dostosować do tych zaleceń, na zdjęciu zamieszczam malowaną na butelce ważkę. A nawet dwie (ta z tyłu to Sympetrum pedemontanum…). Zresztą nie ważne jak się nazywają, ważne że piękne. W kuchennym świetle, przedświątecznych porządków…

A czym ja się zajmuję? Opisywaniem różnorodności biologicznej, bogactwem owadów i jak ono się zmienia we współczesnym świecie, w miastach i na polach. A to wszystko, aby zrozumieć wielką złożoność i różnorodność świata. Próbuję odgadnąć sens tej złożoności i tego niewątpliwego piękna. A jeśli dalej nie rozumiem sensu, to przynajmniej zachwycam się pięknem…

Przy świąteczny stole spróbuję prostym językiem opowiedzieć współbiesiadnikom, czym się zajmuję. Po minach poznam, czy już potrafię mówić prostym i zrozumiałym językiem… a więc czy sam rozumiem to, co badam :). I po co.

Zatem pogodnych i głębokich intelektualnie świąt Bożego Narodzenia i zrozumiałego Nowego Roku! Niech nam będzie dane przybliżyć się choć trochę do zrozumienia sensu (tych świąt także).

Kłobuk, GMO i synurbizacjia

klobukzdziupliZmianę siedliska dla warmińskiego Kłobuka, z domowej chaty na drzewa dziuplaste, można uzasadnić na różne sposoby. Ponieważ przeniesienie się z wiejskich chat do dziupli odbyło się w latach ostatnich, można doszukać się eksperymentów naukowych i GMO (organizmy modyfikowane genetycznie). Nie tylko kukurydza, ziemniaki czy soja ale i mitologiczny Kłobuk mógł paść „ofiarą” naukowego zapału poprawiania świata :).

Drugim pomysłem może być synantropizacja i synurbizacja fauny i flory. Wraz z antropogenicznymi zmianami środowiska zmieniają się preferencje siedliskowe gatunków. To ciekawe zjawisko biologiczne i ewolucyjne w intrygujący i dowcipny sposób można będzie przedstawić z wykorzystaniem Kłubuka :).

Jak dobrze pomyśleć, to Kłubuk może być bardzo przydatny w edukacji ekologicznej i popularyzacji wiedzy naukowej (wykorzystam w przyszłych Olsztyńskich Dniach Nauki lub… pierwszego kwietnia). Ludowe legendy i baśnie nie muszą być tworem martwym. Można je przecież i dzisiaj modyfikować, aktualizować i ozdabiać współczesnym piętnem czasu. Bowiem nauka nie musi być nudna i nadęta w swej sztucznej powadze.

Kłobuk z dziupli, czyli innowacyjność oparta na wiedzy biologa

klobukzdziupli

Kiedy w czasie II Jarmarku Warmińskiego na straganie z olsztyńskimi pamiątkami zobaczyłem na koszulce „Kłobuka porostu z dziupli” to się ucieszyłem, że moje pomysły znalazły praktyczne zastosowanie. Innowacyjność wiedzy nie musi objawiać się tylko w postaci patentów i wynalazków technicznych, to także tworzenie „markowych” produktów turystycznych.

A z Kłobukiem z dziupli było tak. W 2005 r. w ramach projektu „Z Uniwersytetem na Ty”, realizowanego przez prof. Leszka Szarzyńskiego w Ornecie, przygotowywałem ze studentami z koła naukowego prezentację Wydziału Biologii. Za główny motyw wybrałem smoka – bo był w herbie miasta i umożliwiał atrakcyjne nawiązanie do entomologii, recyklingu i pokazania średniowiecznego rycerza. Potem pomysł wykorzystywałem na wykładach (nie tylko kursowych, ale także w formie prezentacji na Olsztyńskich Dniach Nauki itd.), jako swoisty przykład, studium przypadku. Nieco później, włączyłem (rozszerzyłem) w to warmińskiego Kłobuka… ale przypisując go do dziupli i starych drzew. Wszystko po to, żeby w ramach edukacji ekologicznej połączyć treści przyrodnicze (ochronę przydrożnych drzew dziuplastych) z elementami artystycznymi i humanistycznymi.

Do tej pory Kłobuk był demonem domowym, obecnym w warmińskich baśniach i podaniach ludowych. Dołączając elementy przyrodnicze – dla celów dydaktycznych i ochroniarskich – zaproponowałem przeniesienie Kłobuka do dziupli. Jako kulturowy, regionalny symbol wykorzystywany m.in. w ochronie drzew dziuplastych.

Od 2008 moje stałe felietony w Wiadomościach Uniwersyteckich zatytułowałem „Z Kłobukowej dziupli”. We wrześniu 2009 na moim blogu zamieściłem te propozycje w dwu wpisach: „warmiński Kłobuk” i Warmiński Kłobuk a sprawa drzew przydrożnych. Zupełnie niedawno na stronach internetowych Gazety Olsztyńskiej znalazłem wpis, (wpis Gazety) w którym wyraźnie uwidocznił się mój pomysł z Kłobukiem w dziupli, jako jedna z propozycji na pamiątkę regionalną. Praktycznie pomysł ten wykorzystano w formie człekokształtnego demona z dziupli (na fotografii wyżej) nadrukowanego na koszulce.

Ja tam jednak wolę postać kogutokształtną – bardziej przyrodnicza :).

Cieszy mnie jednak to, że ktoś uważnie słucha moich wykładów lub czyta moje teksty (nawet na blogu). To wiarygodna ewaluacja zajęć i innowacyjnych propozycji. I dowód na to, że biolog może także coś wnieść sensownego do promocji regionu i tworzenia markowych produktów.

Chruścikowe kartki świąteczne

Zbliżają się święta i Nowy Rok, więc nadchodzą już kartki świąteczne z życzeniami z całego świata. Wyróżniają się te, przysyłane od trichopterologów.

Załączona wyżej przysłana została z Hiszpanii od dr. Marcosa Gonzaleza z Santiago de Compostela… a więc łączy z Olsztynem muszla św. Jakuba. Dawniej, w Średniowieczu, szlakiem pielgrzymkowym św. Jakuba wędrowało się do Santiago kilka miesięcy co najmniej. Kartka drogą elektroniczną wędrowała nieporównanie krócej :).

Blog czyli czwarta strefa kontaktów międzyludzkich

Kontakty z ludźmi realizujemy w różnych strefach, to swoisty język ciała. Trzy strefy są powszechnie już znane – czwarta jest chyba nową obserwacją (moją autorską*), nowym dostrzeżeniem istniejącego od dawna zjawiska. To właśnie w tej czwartej strefie kontaktujemy się za pomocą blogów.

Strefa intymna – to przestrzeń wokół nas do 40-50 cm. Pozwalamy się dotykać, przytulać, zbliżać tylko osobom, z którymi utrzymujemy kontakt intymny, czy to z partnerem seksualnym, czy to w ramach rodzinnego przytulania się (lub przyjacielskiego – ale w tym przypadku tylko dzieci i kobiety). Każdy obcy, kto wkroczy w naszą strefę intymną wywołuje nasz niepokój, odbieramy go jako intruza, molestującego.

Strefa prywatna – to przestrzeń wokół nas w granicach 40-150 cm. W tej przestrzeni toczymy swoje życie towarzyskie, w tej przestrzeni kontaktujemy się z osobami na gruncie prywatnym. W takiej mniej więcej odległości toczymy rozmowy z osobami znanymi, z przyjaciółmi, kolegami itd. Ludzie północy mają trochę dalszą tę strefę, ludzie południa bliższą: dlatego Włoch w czasie rozmowy będzie się przysuwał a Anglik odsuwał (dla Włocha to przestrzeń towarzyska, dla Anglika jest już wkraczaniem w przestrzeń intymną). Jeśli ktoś w kontakcie towarzyskim za nadto zbliża się do nas, czujemy się zanipokojeni, bo wkracza do naszej strefy intymnej.

Strefa publiczna – to przestrzeń w jakiej kontaktujemy się z osobami obcymi (powyżej mniej więcej 1,5 m, gdzieś do 3-5 m lub trochę dalej). W takiej odległości rozmawiamy z osobami obcymi, toczymy rozpowy urzedowe i publiczne, nawet z wrogiem (chyba że ma broń miotającą…). Na ulicy, gdy nie chcemy "dostrzegać" ludzi, spuszczamy wzrok z nadchodzących z przeciwka chodnikiem, gdy tylko wkroczy w naszą strefę publiczną.

We wszystkich tych przypadkach rozmawiamy z drugim człowiekiem i utrzymujemy kontakt wzrokowy, śledzimy jego reakcje, odczytujemy jego mowę ciała. Ale od czasu, gdy powstało pismo pojawił się czwarty wymiar kontaktów, swoiście wirtualny, w którym już nie widzimy drugiej osoby, brak nam w rozmowie języka ciała (do odczytywania emocji, intencji). Generalnie jest mniejszy kontakt, trochę jakbyśmy mówili do siebie. Mniejsze są więc hamulce emocjonalne i społeczne, mniej mamy informacji o interlokutorze.

Blog – jest formą takiej komunikacji w czawartym wymiarze. Kiedyś było to pisanie pamiętnika. Niby nikt go nie czytał (w czasie rzeczywistym) ale w jakimś sensie piszący wyobrażał sobie potencjalnego czytelnika (a więc nie 100% szczerość tak jak w rozmowie w myślach z samym sobą). Jednocześnie piszący czuł komfort, że nigdy z czytelnikiem nie spojrzą sobie w oczy. Stąd w pamiętnikach sporo osobistych, skrytych "ujawniej" czy nawet konfabulacji.

Anonimowy blog – mimo, że może być czytany w czasie rzeczywistym (a nie po wielu latach, jak w przypadku tradycyjnych papierowych pamiętników),  to przez anonimowość internetu, jest takim bezkontaktowym-kontaktem. Widzimy tylko ekran komputera a nie drugą osobę. Brak nam informacji (głosowych i wzrokowych) z języka ciała…

Ale blog czasami ma także formę małej, autorskiej gazetki. Jeśli jest podpisany imieniem i nazwiskiem, trudno mówić o anonimowości i "puszczaniu" społecznych hamulców. Jest formą wypowiedzi w przestrzeni publicznej, a autor ma świadomość rozpoznawalności (mimo, że brak kontaktu głosowego czy wzrokowego).

A na koniec pytanie – czy to co się pisze ktokolwiek czyta? Czy blog jest formą pisania dla siebie, a więc zwykłego, indywidualnego porządkowania myśli? Statystyka wejść na stronę także może być myląca – informuje jedynie, że ktość tu wszedł, a nie że czytał :). Dodatkowym elementem ewaluacyjnym mogą być zamieszczane komentarze. Te również bywają zwodnicze, bo jak badania naukowe pokazują, o wiele chętniej wypowiadamy w interniecie negatywne opinie: anonimowy internet (w tym komentarze) to domena sfrustrowanych i niezadowolonych osób lub chwil. A więc to niesymetryczne pokazanie reakcji potencjalnych czytelników.

Ninijeszy bog jest już od wielu miesięcy "przedrukowywany" na portalu redtram, kilka razy pojedyncze wpisy były przedrukowywane w papierowym wydaniu Naszego Olsztyniaka, a kilka dni temu zauważyłem, że także jest już "przedrukowywany" w wersji eletronicznej (tu wpisy na Naszym Olsztyniaku). W tych przedrukach zamieszczane są jedynie początki wpisów (a na redtramie także zdjęcia), wraz z linkiem do wpisu źródłowego. Uświadamia mi to wagę pierwszych 2-3 zdań. Jest to forma mini abstraktu. Tak też konstrułowane są materiały dziennikarskie. Jakby nie było blogowanie uczy… oraz jest materiałem do kompozycji portalowych i wykorzystywania dziennikarstwa obywatelskiego.

przypisy:

* – tak mi się przynajmniej zdaje, bo odkryłem to sam dla siebie. Być może po raz któryś "odkrywając Amerykę" :). W każdym razie w dostępnych mi opracowaniach wymieniane są trzy strefy…

Dzień Chruścika 2010

Dzień Chruścika – wymyślony i wykreowany w Olsztynie – wszedł już chyba na trwałe do popkultury (jak to określił jeden dziennikarz). Był więc krótki wywiad w Radiu Olsztyn z dr. Lechem Pietrzakiem, ja dostałem od znajomych smsy z życzeniami, a wieczorem w kameralnym gronie odbyło się chruścikowe spotkanko z komsumcją. U góry okolicznosciowy rysunek chruścika w wykonaniu Agnieszki Pietrzak.

A na zdjęciu – bagieniec (Limnephilus flavicornis lub Limnephilus stigma) z Pomorza. Bo w przeddzień Dnia Chruścika taki list otrzymałem:

"Znalazłam Pana namiary w internecie i pozwalam sobie prosić o pomoc. Przesyłam Panu, w załączeniu  kilka zdjęć, które zrobiłam na Pomorzu. Wiem już, że zwierzątko w domku to larwa chruścika. Jednak chciałabym się upewnić (o ile to możliwe) czy ten chruścik jest objęty ochroną. Informacja ta jest mi potrzebna, gdyż podejmujemy się ze znajomymi
trudnego zadania objęcia wiekszą ochroną turzycowisk, na których spotkałam larwy chruścików w domkach. Oczywiście nie muszę dodawać, że miejsce to jest zagrożone."

Dla jednych chruściki kojarzą się z ciastkami (faworkami), dla innych z potencjalnym narzędziem przydatnym w ochronie przyrody.

Ze względu na zajęcia nie miałem czasu w tym roku zająć się przygotowaniami do okolicznościowego seminarium czy spotkania. Myślałem, że w tym roku o Dniu Chruścika trzeba będzie zapomnieć. Okazało się jednak, że inni pomyśleli… Czyli jest już coś twarłego a wcześniejszy wysiłek opłacał się :).