Kiedy Grzegorz Mendel ogłosił publicznie swoje wyniki obserwacji nad groszkiem, dotyczące dziedziczenia, spotkał się z niezrozumieniem. W tamtych czasach w biologii nie stosowano jeszcze metod ilościowych. Czeski zakonnik wyprzedził swoją epokę a jego przełomowe odkrycia na długo pozostały zapomniane. Dopiero po 35 latach trzech różnych naukowców w różnych krajach doszło do tych samych rezultatów (ich nazwisk już nie pamiętamy). Podstawy dziedziczenia zostały gremialnie przyjęte i zainicjowały lawinę nowych badań. Może więc nie ma co się „wyrywać” z nowatorskimi ideami, bo prędzej czy później (raczej później) społeczeństwo dojrzeje do nowych idei i powoli je wdroży?
Na naszym uniwersytecie też wiele się ciekawego dzieje. Ale czy warto być nowatorskim i czy warto być liderem w przemianach edukacyjnych, czy też lepiej czekać z boku i z ociąganiem wprowadzać to, co inni liderzy gdzie indziej już wdrożyli? Po co się wysilać?
Obecnie jesteśmy świadkami drugiej „rewolucji” w kształceniu uniwersyteckim. Z dbałości o jakość edukacji i podnoszenie efektywności nauczania na poziomie wyższym wprowadzane są zmiany określane mianem Krajowych Ram Kwalifikacji. Nazwa niepozorna ale oznacza dużą rewolucję, z naciskiem na wymierne końcowe rezultaty oraz kompetencje absolwenta. Mniej ważne jest to czego uczymy, ważne jest to czego rzeczywiście nauczyliśmy. Uczelnie pod względem dydaktycznym będę inaczej ocenianie. Może się okazać że uzyskane akredytacje straca ważność.
Dzisiaj dyplom studiów wyższych nie potwierdza przynależności do elitarnej warstwy ludzi wykształconych. Są inne kryteria, np. nazwa uczelni, które są "przepustką" do wspołczesnej elity. Sam dyplom studiów wyższych jest zbyt powszechny.
Bez watpienia potrzeba większej indywidualizacji kształcenia, bo studenci w swych predyspozycjach nie są jednakowi i mają różne aspiracje. Jakość kształcenia to wewnętrzna dyskusja i samoświadomość efektów kształcenia. A skąd wiedzieć, że się nauczyło? NIe chodzi więc, żeby miec jakis na papierze system jakości kształcena, ale żeby był to sprawdzie działający system zbierania informacji, analizowania, informowania i wdrażania zmian. Nie dla picu ale dla samodoskonalenia i podnoszenie jakości.
Oceniani będziemy przez efekty kształcenia a nie proces: nie to co powiedzieliśmy i jak organizowaliśmy „opowiadanie”, ale co osiągnęliśmy czyli jakie rzeczywiste kompetencje ma nasz absolwent. Zmuszeni będziemy dostosować efekty dydaktyczne do potrzeb studentów, a nie studentów do zainteresowań wykładowców! Studenci już dziś głosuja nogami, a w obliczu niżu demograficznego dla niektórych uczelni lub wydziałów będzie to bardzo "bolesne" głosowanie.
W postindustrialnej gospodarce sektor usług związanych jest z przetwarzaniem informacji, a przewagę konkurencyjną uzyskuje się dzięki wiedzy teoretycznej oraz innowacjom, a nie dzięki taniej sile roboczej. Z tego względu dobre kształcenie zawse znajdzie "nabywców". Nie byle jakie ale rzeczywiście dobre.
Na UWM wprowadzany aktualnie jest system USOS. Ten komputerowy system wydaje się nowoczesny. Tyle tylko, że inne uczelnie posługują się nim od dawna. U nas oprogramowanie także jest od dawna, zabrakło tylko woli wdrożenia. Kiedyś nowoczesne u nas zestarzało się technologicznie leżąc "w magazynie". Zniecierpliwieni studenci i wykładowcu w dużym stopniu poszukali już zobie zasobów zewnętrznych. Jestesmy więc znacząco spoźnieni i dopiero teraz z bólem uczymy się… juz nieco przestarzałego systemu. W rezultacie znajdujemy się wśród maruderów. USOS to tylko przykład negatywny (są i pozytywne).
Czy podobnie będzie z „drugą rewolucją” dydaktyczną i Krajowymi Ramami Kwalifikacji? Czy postawimy szybko na jakość czy też na „jakoś to będzie”, wprowadzając zmiany powierzchowne i dopiero wtedy gdy zmuszani będziemy przez system akredytacyjny? "Coś tam się napisze" ?
Bez wątpienia w najbliższych latach zmierzyć musimy się z niżej demograficznym. Możemy wprowadzać nowe nazwy kierunków i specjalności, zmieniając etykietki do niezmienionego „produktu”. Jakoś to będzie? Czy wtedy dyplom UWM będzie wyznacznikiem elitarności? Czy mamy u siebie takich "Grzegorzy Mendlów"? Czy inch wspieramy czy raczej flekujemy? Bo po co się wyrywać do przodu?
Celem UE jest najbardziej konkurencyjna i dynamiczna gospodarka świata, gospodarka oparta na wiedzy. My jesteśmy uczestnikami i współtwórcami tego celu europejskiego. Jest to cel wystarczająco ambitny aby był pociągający i porywający. Współuczestniczymy czy jesteśmy daleko w ogonie?