Czy warto studiować na drugim kierunku?

"Błędem jest kończenie drugiego kierunku studiów. To dowód tylko na więcej wiadomości i liczniejsze „chodzenie na lekcje” – a co z kompetencjami miękkimi?

Drugi kierunek nie zwiększa szans na rynku pracy bowiem nauka zajmuje wtedy tyle czasu, że studenci zazwyczaj nie są w stanie podjąć praktyk czy staży.

Dla pracodawcy przeglądającego CV mogą oni mieć niższą wartość niż osoby, które ukończyły tylko jeden kierunek, ale mają już jakieś doświadczenie zawodowe.

Bardzo rozbudowane dyplomami różnych kierunków studiów CV kandydata może świadczyć o braku pomysłu na dalsze życie i plany zawodowe. Pracodawcy cenią dokształcanie, ale takie, które da się pogodzić z pracą zawodową."

Jeśli chcesz więcej się dowiedzieć, to zapraszam na moje wykłady z autoprezentacji. Atualnie trwają dla biotechnologów. Będziemy także próbowali spotykać się i dyskutować ze studentami w przestrzeni publicznej, z otwartym dostępem dla innych uczestników.

Jesteś dyslektykiem? Zatem będziesz milionerem!

"Ludzie nie odnoszą sukcesu dlatego, że wszystko im się podkłada, ale mimo trudności."

Miłosz Brzeziński (wywiad w Gazecie Wyborczej, grudzień 2010)

Po wielu latach odkryłem, że jestem… dyslektykiem. Z perspektywy czasu stały się zrozumiałe moje kłopoty szkolne. Ale nie ma tego złego, co na dobre nie można byłoby obrócić. Jak wskazują dane statystyczne aż 44% milionerów, którzy sami doszli do swoich "pieniędzy", ma… dysleksję. To więcej niż średnia w populacji. A jaki sposób deficyt może przynosić sukces zawodowy?

„Jak ktoś ma dysleksję, to od początku wie, że w życiu jest trudno i trzeba się starać” – twierdzi w wywiadzie M. Brzeziński – „osoby z dysleksją, kontaktując się z innymi ludźmi, rzadziej do nich piszą (bo boją się popełnić błędy), a częściej dzwonią i rozmawiają.” A kontakt bezpośredni jest lepszy niż kontakt zastępczy – więcej można zobaczyć, więcej można powiedzieć więcej można zrozumieć językiem ciała. To co utrudnia pisanie i sprawia niskie oceny z dyktadna, może stać się bodźcem do częstszych kontaktów międzyludzkich. Sama dysleksja milionów nie zapewnia. Ale praca, praca i jeszcze raz praca… uczenie się wytrwałości i nawiązywanie współpracy z ludźmi.

Jeśli – czytelniku tego boga (np. studencie uczestniczący w przedmiocie autoprezentacja) – masz jakieś słabe strony, jakieś deficyty, to nie przejmuj się. Może będą one motorem pracy… i w końcu szybciej zrozumiesz, że sukcesy odnosi się pomimo trudności. Podane na tacy – bo jesteś pupilkiem szefa, protegowanym wpływowego tatusia – może być kulą u nogi. Przeciwności mogą budować: co nas nie zniszczy to nas wzmocni.

Ja też jestem dyslektykiem. Może milionów nie mam, ale sam zapracowałem na swoje mieszkanie, zaczynając od zera. I jestem szczęśliwym człowiekiem… mimo najróżniejszych przeciwności i życiowych utrudnień.

Jakoś czy jakość. Druga rewolucja na uniwersytetach

Kiedy Grzegorz Mendel ogłosił publicznie swoje wyniki obserwacji nad groszkiem, dotyczące dziedziczenia, spotkał się z niezrozumieniem. W tamtych czasach w biologii nie stosowano jeszcze metod ilościowych. Czeski zakonnik wyprzedził swoją epokę a jego przełomowe odkrycia na długo pozostały zapomniane. Dopiero po 35 latach trzech różnych naukowców w różnych krajach doszło do tych samych rezultatów (ich nazwisk już nie pamiętamy). Podstawy dziedziczenia zostały gremialnie przyjęte i zainicjowały lawinę nowych badań. Może więc nie ma co się „wyrywać” z nowatorskimi ideami, bo prędzej czy później (raczej później) społeczeństwo dojrzeje do nowych idei i powoli je wdroży?

Na naszym uniwersytecie też wiele się ciekawego dzieje. Ale czy warto być nowatorskim i czy warto być liderem w przemianach edukacyjnych, czy też lepiej czekać z boku i z ociąganiem wprowadzać to, co inni liderzy gdzie indziej już wdrożyli? Po co się wysilać?

Obecnie jesteśmy świadkami drugiej „rewolucji” w kształceniu uniwersyteckim. Z dbałości o jakość edukacji i podnoszenie efektywności nauczania na poziomie wyższym wprowadzane są zmiany określane mianem Krajowych Ram Kwalifikacji. Nazwa niepozorna ale oznacza dużą rewolucję, z naciskiem na wymierne końcowe rezultaty oraz kompetencje absolwenta. Mniej ważne jest to czego uczymy, ważne jest to czego rzeczywiście nauczyliśmy. Uczelnie pod względem dydaktycznym będę inaczej ocenianie. Może się okazać że uzyskane akredytacje straca ważność.

Dzisiaj dyplom studiów wyższych nie potwierdza przynależności do elitarnej warstwy ludzi wykształconych. Są inne kryteria, np. nazwa uczelni, które są "przepustką" do wspołczesnej elity. Sam dyplom studiów wyższych jest zbyt powszechny.

Bez watpienia potrzeba większej indywidualizacji kształcenia, bo studenci w swych predyspozycjach nie są jednakowi i mają różne aspiracje. Jakość kształcenia to wewnętrzna dyskusja i samoświadomość efektów kształcenia. A skąd wiedzieć, że się nauczyło? NIe chodzi więc, żeby miec jakis na papierze system jakości kształcena, ale żeby był to sprawdzie działający system zbierania informacji, analizowania, informowania i wdrażania zmian. Nie dla picu ale dla samodoskonalenia i podnoszenie jakości.

Oceniani będziemy przez efekty kształcenia a nie proces: nie to co powiedzieliśmy i jak organizowaliśmy „opowiadanie”, ale co osiągnęliśmy czyli jakie rzeczywiste kompetencje ma nasz absolwent. Zmuszeni będziemy dostosować efekty dydaktyczne do potrzeb studentów, a nie studentów do zainteresowań wykładowców! Studenci już dziś głosuja nogami, a w obliczu niżu demograficznego dla niektórych uczelni lub wydziałów będzie to bardzo "bolesne" głosowanie.

W postindustrialnej gospodarce sektor usług związanych jest z przetwarzaniem informacji, a przewagę konkurencyjną uzyskuje się dzięki wiedzy teoretycznej oraz innowacjom, a nie dzięki taniej sile roboczej. Z tego względu dobre kształcenie zawse znajdzie "nabywców". Nie byle jakie ale rzeczywiście dobre.

Na UWM wprowadzany aktualnie jest system USOS. Ten komputerowy system wydaje się nowoczesny. Tyle tylko, że inne uczelnie posługują się nim od dawna. U nas oprogramowanie także jest od dawna, zabrakło tylko woli wdrożenia. Kiedyś nowoczesne u nas zestarzało się technologicznie leżąc "w magazynie". Zniecierpliwieni studenci i wykładowcu w dużym stopniu poszukali już zobie zasobów zewnętrznych. Jestesmy więc znacząco spoźnieni i dopiero teraz z bólem uczymy się… juz nieco przestarzałego systemu. W rezultacie znajdujemy się wśród maruderów. USOS to tylko przykład negatywny (są i pozytywne).

Czy podobnie będzie z „drugą rewolucją” dydaktyczną i Krajowymi Ramami Kwalifikacji? Czy postawimy szybko na jakość czy też na „jakoś to będzie”, wprowadzając zmiany powierzchowne i dopiero wtedy gdy zmuszani będziemy przez system akredytacyjny? "Coś tam się napisze" ?

Bez wątpienia w najbliższych latach zmierzyć musimy się z niżej demograficznym. Możemy wprowadzać nowe nazwy kierunków i specjalności, zmieniając etykietki do niezmienionego „produktu”. Jakoś to będzie? Czy wtedy dyplom UWM będzie wyznacznikiem elitarności? Czy mamy u siebie takich "Grzegorzy Mendlów"? Czy inch wspieramy czy raczej flekujemy? Bo po co się wyrywać do przodu?

Celem UE jest najbardziej konkurencyjna i dynamiczna gospodarka świata, gospodarka oparta na wiedzy. My jesteśmy uczestnikami i współtwórcami tego celu europejskiego. Jest to cel wystarczająco ambitny aby był pociągający i porywający. Współuczestniczymy czy jesteśmy daleko w ogonie?

O prawdziwym mistrzu, którego warto szukać

Mistrz naucza wiedzy, która się nie starzeje!

Jeśli relacja mistrz-uczeń jest prawdziwa i głęboka, to prowadzi do procesu formowania osobowości (ucznia i profesora). Ważna jest wzajemność relacji i patrzenie na drugiego jak na człowieka a nie konkurenta, wroga, jak na przedmiot.

O współpracy w nauce już kilka dziesięcioleci temu pisał Ludwik Fleck. On nazywał to kolektywami myślowymi, w których nowe wartości rodzą się w dialogu. Nie wynikają z wiedzy jednego czy drugiego partnera, ale rodzą się w trakcie. Taki prawdziwy i wartościowy dialog można prowadzić z prawdziwym mistrzem. Prawdziwy mistrz poszukuje (i potrzebuje) prawdziwych uczniów.

A takiego mistrza warto szukać, nawet długo :). I sensownych uczniów także warto szukać, nawet długo…

O umieraniu, wyobraźni, strachu i … władzy

Przygotowując się do wykładu z autoprezentacji wróciłem do wywiadu z psychologiem, prof. Wiesławem Łukaszewskim, opublikowanym jakiś czas temu w Gazecie Wyborczej. Wyobraźnia jest przydatną kompetencją na całe życie. Z całą pewnością warto ją rozwijać u studentów na wszystkie sposoby, bo to nie tylko kompetencja zawodowa.

"Moim zdaniem najbardziej boją się  [śmierci] ci, którym brak wyobraźni. Ludzie bez wyobraźni nie mogą się obronić przed tym strachem, bo nie potrafią przenieść się w świat symboliczny i przejść do sfery idei, a dopiero w niej jest duża wolność wyboru."

W dalszej części wywiadu profesor wyjaśnia dlaczego mężczyźni boją się śmierci bardziej niż kobiety:

"Ponieważ mniej czerpią z bliskich związków z ludźmi, a te są źródłem bardzo dużego poczucia bezpieczeństwa. Poza tym częściej rywalizują niż kobiety, a rywalizacja nasila lęk."

W tym kontekście także inteligencja emocjonalna jawi się jako kompetencja nie tylko zawodowa. Studia powinny przecież rozwijać nie tylko kompetencje zawodowe…

W obliczu śmierci czujemy się bezsilni i dlatego pragniemy poczucia siły (władzy). Najpewniej mężczyźni bardziej niż kobiety, z powodów opisanych wyżej.

"Źródłem ukojenia może być władza. Ludzie w obliczu śmierci pragną władzy (…)j eżeli ktoś, kogo dotknie widmo śmierci, ma władzę, to chce mieć jej jeszcze więcej. Nie może się nasycić. Chce więcej i musi mieć więcej."

To ostatnie stwierdzenie bardzo dużo wyjaśnia, tego co obserwujemy i na scenie politycznej. A o kim/czym mówię… to w lot pojmą ludzie z wyobraźnia :).

A jak to się wszystko ma do UMW? W tle jest zastanawianie się nad kompetencjami, jakie powinniśmy kształcić u studentów. A to wszystko w kontekście Krajowych Ram Kwalifikacji. Do tego tematu jeszcze nie raz i bardziej wprost na swoim blogu wrócę.

Pycha globalnej cywilizacji… i ochrona środowiska

„Najniebezpieczniejszym rysem tej globalnej, ateistycznej cywilizacji jest jednak pycha. Pycha kogoś, kogo sama logika tego bogactwa prowadzi do tego, żeby przestał szanować dzieła natury i naszych przodków, żeby je przestał poważać dla samej swej zasady, a miał dla nich respekt najwyżej jako dla dalszych możliwych źródeł zysku.”

„Czuję, że kryje się za tym wszystkim nie tylko globalne rozpowszechniająca się krótkowzroczność, ale także nadęta pewność siebie tej cywilizacji, u której podstaw leży pełne pychy przekonanie, że wszystko już wiemy, a tego, czego nie wiemy, wkrótce się dowiemy.”

Vaclav Havel

Havel był człowiekiem niewierzącym, określał się chyba jako agnostyk. Jego krytyczny stosunek do cywilizacji ateistycznej nie wynikał więc z faktu bycia "anty", nie wynikał z jakiegoś klerykalizmu.

Zapętleni jesteśmy w tej filozofii zysku, pieniądza i pychy. Myśląc w kategoriach zysku nawet geny ludzkie chciano opatentowywać. Na szczęście udało się uratować przed taką "komercjalizacją" Program Poznania Genomu Ludzkiego. Obyśmy teraz tu u siebie nie zagubili istoty uniwersytetu…

A przed nauką otwiera się nowy wielki i ambitny program – poznania proteomu – zestawu wszystkich białek obecnych w naszym organizmie (komórkach). Zadanie trudne a przez to ambitne i będące wielkim wyzwaniem. Być może w Olsztynie będziemy w jakimś maleńkim stopniu współuczestniczyli w tym wielkim projekcie (a nie tylko obserwowali).

Uniwersyteckie osobowości

Uniwersytet to osobowość, na spotkanie z którą udają się studenci i asystenci i profesorowie z odległych zakątków. Jest do kogo i po co wędrować. Osobowość i nieprzeciętność nie zawsze idzie w parze tytułami. Czasem jest bez tytułu, czasem osobowość nie towarzyszy nadanemu tytułowi naukowemu.

W rankingach liczą się tylko formalne tytuły (i punkty). Osobowości nie można skwantyfikować, sparametryzować, np. św. p. prof. J. Wengris – została w sercu wielu absolwentów, a przecież miała mało publikacji, tym bardziej z listy filadelfijskiej. Zapisała się w sercach a nie rankingach.

Ślad po ludziach… z uniwersytetu

Ślad po ludziach… z uniwersytetu – czyli jaki ślad po sobie zostawiają twórcy i naukowcy? Zapisane stosy papieru, które czytają inni nieliczni, urzędowo i akademicko, dla wewnętrznego samoprzemiału, czy też ulotne słowa wypowiedziane bez poklasku, dające umiejętność zawiązania sznurowadeł u buta? To pierwsze wydaje się światowe i „wielkie”, obrosłe w ordery, pagony i epolety. To drugie dające coś konkretnego choć prowincjonalnie malutkiego i dla maluczkich.

Kiedy budowa trwa, kamery pokazują tylko wmurowywanie kamienia węgielnego, aktu erekcyjnego, gdzie vipy dla picu (w sensie ważności dla budowli a nie wazności dla promocji przedsięwzięcia) i na niby, symbolicznie szpadlem coś poruszą, kielnią przygotowanej zaprawy tu i ówdzie pacną. Potem kamery pojawiają się wraz z vipami na koniec przy przecięciu wstęgi. Całej reszty nie widać, tysięcznych wysiłków, szarej codziennej pracy. Pchamy się do przecinania wstęgi a nie do niewidocznej pracy bez poklasku…

Zostaje natomiast ta codzienna praca. Wstęgi i ordery przemijają bardzo szybko i ulatniają się z pamięci ludzkiej. Pozostaje wdzięczność za nauczenie wiązania sznurowadeł… 

Czy naukowcy to zakamuflowani anarchiści?

"Nauka nie jest statyczna. Uczeni nieustannie wkraczają na nowe obszary (…) zmagając się z wielością danych, obejmujących również zjawiska intrygujące i niewyjaśnione. (…) Nauka ma charakter postępowy i samokorygujacy się: znacząco błędne wnioski czy nieprawdziwe hipotezy nie utrzymują się długo dzięki napływaniu nowych obserwacji, które ostatecznie obalają fałszywe konstrukcje. (…)

Każdy uczony marzy o tym, by dokonać odkrycia, które wstrząśnie dziedziną jego badań. Naukowcy mają w sobie coś z zakamuflowanych anarchistów, nigdy nie tracąc nadziei na to, że pewnego dnia natkną się na najzupełniej nieoczekiwane dane podważające fundamenty aktualnie obowiązujacej teorii."

Francis S. Collins (szef międzynarodowego zespołu realizujacego Projekt Poznania Genomu Człowieka)

Pozostaje tylko upowszechnić i udowodnić swoje rewolucyjne pomysły :). Dzięki temu ukrytemu anarchizmowi nauka jest piękna i romantyczna – sam przeciw obowiązującym dogmatom. Jak w westernie. Przełamywanie stereotypów i dogmatów naukowych jest trudne i wymaga czasu. Ale potem długo pozostaje…. jako kolejny dogmat :).